Antygona — Całość

Traducido del griego antiguo por Kazimierz Kaszewski

To też dlatego wtórujem ci dzielnej,Kiedy ty gromisz i miażdżysz tyrany,Jak głos sumienia wielki, nieśmiertelny,Sławiąc praw bożych zakon niepisany;Zstąp więc ty śmiało, o dziewo, na ziemie,Którą też gniecie praw pisanych brzemię...

Ismeno, siostro po krwi i niedoli!Już pono wszystkie winy EdypoweZeus zwalił w klęskach na potomstwa głowę...Wszak ród nasz wszystko, co smuci i boli,Wycierpiał w ciągu całego żywota: 5

A dzisiaj nowa grozi nam sromota!Czy znasz okrutny wyrok króla nowy,O którym różne w mieście krążą mowy?...Słyszałaś?... Wiesz-że, co on w sobie mieści?..,Zapowiedź nowej od wrogów boleści! 10

Nie, Antygono! ja nie wiem nic zgoła.NieNnie, odkąd bracia, po długiej rozterceDwa razem groty w bratnie wbili serce,Żadna wieść — smutna, ni żadna wesoła.A gdy straż Argów podczas nocnej doby 15

Umknęła z miasta, nic nie widzę, cobyMogło pogorszyć dolę lub poprawić.

Wiem; po toż z dworca wiodę cię tajemnie,Byś sama wszystko słyszała odemnie.

Cóż to jest?... masz mi coś strasznego zjawić? 20

Kreon mym braciom różny pogrzeb sprawił:Jednego uczcił, drugiego z niesławił.W szale Eteokla zacnie, po zwyczajuDo ziemi schował według praw; że śmiało,Godnie, mógł zstąpić do umarłych kraju. 25

A nieszczęsnego Polinika ciałoWzbrania wszem ziomkom, wzbrania mnie i tobieZłożyć do grobu, zapłakać przy grobie.Bez łzy pogrzebnej leży, aż nań zgóryDrapieżne ptaków uderzą pazury. 30

Taką to dobry Kreon, taką wolęRzuca na twoją i moją niedoląSam on tu przyjdzie jeszcze ją objawićTym, co nie wiedzą; ceni ją wysoce,A ktoby ważył się jej opór stawić, 35

I wbrew zakazom pogrzeb ów wyprawić,Tego kamieńmi lud na śmierć zdruzgoce.Teraz więc pora, abyś okazała,Co jest krwi twojej; wielkość czy zakała?

O nieszczęśliwa! co też ci się marzy! 40

Mój czyn, me słowo, co w tej biedzie waży?

Pytam: chcesz zemną swe zjednoczyć siły?

Lecz o co chodzi? jakie twe zamysły?

Pomóż mi ciało złożyć do mogiły.

I tyżbyś śmiała? mimo zakaz ścisły? 45

O tak! dokonam, chociażby bez ciebie;Któż nazwie zbrodnią, że brata pogrzebię?

Niebaczna I jakto? wbrew Kreona woli!

Nie uczcić brata on mię nie zniewoli.

Przebóg — o siostro! rozważ los ojcowy: 50

Edyp na widok zbrodni swej ogromu,Własną prawicą wydarł oczy z głowy,Zmarł pod ciężarem przekleństwa i sromu;A matka jego i zarazem żonaMarnie w pętlicy zaciśniętej kona; 55

Nasi zaś bracia, ich nieszczęsne syny,Wzajemnie zbrojąc nienawistne dłonie,Upadli razem w bratobójczym zgonie.Myśmy zostały jak szczątek jedyny;Więc zważ, o ile gorzej-by nam było 60

Pogardzać władców i wyroków siłą.Pomnij i na to, że nie my, kobiety.Z mężami możem mierzyć się, niestety!Raczej, dźwigając konieczną niewolę,Znieść te, a choćby i gorętsze bole. 65

Więc ja, rzucając opór nadaremny,Przebłagam zato bogów świat podziemny,I rozkaz władzy mieć będę na pieczy.— Nierozum sprawiać niepodobne rzeczy...

Ja cię nie zmuszam; jestem owszem rada, 70

Że to do twojej myśli nie przypada.Czyń, jak chcesz; brata ja sama pogrzebię;A potem umrę śmiercią świętej zbrodni.O! piękną śmiercią; i tak nieodrodniWzajemną miłość złożym obok siebie. 75

Ja się chcę bogom zasłużyć, bo z niemiDłużej mi bywać, niż z ludźmi na ziemi.Ty chcesz, to gardź tem, co bogi czczą w niebie.

Ja tem nie gardzę, ale mam że siłęZdolną rozbroić wszystkie miasta straże? 80

To twe wymówki; lecz ja się odważęDrogiemu bratu usypać mogiłę.

Nieszczęsna! lękam się o ciebie srodze.

Myśl ty o sobie; o mnie nie bądź w trwodze.

Niech o tem ucho nie słyszy niczyje; 85

Ukryj swój zamiar i ja go ukryję.

Prze wielkie bogi! Głoś na wszystkie strony!

Milczeniem kryjąc zamiar niewzruszony,Jeszczebyś w większej była mi ohydzie.

Ej! zbyt gorąca ima cię odwaga 90

Ku rzeczy, która zimnej krwi wymaga.

Ale tych zjednam, o których mi idzie.

Jeśli-ć się uda zbyt śmiałe wyzwanie.

W tedy dam pokój, gdy mi sił nie stanie.

W niepodobieństwach, i początek błędem. 95

Przestań, bo ciebie znienawidzę gorzej;Cień brata słusznie na ciebie się sroży.Co bądź, ja pójdę mym zuchwałym pędem:Los może rzucić mną najniełaskawiej,Ale mnie pięknej śmierci nie pozbawi. 100

Więc czyń, jak myślisz, kiedy chcesz koniecznie:Może ty błądzisz, lecz kochasz statecznie,

O! promieniu słońca, ty,Któryś dziś rozświecił namPonad siedm tebańskich bramNajpiękniejszy z pięknych dni:Złote oko dnia! twój bieg 5

Złotem barwi Dyrki brzeg.Za twą sprawą to się stało,Że pośpiesznie ów potężnyPierzchnął od nas wróg orężny.Mąż osłonion tarczą białą. 10

Gwoli Polinika zdrad,W przeraźliwy okrzyk zgóry,Jako orzeł śnieżno-pióry.On na ziemię naszą padł.A wystąpił groźny, zbrojny; 15

A hełm jego włosiem strojny.

On przy murach naszych stał,Dzid morderczych stawiąc wałKoło siedmiu miasta bram;Lecz nim krew wytoczył nam, 20

Nim płomieniem buchnął w gród,Sam haniebnie umknął wprzód,Tak Aresa grzmiący krokRzuca na wstecz wrogów szyk;Tak na groźny jego krzyk 25

Nieprzyjaciel pierzcha smok.Pyszny język — Zeusa gniew:Więc on widząc złota blask,Ich orężów dumny trzask,Ich przedwczesny chluby śpiew; 30

Zionął grom — wróg runął zgóryI ucichły zwycięstw chóry.

Zadrżał wojownik, co z ogniem stałI rozjuszony na ziemię legł,Choć złością wściekłą na miasto ział, 35

I tchem przekleństwa powietrza siekł.Na innych inne rozrzuca klęskiZ bojowej dłoni Ares zwycięski.W siedmiu, na siedmiu cięli się tamWodze u siedmiu tebańskich bram; 40

I wszystkich zbroje, sprawca ich klęskiPorwał w zdobyczy nasz Zeus zwycięski.Tylko nieszczęśni dwaj zapaśnicyZ jednego ojca, jednej rodzicy,Upornie walcząc o ojców tron, 45

Wspólny w zwycięstwie znaleźli zgon.

Zwycięstwo!... huknie radosna wieść

Na wozo-słynny tebański gród.Ucichły klęski i cały ludCiągnie do świątyń; bogom na cześć 50

Przez noc, noc całą pląsy zawiedzie,A Bach rozkoszny Tebom na przedzie.I otoż właśnie zbliża się sam,Zbliża się Kreon syn Menojkowy,Królem tej ziemi przysądzon nam 55

Według niedawnej bogów umowy.I coś ważnego w myśli mu ciąży,I coś nam zjawić pewnie tu dąży,Gdy tę poważną starców gromadęGłośnym rozkazem wezwał na radę. 60

Mężowie! bóstwa, co długo kraj całyBurzami siekły, dziś mu spokój dały.Ja-m was dlatego wezwał przed innemi,Bo wiem, że wyście każdej życia chwiliDzielnem ramieniem tron Laja chronili; 5

Później Edypa gdy władał w tej ziemi,A później z równą wiernością i chwałąWspierali synów, gdy ojca nie stało.A kiedy wspólne wywiodły ich losyDo boju, w którym przez dwa niecne ciosy 10

Razem z ich życiem zginęła i zwada;Więc tron i władza mnie, po krwi, przypadaNie wprzód człowieka człowiek zmierzyć umiePo jego duszy, sercu i rozumie,Aż się u rządów z myśli swych wygada. 15

Co do mnie wszakże: ja rządów sternika,Co rad cnych ludzi w żadnej nie ma cenie,Owszem ich usta postrachem zamyka,Najgorszym człekiem mieniłem i mienię.A ten, co dobro druha ma na straży 20

Więcej niż kraju, nic u mnie nie waży.Świadczę się Zeusem wszechwidzącym, jakoSam pierwszy wydam przed wami wszelaką

Zdradę, grożącą ojczyznie; jej wrogiNigdy do uczuć mych nie znajdą drogi. 25

Ja-m dobrze świadom, że dola szczęśliwaWszystkich nas z dobra ojczyzny wypływa,I że, gdy szczęściem cały kraj zasłynie,To nam na wiernej nie zbędzie drużynie.Takie zasady państwo nasze wzmogą, 30

Takich ja zasad postępując drogą,To, względem synów Edypa, ziomkowie!Dla powszechnego pożytku stanowię:Eteokl, który przy obronie krajuLegł, dzielnie walcząc, śmiercią bohatera; 35

Niechaj ma pogrzeb, niechaj cześć odbieraW świętych obiatach, według obyczaju.Ale brat jego, ów Polinik srogi.Ten zbieg z wygnania, co wyciągnął w pole,By spalić miasto z domowymi bogi, 40

Wypić krew bratnią, narzucić niewolę;Tego nie uczci ni łza, ni mogiła.Owszem, mój rozkaz miastu zapowiada,By leżał nagi, jako zdobycz miłaDla psów żarłocznych, dla ptaków biesiada, 45

Tak chcę. — I za mnie nigdy nie ujrzycie,By zły z dobrym porownan w zaszczycie;Lecz prawy kraju syn, zawsze i wszędzie,Żyw czy umarły, uczczonym mi będzie.

O przyjacielu i o wrogu kraju. 50

Jakie masz zdanie, synu Menojkowy,Wola ci sądzić według praw, zwyczaju,Jako umarłych, tak nas, żywe głowy.

Baczcież, by słowa moje się spełniły.

Takie ciężary złóż na młodsze siły. 55

Lecz ja strzedz trupa już zleciłem straży.

Jakiegoż pragniesz jeszcze bezpieczeństwa?

Nie chcę dopuścić do nieposłuszeństwa.

Głupi się chyba po śmierć iść poważy.

Choć kara pewna, lecz pomnieć nie wadzi, 60

Że chciwość zysku często źle poradzi.

Ja ci nie powiem, żem bez tchu, o panie!Żem lekką nogą biegł na twe spotkanie.Nieraz mnie owszem strach chwytał za nogi, 65

Nieraz mi szeptał, abym wrócił z drogi.I dusza w różnem mówiła mi słowie:— „Gdzie pędzisz? biedny! nie śpiesz, tam jedynieZguba twa:“ To znów: „Lecz Kreon się dowieOd innych o tem; kara cię nie minie“. 70

W takichto myślach wolniała ma noga,I krótka, długą stała mi się droga.Tu wreszcie przybyć rozwaga radziła,A choć wieść moja, wieść nader niemiła,To wszakże inna nie czeka mnie biada 75

Prócz tej, co z woli przeznaczeń przypada.

Cóż to jest? skąd ci ta trwoga przychodzi?

Wprzód, co mnie tyczy, powiem: w zajściu całem.Nie ja-m jest sprawcą, sprawcy nie widziałem,Mnie tedy karać za to się nie godzi.

Bardzoś ostrożny i w obronie biegły: 80

Więc coś ważnego słowa twe zastrzegły.

To ciężar strachu tak człowieka gniecie.

Więc, lub precz ruszaj, lub raz gadaj przecie!

A więc ci powiem. Ktoś się zdobył na to,By trupa złożyć jakoby w mogile; 85

Przysypał piaskiem i uczcił obiatą.

Któżto się z ludzi rozzuchwalił tyle?!

Nie wiem; najmniejsze nie zostały znakiRydla, topora na przestrzeni całej,Ni koła wozu ziemię wydeptały; 90

Że sprawca uszedł bez żadnej poszlaki.Co, strażnik dzienny gdy z jutrzenki brzaskiemDoniósł nam, każdy smutno ważył w sobie:Trupa nie widać, choć leżał nie w grobie,Lecz lekko, zprędka przysypany piaskiem. 95

Na ciele żadne nic istniały śladyDrapieżnych zwierząt albo psiej gromady.Dopieroż wrzawa poczęła się dzika:Złemi słowami lżył strażnik strażnika,A od słów wkrótce i bójka gotowa. 100

Nie było komu wyrzec miru słowa,Jeden drugiego posądzał o zbrodnię,Lecz nikt nie umiał wykazać dowodnie.Aż wreszcie wszyscy pragnęliśmy razemSkakać przez ogień z gorącem żelazem. 105

Kląć się na bogi, że w tem złem bezczynniSpółwiedzą nawet byliśmy niewinni.Lecz gdy narada wcale nas nie krzepi,Ozwał się jeden; a śród jego mowyKu ziemi wszystkim wraz opadły głowy, 110

Bo ni zaprzeczyć, ni wymyślać lepiej.On tedy prawił, by w takiej potrzebieW ręcz, bez ogródki zawiadomić ciebie.I to przemogło; a los niełaskawyMnie nieszczęsnego wskazał do tej sprawy. 115

Niechętny, stawam przy niechętnych — czuję;Posła złych wieści któż chętnie przyjmuje?

O królu! cicha myśl mi szemrze w głowie,Czy tu sprawcami nie sami bogowie?

Przestań! bo gniewu dopełniając miary, 120

Powiem, żeś tyle głupi, ile stary.

To niesłychana, by takie pleść baśnie:Bógby się troskał takim człekiem właśnie!Tegożby mieli czcić bogowie sami,Co przyszedł wydrzeć im własność; podpalić 125

Ich święte chramy wsparte filarami;Ich ziemię zburzyć i prawa obalić?Widziałżeś, aby złych czcili bogowie?Nie!... lecz wiem, szemrzą niektórzy ziomkowi,Wzruszają głową, na ich karki harde 130

Jarzmo mej władzy zdaje się zatwarde.Onito — rozum jasno wierzyć każe —Przynętą zysku podłechtali straże.Siła klęsk ciąży na ludziach, a przecieKlęska pieniędzy najzgubniejsza w świecie: 135

Bo pieniądz grody i strzechy pustoszy,Pieniądz i z prawych serc uczciwość płoszy,Uczy postępem osiągać złe cele,Czynów haniebnych dopuszczać się śmiele.Lecz sprawiedliwość takich nie prześlepi, 140

Których do złego widok zysku krzepi.Jeśli więc cenię potęgę Zeusową.Wiedz, — a masz na to przysięgi mej słowo —Że, gdy zbrodniarza, który pogrzebł ciało,Nie wynajdziecie, i gdy on nie stanie 150

Przed mem obliczem, śmierci dla was mało,Lecz w mękach wisząc złożycie wyznanie.Byście na przyszłość mieli znak dowodny,Gdzie zysk jest prawy, a gdzie karygodny,Dam wam przestrogę, że z niecnych korzyści 155

Więcej się złego niż dobrego iści.

Mam jeszcze mówić, czy wyruszyć w pole?

Czyli nie widzisz? bolą mnie twe wieści.

W duszy-ż czy w uchu uczuwasz te bole?

Nie twoja badać, gdzie się ból mój mieści. 160

Złoczyńca duszę, ja ci ucho ranię.

Pleciesz koszałki opałki.

Lecz, panie!Ja w tym występku udziału nie brałem.

Głowęś naraził, zdjęty zysku szałem.

Bieda, kto da się fałszywie uprzedzić. 160

Mądra uwaga; to wszakże masz wiedzieć,Że, gdy nie znajdzie się sprawca niesławy,To wam pokażę, co to zysk nieprawy.

Znajdzie... nie znajdzie — jak z losu wypadnie;Lecz tak lub owak, to ja wiem dokładnie, 165

Że mnie już nigdy twe nie ujrzy oko,I tak ja-m bogom winien cześć głęboką,Żem wbrew sądzeniu, przed karą gotowąWymknął się jakoś i uszedłem zdrowo.

Wiele jest dziwów — a przecieCzłowiek, największy dziw w świecie.Onto w siną głębię mórzOślep się rzuca, nie zważa,Czy go pęd ryczących burz 5

Po drżących prądach wytarza.On wielkiej bogini — ZiemiNieśmiertelnej, niezmęczonęj,Rok w rok pługami konnemiPruje brzemię w różne strony. 10

W jego rozstawione sieci

Ród leciuchny ptasząt leci:Człowieka przemyślny umChwyta w splątane pętliceI leśnych zwierzątek tłum 15

I wód łuskate dziewice.Człowieka wola łagodziNajdziksze potwory gór,W jego jarzmie milczkiem chodziI koń grzywiasty i tur. 20

Człowieka darem — słowa grom,W człowieku górnej myśli dom,A w myślach swych badawczy człekPrzyszłości nawet odgadł bieg.Ni on się zlęknie mrozów tchu, 25

Ni ciosów gradu, ani dżdżu,I sama niemoc przed nim pada;Z śmiercią mu tylko trudna rada.

Olbrzymia ludzkiej myśli potęgaNad podziw wielkich celów dosięga, 30

Lecz człek, swa wolny w działaniu swem,Obwieje się między dobrem i złem.A kto podepcze prawa ojczyste,Kto na domowe porwie się bogi,Tego przekleństwo ściga wieczyste, 35

Tego ojczyzna rzuci za progi.O! bodaj taki nigdy pospołuNie dzielił ze mną myśli, ni stołu.

Lecz cóżto bogi tamZnowu zwiastują nam? 40

Nie wiem, czy prawda, czy stądTylko mych oczu błąd...Lecz nie; to iście ona —Zbliża się Antygona.O! nieszczęsnaż dziewica 45

Nieszczęsnego rodzica!...Za cóż jęła cię straż?

Przekroczyłaś ty możeW swym szalonym uporzeTo, co wzbronił król nasz! 50

Gdzie Kreon? Otóż i sprawczynię mamy:Schwytaliśmy ją na gorącym czynie.

Właśnie też Kreon wystąpił z za bramy.

A co? wszak zdrowa przestroga nie ginie.

Królu! daremne przysięgi człowieka: 5

Przed nową myślą stara myśl ucieka,Ja sam, groźbami twemi wystraszony,Przysiągłem nigdy nie wrócić w te strony,A tej przysiędze nie zrobiłem zadość:Bo mnie tu wiedzie i tem większa radość, 10

Żem się jej zgoła nie spodziewał w drodze;I tę ci oto dziewicę przywodzę,Którąśmy właśnie w samej czynu chwili,Gdy trupa miała grzebać, pochwycili,I to nie powiem, by tak losy chciały, 15

Ale z tej sprawy moim jest zysk cały.Masz oto, królu, sprawczynię niedoli,Badaj ją, osądź po zdaniu i woli,A ja, uwolnion, raz już przecie mogęOdetchnąć szczerze i pójść w swoją drogę. 20

Skąd ją przywiodłeś, powiedz — i dlaczego?

Ona jest winną — dowiesz się wszystkiego.

Prawdę-ż ty mówisz? rozumiesz swe słowa?

Toż-em ją widział chowającą ciałoWbrew twym nakazom: jasnaż ci ta mowa? 25

Jakże się to jej przestępstwo wydało?

Owóż, tak było: — Przed groźbami twemiWszyscyśmy z miejsca umknęli tej chwili,Przyszli przed trupa, otrząsnęli z ziemiI nadpsutego całkiem obnażyli; 30

Potem stanęli z wiatrem, na ustroniWyniosłych wzgórków , aby ujść złej woni;Gdzie groźno jeden drugiego przestrzegał,Aby od trupa okiem nie odbiegał.Wtem, kiedy kula słoneczna — iskrząca, 35

Uszła pół drogi, siejąc war gorąca;Jak świśnie wicher, a skrzydły wściekłemiJak sypnie kurzem od nieba do ziemi,To wraz też całe zaciemnił przeźrocze,Szarpiąc zielone u drzewin warkocze: 40

A myśmy, oczy zamknąwszy, czekali,Aż się gniew boży gdzieindziej przewali.Ucichło wreszcie i nasze źreniceUtkwią niebawem w jęczącą dziewicęGłosem tak dzikiej, tak tęsknej rozpaczy, 45

Jak ptak, gdy pustki w gniazdku swem obaczy.Tak dziko ona, tak tęskno jęczała,Stojąc około nagiego już ciała,I straszne klątwy miotając w tej chwiliNa sprawców, którzy dzieło jej zniszczyli. 50

Niebawem znów je piaskiem przysypała,Potem z miedzianej, pięknie rzniętej czaryTroiste lała na zwłoki ofiary.Co widząc, biegniem wprost ku niej, lecz onaZjawieniem naszem najmniej niestrwożona, 55

Badaniom wszelkim poddaje się śmiało,Sama wyznaje, co i jak się stało.To mnie i cieszy i zarazem boli:Bo, żem sam jakoś wymknął się niedoli,To dobrze, jednak smutno to jest nieco 60

Widzieć przyjaciół, jak na zgubę lecą;Lecz nikt mi tego za grzech nie policzy,Że człek przed innym sobie dobrze życzy.

A więc mi powiedz, ty, co spuszczasz głowę:Zapierasz, czyli stwierdzasz jego mowę? 65

Nic nie zapieram: — moje to są czyny.

Ty możesz odejść; oczyszczonyś z winy.

A ty mi powiedz, lecz w krótkim zachodzie,Znałaś mój rozkaz co do tego ciała?

I jak! Toż głosno grzmiał po całym grodzie. 70

Jakżeś ty prawom sprzeciwić się śmiała?

Bo to nie Zeus mi ogłosił je przecie,Ni sprawiedliwość, co zasiada w świeciePodziemnych bogów, których rzecz jedynieUświęcać prawa w śmiertelnych dziedzinie. 75

Więc nie sądziłam, ażeby uchwałyTwoje, zawarte w śmiertelnika słowie,Tym niepisanym prawom górowały,Którym niezłomność nadali bogowie,Których nie od dziś, nie od wczoraj wątek: 80

Żyją, choć nie wie nikt, gdzie ich początek.Miałażbym, ziemskim ulegając trwogom,Przez wzgląd na ludzi narażać się bogom?Nie!... sama wszakże wiedziałam dokładnie,Że i bez ciebie umrzeć mi wypadnie; 85

A, iż przyspieszam chwilę śmierci mojej,To mi za rozkosz i za korzyść stoi,Bo kogo srogi, jak mnie, ból pożeraPrzez całe życie, ten wesół umiera.A więc nie trwożę się groźbami twemi. 90

Lecz gdybym wspólnej matki naszej synaBez czci grobowej odeszła na ziemi,Wtedyby trwogą przejęła mnie winaMniemasz, że działam w szale, bezprzytomnie?Ej! sam szalony, kto tak myśli o mnie. 95

Hardy duch ojca odrodził się w córze:Oboje równo niebaczni na burze.

O! i najtwardszy duch za czasem pęknie:Przecież żelazo ma twardość nielada,A patrz, jak w ogniu kruszy się i mięknie. 100

Najdzikszych koni rozhukane stadaSłabe wędzidła spokojnie prowadzą.Jak śmie być hardym ten, kto jest pod władzą?Ona wiedziała, e mnie już znieważaLekceważeniem mojej woli prawej, 105

A teraz jeszcze zniewagę powtarza,Śmiejąc się, pyszniąc z gorszącej niesławy.To gdyby jej się zwycięstwo udało,Ją, nie mnie mężem zwaćby można śmiało;Ale czy ona krewną mi przez siostrę, 110

Czy bodaj bliższą niewiastą w rodzinie,Zawsze jej kara wzorowa nie minie.Ja na nie obie pomsty dłoń rozpostrę,Bo i Ismena, jej siostrzyczka miła,Do tej się sprawy, ręczę, przyłożyła. 115

Wołać ją tutaj! Ja dobrze widziałem.Że ona jakimś opętana szałem,A szał — niepokój zdradza i dowodzi,Że ktoś pociemku w zdrożne cele godzi;Ja zaś najbardziej potępiam człowieka, 120

Co w piękne słówka brzydki czyn obleka.

Czegóż chcesz więcej! zabij! ja-m gotowa.

Nic nie chcę więcej, to dość... ani słowa.

Więc przestań mówić, bo próżna twa mowa.I próżno drażnią zobopólne słowa. 125

Cokolwiek powiesz, wielka dla mnie chwała;Żem brata ze czcią w grobie pochowała;I każdyby mnie chwalił z mego dzieła,Tylko że bojaźń usta im zamknęła.Bo król, przy innych: i tę moc dziedziczy, 130

Że każdy mówi, jak on sobie życzy.

Jedna tak sądzisz pomiędzy Tebany.

Nie — ale głos ich milczy zestrachany.

Jak śmiesz od innych różnego być zdania?

Jakież to prawo brata czcić zabrania? 135

Nie również blizkim Eteokl jest tobie.

Z jednych rodziców był mi równie bratem.

Czcić jego wroga nie godzi się zatem.

Eteokl za to nie gniewa się w grobie.

Lecz ty go we czci równasz z bezbożnikiem. 140

Toż on był bratem, nie zaś niewolnikiem.

Ten ziemię niszczył, tamten bronił ziemi.

Każdemu równe śmierć nadaje prawa.

Zdrożna rzecz, w prawie równać złych z dobremi.

Kto wie, jak Hades prawo to uznawa. 145

Wróg i po śmierci druhem się nie stanie.

Mnie, nie nienawiść modłą, lecz kochanie.

Kochaj-że zdrowa, lecz na tamtym świecie:Ja, żywy, nie dam władać tu kobiecie.

Otóż Ismena po drodze 150

Bratnie wylewa łzy,Chmura czoło jej mgli,Piękna twarz spłakana srodze.

To nie wiedziałem istotnie, że żywieDwa przyszłe tronu mojego straszydła. 155

Powiedz; ty, która kryłaś się zdradliwieNa piersi mojej, ty, żmijo przybrzydła,Ja pod przysięgą zapytuję ciebie,Czyś brała udział w występnym pogrzebie?

Owszem; niech tylko siostra mi zezwoli, 160

Przyjmują udział w jej czynie i doli.

Nie. Słuszność za złe wzięłaby to w niebie:W szale tyś nie chciała, odepchnęłam ciebie.

Lecz kiedy widzę cię w takiej opale,Dzielić twe kaźni nie wstydzę się wcale. 165

Oj! wie to Hades i piekieł bogowie.Że mi ten niczem, czyja miłość w słowie.

O! nie sądź, siostro, że mi braknie RiłyUmrzeć wraz z tobą u brata mogiły.

Po co umierać? dosyć mego zgonu. 170

Co się domagasz nie swojego plonu!

Cóż, gdy cię stracę, życie mi osłodzi?

Spytaj Kreona — on cię tak obchodzi.

Dlaczego próżno rozdzierasz mi duszę?

Z boleścią wprawdzie śmiać się z ciebie muszę. 175

W czemże ci przecie mogę być usłużną?

Usłuż ty sobie, nie chcę ci być dłużną.

Nie chcesz, bym śmierć twą dzieliła? och, biada!

Tyś była życiu, ja zaś śmierci rada.

Och! Czemuś mojem zdaniem pogardziła! 180

Każda wybrała rzecz, jaka jej miła.

Za wspólny błąd niech wspólna kara spada.

Ty żyj! ja-m duszą umarła zamłoduI dziś ja-m tylko sługą zmarłych braci.

Z tych dwojga dziewek, ta, dziś rozum traci, 185

A tamta, widzę, nie miała go z rodu.

Królu! gdy człowiek z losem złym się biedzi,Najtęższy rozum w miejscu nie dosiedzi.

Twój odbiegł, skoro chcesz ginąć ze złemi.

Bez siostry cóż mi po życiu na ziemi? 190

Trudno, od dzisiaj już jej życie kona.

Wszak to twojego syna narzeczona.

Niewielka strata; czyżto niewiast mało?

Czyż to ich z twojej ręki spotkać miało?

Nie chcę dla syna tak niegodnej żony. 195

Jakżeś, Hemonie, przez ojca wzgardzony!

Nudzisz mnie ty i twoja gadanina.

Więc chcesz ją gwałtem wyrwać z objęć syna?

Hades rozerwie te niegodne śluby.

Toś rzekł ostatnie słowo jej zaguby? 200

Tak, tak, — ostatnie. Sam tu! rychlej, draby!Zabrać mi precz stąd i zamknąć te baby:Bo i najwięksi śmiałkowie są czasemGotowi zmykać, kiedy śmierć zapasem.

Szczęsny ten, co w ciągu latUmknął ciężkich z losem zwad;Ależ biada temu, biadaNa czyj dom gniew boży pada.Ród jego w wieczyste czasy 5

Z nieszczęściem idzie w zapasy.To jak trackich wichrów huk,Śród egiejskich zagrzmi strug;Wraz kipiący morza spódW górę czarnym ciska piaskiem, 10

A bałwany z głębi wódO brzeg z groźnym biją wrzaskiem.

Tak, widzę, nieszczęść kolejnych gromPada na dawny Labdaków dom.Próżno się w klęskach miota ród stary,Nowego rodu nie zwolni z kary; 15

Jakby za nimi mściwy bóg jaki

Gonił bez przerwy we wszystkie szlaki.Błysł niby jakiś promyk nadzieiPonad Edypa synów głowami, 20

Ale ci, w ciągłych szaleństw kolei,W grób się przez zawiść zwalili sami.

Zeusie! Jakkolwiek dumny człek.Z twą wolą ach! nie walczyć mu,Bo jej nie zmorzy dzielność snu, 25

Nie nadweręży wieków bieg.Ty, w olimpijskich światłach król,Nie wiesz, co starość jest, co ból,I w drogę życia dajesz samPrzestrogę wiekuistą nam: 30

— Kto nie chce w życiu mieć zawoduNadziei niech się zrzeknie zmłodu.

Ludziom nadzieja zwodniczaŁask swych czasami użycza,Lecz częściej próżne marzenia 35

Na smutny zawód zamieniajŻe nikt, co spotka go, nie wie,Aż nogą stąpi w zarzewie.Mądrą przestrogę nieladaKtoś w pięknem słowie powiada: 40

Że człowiek gdy w dobrej wierzeZło z gruntu za dobro bierze,Znak to nieomylny, że bogiCios wymierzyli nań srogi.Nic go odeń nie ustrzeże, 45

Śmierć go chwyci wpół drogi.

Lecz syn najmłodszy twój, panie!Idzie tu Hemon, strapionyNieszczęsną dolą swej Antygony;Ciężkież mu z lubą rozstanie! 50

Da się to widzieć. Powiedz: synu luby!Czy mnie potępiaez, żem twe zerwał śluby,Czy też, choć wyrok mój zda ci się srogim,Ja-m przecie dla cię nie przestał być drogim?

Ojcze! ja twoim jestem jako żywo; 5

Wtem jedno skrzętny, co twój głos mi każeObok twej woli, gdy jest sprawiedliwą.Wszelki ślub inny za nic sobie ważę.

Dobrze, mój synu! To ciebie zaszczyca:Wszystko jest niczem przy woli rodzica. 10

Na to o dzieci każdy prosi bogów,W domu, wszystkiego synowi udziela,By ten był wrogiem dla ojcowskich, wrogów,A tak jak ojciec wielbił przyjaciela.Kto zasię dzieci niesforne napłodzi, 15

To sobie ukuł kajdany na nogi,I śmiech zeń wielki pójdzie między wrogi.Niech cię więc, synu, z rozsądku nie zwodziRozkoszy żądza: odpędź jej podniety,Boć zimnym ucisk jest niecnej kobiety, 20

Dla której łoża w zacnym domu szkoda.O! zły przyjaciel — to złe gorsze wrzoda,A więc się nie kwap: ona sobie przecieWynajdzie męża, lecz na tamtym świecie.Bo, że ta jedna pomiędzy Tebany 25

Śmiała mi stawić opór niesłychanyI władzy mojej naruszać osady:Ja przeto wobec całego zebrania,Mimo przewrotnych przyjaciół dorady,Śmierć jej wyrzekłem i nie zmienię zdania. 30

Niech Zeus tę sprawę rozsądzi w rodzinie;Jeżelić krewny oporem mi stawa,To obcy będzież strzegł mojego prawa?Kto dobrym rządem w domu swym zasłynie,Temu i z rządów kraju będzie sława. 35

Lecz kto w uporze swoim zatwardziały,

Łamiąc swawolnie rządowe uchwały,Jeszcze zwierzchnikom przeczyć się ośmiela;Ten mieć nie będzie ze mnie przyjaciela.Kogo najwyższą zaszczycono władzą, 40

Tego się woli niech wszyscy poddadzą,Czy to, co każe, jest małe lub wielkie.Słuszne, niesłuszne, jednem słowem — wszelkie.Kto tego pilnie strzeże w swym rozumie,Ten umie władać i ulegać umie. 45

A gdy go rozkaz wezwie na bój krwawy,Dotrwa w obronie sprzymierzeńczej sprawy.Lecz gdzież złe większe znajdziesz od niezgody?Ona to niszczy rodziny i grody,I płosząc wojska, wiedzie do niesławy; 50

A ci, co w miejscu przebyli wytrwalej,Przez posłuszeństwo ratunek zyskali.Słuchajmyż władzy postanowień raczej,Niż tego, co się kobiecie majaczy:Wielka-bo mężom byłaby niesława, 55

Gdyby niewieście rządzić miały prawa.

Jeśli nam starość nie zamgliła w głowie,To jasna prawda zda się być w twem słowie.

Tak, ojcze! między darami bożemiRozum najwyższem jest dobrem na ziemi. 60

Nie przeczę temu, coś mówił w tej chwili,Ani znam takich, coby zaprzeczyli.Lecz czemuż drugi nie ma rzec słów prawdy?Niech co chce będzie, ty nie sięgniesz zawdyW to, co o tobie kto myśli zdaleka, 65

Bo nikt na ciebie nie wyrwie się słowy:Twarz twoja trwogą przejmuje człowieka.Ale ja chwytam ich te ciche mowy.Słyszałem w mieście narzekania słowa:— Że najzacniejsza z wszystkich białogłowe 70

Nie dozwoliła, by braterskie ciałoPastwą się ptaków, dzikich zwierząt stało;Więc za pobożność, godną złotej chluby,Ma się stać winną kary i zaguby!Tak oni szepczą. Mnie zaś to obchodzi. 75

Najwięcej, co się z twym pożytkiem godzi;Bo cóż za obraz dla dzieci wspaniały:Widzieć rodzica w całym blasku chwały!Więc nie trwaj, ojcze, w niewczesnym uporze,Iż twój li rozum coś znaczy i może; 80

Bo i sam przyznasz, że ci, co w swej dumieO własnym tylko trzymają rozumie,Swoim zdolnościom hołdują i mowie:Że ci najczęściej mają pustki w głowie,A mąż im jaśniej spoziera w głąb rzeczy, 85

Tem więcej słucha i nie zawsze przeczy.Gdy zamieć trzęsie drzewami, to owo,Które się ugnie, — przetrzyma ją zdrowo,Inne, chcąc sprostać własnem wysileniemNaciskom burzy, wali się z korzeniem. 90

A żeglarz, jeśli, choć go wicher nagli,Nie wstrzyma biegu i nie zwinie żagli,To łódka jego chwieje się, rozpada,A on na szczątki, ratując się, siada.Więc lepiej, ojcze, porzuć ten gniew, — radzę, 95

I do umysłu daj przystęp rozwadze:Bo jak tak sądzę w mym młodym rozumie:Dobrze to, jeśli człowiek samodzielnieZaradzić sobie w każdym razie umie;Jeśli przeciwnie (a mówiąc rzetelnie 100

To traf najczęstszy), więc niechaj już lepiejCudzym rozumem swój rozum pokrzepi.

I cóż ty na to, co on mówi, panie!Zda się, że oba słuszne macie zdanie.

Na starość dla mnie hańba niesłychana, 105

Bym miał się żywić radami młodziana.

Ja-ć źle nie radzę i cóż stąd, żem młody?Nie na wiek zważaj, ale na dowody.

Chcesz ze mnie zrobić złych ludzi czciciela?

Tej przecie rady nikt ci udziela. 110

Toż tej twa luba uległa chorobie.

Cała Teb ludność sprzeciwia się tobie.

Ludność mi tedy ma dawać rozkazy?

Widzisz, jak młode są twoje wyrazy!

Któż tedy prócz mnie w tej krainie włada? 115

Gdzie jeden rządzi, tam wolności biada!

Prawo od władcy kraj zależnym czyni.

Będzież ty wkrótce władał tu... w pustyni.

Tak o kobietę chodzi mu: o wstydzie!

Czyś ty kobieta? — mnie o ciebie idzie. 120

Ojcu śmiesz przeczyć, niegodziwy synu?

Bo się dopuścić chcesz zdrożnego czynu.

Zdrożnego? strzegąc me prawa od wrogów?

Nie! ty je depczesz, gwałcąc prawa bogów.

O sługo babi! o wyrodne dziecię! 125

Sługą występku nie nazwiesz mnie przecie!

Słowa twe za nią więc walczą jedynie?

Za ciebie, za mnie, za bogi podziemne.

Żywą zaślubić chęci twe daremne.

Jeśli ma zginąć, to nie sama zginie. 130

Jeszcze śmiesz z groźbą wyjeżdżać, zuchwalcze!

Z groźbą?... ze przeciw niesłuszności walczę!

Sam bezrozumny mnie chcesz uczyć ninie?

Gdybyś mi nie był ojcem, rzekłbym śmiało,Że ci rozumu dziś właśnie niestało. 135

Sługo niewieści, męczysz mnie zbyt srogo.

Chcesz mówić, ale nie słuchać nikogo.

Czy tak?... Na Olimp! to już przeszło miaręTa ci obelga nie ujdzie bezkarnie!Zaraz mi tam tę sprowadzić poczwarę, 140

Niech w oczach gacha poniesie męczarnie!

Nie! ja nie będę świadkiem jej męczeństwaI ty runie żywym nie ujrzysz na ziemi.Sam tu pozostań z przyjaciółmi swemiCo radzi znoszą twoje okrucieństwa. 145

Królu! on odszedł zagniewany srodze,A gniew — młodego na złej stawia drodze.

Niech idzie, knuje nadludzkie zamiary,Lecz nie uwolni tych dziewcząt od kary.

Więc te dziewice obie śmiercią zginą? 150

Nie, ta nie zginie, co nie zgrzeszy winąPogrzebu zdrajcy: słuszne twe pytanie.

A ze skazaną na śmierć co się stanie?

Tę do odludnej zawiodę pustyniI tam w podziemnej zamknę ją jaskini, 155

Tyle jej tylko wyznaczając chlebaIle do walki ze śmiercią potrzebaPrzez dzień jedyny, jako chcą ustawy,Aby na miasto nie ściągnąć niesławy.Niechaj tam Hades, którego tak chwali 160

Nad wszystkich bogów, życie jej ocali:Albo też pozna, chociaż po niewczasie,Że cześć dla piekieł nie nawiele zda się.

Miłości, twoja potęgaNiezłomna wszędzie dosięga.Urok na licach dziewicyW wieśniaczej składasz świetlicy.Na morskie zstępujesz tonie, 5

Każdego moc twa owionie:Bóg nieśmiertelny na niebie,Na ziemi człowiek nietrwały,Nie ustrzegą się od ciebie:Przeszyjesz ich swemi strzały. 10

A w kogo padnie twój strzał,Tym zaraz owłada szał.

Przez cię nawet męże godniIdą oślep drogą zbrodni.Ot i dziś przez ciebie właśnie 15

W całym rodzie dzikie waśnie.Lecz któż oprzeć się ośmieli,Gdy weń wzrok dziewicy strzeli?U przybytków nawet prawa,Pośród władców, miłość stawa. 20

Afrodyta to boginiTakie z ludzi żarty czyni.

Dusza, wbrew prawu wzburzona,Łez w oku wstrzymać nie może,Gdy widzę, jak Antygona 25

Na śmiertelne dąży łoże.

Tebańska drużyno bratnia!Otóż ma podróż ostatnia,Otóż na słońca promienieOstatnie rzucam wejrzenie.Żywą mnie Hades zabierze 5

Na Acheronu wybrzeże.Nie dla mnie ślubne już stroje,Godowe chóry — nie moje;Tam, tam, Acheron z daleka.Narzeczony mój, mnie czeka. 10

Oj! przyjmie cię dobrze tam otchłań bezdenna,Boś głośna z swych czynów, a chlubą promienna.I ni to choroby zniszczyły twe ciało,Ni ostrze miecz owe się nad niem znęcało;Lecz młoda, swobodna, we wdzięków rozkwicie, 15

Nie dbając na ludzi, opuścisz to życie.

Słyszałam kiedyś o córzeTantala, która stąd słynie,Że we Frygijskiej krainie,Na Sypilowej tam górze, 20

W zwojach niby bluszczu, całaStoi w głazie zamartwiała,I czoło jej wieść powiada,Wieczystym śniegiem pokryte,A z oczu w krople obfite 25

Łza po łzie na piersi spada.Tak i mnie dłoń PrzeznaczeniaUśpi w powłoce z kamienia.

Lecz ona od bogów wszak ród swój wywodzi,Nas zasię śmiertelnych śmiertelna krew rodzi; 30

Więc tobie wyroki snać chluby przyczynią,Gdy masz się choć w skonie porównać z boginią.

Przebóg! szydzi ze mnie lud.Cóż tak wcześnie mnie szarpiecie?Toć ja jeszcze żyję przecie; 35

Czekajcie, niech umrę wprzód.

O rodzinne miasto moje!Cni mężowie! Dyrki zdroje!O tebańskie święte gaje!Ja na świadki wzywam was, 40

Jaką gorycz mi zadajeLud mój w ciężki dla mnie czas:Gdy okropne prawo mnieW grób kamienny żywą śle.

O jakie ja nieszczęśliwa! 45

Ni to zmarła, ni to żywa;Ni mnie z ludźmi dziś na ziemi,Ni z duchami podziemnemi.

Na prawo się targnąć ważyła twa buta!Oj, córko! to pewnie za ojca pokuta. 50

Oj, najkrwawszą serca ranęTy rozdzierasz temi słowy,Wspominając los ojcowyI Labdaków klęski znane.Nieszczęsny-ż ślub! Matko miła, 55

Czemuś syna poślubiła;Bym ja, sprosnych związków dziecię,Tak cierpiała na tym świecie!...

Nie dla mnie rozkosz małżeństwa,Ja, ciążącego przekleństwa 60

Na was dźwigając dziś brzemię,Zstępuję do was, pod ziemię.Twoja śmierć, mój bracie miły,Twe-to śluby mnie zabiły!

Cześć zmarłym, zaprawdę, rzecz piękna; lecz biada 65

Chcieć tego rozkazom urągać, kto włada:A tyś się zbyt gniewem uniosła, o! luba,Więc z własnej twej woli wynikła twa zguba.

Bez pociechy, sama jednaW drogę śmierci idę biedna. 70

Słońca już oczami memiŚwiętych blasków nie obaczę;Ni mnie wspomni kto na ziemi,Ni z litości druh zapłacze!

Wszak wiecie, że końcaby nie miały te żale, 75

Lubo na śmierć sądzonych nie obronią wcale.Czemuście nie sprzątnęli jej z tych miejsc odrazu,Jakbyście nie słyszeli mojego rozkazu?Zakmnąć mi ją natychmiast: żywcem pogrzebionaNa dnie czarnej jaskini niech życia dokona. 80

Przez to kraj od występnej uwolni się przecieI ona też przestanie bruździć na tym świecie.

O zimne grobowisko! podziemna tajnico!O ślubne łoże! wieczna, więzienna strażnico!Gdzie ja mam się połączyć z moich krewnych gronem 85

Których liczba największa Persefony plonem!Ja umieram ostatnia, nędzna męczennica,Wprzód, nim mnie Przeznaczenia wskazała prawica.Lecz, ojcze! — matko! — bracie! to przynajmniej tuszę,Że wam przybyciem mojem rozraduję duszę! 90

Bom ja mą własną ręką myła wasze ciała,Ja-m też czystą obiatę na wasz grób wylała;A teraz mnie tak sroga nagroda spotyka,

Żem ze czcią pogrzebała brata Polinika,Każdy mędrzec słusznymi nazwie moje kroki. 95

Ja gdybym miała męża, gdybym miała dziecię,To pogrzebać ich nigdy nie śmiałabym przecie,Gdyby mi tego władców wzbraniały wyroki.Dziś pochowałam brata: dlaczego spytacie?Mąż?... Znalazłby się drugi po jednego stracie; 100

Gdybym straciła syna, innyby się zrodziłZ innego męża, coby boleść mą osłodził:Lecz gdy rodzice moi zeszli z tego świata,Toć już przecie nie mogę spodziewać się brata.A żem cię, miły bracie, pochowała godnie, 105

Więc mnie Kreon oskarżył o okropną zbrodnię,Samowolnym rozkazem skazał na katusze;I mnie z pośrodku ziomków gwałtem pochwycono,I ja w dziewiczej szacie zejść ze świata muszę,Nie znając, co za rozkosz być matką i żoną. 110

Opuszczona od wszystkich, sama, nieszczęśliwa,Do jaskini umarłych wloką mnie za żywa.W czem ja wam przewiniłam, nieśmiertelne bogi!Lecz i do was ja próżno wznoszę okrzyk trwogi,Gdy mnie za czyn pobożny, tu, pod waszem okiem 115

Karzą, jak bezbożnicę, śmiertelnym wyrokiem!Ha! jeżeli bogowie uznają mą winę,Więc dobrze: niech się spełni moich cierpień miara;Lecz jeśli ja niewinnie z rąk mych katów ginę,To życzę, by ich sroższa nie dotknęła kara. 120

W jej piersi ciągle tchnie duch ten sam.

Lecz... biada wam!Ona w więzieniu winna być już.

Och! za twem słowem śmierć idzie tuż!

Nie myśl, by los twój zmienić się miał, 125

Spełni się wyrok, jaki król dał.

Rodzinna ziemio, o Teby moje!Bogi ojczyste! tebańscy woje!

Patrzcie, zaświadczcie, jak ginę marnie,Na co mi wyszła troskliwość bratnia, 130

Od jakich ludzi znoszę męczarnie,Ja, waszych królów córa ostatnia!

Danae świetna też była z rodu;W miedzianej wieży zaparta, schła,A pozbawiona światłości dnia,W ciemnym swym grobie zmarła zamłodu;Chociaż Zeus, córko, w głębie jej łona, 5

Skrył złocistego deszczu nasiona.Lecz moc Wyroku jest nieugięta!Jej słuchać muszą czarne okrętaPluszozące w falach; pod jej rozkazem,Wieże i wojny grzmiące żelazem. 10

I król Edonów, Dryasa dziecię,Okrutnej doli doznał na świecie:Śmiał się Bachowi stawić zuchwale,Więc on też żywcem zakuł go w skale.Dopiero poznał półgłówek ów 15

Jak bogi karzą bezbożność słów.Bo też doprawdy szalał zawiele:Wstrzymał Bachantek huczne wesele.Pochodnie Bacha zgasił, niestety,Rozgniewał Muzy, głusząc ich flety. 20

Między Bosforem i Salmidessem,Tam, gdzie Cyanu wąskie przestworzeNa dwie rozłogi rozkłada morze,Gdzie ludy żyją z bogiem Aresem;Syny Fineja tam, wobec boga, 25

Przez niesłychaną macochy zbrodnięStracili jasne wzroku pochodnie.

Oj, biedneż dzieci! macocha srogaZbroi dłoń krwawą w ostrą iglicęI ostrz w pasierbów topi źrenice. 30

A choć okropnie cierpieli sami,Jednak jęczeli nad cierpieniamiNieszczęsnej matki, z której zamęściaBiągłeCiągłe spadały na nich nieszczęścia.Szła ona przecie z Erechtów rodu, 35

Córka Boreja, żyła za młoduSród burz ojcowskich, między granity,Z końmi w zawody biegła w gór szczyty;A choć krew bogów — musiała przecieWyroków woli uledz na świecie. 40

Przezacni Teb mężowie! Otóż k’wam przychodzę,Wiedziony tu oczami mego przewodnika;Bo ślepym cudze oko towarzyszy w drodze.

Stary Tyrezyasz z jakąż mnie wieścią spotyka?

Wnet ci ją powiem; ty wierz wyroczni mej wzajem. 5

Ja-m twoje napomnienia zawsze miał na pieczy.

Dlatego też pomyślnie sterowałeś krajem.

Przyznaję, że twe rady były nie od rzeczy.

A więc — niebezpieczeństwo ciąży nad twą głową.

Cóż tam znowu takiego? trwoży mnie twe słowo. 10

Posłuchaj, co ci moja nauka powiada:— Siedziałem w owej starej wieszczbiarni, przy której

Bujają w dziwnych kręgach różnepiórore stada;Wtem, dzikie krzyki ptasie groźnie zagrzmią z góry.To pewnie, myślę, wzajem wpijają pazury, 15

Bo wrzask; strasznie skrzydłami łomocze gromada.Więc zaraz do ołtarzów poszedłem struchlały,Na których w świętym ogniu obiaty gorzały.Lecz płomień nie był lśniący, wilgoć z udźców całaSzła w górę z dymem lub na popiół opadała, 20

Żółć nikła z wiatrem, mięso odeszło od kościI leżało odarte z powierzchniej tłustości.Te to wszystkie oznaki, wróżące złą dolęZ świętych tajemnic — to mi wskazało pacholę:Jak ja prowadzę drugich, tak on mnie prowadza. 25

Kreonie! dziś ojczyznę twoja gu hi władza:Co ptak jaki przeleci nad nasze ogniska,Co pies przejdzie — to zdobycz na ołtarz nam ciska:A któż to tej zdobyczy dostarcza im przecie?To trup, zamordowane Edypowe dziecię. 30

Stąd też ni modłów naszych nie baczą już bogi,Ni ognisk: ptaków ciągle brzmi okrzyk złowrogi,Jak się obżarły ciała, jak się krwi opiłyZ zabitego, co dotąd leży bez mogiły.Zastanów się, mój synu! człowiek zbłądzić może; 35

Ale jeżeli zamiast trwać w swoim uporze.Pragnie owszem poprawy i szuka jej wszędzie,Ten nie jest bezrozumnym, nieszczęsnym nie będzie.W tym tylko głupstwo mieszka kto uporem stoi.Przestań więc nękać zwłoki, niech cię śmierć rozbroi. 40

Toć ja ci z serca radzę, a od przyjacielaMiło przyjąć, jeżeli zdrowych rad udziela.

Starcze! więc wszyscy, jakby łuczników gromada,Za cel swoich pocisków biorą serce moje?Nawet przeciw wróżbitom bezpieczen nie stoję: 45

Dawno mnie ściga wasza przedajność i zdrada.Lecz dobrze; bogaćcie się, grabcie — mniejsza o to —Wszystek elektr sardyjski, wszystko Indyi złoto:To przecie niepodobna wam dożyć tej chwili,Abyście zwłoki zdrajcy do grobu złożyli. 50

Ohooby go nawet orły szponami ostremiPrzed tron samego Zeusa podniosły od ziemi,

Nie pozwolę na pogrzeb i tem się nie trwożę,Ufny, że człowiek bogom ubliżyć nie może.Ty zaś wiedz, stary wieszczu, że najszczwańsi ludzie 55

Upadają i toną w niezmazanym brudzie,Jeśli ich język miota wymowne pociski,A myśl występna godzi na ohydne zyski.

Ha! kto tam o tem myśli? kto wie, co się stanie?...

Dokończ — usłyszym jakieś oklepane zdanie. 60

Rozum, jakaż.to piękna zaleta żywota!

Tyle przynajmniej, ile szkodliwą głupota.

A jednak tego złego pełna twoja głowa.

Nie dbam ja na wróżbity obelżywe słowa.

Lecz czemu mi zarzucasz, żem ja wieszcz fałszywy? 65

Bo to każdy wróżbita na pieniądze chciwy.

A każdy tyran goni za zyski podłerni.

A wiesz-że ty, że mówisz do króla tej ziemi?

Wiem; bo jeśliś tu panem, to mnie masz dziękować.

Biegtyś ty wieszcz, to prawda, lecz lubisz złe knować. 70

Zmuszasz mnie, więc odkryję serca mego tajnie.

I owszem, byleś tylko nie mówił przedajnie.

Czy tak? więc to przedajne bywały me słowa?

Tak; lecz mię nie wywiedzie już w pole twa mowa.

Więc pamiętaj! nim słońce raz ziemię obiegnie, 75

To ostatni z twych synów śmiercią za śmierć legnie:Przez to, żeś ty się ważył wbrew nadziemskich bogówStrącić żyjącą duszę do podziemia progów;Do tego, jak na udry z bogi podziemnemi,Trzymasz bez czci pogrzebnej zmarłego na ziemi. 80

I jakiemże to prawem? Kiedyć on jest wcaleWłasnością bóstw podziemnych, i żadnych praw przecieNie roszczą doń władnące bogi w górnym świecie;Narzucać im te prawa, to nadto zuchwale.Już mścicielki niebieskich bogów i piekielnych 85

Erynie, które karzą przestępstwa śmiertelnych,Wkrótce wypuszczą na cię podobnych klęsk zgraję.Czyż ja mówię dla zysku — jak ci się wydaje?Wnet orszak żon i mężów wpadnie tu spłakany,Zatrzęsą się od jęków twego dworca ściany. 90

Bo już między sąsiady hałas zgrozy wzrasta,Żeś im trupim wyziewem pozarażał miasta.A skąd ten wyziew? z ciała, które dzięki tobie,We wnętrzu dzikich zwierząt legło niby w grobie.Te ja, jak łucznik, z serca rzucam w gniew twój strzały; 95

O! zadrżysz ty pod niemi i zbolejesz cały.Pójdź, pacholę, odprowadź mnie w moje ustronie;Niechaj on tu na młodszych wściekłość swą wyzionie,Niechaj uśmierzy zdrożną burzliwość językaI rozumniej niż dotąd w prawdę rzeczy wnika. 100

Królu! ten mą stąd odszedł z wieściami strasznemi,A jako wiek pobielił moje włosy czarne,Nie pamiętam, zaprawdę, by na naszej ziemiPrzepowiednie się jego pokazały marne.

Oj wiem! to też niemała na mnie trwoga ciśnie: 105

Ustąpić, to byłoby tchórzostwem nielada,A znów uporem mógłbym zgubić się umyślnie.

Jeden jest na to sposób, królu: zdrowa rada.

Radźcież mi więc, jakiego mam użyć sposobu?

Najprzód masz wyprowadzić z jaskini to dziecię,Potem złożyć zmarłego popioły do grobu. 110

Więc koniecznie na swojem wy postawić chcecie?

Oj, śpiesz się: kara boża pędzi nogą żwawąZa tymi, co się zwykli ociągać z poprawą.

Przykro-ć to ustępować; ale trudna rada: 115

Kiedy bieda na karku, ustąpić wypada.

Idź więc; nie daj innemu troskać się tą sprawą.

Natychmiast; a tymczasem biegnijcie wy sami,Ilu was jest, na wzgórze, wszyscy z siekierami.Ja zaś, gdym zmienił zdanie, podążę też cwałem, 120

Ażeby to rozwiązać, co sam zawiązałem.Trzeba się, widzę, godzić z prawami bożemi,Aby spokojność życia pozyskać na ziemi.

Bachu, boże różnych mian!Matki cnej ozdobą-ś ty,Córy Kadma; ojcem ciZeus, nasz gromowładny pan.Czczony-ś śród italskich ziem, 5

Głośny na wybrzeżu tem,Gdzie Eleuzy wspólny gródNa dzień igrzysk zwabia lud,Gościsz i w naszej ziemicy,W Tebach, w Bachantek stolicy, 10

Gdzie Ismenu lśni przeźrocze,Gdzie nasienie wzrosło smocze.

Jasny płomień ku twej czciNa Parnasu wzgórzach lśni,Gdzie kastalski bije zdrój 15

I gdzie nimf koryckich rójZ Bachantkami składa chór.Ty z Nizejskich schodzisz gór,Rzucasz bluszczów gęste strojeI zielone winnic zwoje; 20

Słuchasz, jak Bachantek gronoW Tebach pieśń grzmi nieskończoną!

Teby, gród nad grody słynny,Ulubiony to twój dom;To twej matki gród rodzinny, 25

Której życie wydarł grom.Dziś, gdy on zaniemógł srogo,Ty zbawienną zstąp nań nogą.Przebądź Parnasu opokę.Czy grzmiącą morza zatokę. 30

Ty, coś wodzem gwiazd na niebie,Ty, co pośród nocnej poryUroczyste zbierasz chory;Synu Zeusa! prosim ciebie,Zstąp tu do nas, zstąp ze swemi 35

Tyadami naksyjskiemi,Co po grodzie w nocy całeDziką pieśnią, chorowodem,Rozbrzmiewają Jacha chwałę,Który szaleństw ich powodem. 40

Obywatele Kadma i Amfiona grodu!Niestała kolej życia nie daje powodu,By się wielce frasować lub nazbyt unosić.Po wszystkie czasy jedna tylko Losu rękaWciąż podnosi lub zwala, co cieszy lub nęka. 5

Nikt przyszłości śmiertelnym nie może wygłosić.Otóż, Kreon się zdawał najszczęśliwszym w świecie;On wybawił od wrogów Kadmejową ziemię,We własne ręce ujął całe rządów brzemię,Potomstwo jego było jako bujne kwiecie; 10

A dzisiaj już po wszystkiem. Bo kto za żywota —Tak mniemam — stracił radość, stał się zgryzot łupem,Taki żyć przestał, taki chodzącym jest trupem.Miej ty w domu dostatek, gromadź kupy złota,Żyj choć w królewskich blaskach; lecz jeśli się z niemi 15

Nie łączy żadna radość, to całe twe mienie,Tyle nawet nie waży, ile dymu cienie.

Nowąż wieścisz nam klęskę królów naszej ziemi?

Już umarli; a śmierć ich, to żyjących sprawa.

Kto umarł? gdzie zabójca? kto cię tu przysyła? 20

Hemon padł — ręka w niego uderzyła krwawa.

Czy własna, czy go ojca ręka ugodziła?

On sam się zabił, gniewny na wyrok ojcowski.

Jak się prędko twe słowa pełnią, wieszczu boski!

Co gdy tak jest, o reszcie myśleć nam należy. 25

Ot patrzcie, Eurydyka biedna do nas bieży.Wyszła smutna ze dworca; czy traf ją tu wiedzie,Czy też wie o synowskiej i o swojej biedzie?...

Tebanie! posłyszałam ja wasze narady,Idąc z domu z modlitwą przed posąg Pallady. 30

Właśnie-m drzwi otwierała, kiedy wieść złowroga,Wieść domowej niedoli o mój słuch potrąci:Razem uderzą, targa mną okropna trwoga.Padam w ręce służebnic, w duszy mi się mąci.

Mówcież więc, chcę słów waszych dowiedzieć się treści, 35

Chcę słuchać, jako dobrze świadoma boleści.

Opowiem ja ci wszystko, jak było, o pani!I prawdy nie utaję, choć twą duszę zrani.Co cię mam próżno słowy pochlebnemi zwodzić?Fałsz wyjdzie na wierzch, z prawdą najlepiej się godzić. 40

Szedłem ja wskazać drogę twojemu mężowiNa wzgórek, gdzie przez jego bezbożne wyrokiPsy szarpały nieszczęsne Polinika zwłoki.Oddaliśmy Hekacie cześć i Plutonowi,By ich sobie przejednać; poczem, jak przystało, 45

Umywszy najuczciwiej zabitego ciało,Złożyliśmy na stosie drew zrąbanych w chwili,I z rodzinnej je ziemi mogiłą przykryli.Zatem podchodzim do tej kamiennej ciemnicy.Gdzie Hades ślubne łoże zgotował dziewicy; 50

A tu jęki wyraźne usłyszał ktoś z grona,Głos z śmiertelnej pieczary, więc wezwał Kreona.Kreon podąża bliżej i słyszy donośnieGłuche łkania; więc westchnął i mówi żałośnie:„O nieszczęsny! to, widzę, wywróżyłem sobie; 55

„Jakaż się straszna groza nade mną rozpiętrza!„Straszno mi: syna mego słyszę głos w tym grobie.„Zwalcie głaz, który drogę zagradza do wnętrza,„A śpieszcież się, drabanty! ruszajcie co żywo!„Dostańcie się do groty; chcę mieć wieść prawdziwą. 60

„Czy mnie istotnie jęki Hemona dochodzą,„Czy też mnie tylko bogi tak okrutnie zwodzą“.Posłuszni rozkazowi pół-żywego króla,Idziemy w głąb pieczary; patrzym: AntygonaWisi, wstęgą z przepaski lnianej okręcona 65

A przy niej klęczy Hemon, do piersi przytula,Zanosi się od płaczu nad zgonem swej lubej.Przeklina srogość ojca i nieszczęsne śluby.Westchnął Kreon głęboko, zobaczywszy syna,Zbliża się i w te słowa, jęcząc, upomina: 70

„Co ty czynisz, nieszczęsny! jakie masz zamiary?„Nie gub się, synu! błagam, wynijdź z tej pieczary!“A Hemon na to dzikie wlepił weń źrenice,Nic nie odrzekł, lecz wzgardą zadrgały mu lice;“

Pochwycił miecz dwusieczny; ojciec byłby nie żył: 75

Szczęściem w porę się cofnął; miecz w stronę uderzył.Wtedy on już na siebie całą wściekłość zionie,Utyka na ostrz miecza; topi go w swem łonie:Krew bryzga, a on czując, że w nim życie kona,Pochwycił narzeczoną w mdlejące ramiona, 80

Na licach jej ostatnie wyzionął westchnienie,Z którem się krwi czerwonej zmieszały strumienie.Leżą więc we wzajemnym uścisku ujęci,I Hades w domu śmierci wieczny ślub ich święci.Z tych wydarzeń niech każdy roztropnie rozważa, 85

Na jakie nierozsądek nieszczęścia naraża.

Cóż stąd wnosić należy, że ot KreonowaOdeszła śpiesznie od nas, nie rzekłszy ni słowa?

Mnie samego to dziwi; jednak mam nadzieję,Że ona posłyszawszy o śmierci synowskiej, 90

A nie chcąc w całem mieście rozgłaszać swej troski,W domu na łono niewiast ciche łzy wyleje.Przecież na tyle rozum jej, zda się, wystarczy,Że niczem lekkomyślnem życia nie obarczy.

Nie wiem; często w ponurej milczenia boleści 95

Równa groza, jak w głośnej się rozpaczy mieści.

Ha! jak wrócę do dworca, zobaczę to wtedy,Czy czasem ją do jakiej chęć nie skusi biedy;Bo przyznaję, uwaga twoja sprawiedliwa:Że wskazówką wybuchu zbytnia cisza bywa. 100

Otóż i władca sam przecie nadchodziI niesie w ręku ciało swego syna:Ale po prawdzie powiedzieć się godzi,Że w tem już jego, a nie czyja wina.

Bezrozumny, wściekły gniew! 105

Sroga-ż za nim ciągnie kara:Patrzcie... patrzcie... jedna krewI morderca i ofiara!Otóż mych wyroków plon!Synu — synu mój jedyny! 110

Tyś już nie mój! z mej cię winyWydarł mi przed wczesny zgon.

Późno uznajesz sprawiedliwość bogów.

Och! uznaję! Gniewny bógW mojej głowie rozum zmógł; 115

On mnie zguby powiódł drogąI zamysłów, moich biegBezlitosną zburzył nogą.Próżno się tu trudzi człek.

O panie! nad twą głową wisi klęsk gromada: 120

Po jednej-ś nie ochłonął, a już druga pada.

Nowe-ż nieszczęście do mych zawitało progów?

Małżonka twa, po synu zabitym stroskana,Umarła: jeszcze świeżą broczy krwią jej rana.

Piekło-ż przepaść klęsk zionęło, 125

Na mą zgubę się uwzięło?!Jakież straszne twoje wieści,Pośle nieszczęść i boleści!Przebóg! we mnie ten twój głosŻga powtórny śmierci cios. 130

Powiedz, powiedz: czy istotnieJa-m zgubiony niepowrotnie?...

Tu mi syn w boleściach kona,Tam okrutnie ginie żona!

Sam się przekonaj; już ją ze dworca wynoszą. 135

Przebóg! prawda: widzę sam,Nic więc, nic mi nie zostało:W ręku trzymam syna ciało,Zwłoki żony niosą tam.Przebóg — przebóg! losie srogi! 140

Biedna matko — synu drogi!

Kiedy rozpacz okrutna tak jej duszę tłoczy,Razem otwiera mrokiem przyciśnięte oczy,Upada przed ołtarzem, opłakuje sławnąŚmierć syna, Megareja, co zginął niedawno, 145

To boleje nad dolą ostatniego syna;Ciebie zwąc dzieciobójcą, straszliwie przeklina.

Biadaż — biada!Strachem zdjęty duch mój pada.Czemuż mieczem ramię czyje 150

Piersi moich nie przeszyje?O nieszczęsny! jakąż faląOkropności we mnie walą!

Złorzeczyła ci strasznie w ostatniej godzinie,Że przez ciebie, jak dzieci, tak i ona ginie. 155

Powiedz, jakim sposobem z życia się wyzuła?

Skoro o syna swego posłyszała zgonie,Zaraz miecz własną ręką utopiła w łonie.

Och! ja nikogo o to nie winię:Moja to sprawa, moja jedynie, 160

Ja cios śmiertelny zadałem wam.

Ja-m jest mordercą, przyznaję sam!O przyjaciele! weźcie mnie stąd,Gdzieś na daleki zawiedźcie ląd;O! jak najśpieszniej; precz — kędy chcecie, 165

Bo ja już jestem niczem na świecie.

Zapewne: gdy nieszczęścia opadną człowieka,To mu ulgą jedyną, że śmierć niedaleka.

O! niechaj padnie ostatni cios,Zakończy śmiercią srogi mój los! 170

Niech padnie: czekam go najgoręcej.Bodajem słońca nie ujrzał więcej!

To przyszłość: komu przyszłe powierzone rzeczy,Niech dba o Jutro, my zaś miejmy Dziś na pieczy.

Bodajbym jak najprędzej połączył się z temi, 175

Których kochałem; to mem jedynem życzeniem.

Daj ty pokój życzeniom: póki człek na ziemi,Póty on nie uchroni się przed Przeznaczeniem.

Uprowadźcie-ż stąd już przecieNieszczęsnego, co w szaleństwie 180

Zabił żonę, zabił dziecię!

O! ja w życia dziś męczeństwieNie mam spojrzeć już na kogo,Nie wiem, jaką pójść mam drogą,Wszystko poszło tam, pod ziemię! 185

O zwodnicze-ż życia brzemię!Nad mą głową straszne gromyLos rozwiesił niewidomy,niewidomy.

Gdy cios bólu ugodzi w człowieka,Tem znośniejszy, im krócej dopieka. 190

Na toż rozum — to szczęście — ma z nieba,By posłuszny był bogom, jak trzeba.

A kto słowem się pysznem porywa,Za tym w ślady kaźń idzie straszliwa;Wtedy pozna rozsądku zalety 195

I żałuje, lecz późno, niestety!

Brama Elektry losem się dostałaKapanejowi. Jestto olbrzym srogi...... Chełpliwość zuchwałaNie rozumuje po ludzku. On wróżyWieżycom naszym straszliwych klęsk siła,

Czego bodajby Dola nie spełniła!Bóg chce czy nie chce — powiada — on zburzyCały gród nasz ze szczętem. Choćby brzemięGniewów Zeusowych upadło na ziemię,On nie ustąpi; błyski dlań Zeusowe —Gromy — to tylko ciepło południowe.Godłem więc jego — człowiek nagi wcale,Którego ręka zbrojna jest pochodnią,Wybuchającą płomieniem, a pod niąW złocistych głoskach napis: miasto spalę!

....Rozrzewnił się tak jeden, jak drugi.

Obaj głośno szlochali, kwiląc jakby ptaki,Jastrzębie albo sępy, kiedy im chłopakiZ gniazd wydrą nieudolne do lotu pisklęta:Tak kwiliły zawodząc oba niebożęta.

O władco! w ludziach, zgnębionych nieszczęściem,Umysł się chwieje pod ciosów obuchem.

Jako dwa wiatry wzdymają rybami rojące się morze,Mroźny Boreasz i Zefir, z tracyjskiej wiejące krainy,Kiedy znienacka się zerwą, zaraz bałwany ponurePiętrzą się, na brzeg pokłady morskiego porostu miotając:Bak też i w łonie Achiwów z żałości krajało się serce.

Już wielokrotnie Achiwi z tem do mnie się słowem zwracaliI wyrzucali mi nieraz; lecz ja-m tu bynajmniej nie winien,Tylko Kronida i Mojry i w zmroku chodzące Erynny,Co zaślepienie mi srogie na wiecu rzuciły do sercaDnia pamiętnego, gdym dział Achillowi przyznany zagarnął.Ale cóż mogłem uczynić? Sprawczynią wszystkiego boginiaAte, ta córa czcigodna Zeusowa, co wszystkich zaślepia,Zguby przyczyna; jej nogi są miękkie, gdyż wcale się ziemiNie tknie, lecz górą-to ona po głowach śmiertelnych pomyka, Ludzi do grzechu przywodząc; spętała też już niejednego.

Twoim ja, ojcze! Skoro mądrze radzisz,Idę ja chętnie za twoim przewodemI żaden związek nie będzie mi droższymPonad wakazówki z twoich ust rozumnych.

Obywatele mej ziemi ojczystej,Spojrzyjcie na mnie, co idę tą drogąPo raz ostatni!Spojrzyjcie na mnie, która promienistejHeliosa twarzy widzę światłość błogąPo raz ostatni!Mnie uprowadza Hades, co wszystko pochłania,Do posępnego mieszkaniaNad Acheronu brzegami,Zanim mnie ślubnym ucieszono wieńcemI weselnymi hymnami.Acharen tylko będzie moim oblubieńcem.

Wszakże okryta chwałą i wielbionaZstępujesz w ciemne umarłych przepaści;Ani chorobą ciężką nie zgryziona,Ani od miecza padając napaści,Lecz dobrowolnie w pełnej życia mocyZ tryumfem schodzisz do Hadesu nocy.

W dalekiej Frygii słychać o córce Tantala,Jak śmierć straszliwą na Sypilu szczyciePoniosła, w głazu ujęta spowicieKtóry ją całą okalaJako bluszcz swymi splotami.Z lic jej, płynących deszczami,Jako wieść głosi,

Nigdy nie schodzą śniegi, ani mgły, co wiszą...I wiecznie z rzęs kamiennych głaz ten łzami rosi.Tak samo mnie na zawsze złe losy uciszą.

Ona się boskiem szczyci pochodzeniem,My zaś śmiertelni z naturą człowieczą,Więc dla znikomych wspaniałą jest rzecząDorównać bóstwu swojem przeznaczeniem.

Szydzicie ze mnie ?... O! na ojców bogi,Czyż wy możecie w sposób tak złowrogiNad potępioną znęcać się niewiastą?O ludu, o moje miasto,O znakomici mężowie narodu,Przed wami nieszczęsna staję, —Dirkejskie źródła i wy święte gaje,Tego wozami wsławionego grodu,Na świadki was powołuję,Że nieżegnana łzami przyjaznemi,Z mocy praw srogich zstępujęDo piętrzącego się grobu podziemi,Ja nieszczęśliwa!Co w istniejących gronie się nie mieszczę,Ani w orszaku cieni, co spoczywa,Żywym i zmarłym równie obca jeszcze

Na strome stopnie prawa tyżeś przecieNa nic nie bacząc, wdzierała się śmiałoWięc w grób się stamtąd stoczyłaś, o dziecię!I winę przodków okupujesz całą.

Wszak o posiłku myślała i pięknokędziorna Nioba,Gdy dwanaścioro jej dzieci pomarło w wysokich komnatach,Córek aż sześć ukochanych i tylu też synów kwitnących.Tych zdalacelny Apollo uśmiercił był z łuku srebrnego,W giewiegniewie zawziętym, a tamte ochotna pociskom Artemis,Gdyż z pięknowłosą Latoną równała się nieraz Nioba,Mówiąc: jam wiele zrodziła, bogini zaś dwoje jedynie!Przeto też tamci we dwoje zgładzili jej całe potomstwo.

Dziewięć tam dni przeleżały te trupy, a nikt się nie znalazł,Żeby pochować, gdyż lud w kamienie przemienił Kronion;Pogrzeb im dnia dziesiątego sprawili bogowie.Teraz pomiędzy skałami, na górach samotnie sterczącychTam na Sypilu, gdzie mają mieć miejsce spoczynku niebianki,Nimfy, gdy wzdłuż Acheloju wyskaczą się w pląsach chórowych:Tam, choć to kamień, odczuwa zesłane przez bogów cierpienia.

Wszak i Dryasa potomek, waleczny bohater Likurgos.Długo nie pożył, jak tylko się oparł niebieskim potęgom:On Dyoniza szaleńca piastunki przed laty w pogoniSpłoszył na świętym1 Nizeju; a te umajone swe laskiWszystkie zarazem na ziemię rzuciły, gdyż Likurg mordercaSrogim ościeniem je raził; wylękły zaś bóg DyonizosW morza bałwany się rzucił, gdzie Tetys na łonie go skryłaZ trwogi drżącego gwałtownie przed groźnem wołaniem mocarza.To też na niego zawzięły się bogi, bez troski żyjące.Ślepcem go syn wiec Kronosa uczynił, a potem niedługoPożył, gdyż ściągnął na siebie nienawiść wszystkich nieśmiertelnych.

Ziemskiego szczęścia pierwszą jest podstawąObjąć umysłem wieczne boskie prawo;Więc nie należy znieważać świętości. —Wyniosłe słowo wyniosłego władcy

Gromem na głowę spada świętokradcyI starość jeszcze uczy się mądrości:

Comentarios

Cargando comentarios…