Antygona (Sofokles, tłum. Morawski, 1916)

Traducido del griego antiguo por Kazimierz Morawski

Dzieweczko grecka, biała Antygono,Zstąp dziś pomiędzy nas synów północy,Odsłoń nam burze, co szarpią twe łono,Stań w twojej sile i twojej niemocy,By nam wyśpiewać hymn chwały i klęskiI tchnąć w słuchaczów czar słowa zwycięski.

A czar ten żyje; bo urok dziewiczyNigdy w piękniejszej nie jawił się pieśni,Nikt do miłości, do życia słodyczyNie tęsknił rzewniej, nie śpiewał boleśniej,Nikt się z uczuciem tak tkliwem, gorącem,Jak ty, nie żegnał ze światłem i słońcem.

Drgały też w tobie wszelkie tętna żywe,Które lat wiosnę łączą z roków wiosną,Kiedy nadzieja złoci życia niwę,Młode uczucia w pęki kwiatów rosną:Wszystko to zwarzył los tchnieniem swem zimnemI śpiew twój życia był łabędzim hymnem.

Winnem tu, dziewko, twoje męskie serce,Co choć o kwiatach śni i kwiatów pragnie,Gdy los postawi je w ciężkiej rozterce,Do mroźnych żądań życia się nie nagnie

I śmierć przeniesie i świętość ofiaryNad szczęście, młode rojenia i mary.

To też dlatego wtórujem ci dzielnej,Kiedy ty gromisz i miażdżysz tyrany,Jak głos sumienia wielki, nieśmiertelny,Sławiąc praw Bożych zakon niepisany;Zstąp więc ty śmiało, o dziewko, na ziemię,Którą też gniecie praw pisanych brzemię!

Od twego męstwa idzie jakaś wstęgaI ponad wieków przepaścią się żarzy,Aż białych dziewic gdzieś w dali dosięga,Co się groźniejszych nie zlękły mocarzyI wśród ofiary, w rzymskiem KolosseumWzniosłe śpiewały swym zgonem Te Deum.

Znalazły one krzyż i chwałę w męce,Niebo im dało świętą aureolę,Na twoje skronie kładł poeta wieńceI ubrał nimi twe żale i bole.Że budzisz dotąd naszych uczuć dreszcze,Greka natchnienie sprawiło to wieszcze.

Bo on wyśpiewał serca twego dzieje,Nadzieje życia i życia przełomy,W końcu jak zemsta, co wśród złomów tleje,Na twych siepaczów rzucił kaźń i gromy.Po serc tragedyi przyszedł sąd na tronyI w końcu pieśni widzimy mocarza,Ślącego żale, co biją jak dzwonyWśród żyć złamanych cmentarza.

O dziewko grecka, dziś inną ty mowąMasz nam wyśpiewać twój żal i boleści,Masz je dziś przybrać w gwarę tobie nową,Co brzmieniem ucha południa nie pieści;O dziewko, nie bój się tej mowy dźwięków,W żadną nie wsiąkło tyle łez i jęków.

Wystąp więc polska mowo, ukochana,Złóż u stóp Grecyi twe wieńce i wiana.

Ja ciebie kocham w twego świtu chwale,Gdy z głębi piersi okrytej zbroicąZa tętnem serca szły melodyi faleI biła w niebo pieśń Boga rodzico;Ja ciebie kocham, żeś w krasy twej dobieTyle ty pereł rozsuła i czarów,Zakwitła skargą na Urszuli grobie,Wieńczyła drzewca zwycięskich sztandarów,Że z twojej chwały wysokiego tronu,Jakby w przeczuciu cierpienia i próby,Na nizkie pomnąc brzegi BabilonuMiłość związałaś wieczystymi śluby.

Kiedy też chwałę zmroczyła żałoba,Tyś nie płużyła w ciszy, co uśmierca.Nie zmilkłaś jako przyjaciele Hioba,Lecz wiążąc słowa, wiązałaś i serca.Nad padołami ludzi, którzy jęczą,Jak z niebios wzięty, w niebo rwący promień,Wielką, ognistą zabłysłaś ty tęczą,Co światło w dusze, a w serca tchnie płomieńI ponad burze i ponad zawieje

Mimo gróźb wroga i wrogich mozołówIdziesz zwycięsko na wielki dusz połów,Niesiesz nadzieję.

Usłuż ty dzisiaj greckiej Antygonie,Użycz sił groźbie, rzewności jej trenom,Niech tak łzy roni i gniewem zapłonie,Jak się jawiła przed wieki Hellenom.W pierwotnej chwale piękność już nie wróci,Ale nie wszystko z jej wdzięku uroni,Kto tchnie w swą pracę miłosnej dech woni,Z serca jej nieco łez własnych przyrzuci.

O ukochana siostro ma, Ismeno,Czy ty nie widzisz, że z klęsk EdypowychŻadnej za życia los nam nie oszczędza?Bo niema cierpień i niema ohydy,5Niema niesławy i hańby, którebyNas pośród nieszczęść pasma nie dotknęły.Cóż bo za rozkaz znów obwieścił miastuTen, który teraz władzę w ręku dzierży?Czyś zasłyszała? Czy uszło twej wiedzy,10Że znów wrogowie godzą w naszych miłych?

O Antygono, żadna wieść nie doszłaDo mnie ni słodka, ni goryczy pełnaOd dnia, gdy braci straciłyśmy obu,W bratnim zabitych razem pojedynku.15Odkąd tej nocy odeszły ArgiwówHufce, niczego więcej nie zaznałamNi ku pociesze, ni ku większej trosce.

Lecz mnie wieść doszła i dlatego z domuCię wywołałam, by rzecz ci powierzyć.

20Cóż to? Ty jakieś ciężkie ważysz słowa.

O tak! Czyż nie wiesz, że z poległych braciKreon jednemu wręcz odmówił grobu?Że Eteokla, jak czynić przystoi,25Pogrzebał w ziemi wśród umarłych rzeszy,A zaś obwieścił, aby PolyneikaNieszczęsne zwłoki bez czci pozostały,By nikt ich płakać, nikt grześć się nie ważył;Mają więc leżeć bez łez i bez grobu,30Na pastwę ptakom żarłocznym i strawę.Słychać, że Kreon czcigodny dla ciebie,Co mówię, dla mnie też wydał ten ukazI że tu przyjdzie, by tym go ogłosić,Co go nie znają, nie na wiatr zaiste35Rzecz tę stanowiąc, lecz grożąc zarazemKamienowaniem ukazu przestępcom.Tak się ma sprawa, teraz wraz ukażesz,Czyś godną rodu, czy wyrodną córą.

Gdy taką dola, to cóż, o nieszczęsna,40Prując czy snując bym mogła tu przydać?

Patrz, byś wspomogła i poparła siostrę.

W jakiemże dziele? Dokąd myśl twa mierzy?

Ze mną masz zwłoki opatrzyć braterskie.

Więc ty zamierzasz grzebać wbrew ukazom?

45Tak! brata mego, a dodam... i twego;Bo wiarołomstwem nie myślę się kalać.

Niczem dla ciebie więc zakaz Kreona?

Niczem, on nie ma nad moimi prawa.

Biada! o rozważ, siostro, jak nam ojciec50Zginął wśród sromu i pośród niesławy,Kiedy się jemu błędy ujawniły,A on się targnął na własne swe oczy;Żona i matka — dwuznaczne to miano —Splecionym węzłem swe życie ukróca,55Wreszcie i bracia przy jednem dnia słońcuGodzą na siebie i morderczą rękąJeden drugiemu śmierć srogą zadaje.Zważ więc, że teraz i my pozostałeZginiemy marnie, jeżeli wbrew prawu60Złamiemy wolę i rozkaz tyrana.Baczyć to trzeba, że my przecie słabeDo walk z mężczyzną niezdolne niewiasty;Że nam ulegać silniejszym należy,Tych słuchać nawet i sroższych rozkazów;65Ja więc, błagając o wyrozumienieZmarłych, że muszę tak uledz przemocy,Posłuszną będę władcom tego świata,Bo próżny opór urąga rozwadze.

Ja ci nie każę niczego, ni choćbyś

70Pomódz mi chciała, wdzięcznem by mi było,Lecz stój przy twojej myśli, a ja tegoPogrzebię sama, potem zginę z chlubą.Niechaj się zbratam z mym kochanym w śmierciPo świętej zbrodni; a dłużej mi zmarłym75Miłą być trzeba, niż ziemi mieszkańcom;Bo tam zostanę na wieki; tymczasemTy tu znieważaj święte prawa bogów.

Ja nie znieważam ich, nie będąc w mocyDziałać na przekór stanowieniom władców.

80Rób po twej myśli; ja zaś wnet podążę,By kochanemu bratu grób usypać.

O ty nieszczęsna! serce drży o ciebie.

Nie troszcz się o mnie; nad twoim radź losem.

Ale nie zdradzaj twej myśli nikomu,85Kryj twe zamiary, ja też je zataję.

O nie! mów głośno, bo ciężkie ty kaźnieŚciągnąć byś mogła milczeniem na siebie.

Z żarów twej duszy mroźne mieciesz słowa.

LczLecz miłą jestem tym, o których stoję.

90Jeśli podołasz w trudnych mar pościgu.

Jak nie podołam, to zaniecham dzieła.

Nie trza się z góry porywać na mary.

Kiedy tak mówisz, wstręt budzisz w mem sercuI słusznie zmierzisz się także zmarłemu.95Pozwól, bym ja wraz z mojem zaślepieniemSpojrzała w oczy grozie; bo ta grozaChlubnej mi śmierci przenigdy nie wydrze.

Jeśli tak mniemasz, idź, lecz wiedz zarazem,Żeś nierozważna, chociaż miłym miła.

100—161O słońca grocie, coś jasno znów TebomBłysnął po trudach i znoju,Złote dnia oko, przyświecasz ty niebomI w Dyrki nurzasz się zdroju.Witaj! Tyś sprawił, ze wrogów mych krocieW dzikim pierzchnęły odwrocie.

Bo Polyneika gniewny spórKrwawy zażegł w ziemi bój,Z chrzęstem zapadł, z szumem piórŚnieżnych orłów lotny rójI zbroice liczne błysły,I z szyszaków pióra trysły.

I wróg już wieńcem dzid groźnych otoczyłSiedmiu bram miasta gardziele,Lecz pierzchł, nim w mojej krwi strugach się zbroczył,Zanim Hefaistos ognisty w popielePogrążył mury, bo z tyłu nawałemRunął na smoka Ares z wojny szałem.

Bo Zeus nie cierpi dumnych głów,A widząc ich wyniosły lotI złota chrzęst, i pychę słów,Wypuścił swój piorunny grotI w zwycięstwa samym proguSkarcił butę w dumnym wrogu.

A ugodzony w znak na ziemię runieTen, który w namiętnym gniewieMiasto pogrzebać chciał w ognia całunieI jak wicher dął w zarzewie.Legł on od Zeusa gromu powalony,Innym znów Ares inne znaczy zgony.

Bo siedmiu siedmiu strzegło wrót,Na męża mąż wymierzył dłoń,Dziś w stosach lśni za zwycięstw trudKu Zeusa czci pobitych broń.Ale przy jednej miasta bramie,Nie błyszczy żaden chwały łup,Gdzie brat na brata podniósł ramię,Tam obok trupa poległ trup.

Więc teraz Nike, czci syta i sławyZwraca ku Tebom radosne swe oczy,Po twardym znoju i po walce krwawejRzezi wspomnienie niech serca nie mroczy;

Idźmy do świątyń, a niechaj na przedzieTeb skoczny Bakchus korowody wiedzie.

Lecz otóż widzę, jak do nas tu zdążaKreon, co ziemią tą włada,Nowy bóstw wyrok go w myślach pogrąża,Ważne on plany waży i układa.Widnem, że zbadać chciałby nasze zdanie,Skoro tu starców wezwał na zebranie.

O Tebańczycy, nareszcie bogowieZ burzy i wstrząśnień wyrwali to miasto;A jam was zwołał tutaj przed innymi,Boście wy byli podporami tronu165Za Laiosa i Edypa rządówI po Edypa zgonie młodzieniaszkomPewną swą radą służyliście chętnie.Kiedy zaś oni za losu wyrokiemPolegli obaj w bratobójczej walce,170Krwią pokalawszy braterskie prawice,Wtedy ja władzę i tron ten objąłem,Który mi z prawa po zmarłych przypada.Trudnem jest duszę przeniknąć człowieka,Jego zamysły i pragnienia, zanim175On ich na szerszem nie odsłoni polu.Ja tedy władcę, coby rządząc miastemWnet się najlepszych nie imał zamysłówI śmiało woli swej nie śmiał ujawnić,Za najgorszego uważałbym pana.180A gdyby wyżej nad dobro publiczneKładł zysk przyjaciół, za nic bym go ważył.I nie milczałbym, klnę się na Jowisza

Wszechwidzącego, gdybym spostrzegł zgubęZamiast zbawienia kroczącą ku miastu.185Nigdy też wroga nie chciałbym ojczyznyMieć przyjacielem, o tem przeświadczony,Że nasze szczęście w szczęściu miasta leży,I jego dobro przyjaciół ma raić.Przez te zasady podnoszę to miasto190I tym zasadom wierny obwieściłemUkaz ostatni na Edypa synów,Aby dzielnego w walce Eteokla,Który w obronie poległ tego miasta,W grobie pochować i uczcić ofiarą,195Która w kraj zmarłych za zacnymi idzie;Brata zaś jego, Polyneika mniemam,Który to bogów i ziemię ojczystąNaszedł z wygnania i ognia pożogąZamierzył zniszczyć i swoich rodaków200Krwią się napoić, w pęta ująć drugich,Wydałem zakaz, by chować, ni płakaćNikt się nie ważył, lecz zostawił ciałoPrzez psy i ptaki w polu poszarpane.Taką ma wola, a nie ścierpię nigdy,205By źli w nagrodzie wyprzedzili prawych.Kto zato miastu temu dobrze życzy,W zgonie i w życiu dozna mej opieki.

Tak więc, Kreonie, raczysz rozporządzaćTy co do wrogów i przyjaciół grodu,210A wszelka władza zaprawdę ci służyI nad zmarłymi i nami, co żyjem.

A więc czuwajcie nad mymi rozkazy.

Poleć młodszemu straż nad tem i pieczę.

Przecież tam stoją straże w pogotowiu.

215Czegóżbyś tedy od nas jeszcze żądał?

Byście niesfornym stanęli oporem.

Głupi ten, ktoby na śmierć się narażał.

Tak! śmierć go czeka! Lecz wielu do zgubyPopchnęła żądza i zysku rachuby.

220O najjaśniejszy, nie powiem, że w bieguSpiesząc ja tutaj, tak się zadyszałem,Bom ja raz po raz przystawał po drodzeI chciałem nazad zawrócić z powrotem,A dusza tak mi mówiła co chwila:225Czemuż to, głupi, ty karku nadstawiasz?Czemuż tak lecisz? przecież może innyDonieść to księciu; na cóż ty masz skomleć?Tak sobie myśląc śpieszyłem powolnie,A krótka droga wraz mi się wzdłużała.230Nakoniec, myślę: niech będzie, co będzie

I staję, książę, przed tobą i powiem,Choć tak po prawdzie sam nie wiem zbyt wiele.A zresztą tuszę, że nic mnie nie czeka,Chyba, co w górze było mi pisanem.

235Cóż więc nadmierną przejmuje cię trwogą?

Zacznę od siebie, żem nie zrobił tego,Co się zdarzyło, anim widział sprawcy,Żem więc na żadną nie zarobił karę.

Dzielnie warujesz i wałujesz sprawę,240Lecz jasnem, że coś przynosisz nowego.

Boć to niesporo, na plac ze złą wieścią.

Lecz mów już w końcu i wynoś się potem.

A więc już powiem. Trupa ktoś co tylkoPogrzebał skrycie i wyniósł się chyłkiem,245Rzucił garść ziemi i uczcił to ciało.

Co mówisz? Któż był tak bardzo bezczelnym?

Tego ja nie wiem, bo żadnego znakuAni topora, motyki nie było.Ziemia wokoło była gładka, zwarta,250Ani w niej stopy, ni żadnej kolei,Lecz, krótko mówiąc, sprawca znikł bez śladu.

Skoro też jeden ze straży rzecz wskazał,Zaraz nam w myśli, że w tem jakieś licho.Trup znikł, a leżał nie pod grubą zaspą,255Lecz przypruszony, jak czynią, co winySię wobec zmarłych strachają; i zwierzaLub psów szarpiących trupy ani śladu.Więc zaczął jeden wyrzekać na drugich,Jeden drugiego winować i było260Blizko już bójki, bo któżby ich zgodził?W każdym ze straży wietrzyliśmy sprawcę,Lecz tak na oślep, bo nikt się nie przyznał.I my gotowi i żary brać w ręceI w ogień skoczyć i przysiądz na bogów,265Że nie my winni, ani byli w spółceZ tym, co obmyślił tę rzecz i wykonał.Więc koniec końcem, gdy dalej tak nie szło,Jeden rzekł słowo, które wszystkim oczyZaryło w ziemię; bośmy nie wiedzieli,270Co na to odrzec, a strach nas zdjął wielki,Co z tego będzie. Rzekł więc na ten sposób,Że tobie wszystko to donieść należy.I tak stanęło, a mnie nieszczęsnemuLos kazał zażyć tej przyjemnej służby.275Więc poniewoli sobie i wam staję,Bo nikt nie lubi złych nowin zwiastuna.

O, panie, mnie już oddawna się roi,Że się bez bogów przy tem nie obeszło.

Milcz, jeśli nie chcesz wzbudzić mego gniewu,280I prócz starości ukazać głupoty.

Bo brednie pleciesz, mówiąc, że bogowieO tego trupa na ziemi się troszczą.Czyżby z szacunku jako dobroczyńcęJego pogrzebli, jego, co tu wtargnął.285Aby świątynie i ofiarne daryZburzyć, spustoszyć ich ziemię i prawa?Czyż według ciebie bóstwa czczą zbrodniarzy?O nie, przenigdy! lecz tego tu miastaLudzie już dawno przeciw mnie szemrając,290Głową wstrząsali i jarzmem ukryciePrzeciw mym rządom i mojej osobie.Wiem ja to dobrze, że za ich pieniądzeStraże się tego dopuściły czynu.Bo niema gorszej dla ludzi potęgi,295Jak pieniądz; on to i miasta rozburza,On to wypiera ze zagród i domu,On prawe dusze krzywi i popychaDo szpetnych kroków i nieprawych czynów.Zbrodni on wszelkiej ludzkości jest mistrzem300I drogowskazem we wszelkiej sromocie.A ci, co czyn ten za pieniądz spełnili,Wreszcie spóźnione wywołali kaźnie.Bo jeśli dotąd Zeusowi hołd składam,Miarkuj to dobrze, a klne się przysięgą,305Jeśli wy zaraz schwytanego sprawcyNie dostawicie przed moje oblicze,To jednej śmierci nie będzie wam dosyć,Lecz wprzódy wisząc będziecie zeznawać,Byście w przyszłości wiedzieli, skąd grabić310I ciągnąć zyski i mieli naukę,Że nie na wszelki zysk godzić należy.

Bo to jest pewnem, że brudne dorobkiCzęściej do zguby prowadzą, niż szczęścia.

Wolnoż mi mówić? czy pójść mam w milczeniu?

315Czyż nie wiesz jeszcze, jak głos twój mi wstrętnym.

Uszy ci rani, czy też duszę twoją?

Cóż to? chcesz badać, skąd me gniewy idą?

Sprawca ci duszę, a ja uszy trapię.

Cóż to za urwisz z niego jest wierutny!

320A przecież nie ja czyn ten popełniłem.

Ty! — swoją duszą frymarcząc w dodatku.

O nie!Próżne to myśli, próżniejsze domysły.

Zmyślne twe słowa, lecz jeżeli winnych325Mi nie stawicie, to wnet wam zaświta,Że brudne zyski sprowadzają kaźnie.

O, niech go ujmą, owszem, lecz cokolwiek

Teraz się stanie za dopustem losu,Ty mnie już tutaj nie zobaczysz więcej;330Bo już i teraz dziękuję ja bogom,Żem wbrew nadziei cało wyszedł z sprawy.

332—383Siła jest dziwów, lecz nad wszystkie sięgaDziwy człowieka potęga.Bo on prze śmiało poza sine morze,Gdy toń się wzdyma i kłębiI z roku na rok swym lemieszem porzeMatkę-ziemicę do głębi.

Lotny ród ptaków i stepu zwierzętaI dzieci fali usidla on w pęta,Wszystko rozumem zwycięży.Dzikiego zwierza z gór ściągnie na błonie,Krnąbrny kark tura i grzywiaste konieUjarzmi w swojej uprzęży.

Wynalazł mowę i myśli dał skrzydłaI życie ujął w porządku prawidła,Od mroźnych wichrów, na deszcze i gromyZbudował sobie schroniska i domy.Na wszystko z radą on gotów.Lecz choćby śmiało patrzał w wiek daleki,Choć ma na bóle i cierpienia leki,Śmierci nie ujdzie on grotów.

A sił potęgę, które w duszy tleją,Popchnie on zbrodni lub cnoty koleją;Jeżeli prawa i bogów cześć wyzna,To hołd mu odda ojczyzna;A będzie jej wrogiem ten, który nie z bogiem

Na cnotę i prawość się ciska,Niechajby on sromu mi nie wniósł do domu,Nie skalał mojego ogniska.

Lecz jakiż widok uderza me oczy?Czyż już zdołałbym wbrew wprawdzie zaprzeczyć,Że to dzieweczka idzie Antygona?O, ty nieszczęsna, równie nieszczęsnegoEdypa córo!Cóżże się stało? czy cię na przestępstwieUkazu króla schwytano i terazWskutek tej zbrodni prowadzą jak brankę?

Oto jest dziewka, co to popełniła.385Tę schwytaliśmy. Lecz gdzieżeż jest Kreon?

Wychodzi oto z domu w samą porę.

Cóż to? jakież tu zeszedłem zdarzenie?

Niczego, Panie, nie trza się odrzekać,Bo myśl późniejsza kłam zada zamysłom;390Ja bo dopiero kląłem, że już nigdyNie stanę tutaj po groźbach, coś miotał,Ale ta nowa, wielka niespodziankaNie da się zmierzyć z nijaką radością;Idę więc, chociaż tak się zaklinałem,395Wiodąc tę dziewkę, którą przychwytano,Gdy grób gładziła; żaden los tym razemMnie tu nie przywiódł, lecz własne odkrycie.

Sądź ją i badaj; jam sobie zasłużył,Bym z tych opałów wydostał się wreszcie.

400Jakim sposobem i gdzieżeś ją schwytał?

Trupa pogrzebła. W dwóch słowach masz wszystko.

Czyż pewnym jesteś tego, co tu głosisz?

Na własne oczy przecież ją widziałemGrzebiącą trupa; chyba jasno mówię.

405Więc na gorącym zszedłeś ją uczynku?

Tak się rzecz miała: kiedyśmy tam przyszli,Groźbami twemi srodze przepłoszeni,Zmietliśmy z trupa ziemię i znów nagieI już nadpsute zostawiwszy ciało,410Na blizkiem wzgórzu siedliśmy, to bacząc,By nam wiatr nie niósł wstrętnego zaduchu.A jeden beształ drugiego słowami,By się nie lenić i nie zaspać sprawy.To trwało chwilę; a potem na niebie415Zabłysnął w środku ognisty krąg słońcaI grzać poczęło; aż nagle się z ziemiWicher poderwał i wśród strasznej trąbyWył po równinie, drąc liście i koręZ drzew i zapełnił kurzawą powietrze;420Przymknąwszy oczy, drżeliśmy od strachu.

A kiedy wreszcie ten szturm się uciszył,Widzimy dziewkę, która tak boleśnieJak ptak zawodzi, gdy znajdzie swe gniazdo,Obrane z piskląt i opustoszałe.425Tak ona, trupa dojrzawszy nagiego,Zaczyna jęczyć i przekleństwa miotaćNa tych, co brata obnażyli ciało.I wnet przynosi garść suchego piasku,A potem z wiadra, co dźwiga na głowie,430Podwójnym płynem martwe skrapia zwłoki.My więc rzucimy się na nią i dziewkęChwytamy, ona zaś nic się nie lęka,Badamy dawne i świeże jej winy,Ona zaś żadnej nie zaprzecza zbrodni,435Co dla mnie miłem, lecz i przykrem było.Bo że z opałów sam się wydostałem,Było mi słodkiem, lecz żem w nie pogrążyłZnajomych, przykrem. Chociaż ostatecznie,Skorom ja cały, resztę lekko ważę.

440Lecz ty, co głowę tak skłaniasz ku ziemi,Mów, czy to prawda, czy donos kłamliwy?

Jam to spełniła, zaprzeczyć nie myślę.

Ty więc się wynoś, gdzie ci się podoba,Wolny od winy i ciężkich podejrzeń.445A ty odpowiedz mi teraz w dwóch słowach,Czyżeś wiedziała o moim zakazie?

Wiedziałam dobrze. Przecież nie był tajnym.

I śmiałaś wbrew tym stanowieniom działać?

Przecież nie Jowisz obwieścił to prawo,450Ni wola Dyki, podziemnych bóstw siostry,Taką ród ludzki związała ustawą.A nie mniemałam, by ukaz twój ostryTyle miał wagi i siły w człowieku,Aby mógł łamać święte prawa boże,455Które są wieczne i trwają od wieku,Że ich początku nikt zbadać nie może.Ja więc nie chciałam ulęknąć się człekaI za złamanie praw tych kiedyś bogomZdawać tam sprawę. Bom śmierci ja pewna460Nawet bez twego ukazu; a jeśliWcześniej śmierć przyjdzie, za zysk to poczytam.Bo komu przyszło żyć wśród nieszczęść tylu,Jakżeby w śmierci zysku nie dopatrzył?Tak więc nie mierzi mnie śmierci ta groźba,465Lecz mierziłoby mnie braterskie ciało,Niepogrzebane. Tak, śmierć mnie nie straszy.A jeśli głupio działać ci się zdaje,Niech mój nierozum za nierozum staje.

Krnąbrne po krnąbrnym dziewczyna ma ojcu470Obejście, grozie nie ustąpi łatwo.

Lecz wiedz, że często zamysły zbyt harde

Spadają nizko, że często się widzi,Jako żelazo najtwardsze wśród ogniaGnie się i mimo swej twardości pęka;475Wiem też, że drobne wędzidło rumakiDzikie poskramia. Bo tym nieprzystojnąWyniosłość, którzy u innych w niewoli.Dziewka ta jedną splamiła się winą,Rozkazy dane obchodząc i łamiąc,480Teraz przed drugim nie sroma się gwałtem,Z czynu się chełpi i nadto urąga.Lecz nie ja mężem, lecz onaby była,Gdyby postępek ten jej uszedł płazem.Ale czy z siostry, czy choćby i bliższej485Krwią mi istoty ona pochodziła,Ona i siostra nie ujdą przenigdyŚmierci straszliwej; bo i siostrę skarcę,Że jej spólniczką była w tym pogrzebie.Wołać mi tamtą, którą co dopiero490Widziałem w domu zmięszaną, szaloną.Tak duch zazwyczaj zdradza tych, co tajnieSię dopuścili jakiegoś występku.Wstręt zaś ja czuję przeciw tym złoczyńcom,Którzy swe grzechy chcą potem upiększać.

495Chceszli co więcej, czyli śmierć mi zadać?

O! nie! w tem jednem zawiera się wszystko.

Więc na cóż zwlekać? Jako twoje słowaMierzą, i oby zawsze mnie mierziły,

Tak wstrętne tobie wszelkie me postępki.500A jednak, skądbym piękniejszą ja sławęUszczknęła, jako z brata pogrzebania.I ci tu wszyscy rzeczby pochwalili,Gdyby im trwoga nie zawarła mowy.Ale tyranów los ze wszech miar błogim,505Wolno im czynić, co zechcą, i mówić.

Sama tak sądzisz z pośród Kadmejczyków.

I ci tak sądzą, lecz stulają wargi.

Nie wstyd ci, jeśli od tych się wyróżniasz?

Czcić swe rodzeństwo nie przynosi wstydu.

510Nie był ci bratem ten, co poległ drugi?

Z jednego ojca i matki zrodzonym.

Czemuż więc niesiesz cześć, co jemu wstrętną?

Zmarły nie rzuci mi skargi tej w oczy.

Jeśli na równi z nim uczcisz złoczyńcę?

515Nie jak niewolnik, lecz jak brat on zginął.

On, co pustoszył kraj, gdy tamten bronił?

A jednak Hades pożąda praw równych.

Dzielnemu równość ze złym nie przystoi.

Któż wie, czy takie wśród zmarłych są prawa?

520Wróg i po śmierci nie stanie się miłym.

Współkochać przyszłam, nie współnienawidzić.

Jeśli chcesz kochać, kochaj ich w Hadesie,U mnie nie będzie przewodzić kobieta.

524—530Lecz otóż wiodą Ismenę, o Panie,Widać jej boleść i słychać jej łkanie,A jakaś chmura przesłania jej oczyI piękną dziewki twarz mroczy.

O ty, co w domu przypięłaś się do mnie,Jak wąż podstępnie, żem wiedzieć wręcz nie mógł,Iż na mą zgubę dwa wyrodki żywię,Nuże, mów teraz, czyś była wspólniczką535W tem pogrzebaniu, lub wyprzyj się winy.

Winną ja jestem, jak stwierdzi to siostra,I biorę na się tej zbrodni połowę.

Lecz sprawiedliwość przeczy twym twierdzeniom,Aniś ty chciała, ni jać przypuściłam.

540Jednak w niedoli twojej nieomieszkamWziąść na się cząstkę twych cierpień i kaźni.

Hades i zmarli wiedzą, kto to zdziałał.Słowami świadczyć miłość — to nie miłość.

O nie zabraniaj mi, siostro, choć w śmierci545Z tobą się złączyć i uczcić zmarłego.

Nie chcę twej śmierci, a nie zwij twem dziełem,Coś nie sprawiła; mój zgon starczy bratu.

Lecz jakiż żywot mnie czeka bez ciebie?

Pytaj Kreona! Zwykłaś nań ty baczyć.

550Pocóż mnie dręczysz bez żadnej potrzeby?

Cierpię ja, że mi śmiać przyszło się z ciebie.

W czembym choć teraz ci przydać się mogła?

Myśl o ratunku, ja go nie zawiszczę.

O ja nieszczęsna, więc chcesz mnie porzucić?

555Wybrałaś życie — ja życia ofiarę.

Skąd wiesz, co na dnie słów moich się kryje?

W słowach ty rady, ja szukałam w czynie.

A jednak wina ta sama nas łączy.

Bądź zdrowa, żyjesz, a moja już dusza560W krainie śmierci... zmarłym świadczyć może.

Z dziewcząt się jednej teraz zwichnął rozum,Druga od młodu wciąż była szaloną.

O władco, w ludziach zgnębionych nieszczęściemUmysł się chwieje pod ciosów obuchem.

565W tobie zaiste, co łączysz się z zbrodnią.

Bo cóż mi życie warte bez mej siostry?

Jej nie nazywaj — bo ona już zmarłą.

Więc narzeczoną chcesz zabić ty syna?

Są inne łany dla jego posiewu.

570Lecz on był dziwnie do niej dostrojony.

Złemi dla synów niewiasty się brzydzę.

Drogi Haimonie, jak ojciec cię krzywdzi!

Twój głos i swadźby zbyt mierzą mnie twoje.

A więc chcesz wydrzeć kochankę synowi?

575Hades posłaniem będzie tej miłości.

Taką więc wola, że ta umrzeć musi.

Twoja i moja; lecz dosyć tych zwlekań;Wiedźcie je, sługi, w dom, bo odtąd mająŻyć jak niewiasty, nie według swej woli.580Toć i zbyt śmiałe ulękną się serca,Gdy widmo śmierci zaglądnie im w oczy.

582—630Szczęśliwy, kogo w życiu klęski nie dosięgły,Bo skoro Bóg potrząśnie domowymi węgły,Z jednego gromu cały szereg nieci,Po ojcach godzi i w dzieci.Tak jako fale na morzu się piętrzą,Gdy wicher tracki do głębiny wpadnieI ryje iły drzemiące gdzieś na dnie,Aż brzeżne skały od burzy zajęczą,

Tak już od wieków w Labdakidów domyPo dawnych gromach nowe godzą gromy,Bóle minionych pokoleńNie niosą ulg i wyzwoleń.I ledwie słońce promienie rozpostrzePonad ostatnią odnogą rodzeństwa,A już bóstw krwawych podcina ją ostrze,Obłęd i szału przekleństwa.

O Zeusie, któż się z twą potęgą zmierzy?Ciebie ni czasu odwieczne miesiące,Ni sen nie zmoże wśród swoich obieży.Ty, co Olimpu szczyty jaśniejącePrzez wieki dzierżysz promienny,Równy w swej sile, niezmienny.A wieczne prawo gniecie ziemi syny,Że nikt żywota nie przejdzie bez winy.

Nadzieja złudna, bo jednym da skrzydła,Drugich omota w swe sidła;Żądz lotnych wzbudzi w nich ognie,Aż życie pióra te pognie.

A wieczną prawda, że w przystępie dumyMienią dobrymi ci nieprawe czyny,Którym Bóg zmięszał rozumy!Nikt się na ziemi nie ustrzeże winy.

Lecz otóż Haimon z twojego potomstwaWiekiem najmłodszy; widocznie bolejeNad ciężkim losem swej umiłowanejI po swem szczęściu łzy leje.

Wkrótce przejrzymy jaśniej od wróżbitów.O synu! czyż ty przybywasz tu gniewnyWskutek wyroku na twą narzeczoną,Czy w każdej doli zachowasz mi miłość?

635Twoim ja, ojcze! Skoro mądrze radzisz,Idę ja chętnie za twoim przewodem;I żaden związek nie będzie mi droższymPonad wskazówki z ust twoich rozumnych.

O! tak, mój synu, być zawsze powinno,640Zdanie ojcowskie ponad wszystkiem ważyć.Przecież dlatego błagają ojcowie,Aby powolnych synów dom im chował,Którzyby krzywdy od wrogów pomściliA równo z ojcem uczcili przyjaciół.645Ktoby zaś płodził potomstwo nic warte,Cóżby on chował, jak troski dla siebie,A wobec wrogów wstyd i pośmiewisko?Synu, nie folguj więc żądzy, nie porzućDla marnej dziewki rozsądku, wiedz dobrze,

650Że niema bardziej mroźnego uścisku,Jak w złej kobiety ramionach; bo trudnoO większą klęskę, jako zły przyjaciel.Przeto ze wstrętem ty porzuć tę dziewkę,Aby w Hadesie innemu się dała.655Bo skorom poznał, że z całego miastaOna jedyna oparła się prawu,Nie myślę stanąć wszem wobec jak kłamca,Lecz ją zabiję; rodzinnego ZeusaNiechby błagała; jeśli wśród rodziny660Nie będzie ładu, jak obcych poskromię?Bo kto w swym domu potrafi się rządzić,Ten sterem państwa pokieruje dobrze.Kto zaś zuchwale przeciw prawu działaI tym co rządzą narzucać chce wolę,665Ten nie doczeka się mego uznania.Wybrańcom ludu posłusznym być trzebaW dobrych i słusznych, nawet w innych sprawach.Takiego męża rządom bym zaufał,Po takim służby wyglądał ochotnej,670Takiby w starciu oszczepów i w walceWytrwał na miejscu, jak dzielny towarzysz.Niema zaś większej klęski od nierząduOn gubi miasta, on domy rozburza,On wśród szeregów roznieca ucieczkę,675Zaś pośród mężów, powolnych rozkazom,Za życia puklerz stanie posłuszeństwo.Tak więc wypada strzedz prawa i władzyI nie ulegać niewiast samowoli.Jeżeli upaść, to z ręki paść męskiej,680Bo hańba doznać od niewiasty klęski.

Nam, jeśli starość rozumu nie tłumi,Zdajesz się mówić o tem bardzo trafnie.

Ojcze, najwyższym darem łaski bogówJest niewątpliwie u człowieka rozum.685A ja słuszności twoich słów zaprzeczyćAnibym umiał, ani chciałbym zdołać.Ale sąd zdrowy mógłby mieć też inny.Mam ja tę wyższość nad tobą, że mogęPoznać, co ludzie mówią, czynią, ganią,690Bo na twój widok zdejmuje ich trwoga,I słowo, ciebie rażące, zamiera.A więc cichaczem przyszło mi wysłuchać,Jak miasto nad tą się żali dziewicą,Że ze wszech niewiast najmniej ona winna,695Po najzacniejszym czynie marnie kończy.Czyż bo ta, co w swem nie przeniosła sercu,By brat jej leżał martwy bez pogrzebu,Psom na pożarcie i ptactwu dzikiemu,Raczej nagrody nie godną jest złotej?700Takie się głosy odzywają zcicha.Ja, zaś, o ojcze, niczego nie pragnę,Jak by się tobie dobrze powodziło.Bo jestli większy skarb nad dobre imięOjca dla dzieci lub dzieci dla ojca?705Nie żyw więc tego, ojcze, przeświadczenia,Że tylko twoje zdanie coś jest warte;Bo kto jedynie sam sobie zawierzy,Na swojej mowie polega i duszy,Gdy go odsłonią, pustym się okaże.

710Choćby był mądrym, przystoi mężowiCiągle się uczyć, a niezbyt upierać.Widzisz przy rwących strumieniach, jak drzewo,Które się nagnie, zachowa konary,A zbyt oporne z korzeniami runie.715Także i żeglarz, który zbyt naciągnieŻagle i folgi nie daje, przewróciŁódź i osiądzie bez ławic na desce.Folguj ty przeto i zaniechaj gniewu,Bo jeśli wolno sądzić mnie młodszemu,720Mniemam, że taki człowiek najprzedniejszy,Który opływa w rozum z przyrodzenia;Jeśli tak nie jest — a i to się zdarzy,Niechaj rad dobrych zbyt lekko nie waży.

O panie, słuchaj, jeśli w porę mówi,725A ty znów ojca; obaj mądrze prawią.

A więc w mym wieku mam mądrości szukaćI brać nauki u tego młokosa?

Nie w nieprawości; a jeśli ja młody,To na rzecz raczej, niż wiek baczyć trzeba.

730Na rzecz, niesfornym która cześć oddaje?

Ni słowem śmiałbym cześć taką zalecać.

A czyż nie w takie ona wpadła błędy?

Przeczy głos ludu, co mieszka w Teb grodzie.

Więc lud mi wskaże, co ja mam zarządzać?

735Niemal jak młodzian porywczy przemawiasz.

Sobie czy innym gwoli ja tu rządzę?

Marne to państwo, co li panu służy.

Czyż nie do władcy więc państwo należy?

Piękniebyś wtedy rządził... na pustyni.

740Ten, jak się zdaje, z tamtą dziewką trzyma.

Jeśli ty dziewką; o ciebie się troskam.

Z ojcem się swarząc, o przewrotny synu?

Bo widzę, że ty z drogi zbaczasz prawej.

Błądzęż ja, strzegąc godności mej władzy?

745Nie strzeżesz, władzą pomiatając bogów.

O nizki duchu, na służbie kobiety!

Bo w służbie złego nie znajdziesz mnie nigdy.

Cała twa mowa ma jej sprawy bronić.

Twej sprawy, mojej i podziemnych bogów.

750Nigdy już żywcem ty jej nie poślubisz.

Zginie — to śmiercią sprowadzi zgon inny.

A więc już groźbą śmiesz we mnie ty godzić?

Cóż warta groźba, gdzie puste zamysły?

Wnet pożałujesz twych nauk, młokosie!

755Nie byłbyś ojcem, rzekłbym, żeś niemądry.

Niewiast służalcze, przestań się uprzykrzać!

Chcesz więc ty mówić, a drugich nie słuchać?

Doprawdy? Ale na Olimp wiedz o tem,Że cię twe drwiny o zgubę przyprawią.760Wiedźcie tu dziewkę; niechajże wyrodnaW oczach kochanka tu ginie natychmiast.

Nie umrze ona przy mnie! nie marz o tem.Nie ujrzę tego, raczej ty nie ujrzyszWięcej mojego oblicza, jeżeli765W szale na blizkich porywać się myślisz.

Uniesion gniewem wypadł on, o władco,A w młodej głowie rozpacz złym doradcą.

Niech myśli, czyny knuje on zuchwałe;Ale tych dziewek nie wyrwie on śmierci.

770Jak to? czyż obie ty zgładzić zamyślasz?

Niewinna ujdzie; słusznie mnie strofujesz.

A jakiż tamtej gotujesz ty koniec?

Gdzieś na bezludnem zamknę ją pustkowiu,W skalistym lochu zostawię żyjącą,775Strawy przydając jej tyle, by kaźnięPozbawić grozy i klątwy nie ściągnąć,A tam jej Hades, którego jedynie

Z bogów uwielbia, może da zbawienie,Lub pozna wreszcie, jeśli marnie zginie,780Że próżną służbą czcić Hadesu cienie.

781—805Miłości, któż się wyrwie z twych obieży,Miłości, która jarzmisz twe ofiary,Gdy w gładkich licach dziewek niecisz czary.Kroczysz po morzu i wśród chat pasterzy,Ni Bóg nie ujdzie przed twoim nawałem,Ani śmiertelny. Kim władasz, wre szałem.

Za twym podmuchem do winyZboczy w obłędzie i prawy wraz człowiek;Spory ty szerzysz wśród jednej rodziny.Urok wystrzela zwycięsko z pod powiekDziewicy, sięgnie i praw majestatuMoc Afrodyty, co przewodzi światu.

A i ja nawet chociaż wiernie służęPrawie się w duszy na ukazy burzę,A boleść serce mi rani,Bo straszny widok uderza me oczy,Do wszechchłonącej Antygona kroczyCiemnej Hadesu przystani.

806—881Patrzcie, o patrzcie, wy ziemi tej dzieci,Na mnie, kroczącą w smutne śmierci cienie,Oglądającą ostatnie promienieSłońca, co nigdy już mi nie zaświeci.Bo mnie Hadesa dziś ręka śmiertelnaDo Acherontu bladych wiedzie włości.Ani zaznałam miłości,

Ani mi zabrzmi żadna pieśń weselna;Ale na zimne Acherontu łożeCiało nieszczęsne me złożę.

Pieśni ty godna i w chwały rozkwicieW kraj śmierci niesiesz twe życie.Ani cię chorób przygnębiło brzemię,Ni miecza ostrze zwaliło na ziemię,Lecz własnowolna, nie dobiegłszy kresu,Żywa w kraj stąpasz Hadesu.

Słyszałam niegdyś o Frygijskiej Niobie,Córce Tantala i jej strasznym zgonie,Że skamieniała w swej niemej żałobieI odtąd ciągle we łzach bolu tonie.Skała owiła ją jak bujne bluszcze,A na jej szczytach śnieg miecie, deszcz pluszcze;Rozpaczy łkaniem zroszone jej łono,Mnie też kamienną pościel przeznaczono.

Lecz ona przecież z krwi bogów jest rodem,My śmiertelnego pokolenia płodem.Hołd jednak temu, kto choć w śmierci proguDorówna Bogu.

Urągasz biednej. Czemuż obelżywąMową mnie ranisz, pókim jeszcze żywą?Miasto i męże dzierżący te grody,Wzywam was, zwróćcie litośne swe oczyI wy Teb gaje i Dyrcejskie wody

Na mnie, co idę ku ciemnej pomroczy,Nieopłakana przez przyjaciół żale,Do niezwykłego grobowca, gdzieś w skale.O ja nieszczęsna!Anim ja zmarła, ani też przy życiu,Śmierć mnie już trzyma w swem mroźnem spowiciu.

W nadmiarze pychy zuchwałejZ tronem się Dyki twe myśli i mowyZderzyły w locie, złamały.Zły duch cię ściga rodowy.

Mowa ta głębią mego serca targa,Dotknąłeś ojca ty sromu,I w słowach twoich rozbrzmiała znów skargaNad nieszczęściami Labdakidów domu.Straszną ja pomnę łożnicę,W której syn z matką zdrożne śluby wiąże,Nieszczęśni moi rodzice!Klątwą brzemienna dziś do was podążę,Dziewiczość niosąc wam serca.O drogi bracie, złowrogie twe ślubyByły początkiem pogromu i zguby;Tyś — choć zmarły — mój morderca.

Zmarłych czcić czcigodny czyn,Ale godny kaźni błądŁamać prawo, walić rząd,Tyś zginęła z własnych win.

Bez łez, przyjaciół, weselnego pieniaKroczę już biedna ku śmiertelnej toni,Wnet już nie ujrzę ni słońca promienia,Nikt łzy nad moją dolą nie uroni.

Czyżby kto ustał w przedzgonnych tych skargach,Gdyby mu dano się żalić bez końca?Bierzcie stąd dziewkę i w ciemnym ją grobie885Zawrzyjcie zaraz, jak już nakazałem.Tam ją zostawcie samą, aby zmarła,Albo też żywa pędziła dni marne;Tak wobec dziewki zostaniem bez winy,A nie ścierpimy, aby wśród nas żyła.

890Grobie, ty mojej łożnico miłości,Mieszkanie wieczne, ciemnico sklepiona,Idę do moich, których tylu gościW pozgonnych domach boska Persefona.Za wami idę ja, co w życia wiośnie895Zginęłam, prawie nie zaznawszy świata.A tuszę, że mnie tam przyjmą radośnie,Ty ojcze, matko i miła dłoń brata,Bom tu z miłosną służbą wasze ciałaWłasną obmyła, namaściła ręką;900Żem bratnie zwłoki uczciwie grzebała,Taką mnie darzą podzięką!Mam u szlachetnych ludzi cześć i chwałę,Lecz potępienie ze strony Kreona,

Bo on me czyny uznał za zuchwałe.Ręką więc teraz jego uwięziona,Ani zaznawszy słodyczy wesela.915Ni uczuć matki, ni dziatek pieszczoty,Schodzę tak sama i bez przyjaciela,Nieszczęsna, żywa do grobowej groty.Jakież to bogów złamałam ustawy?Jakże do bogów podnosić mam modły,920Wołać o pomoc, jeżeli czyn prawy,Który spełniłam, uznano za podły?Lecz jeśli z bogów to zrządzenia płynie,Trzeba mi winnej znieść w ciszy cierpienia,Jeśli ci błądzą, niech sięgnie ich w winie925Kaźń równa z bogów ramienia!

926—943Te same burze i te same jeszczeDuszą tej dziewki wciąż miotają dreszcze.

Pachołki, którym wieść ją nakazałem,Swoją powolność ciężko mi... odpłaczą.

Biada! ta mowa grożącaBlizkiego wróżbą mi końca.

A ja odwagi nie śmiałbym dodawać,Że się te srogie ukazy odwloką.

Ziemi tebańskiej ojczysty ty grodzieI wy bogowie rodowi,Oto mnie wiodą w bezzwłocznym pochodzieKu samotnemu grobowi.Patrzcie na księżnę ostatnią z Teb królówW ręce siepaczy ujętą,Ile mąk ona, ile zniosła bólówZa wierną służbę i świętą.

944—987Tak i Danae jasnego dnia zorzeZmienić musiała na loch w miedź obityW grobowej skryta komorze.A przecież ród jej zapewniał zaszczytyI Zeus deszcz złoty na łono jej roni.Straszne przeznaczeń obieże!Pieniądz, ni siła, ni warowne wieże,Ni morski żagiel przed niemi nie chroni.Hedonów króla Likurga też bucie,Że hardem słowem na boga się miota,Bakchus kamienne zgotował okucie,Gdzie zła wykipi ochota.Rozpoznał on tam za późno swe zbrodnieI pożałował słów gniewu,

Chciał bo szał boski tłumić i pochodnie,Urągał muzom wśród śpiewu.Gdzie z mórz strzelają Kyanejskie progi,Kraj Salmydessu, dla przybyszów wrogi,Gdzie brzeg Bosforu bałwany roztrąca,Tam widział Ares, jak dzikością wrąca,Zona Fineusa pasierby swe nęka.Nie mieczem srogim wymierza im cięgi,Lecz krwawą rękę zatapia w ócz kręgi,Ostrzem je łupi czółenka.

Ujęci oni kamienną niewolą,Płaczą nad matki i swoją niedolą.Przecież jej przodki z Erechtydów rodu,Ojcem Boreasz; pośród skał i głogów,I burz pędziła dni swoje od młodu,Na chyżych koniach — prawe dziecię bogów.Jednak, choć w dali i tu jej dosięgaOdwiecznej Moiry potęga.

O Teb starszyzno, wspólnym my tu krokiemI wspólnym wzrokiem zdążamy, bo ciemnym990Za oko staje przewodnika ręka.

Cóż tam nowego, Tyrezyaszu stary?

Ja rzeknę, ty zaś posłuchaj wróżbiarza.

Nigdy twojemi nie wzgardziłem słowy.

Przeto szczęśliwie sterujesz tą nawą.

995Przyświadczyć mogę, doznawszy korzyści.

Zważ teraz, znowu stoisz na przełomie.

Co mówisz? trwogą przejmują twe słowa.

Poznasz ty prawdę ze znaków mej sztuki.Siadłem na starej wróżbity siedzibie,1000Gdzie wszelkie ptactwo kieruje swe loty,Aż naraz słyszę, jak niezwykłe głosyWydają ptaki, szalone i dzikie;I wnet poznałem, że szarpią się szpony,Bo łopot skrzydeł to stwierdzał dobitnie.1005Przejęty trwogą, próbuję ofiaryNa płomienistym ołtarzu, lecz ogieńNie chce wystrzelić ku górze, a sączyCiecz z mięs ofiarnych, wsiąkając w popioły,Kipi i syczy, żółć bryzga w powietrze1010I z poza tłuszczu, co spłynął stopiony,Nagie wyjrzały na ołtarzu lędźwie.Od tego chłopca wnet się dowiedziałem,Że takie marne szły z ofiary znaki,Bo on przewodzi mnie, a ja znów innym.1015Tak więc chorzeje miasto z twojej winy.Bo wsze ołtarze i ofiarne stołySkalało ptactwo i psy, które ciałemEdypowego się żywiły syna.

Więc nie przyjmują już ofiarnych modłów1020Bogowie od nas, ni ofiarnych dymów.A ptak, co żłopał krew trupa zastygłą,Już nie wydaje głosów dobrej wróżby.Rozważ to, synu; bo wszystkich jest ludziBłądzić udziałem i z prostej zejść drogi.1025Lecz mąż co zbłądził, nie jest pozbawionyCzci i rozwagi, jeżeli wśród nieszczęśćSzuka lekarstwa i nie trwa w uporze.Upór jest zawsze nierozumu znakiem;Ustąp ty śmierci i nie draźń zmarłego;1030Cóż bo za chwała nad trupem się znęcać?Życzliwość moja tą radą ci służy,Dobrze jej słuchać, gdy korzyści wróży.

Starcze, wy wszyscy jak łucznik do celuMierzycie we mnie: teraz i wróżbiarstwo1035Sidła zastawia, a krewni mą myśląKupczą, frymarczą z dawna jak towarem;Nuże, gromadźcie wy sardyjskie skarby,Wskażcie mi górę indyjskiego złota,Na pogrzeb tego jednak nie zezwolę.1040I choćby orły Jowisza porwałyTrupa i przed tron Jowisza zaniosły,Ja się takiego nie ulęknę sromu,Grześć nie pozwolę; wiem bo ja zbyt dobrze,Bogów zbezcześcić nie zdoła śmiertelny.1045Potknąć się mogą i ludzie przemądrzy,Starcze, haniebnie, kiedy szpetne myśliUbiorą w słowa barwiste... dla zysku.

Biada!Czyż wie to człowiek, czy rozważa sobie...

Cóż, z jakim znowu na plac ogólnikiem?

1050Ile rozsądek góruje nad skarby?

O ile klęską największą nierozum.

Ciężko ty na tę zapadłeś chorobę.

Nie chciałbym ciężkiem obrazić cię słowem.

Czynisz to, kiedy mi kłamstwo zarzucasz.

1055Bo cech wasz cały łapczywy na zyski.

A ród tyranów w mętach chciwie łowi.

Wiesz, że ty pana twojego obrażasz?

Wiem, bo ja tobie gród ten zachowałem.

Mądry ty wróżbiarz, lecz oddany złemu.

1060Tyś gotów wydrzeć mi z wnętrza tajniki.

Wyrusz ty z nimi, byle nie dla zysku.

Że ty stąd zysku nie uszczkniesz, to myślę.

Bacz, że zamysłów moich nie stargujesz.

Wiedz więc stanowczo, że nim słońce tobie1065Wielu dokona kołowych obrotów,Płód ty z twych własnych poczęty wnętrznościJak trupa oddasz w zamianę za trupyZa to, że z światła strąciłeś do nocy,Zamknąłeś życie haniebnie w grobowcu,1070A tu na ziemi zmarłe trzymasz ciało,Które się bóstwom należy podziemnym.Nie masz żadnego ty nad zmarłym prawa,Ni światła bogi, którym gwałt zadajesz.Za to czyhają Hadesa i bogów1075Mściwe i zgubą grożące Erinye,By cię w podobnem pogrążyć nieszczęściu.Poznasz ty wkrótce, czy ja przekupionyTak mówię, w krótkim pokażą to czasieMężczyzn i niewiast w twoim domu jęki.1080A wszelkie miasto przeciw tobie stanie,W którem psy strzępy zbezcześciły trupów,Zwierzęta dzikie i ptactwo, roznoszącWstrętne po świętych zaduchy ogniskach.Takiemi strzały ja, ciężko zelżony,1085Godzę jak łucznik z gniewem w twoje serceI tak celuję, że ostrze poczujesz.

O chłopcze, wiedźże mnie teraz do domu,By on na młodszych swe gniewy upuścił.A lepiej odtąd miarkował się w słowie1090I myśl mu lepsza zajaśniała w głowie.

O, władco, poszedł on po wróżbie strasznej.A wiem to, odkąd mi czarne siwiznąStarość na głowie posrebrzyła włosy,Fałszu on nigdy nie zwiastował miastu.

1095Ja też wiem o tem i trwoga mną miota.Ustąpić ciężko, a jeśli się oprę,To łatwo klęska roztrąci mą czelność.

Synu Menoika, rozwagi ci trzeba.

Cóż tedy czynić? Mów, pójdę za radą.

1100Idź i wyprowadź dziewkę z ciemnej grotyA grób przygotuj dla ciała, co leży.

Radzisz i mniemasz, że ja mam ustąpić?

O jak najprędzej, mój książę, bo chyżoKaźń bogów ludzki pochwyci nierozum.

1105Ciężkiem to, ale każę milczeć sercu,Cofnę się, trudno z koniecznością walczyć.

Idź, sam to uczyń, nie zwalaj na innych.

Idę sam zaraz, a wy, moi słudzy,Wziąwszy topory pośpieszcie pospołem1110Na miejsce widne, gdzie nagi trup leży.Ja, że zmieniłem me dawne zamysły,Com sam namotał, sam teraz rozwiążę.Najlepiej może działa, kto do zgonuPraw istniejących przestrzega zakonu.

1115—1154Wieloimienny, coś z Kadmosa domuPrzysporzył chwały dziewczynie,Synu ty Zeusa, pana burz i gromu!W Italskiej ziemi twoje imię słynie,A i w Eleusis, o synu SemeliRoje cię sławią czcicieli.Bakchusie, w Tebach ty dzierżysz stolicę,Kędy Ismenos ciche wody toczy,Szałem twym tchnące pląsają dziewice,Pieniem rozbrzmiewa gród smoczy.

Widnyś ty w łunie jarzących kagańców,Gdzie Parnas szczytem dwugłowym wystrzela,Gdzie zdrój Kastalii i swywolnych tańcówKoryku Nimfy zawodzą wesela.W górach Nyzejskiej EubeiW spowitej bluszczem mkniesz kniei,Potem z tych brzegów, gdzie bujne winnice,Zwrócisz twe kroki ku Tebom,Pieśni cię chwały wiodą przez uliceI brzmią radośnie ku niebom.

Gród ten nad wszystkie czcisz grody na świecieWraz z matką twoją ciężarną od gromu;Kiedy więc brzemię nieszczęścia nas gnieciePełnego cierpień i sromu,Przybądź z Parnasu ku naszej obronie,Lub przez wyjące mórz tonie.

Ty, co przodujesz wśród gwiazd korowodu,Pieśniom przewodzisz wśród mroczy,Zawitaj, synu Zeusowego rodu,Niechaj cię zastęp Naxyjskich otoczyTyjad, co w szale od zmierzchu do ranaTańczą i w tobie czczą pana.

1155O Kadma grodu, domów AmfionaMieszkańcy, życia człowieka nie śmiałbymAni wysławiać, ni ganić przenigdy,Bo los podnosi i los znów pogrążaBez przerwy w szczęście ludzi i w nieszczęścia,1160A nikt przyszłości wywróżyć niezdolnym.Tak Kreon zdawał się godnym podziwu,On, co wyzwolił tę ziemię od wrogówI jako władca jedyny nad krajemRządził, potomstwem ciesząc się kwitnącem.1165A dziś to wszystko — straconem. Bo radośćJeśli w człowieku przygaśnie, to trzymam,Że on nie żyje, lecz żywym jest trupem;Gromadź bogactwa dowoli w twym domu,Świeć jako tyran na zewnątrz: gdy cieszyć1170Tem się nie można, to reszty tych skarbówJabym nie nabył za dymu cień marny.

Jakąż ty znowu wieść niesiesz złą księciu?

Skończyli — śmierci ich winni, co żyją.

Któż to mordercą, któż poległ, o rzeknij!

1175Haimon nie żyje, we własnej krwi broczy.

Z ojca czy z własnej zginąłże on ręki?

W gniewie na ojca mordy sam się zabił.

Wróżbito, jakżeś czyn trafnie określił!

W tym rzeczy stanie dalszej trza narady.

1180Lecz otóż widzę biedną Eurydikę,Żonę Kreona; albo się przypadkiemPojawia, albo słyszała o synu.

Starcy, rozmowy waszej dosłyszałamWłaśnie, gdym z domu wybiedz zamierzała,1185By do Pallady z modłami się zwrócić.I właśnie odrzwi odmykam zasuwki,By je roztworzyć, gdy nagle nieszczęsnaWieść uszy rani; więc padłam zemdlonaZ trwogi w objęcia mych wiernych służebnic.

1190Powtórzcie tedy, co ta wieść przynosi;W złem doświadczona, wysłucham słów waszych.

Ja, miłościwa pani, byłem przy tem,Powiem więc wszystko, jak się wydarzyło;Cóż bo ukrywać, by potem na kłamcę1195Wyjść; — przecie prawda zawsze fałsz przemoże.Ja tedy wiodłem twojego małżonkaNa ten pagórek, gdzie biedne leżałoPrzez psy podarte ciało Polyneika.Wnet do Hekaty zanieśliśmy modły1200I do Plutona, by gniew ich złagodzić;Obmywszy potem ciało w świętej wodzie,Palimy szczątki na stosie z gałęziI grób z ojczystej sypiemy im ziemi.To uczyniwszy, zaraz do kamiennej1205Ślubnogrobowej łożnicy dziewczynyŚpieszymy; zdala ktoś jęki usłyszał,Od strony lochu, co za grób miał służyć,Choć nie święciły go żadne obrzędy.Wraz więc donosi panu, co zasłyszał.1210Tego dochodzą zaś, kiedy się zbliżył,Łkania żałosne, a pierś mu wybuchaGłosem rozpaczy: O, ja nieszczęśliwy,Czyż ja wróżbitą? czyż nie kroczę terazDrogą największej w żywocie mym klęski?1215Syna wołanie mnie mrozi. O słudzy,Spieszcie wy naprzód, zbliżcie się do grobuI przez szczelinę głazem zawalonąWszedłszy do wnętrza, baczcie, czy HaimonaGłosy ja słyszę, czy bogi mnie durzą. —

1220Posłuszni woli zwątpiałego pana,Idziem na zwiady, a w grobowca głębiDojrzym wnet dziewki wiszącej za gardło,Ściśniętej węzłem muślinowej chusty,Podczas gdy młodzian uchwycił ją wpoły,1225Boleśnie jęcząc nad szczęścia utratą,Nad czynem ojca, nieszczęsnymi śluby.Kreon, zoczywszy to, ciężko zajęknął,Rzuca się naprzód i wśród łkania woła:O, ty nieszczęsny! cóżeś ty uczynił!1230Czy szał cię jaki opętał złowrogi?Wychodź, o synu, błagalnie cię proszę.Lecz syn na niego dzikim łysnął wzrokiemI twarz przekrzywił, a słowa nie rzekłszy,Ima się miecza; wraz ojciec ucieczką1235Uszedł zamachu; natenczas nieszczęsnyW gniewie na siebie nad ostrzem się schylaI miecz w bok wpycha; lecz jeszcze w konaniuDrętwem ramieniem do zmarłej się tuli.A z ust dyszących wytryska mu struga1240Krwawa na blade kochanki policzki.Trup dziś przy trupie, osiągnął on ślubyW domu Hadesa złożony przy lubej.Nieszczęściem dowiódł, że wśród ludzi tłumuNajwiększe klęski płyną z nierozumu.

1245A cóż stąd wróżysz, że znikła niewiasta,Nie rzekłszy złego lub dobrego słowa?

I ja się dziwię, lecz żywię nadzieję,Że posłyszawszy o ciosie, nie chciała

Żałości swojej pospólstwu okazać,1250Lecz się cofnęła do wnętrza domostwa,By wśród sług wiernych wylewać łzy gorzkie.Toć jej rozwaga nie dopuści zbrodni.

Nic nie wiem, ale milczenie uporne,Jak i zbyt głośne jęki zło mi wróżą.

1255Wnet się dowiemy, czy w głębiach rozpaczyNie kryje ona tajnego zamysłu.Idźmy do domu, bo dobrze ty mówisz,Nadmierna cisza jest głosem złowrogim.

Lecz otóż książę tu właśnie nadchodzi;1260O! znak wymowny ujął on ramionyNie cudzej zbrodni, jeśli rzec się godzi,Lecz własnej winy szalonej.

1263—1283Klnę moich myśli śmierciodajne winy,Co zatwardziły mi serce!Widzicie teraz wśród jednej rodzinyOfiary, ofiar mordercę.Słowo dziś moje me czyny przeklinaW samym, o! życia rozkwicie,Przedwczesne losy porwały mi syna,Mój obłęd zmiażdżył to życie.

Późno się zdajesz poznawać co słusznem.

Biada mi!Przejrzałem biedny, jakiś bóg złowrogiZwalił na głowę swe brzemię,Na szału popchnął mnie drogi,Szczęście me zdeptał, wbił w ziemię.O biada! do zgubyWiodą śmiertelnych rachuby.

Panie! Ty nieszczęść masz wielkie zasoby,Bo jedne dźwigasz w twych rękach nieszczęsnych,A drugie ujrzysz niebawem w twym domu.

Czyż ja nie na dnie już nieszczęścia głębi?

Nie masz już żony; syna twego matkaWłaśnie na swoje targnęła się życie.

1284—1305Nieubłagana przystani, Hadesie,Gdzież koniec moich boleści?O! znowu nowe ten niesieGodzące w serce mi wieści.W męża, co legł już, wtórym godzisz ciosem,Złowrogiem słowem i głosem.Biada! Nieszczęście z nieszczęścia się sączy,Z synem śmierć żonę mi łączy.

Widzieć to możesz, dom stoi otworem.

Złe się jak burza nademną zerwało,Nie widzę końca mej męce,Syna zmarłego dźwigałem ja w ręce,A teraz żony martwe widzę ciało.O biada! matczynaRozpacz dognała już syna.

Zranionej ciężko nocą zaszły oczy,U stóp ołtarza zajękła nad zgonemNiegdyś chwalebnym syna Megareusa,I nad Haimonem, a wreszcie przekleństwaTobie rzuciła ciężkie, dzieciobójcy.

1306—1353Groza mną trzęsie. Przecz mieczem nikt w łonoCiosu mi śmierci nie zada?O, ja nieszczęsny! O, biada mi! biada!W toń nieszczęść sunę spienioną.

W konaniu jeszcze za te wszystkie zgonyNa twoją głowę miotała przekleństwa.

Jakimże ona skończyła sposobem?

Żelazo w własnej utopiła piersi,Słysząc o syna opłakanym końcu.

O biada! win mi nie ujmie nikt inny,Nie ujmie męki, ni kaźni.

Ja bo nieszczęsny, ja twej śmierci winny.Nuże, o słudzy, wiedźcie mnie co raźniej,Uwodźcie mnie stąd; niech mojem obliczemNie mierzę, ja co mniej jestem, niż niczem!

Zysku ty szukasz, jest li zysk w nieszczęściu,Bo lżejszą klęska, co nie gnębi długo.

Błogosławiony dzień ów, który nędzyKres już ostatni położy,Przybądź, o przybądź co prędzej,Niechbym nie zajrzał jutrzejszej ja zorzy!

To rzecz przyszłości; dla obecnej chwiliTrza działać; tamto obmyśleć rzecz bogów.

Wszystkie pragnienia w tem jednem zawarłem.

O nic nie błagaj, bo próżne marzenia,By człowiek uszedł swego przeznaczenia.

Wiedźcie mnie, sługi, uchodźcie stąd ze mną,Mnie, który syna zabiłem wbrew woli,I tamtą. Biada! aż w oczach mi ciemno.Dokąd się zwrócić, gdzie spojrzeć w niedoli?Wszystko mi łamie się w ręku,Los mnie powalił, pełen burz i lęku.

Nad szczęścia błysk, co złudą mar,Najwyższy skarb rozumu dar.A wyzwie ten niechybny sąd,Kto bogów lży i wali rząd.I ześlą oni swą zemstę i karyNa pychę słowa w człowieku,I w klęsk odmęcie rozumu i miaryW późnym nauczą go wieku.

Bo nigdy, gdybym matką dziatek była,Lub mąż mi zmarły leżał w poniewierce,Tej służby bym się nie jęła przekornie. 905Gwoli jakiemu prawu tak przemawiam?Po zmarłym inny mąż by mi się trafił,I dziecko inne gdyby tego zbrakło.Lecz, skoro Hades rodziców pochłonął,Nigdy już brat mi nie nastałby nowy, 910A więc dlatego tak ciebie uczciłam.

Comentarios

Cargando comentarios…