Pieśń o żubrze
Traducido del latín por Jan Kasprowicz
Zdarzyło się niedawno, że wraz z mnogim ludemIgrzyska byłem świadkiem, które sprawiał Rzym.Gdy walczyć rozpoczęły rozjuszone bykiParując swoim cielskiem srogich bełtów gąszcz,Gdy gniew dźganych kolcami coraz to zażarciejDo coraz częstszych razów sprawną czeladź rwał,Gdym patrzył z podziwieniem, jak szaleje wściekłość,Oklaskiem podniecana i udręką ran —Północne ktoś z przyjaciół mych przypomniał puszcze:Począłem opowiadać słuchając ich próśb.O różnych mówię łowach i o zwierza silePotężnej — lecz zaszkodził mi tu język mój,Gdyż trud mi nałożono, bym w pieśni powtórzyłMe słowa, i to zaraz — taki rozkaz mam.
Jeżeli wyznać prawdę, niechętnie o żubrzePiszemy — nienawistny, straszliwy to zwierz,Co, w dumę nas wzbijając, jeśli go uśmiercim,Bieguna północnego zamieszkuje ląd,A we mnie tak okrutną nieraz budził trwogę,Że szydził z mej ucieczki zły pospólstwa tłum.Lecz cóż mi tam pospólstwo! Stokroć niebezpieczniejW obliczu światłych mężów wypróbować broń;Gdyż albo się zachwieje pod takim ciężarem,Lub poklask mi przypadnie od zbyt wdzięcznych dusz.Lecz nie chcąc lekceważyć upomnień człowieka,Któremum tyle winien, nie lza zwlekać już.Nie powiem, że mi wyschły źródła wyobraźni,Lecz daję wam, co może dać niepłodny grunt.Do Włoch, nie znanych dotąd, przybywszy niedawnoJęliśmy za rozkazem układać tę rzecz.Jeżeli mi jest wolno, słusznie bez wątpieniaUpraszam — ja, z dalekich ziem przybyły gość —Niech nikt się nic domaga, bym sprawiał się górniej,Ni/ trzeba, iżby można zrozumieć mój płód.Wiesz jakie, czytelniku, służy mi dziś pióro?W kołczanie ci je noszę, co mi gniecie bok.Z kołczanu biorę papier chcąc pisać, z kołczanuMkną świszcząc me pociski, by zabijać wraz.Ty piszesz, a ja dzielniej naciągam cięciwę,Być sobie równi możem, choć różny nasz kunszt.Niech z wierszy mych nie szydzi człek nieokrzesany,Pociski ja, rzecz dziwna, nader ostre mam,Trucizną nasycone o tak dziwnej mocy:Ugodzon nimi pada od najlżejszej z ran.Nawykły przez północne przedzierać się puszcze,I teraz chcę w sosnowy zaszywać się bór,Ze skutkiem złym czy dobrym — zbłądzić można w lesie —Niech ryczy w moim wierszu przeokrutny zwierzI echem rozegranym niech przekaże, jakieZłożyły się podźwięki na tę naszą pieśń.
Najdzikszy stwór ten w puszczach litewskich się rodzi,A cielskiem tak ogromnym odznaczać się zwykł,Że kiedy łeb, konając, zwyciężon pochyli,Trzech chłopów może wpośród rogów jego siąść.Lecz kark jego olbrzymi zbyt mały się wyda,Jeślibyś inne członki z nim porównać chciał.Brodzisko sterczy w strasznych zwieszając się kudłach,Płomienne ślepia sieją przeraźliwy gniew,Potworne włosie grzywy spływa po łopatkachKolana kryjąc sobą, przód i całą pierś.Lecz jeśli wielkie sprawy mam łączyć z drobnymi,Jeżeli się myśliwskich wolno czepiać słów,Na kozła rogatego wygląda z postaci,Choć z wszystkich widać członków, iże z rodu byk.A barwy jest ciemnawej: z żółtej oraz czarnejTak zlała się, że wyszła stąd pośrednia z barw.
Mnie dziwno, że i o tym inaczej pisaliDawniejsi, lecz przyczynę trudno mi jest znać,A nie wiem też, dlaczego wywodzą mu z nozdrzyOgromne jakieś rogi, zmieniając go wręcz,I warg ogromny ciężar przypisać mu radzi:Mym żubrem — o, zaiste — nie będzie ich żubr!Prastarych rzeczy wiele znalazłem ci w księgachRusinów, tego ludu, który język swójWyraża literami greckimi, przed wiekiPrzejąwszy je z uwagi dla ojczystych brzmień.Jest wiele ziem na świecie, śród różnych też ludówPrzeróżnie też bywało od najstarszych dni,Lecz nikt takiego zwierza nie widział; być może,Żył ongi przed potopem śród lodowych stref.Wyraźnie mówi o tym Pliniusz i wspomina.Iż żubr przebywał w puszczy północnej i tur.Nie było, mówią starzy, dzikszego nad tura,Którego w swoich lasach polski żywił kraj.Podobnoć tu na świecie nie ma drugiej ziemi,Co by w swoich ostępach ten chowała miot.Najbliższy mu dzikością jest żubr, żubr grzywiasty —Tak pisze on — trza czytać chcąc lepiej go znać.Niejeden mi zarzuci, że zmyślam, nie wątpię,Że trudno, by zwierz który miał podobny łeb.Tak rzecze, kto upałów nie mieniał na chłodyPuszcz naszych! Lecz mów sobie, ile tylko chcesz,Bylebym miał swobodę wyjawić, co razemZ niemałą garstką mężów mój uwidział wzrok,A nad czym jeszcze wtedy wzgardziwszy wczasamiStrawiłem nie dające się odwołać dni.Jakże dziś ku nim tęsknię, jakże się mozolę,Na rozmaity sposób zarzucając sieć!Nie gnuśnych szukam leży, tylko chwile łowięDla nauk mych stracone za ubiegłych lat.Lecz trudno je powstrzymać, trudno je zawrócić,Sposobu nie ma na to, kiedy uszły raz.Niech giną, wszak prawideł nie możem narzucaćLosowi — ani zwlekać z naglą pracą tą!
Co robić? Nie pokażę ja ludziom uczonym,Do jakich starożytnych wziąć się mają ksiąg,By poznać kształty zwierza, i z jakich się stronicDowiedzieć, co za rozmiar ma ten olbrzym nasz.Czytałem ci ja dużo — niczegom nie znalazłI mniemam, że w swych tajniach ukrywał to bór.Diakon tylko Paweł, lombardzki dziejopis,Wiadomość o ogromnej postaci nam dał,Piszący, że na skórze piętnastu się chłopaPomieści: miał to z starca wiarygodnych ust.Mnie skóra nie nowina ni rogi sążniste:Nieraz je obracałem w mym ręku — to wiedz.Cokolwiek bądź, na korzyść mi wyjdzie mój dawnyObyczaj polowania, twardy życia trud.W północną gąszcz ja, Polak, choć rzymskim pisarzomNie równy, zwracam przecie usilny swój krok.Od ojcam się nauczył przetrząsać kryjówkiZwierzyny, przezornymi stopy tłumić szmer,Od niego wiem, za jakim iść wiatrem, by uchemLub nozdrzem zwierz nie odkrył zasadzki ni zbiegł.On pocić mi się kazał pośród śniegów mroźnych,Pocisków wielki ciężar na me barki kładł,Pasł oczy śmiercią zwierza, uszy graniem story,Niedźwiedzie kiedy giną, kiedy pada dzik.Gdy trwożnych dzikich osłów napędzi się w sieci,Gdy w potrzask miot niejeden idzie już na skon,Od strzałów gdy ognistych trzęsie się powietrze,Przeszyte kulą cielska gdy runą o ziem,Gdy część, bełtami jeźdźców ubita w szalonejNagonce, zlewa ziemię bryzgiem krwawych pian —Gdy takie w głuchym lesie spełniały się sprawy,Jam często dorównywał w trudzie druhom mymI rzekim, ufny w konia, przepływał korytaDnieprowe, gdy przez wodę puszczał się mój zwierz:Nie przeto, iżbym nie chciał ujść niebezpieczeństwa,Lecz brzydko od przyjaciół być lichszym i w tym.Zaznawszy moc przypadków na łowach litewskich,Nie bardzom mógł uprawiać, przyznaję, wasz kunszt.A kunszt ci to największy: więc, proszę, oględniejPrzyjmijcie ten myśliwca niezbyt gładki wiersz.
Postaram się pokrótce opisać wam zwierzaI jego obyczaje, ciągnąc dalej rzecz.Od innych sroższy stworzeń albo też im równy,Dla człeka jest li groźny, gdy go zranił człek.Z największą też czujnością strzeże swego życia,Wystawić sobie większej nie mógłby już nikt.Ślepiami strzela wokół, zerka na wsze strony,Najdalsze też wyśledzi krańce swoich dróg;Powieki ludzkiej nagłe dostrzeże on drgnięcie,Chociażby człek swe ruchy na uwięzi miał.Najmniejszy szmer za sobą uchwyci uszami,Baczący, by na tyłach przezornie się strzec.Częstokroć też poważnym przechadza się krokiem,Jeżeli nie lśnią strzały, nie błyszczy się broń.Zaś ona długie w tobie utkwiwszy spojrzeniePrzystaje, tak ją więzić umie ludzki wzrok.Lecz jeśli wiedzie z sobą, troskliwa, swe młode,Szaleje, chrzęstem broni uderzona, w mig.Straszliwym wieści rykiem swą okrutną wściekłość,To znak jest, by nikt zbytnio nie zbliżał się k'niej.Lecz płocho nie napada nikogo, prócz wroga,Bezpieczna nie ukrzywdzi, gdy uciekać chcesz.Wesoło igra ciołków żwawy ród, na wolęPuszczone — żadnych ojcom nie sprowadzą trosk.A takie są pojętne, że sprawnymi skokiZa wszelkim ruchem matki podążają w trop!Niebawem powalone przeskakują kłodyLub pędzą po równinie, jakby je ktoś gnał,Umieją w chyżym biegu brać szerokie rowy,Rożkami potrząsając pośród groźnych min,W zapasach nieustannych ćwiczą miękkie ciała,Spoczynku jeno rzadkich używając chwil.Stworzenie to wytrwale, żądne wielkich znojów,Że któż by to uwierzył patrząc na ich kształt!A kiedy w ciasnym miejscu zatoczy swe kręgi,Od ruchu w przegwałtowny wprowadza się ruch.Odwraca się, porywa wyrzuconą mierzwęI nim spadnie, na rogach rozstrząsa ten gnój.
Wspaniałe też i piękne czynią widowisko,Gdy poczną się parować wśród udanych walk,A jesień je rozbudza sprowadzając jurnyMiłości czas, trwający przez niewiele dni.Obchodzą je w prawdziwie uroczysty sposób:Świadectwem ich radości luby dźwięczny bek,Powietrze rozedrganym napełnia się rykiem— Wierzchołki krzepkich dębów jął przebiegać dreszcz —Świadomi powiadają, że nad wszelkie surmy,Nad wszelkich dźwięki lutni idzie ten ich głos:Przeróżne wszystkie tony w jedną się zlewająHarmonię, ponad którą nie ma słodszych brzmień.Nie mam wieści, jak długo trwa ich bieg żywotaI kiedy następuje kres ich starych lat.Są pisma, które twierdzą, podając dowody,Że dwustu doszedł roków pewien stada wódz,Na czole ci on białą połyskiwał grzywą,Od grzywy tej i stado wzięto nazwę swą;Poza tym — dla dzisiejszych też wieków to dowód —Źrenicy go pozbawił jakiś ongi bój.Jak bywa śród wielmożów, spór toczono srogi,Praw sobie zaprzeczając o zwierza i las —Procesów zakończenie widziano po czasieDalekim, to świadectwo długich wodza dni.Ze jednak jest wątpliwość, ile żył nieznanyLat przedtem, więc mi większą pewność trudno mieć.Niejedno chyba o tym mówi wiara ludu,Powtarzać jej nie będę, bo nie dość ją znam.Daremnie też się łaszą zbyt ciekawe uszy:Tu szmery tylko drżące budzi lekki wiew.Po dawnych niech pisarzy błąkają się błoni,My mamy swą wskazówkę, jaką drogą iść.Są w prawie, niech swobody użyją do woli,Ten, komu ja to piszę, tylko prawdzie rad.Wyrasta płód i w wielką przemienia się trzodę,I strzeże swych legowisk mocą wspólnych sił,Nadzieja zaś spokoju polega na stróżu,Co groźne całe stado obchodzi li sam,A rządy tylko piękny sprawuje i dzielny:Po władzę idą samce często poprzez krew.Do strasznych nieraz bojów stają biedni wodze,Ni jednej chwili pewnej nie daje im czas.W zapasach o królestwa taka jest zażartość,Że o tym, kto zwyciężał, rozstrzyga li śmierć.A kto z tych walk wzajemnych wychodzi zwycięsko,Nagrodę otrzymuje — władnie stadem, król,Zwyciężon zaś na wieczne odchodzi wygnanie —Samica kroczy smutna w swego pana ślad.
...Dziś w pieśni tej zaszywam się w tajniki gąszczy.Jednego choćby zwierza pokazać wam rad.Częstokroć do zasieków spędza się ich więcejI wówczas też myśliwi większy mają trud,Lecz my jednego tylko widzieliśmy żubraW ostępie; o tym jednym jest też moja rzecz.
Nasamprzód poraniły go lekkie pociski,Sterczały w górę pręty posłanych mu strzał.Rozwścieklon, strasznie sapiąc drżącymi nozdrzami,Gromadę łowców zmierzył spojrzeniem i wrazZwrot nagły uczyniwszy, w gwałtownych podskokachCo prędzej jął uciekać; jeźdźce za nim w śladZ okrzykiem przeraźliwym puścili się w pogoń,Rozlegał się głos w okrąg odbity od chmur.Lecz gdy w szalonym biegu dotarł zwierz do miejsca,Gdzie drogę mu tamował stos zwalonych kłód,Zatrzymał go wrzask łowców: odparty, przystanąłI zdawał się namyślać, którędy by zbiec.Wtem ranę mu zadaje świszczący znów pocisk,Ażeby go rozpętał jeszcze większy gniew.Widzący, jak mu cielsko przeszywa żelazo,W szaleństwo wręcz popada rozjuszony żubr:Myśliwych okrutnymi przebija oczami,Wciąż bacząc, gdzie najgęściej skupia się ich tłum.Nasamprzód, rażąc krwawo, kieruje swe ciosyKu sforze rozszczekanej, potem wpada w lud...
Nasamprzód poraniły go lekkie pociski —Sterczały w skórze pręty posłanych mu strzał.Rozwścieklon, strasznie sapiąc drżącemi nozdrzami,Gromadę łowców zmierzył spojrzeniem i wraz,Zwrot nagły uczyniwszy, w gwałtownych podskokachCo prędzej jął uciekać; jeźdźce za nim w śladZ okrzykiem przeraźliwym puścili się w pogoń:Rozlegał głos się w okrąg, odbity od chmur.Lecz gdy w szalonym biegu dotarł zwierz do miejsca,Gdzie drogę mu tamował stos zwalonych kłód,Zatrzymał go wrzask łowców; odparty, przystanąłI zdawał się namyślać, którędyby zbiec.Wtem ranę mu świszczący zadaje znów pocisk,Ażeby go rozpętał jeszcze większy gniew.Widzący, jak mu cielsko przeszywa żelazo,W szaleństwo wręcz popada rozjuszony żubr,Myśliwych okrutnemi przybija oczami,Baczący, gdzie najczęściej skupia się ich tłum.
Nasamprzód, rażąc krwawo, kieruje swe ciosyKu sforze rozszczekanej, potem wpada w lud.
Młódź pierzcha na wsze strony, skręcając bachmaty;Od krzyków przerozgłośnych drży wysoki bór.Nikt umknąć nie wydoła, pędzący przed siebie,Ucieczka jest bezpieczna, gdy zawrócisz w bok,I jego szał ponosi, rozpęd niewstrzymany,O skręcie niema mowy — zbyt ciężki to zwierz.Gdy pędzi tak, otoczon licznym jeźdźców hufcem,Nie może stanąć w miejscu, ściga kogo bądź,
W gwałtownych mknąc podskokach, snadź większy z postaciW tym biegu wyciągniętej, sapie, parska w krąg,Wiatr grzywą mu potrząsa, na oba ją bokiRozwiewa. W takim kształcie wielki, dziki stwórNa oślep w ogrodzonym rzuca się ostępieSzukając, czym nasycić okrutny swój gniew.
W gwałtownych mknąc podskokach, snać większy z postaci,W tym biegu wyciągniętej, sapie, parska wkrąg,Wiatr grzywą mu potrząsa, na oba ją bokiRozwiewa. W takim kształcie wielki, dziki stwórNaoślep w ogrodzonym rzuca się ostępie,Szukając, czem nasycić okrutny swój gniew.
A jaką on zabójczą nadyma się grozą,Zobaczyć każdy może z mych następnych słów.Młodzieniec pewien, słynny z dobytku i przodków,Raz uparł się, ażeby swoją wolę mieć:Do ręki wziąwszy strzelbę, chciał zmierzyć się z żubrem,Olbrzymie jego cielsko sam uśmiercić chciał.Zgodzono się. Nieszczęśnik ukrył się za drzewoI patrzy, jaką drogą zapędzi się byk.Ten nagle się pojawił; trzask, dudnienie ziemiI sfory ujadanie — nieomylny znakW szaleństwie pędzi wściekłem, wyrzuca naokółDymiące kłęby pary; nagle wstrzyma bieg,Ubiwszy psa, i w sosnę gniewne wlepi oczy;Biedaczek ów, mniemając, że odkrył go żubr,Jakkolwiek był w tej chwili daleko od niego,Tak strasznie się przeraził, iże z trwogi padł.Znalazłszy go, druhowie, tak, jak stał, zdrętwiały,Dziwili się, iż człeka może zabić strach.
Uśmierca bazyliszek zabójczem spojrzeniem, —Lecz on, niedostrzeżony, jakżeż zginąć mógł?Tę ponoć bojaźliwość mają serca tchórzów!Szyderstwem też przyjęła śmierć tę dzielna młódź,O ile mi się wszystko dobrze wryło w pamięć,To taki zdobił dwuwiersz umarłego grób:„Cóż rogi-by sprawiły, gdy sam widok żubraZabija bohatera!... tutaj leży on“.Wyznaję, iż z wszystkiego, com widział na oczy,Tak nic mnie nie porusza, jak obraz, gdy żubr,Potwornie się rzucając, niszczy w czambuł wszystko,Nie mogąc chwycić tego, co rozszarpać chciał.Stanąwszy, wciąga nosem powietrze i czeka,Azali nie ułowi czego samym tchem.Szalony, chciałby wszystko zagarnąć, co żyje,Co było domniemanym sprawcą jego ran.Cobądź dostawszy w moc swą, nadziewa na rogiI rzuca w górę członków zgruchotanych miąższ.Gdy człeka czy rumaka lub też oba ciałaPodrzucił, widać w górze lecący ich kłąb;Gdy spadną, on je miażdży, podrzuciwszy znowu:Na wietrze się rozwiewa krwi i mięsa deszcz.Tu człek i koń tak w jedną zbijają się bryłę,Że snać z jednego ciała wspólna cieknie krew.W powietrzu sieje kośćmi, wszelki zwierz, któregoNapotkał: chciał uciekać, lecz spostrzeżon, padł.Jelenie widzieliśmy, lecące nad ziemią,Gdy drogę im zabiegłszy, nadział je na róg,I dziki ponoś miażdży i niedźwiedzie srogie,Jeżeli wolno mówić, mając świadectw dość,Za jednym rzutem, z ciała wnętrzności dobywa —Padają rozproszone: kęs snać goni kęs.Wysoko tak i w takiej kłębią się mnogościTe strzępy ciał, że prawdzie trudno wiarę dać,Złowróżbne ptactwo strawę znajduje w powietrzu,Po drzewach poszarpane ścierwo zbiera kruk.
Czy może być, by jeździec zawisł śród gałęzi,Gdy, razem rzucon w górę, padł zmiażdżony koń?I to się wydarzyło, że gdy żubr podrzuciłIch obu, to na drzewie zdrowy został człek.Dowodów ci przytaczać niema co i tracićZbyt wiele słów, gdy z wiarą ociągać się chcesz.Nie widział żubra człowiek, przed którego okiemNie szalał on, niwecząc wszystko, co li mógł:Gdzie tylko bieg swój zwróci, taki szum powieje,Że niczem głośne huki najburzliwszych fal;A kiedy zadowolon, jakiż to podskokomZuchwalca towarzyszyli łomot i trzask!Jakiemiż radosnemi wypełnia odruchySwe członki! Kiedy mniema, że się pomścił już,Do rogów jaki krwawy płynie mu znów wigor!Ażeby to opisać, nie mam dosyć słów.Tak szybki, iż wygląda li na obłok kurzuLub śniegu: nie pomyślisz, że to pędzi zwierz.Powietrze, pełne ścierwa, świadczy wkrąg a rzezi,Na miejsce jej wskazuje zczerwieniony śniegI strzępy ciał, wiszące na zgiętych konarach,Gdy miazga pozostała zwaliła się wdół.W ślad z swym karmicielem, gdziekolwiek się ruszy,Mknie ptactwa drapieżnego mięsożerna czerń.On długo rzuca ścierwem i obraca wkoło —Nie może go nasycić ten okrutny mord,Aż członków nie zgruchoce, aż ciała na miazgęNie zetrze; resztę kości tratuje na nic!Naciera nań huf jezdnych, tylko niezbyt gęsty,Podnieca go krzykami i tysiącem gróźb,Czasami na swą zgubę; choć wprawion, niejedenZ nich pada, nieuchronny powalił go los.
Na równych łatwo jeźdźcom rozwinąć się polachI drwić sobie, patrzący, jak szaleje zwierz;Tu rzecz się ma inaczej, w lasach tak się dzieje:O kłody próchniejące potyka się koń,Częstokroć mylą jeźdźca wysypiska krecieLub wstrzyma ślizgawica, którą kryje śnieg.Nie łatwo też omijać obwisłe konary;Na ścieżkach niezliczonych skryta czyha śmierć,Gdy padnie kto, wnet zwierz go pochwyci, lub konia —I oto nikłe ciało już w powietrzu masz.Częstokroć najdzielniejszy, uszedłszy jednemu,Nadzieje się na mknący z innej trony róg.Jeżelibym chciał wszystko, co tylko jest znane,O zwierzu tym przytoczyć, powtórzyć, co wiem,Nie byłoby zapewne końca moim słowomI jakąż-by to księgę musiał pisać człek!A przecież za niebaczne mogłyby uchodzićTe łowy i zabójcze: — padł niejeden mąż!Jeżeliby ich winy nie zmył sam ich sprawca,Co imię, pełne chwały, dzierży po dziś dzień.
Z przedziwną mocą w piersiach każdy za swym drzewemStojący, na okrutny narażony skon,Mieczykiem połyskując, pokrzykując z cichaDzikiego k’sobie zwierza przynęca, a tenOd huraganu szybszy — rzuca się na wroga,Co chroni się na drzewo odskakując w tył.Daleki wziąwszy rozmach potwór w nie uderzaZ chyżością niespodzianą, niby błysk i grom.Na ziemię odwalone padają gałęzie,A po nich ciężko stąpa ich niszczyciel, żubr...
Dziewico, Matko Boża! Gdym pragnął Twe imięWypisać tutaj, z trwogi zadrżała mi dłoń.Nie mogę leż zrozumieć, oszołomień w duszy,Co lepiej? Czy zamilknąć, czy przemówić mam?Zamilknąć, gdyś Ty godna, aby świat Cię sławił?Przemówić, kiedy umysł ani język ludzkiSnadź nie wie, jakich użyć najgodniejszych słów?Lecz ufny w Twoją dobroć, wyższą ponad wszystko,Cokolwiek jest niższego od Boga — o, patrz,Przychodzę z drżącym sercem, błagam przebaczeniaI rzucam się, Maryjo, do Twych świętych stóp.W tym lichym, brudnym płaszczu, z lichszym jeszcze wnętrzem,Modlitwy trwożne z bladych wydobywam ust,Nie przeto, iżbym godny był rzec chociaż słowo,Lecz wiem, że Ty nas tylko zdołasz wyrwać z klęsk.Litując się nad dolą człowieczą wszak — CiebiePosadził Bóg na górze niby zbawczy blask,I jako ptak bezpióre ochrania pisklęta,Tak Ty, Dziewico czysta, troszczysz się o lud.Jak matka ku dziecięciu wyciąga ramiona,Tak w górę Ty podnosisz tych, co padli w proch.O, kwiatu dziewiczego wielki Majestacie!Swe modły racz dołączyć dzisiaj do mych próśb.Na wojny patrz zaciekłe, na krwią zlane pola,Patrz, jakie prawo miecza rości sobie losDo ludu, co połączeń wiarą Twego SynaW pokoju winien bratnim żyć po wieków wiek.Książętom naszym, błagam, daj opamiętanie,Niech widzą, że zdradzili obowiązek swój.Przecz każdy z nich, puściwszy cugle świata z ręki,Z imienia tylko stróż jest, z istoty zaś wilk?Tymczasem, byśmy mogli odetchnąć, Ty wrogaPowstrzymaj zażartego, hamuj jego złość,Niech w jasyr nieszczęsnego tak nie pędzi ludu,Bezbronnym niech narodom nie narzuca pęt!
Comentarios
Cargando comentarios…