Edyp Król (Sofokles, tłum. Wężyk, 1882)

Traducido del griego antiguo por Franciszek Wężyk

Drugie pół wieku w otchłań czasu spływaA do grobowej przyciśnion krawędziJeszcze się starzec na pieśń nową zrywa?Już to dźwięk piersi ostatni — łabędzi —Bo skoro wybrzmi piosnka donucona,I on z nią skona.

Czemuż z weselem dzień ten zapowiadamI szukani w niebach źródła takiej wieści?Bo tam Jan Paweł, Kajetan i AdamBrzmią Panu dźwiękiem nieśmiertelnej częściI tworzą przed nim spółkę wiekuistąZ naszym psalmistą.

Pójdę ich słuchać w skrusze i pokorze —Dość już nędz świata w życiu niem doznałem —Nim przebrnąć zdołam najburzliwsze morze,Nim ducha mego Pan rozbrata z ciałem,Niech mi się stanie ostatnią pociechąIch pieśni echo.

Ty, której w niebach hołdują anieli,Co brzmisz hymnami u pańskich ołtarzy;Sponiewierana przez błędnych czcicieliI potępiona na pastwę kramarzy:Roztocz poezyo na szczere obrońcęTwych wdzięków słońce!

Nie wziąłem z niebios wyższego natchnienia;Lecz przy miłości potężnym zasobieTobie od dziecka wszystkie moje tchnieniaI dni i nocy poświęciłem tobie!Dziś zbiegłą z ziemi dojrzawszy cię w niebie,Wzdycham do ciebie.

O! ileż razy, gdy niezbędne troskiPrzyczepiały się do mego żywota,Dźwięk twoich tonów i twój uśmiech boskiŚwiątyni pociech otwierał mi wrota,Gdzie wnijść nie śmiałbym czcią wyższą przejętyBez twej zachęty.

A gdy z jędz która w nastawione sidłaChciała mię mocą przynęcić zdradziecką,Tyś mię pod swoje przytulała skrzydłaJak ptaszka pisklę, jak anioł stróż dziecko.Dziś gdy czas dni me w noc pogrąża ciemną,Tyś znowu ze mną!

Cóż na to rzeknie twych wdzięków potwarca?Czyż mnie lub tobie poczyta za zbrodnię,Żeś pocieszała młodzieńca i starca?Że mi brzmisz niosąc grobową pochodnię:„Tędy od wiernych droga wydeptana„Wiedzie do Pana“?

Pójdę nią — pójdę i prosto i śmiele;W duchu tym dni mych dokonam osnowę;Wielem zniósł — przemógł — wycierpiałem wiele —A w ciężkim trudzie skołataną głowę,Ufając szczerze w miłosierdzie boże,Spokojnie złożę.

Dzieci! Kadma dawnego nowe pokolenie!Czemuż z palmy błagalnemiZalegliście te przestrzenie?Czemuż dym z kadzidł kłębami czarnymiOgarnia zewsząd gród ten okazały,A jęki wasze dokoła rozbrzmiały?Niechcąc przez innych słuchać ziomków w trwodze,Słynny wam Edyp, sam po to przychodzę.Niech mię więc, starcze, twój głos zaspokoi,Bo tobie mówić za innych przystoi:Co was do tak błagalnej uniża postawy,Macież dziś jakie żądania? obawy?Ja wam przyjść w pomoc z całej pragnę siły,Bo łzy mię wasze do gruntu wzruszyły.

Patrz nasz władzco Edypie jak nas niemoc peta:U twych ołtarzy zacisza,Tam, niezdolne biedź dalej leżą niemowlęta,A tu z starcami ja kapłan Jowisza;Dalej czystej młodzieży liczny poczet stoi.Reszta z wieńcami ofiar, ma swe legowiskoWśród rynku u świątyni Pallady podwoi,Lub Feba izmeńskiego okrąża ognisko.Niszczy, jak wiesz, to miasto potwór moru krwawy!Żadne środki głów ludzkich przed zgonem nie chronią:Upada bydło, nikną zboża, trawy,I niewiasty wraz z życiem płód niewczesny ronią.Grodu Kadma w pustynię zmienia się budowa —Bo z jędz najsroższa, zaraza morowaŚmierci pochodnię wstrząsa ręką wściekłą,A płaczem i jękami bogaci się piekło.Dlatego u wrót twoich dyszym przytuleni.Nikt z nas bogom przedwiecznym równym cię nie mieni;Lecz pierwszeństwo rad zdrowych przyznać ci potrzebaPrzeciw losu pociskom albo grozie nieba.Ledwieś się zjawił w Tebach, wnet-eś nas na porzeUwolnił od haraczu okropnej potworze.Myśmy cię nie wsparli, nic nie pouczyli:Tyś nam z bogów pomocą wrócił żywot błogi.I w tej, Edypie, ciężkiej dla nas chwiliPowiedz nam, czy cię wesprą ludzie, czy też bogi;Bo każdy w takim środku ufność swą pokłada,Jaki podda przez skutek uwieńczona rada.Więc najzacniejszy mężu, radź i działaj śmiało,By to miasto jak dawniej zakwitnąć zdołało.Tyś nas już raz ocalił — za to w szczerem słowie

Ciebie to wdzięczne miasto zbawcą swoim zowie.Gdzieżby pamięć twych przewag śród nas pozostała,Gdyby wprzód ocalonych dziś nas śmierć spotkała?Utwierdź własne twe dzieło i w nowej potrzebieStań się znowu podobnym do samego siebie.Wszak władza, jeźli ją chcesz zadzierżyć nad nami,Milsza wśród ludnych murów, niźli nad pustkami.Pustynią są gród, okręt, z ludności wyzute.

Biedne dzieci, wiem o co podnosicie ręce:Cale miasto chorobą niszczeje zatrute.Lecz nikt wyższej odemnie nie ulega męce.Każdy z was własną biedą cierpi obolały,Obcy żal jest mu obcym: lecz moje cierpieniaSą za siebie i za was i za gród ten cały.Aniście mię z twardego zbudzili uśpienia;Bo już cierpiąc z powodu waszych klęsk i trwogiW różnych myślach, na różne zwracałem się drogi.Wreszcie użyłem środka, co mi zdał się pewny.Oto syn Menoceja, Kreon, nasz pokrewny,Poszedł zbadać Pytyą do Feba kościoła,Jaki czyn albo słowo ocalić was zdoła.Lecz od jego odjazdu, licząc dni i chwile,Nie wiem czemu nie wraca. Miał on czasu tyle.By rzecz sprawić. Lecz gdy się skończy jego droga,Przysięgam, że natychmiast spełnię wolę boga.

Dobrze mówisz, bo już mię znak dany od rzeszyOstrzega, że król Kreon prosto do nas spieszy.

Spieszy wesół: O Febie, niech wyrok szczęśliwyPrzez ciebie koniec naszym boleściom oznaczy!

O tak! wraca z radosną wróżbą — gdyż inaczejNie otoczyłby skroni gałązką oliwy.

Wnet usłyszym, gdy zbliska na głos nasz odpowie.

O książę, nasz pokrewny, synu Menoceja,W jakiejże wyrok Feba niesiesz nam osnowie?

W dobrej, bo nad trudnością góruje nadzieja,Ze do prawdy i skutku prostą trafim drogą.

To, coś rzekł, nie jest dla mnie otuchą ni trwogą.

Chcesz-li słów przyniesionych nie taić nikomu,Powiem wobec nich — nie chcesz? racz ztąd wnijść do domu.

Mów tu i wobec wszystkich — bo za ich cierpieniaChętniebym dziś poświęcił wszystkie moje tchnienia.

Oto co bóg rzekł: Zbrodnia niesłychanaGnieździ się w Tebach bez pomsty i kaźni.Spełnić ją wyrok kazał najwyraźniej.

Jakaż kaźń — za co ma być wykonana?

Śmierć lub wygnanie — bo nas ciężka plagaŚciga, krew wreszcie w pomście krwi wymaga.

Któż legł, kogo bóg zabójcą oznacza?

W Laju przed laty mieliśmy władacza.Nim tron nasz został w twoją moc oddany.

Słyszałem o nim, lecz mi nie był znany.

Mamy mord Laja z woli ApollinaOdkryć i skarać sprawców tej zagłady.

Gdzież są i któraż kryje ich kraina?Jak dawnej zbrodni wynaleść mam ślady?

Tu są, bóg wyrzekł — poszlaki badaneWykryją zbrodnię — znikną zaniedbane.

W mieście czy na wsi, czy pośród rozłogówObcych, mord srogi życie Laja skrócił?

By rad zasięgnąć od wyroczych bogów,Wyjechał z domu i więcej nie wrócił.

Któż to wam zwieścił? czy towarzysz drogiNie był z nim, kiedy zaszedł ten przypadek?

Polegli wszyscy, jeden tylko świadekZostał przy życiu i ten uciekł z trwogi.

Nawet z jednego wiele się wybada,Gdy kto z otuchą śledzi należycie.

Łotrów go, twierdził, opadła gromadaI pod ich siłą król postradał życie.

Łotr krom nagrody albo poduszczeniaMordu takiego nie spełni zuchwale.

Były domysły, były podejrzenia,Lecz nikt o pomście nie pomyślał cale.

Cóż przeszkodziło, sposoby wszelkimiŚledzić zgon króla niezwykły i srogi?

Sfinks wkrótce usiadł nad karki naszymiI większej wszystkich nabawił nas trwogi.

Ja rzecz te z źródła na jaw wydobędę.Słuszny, o Febie! jest twój wyrok boski,Słuszne i wasze względem Laja troski;Ja sam za wszystkich działać odtąd będę.Ani wzgląd obcy krok mi ten doradził:Dla siebie zbrodni zamierzam odkrycie;Bo kto zuchwale poprzednika zgładził,Może się targnąć i na moje życie.Tak w jego sprawie tkwi i moja sprawa.Powstańcież dziatki z różdżki błagalnemi!Niech kto na wieco mieszkańców tej ziemiBez żadnej zwłoki zwoła według prawa.Chcę wszystko zbadać, a z boskiej opiekiLub ocalejem, lub zginiem na wieki.

Wstańmyż o dziatki, bośmy po to przyszli,Co król nasz zdziałać i wyśledzić myśli;A Feb dotkniętych ciężko, nieszczęśliwych,Niech nas od chorób zbawi zaraźliwych.

Dźwięku Jowisza wysoki,A straszny ziemi i niebom!

Jakież z Delf możnych wyrokiObwieścisz Tebom?Trwożą się o to straszliwie,Czy dziś dla naszej korzyści,Czy po lat wielu upływieWyrok się ziści.

O złoty płodzie nadzieiSławo! z Jowisza córą ukochanąMinerwą — przybądź z koleiZiemska Diano,Rynku tego pani nocna!A wraz z siostrą wzywam ciebieO donośno-strzelny Febie:Trójco pomocna!Gdyście przez litość nad namiW ciężkiej kląsk dawnych godzinieWsparli dzielnemi siłami,Wesprzyjcież ninie.(str. 2)Przebóg! cierpią niesłychanie,Lud mój od doby do dobyDręczą chorobyI lekarstwa nie ma na nie. —W niedojrzałych ziemi płodachJałowieją bujne role,A niewiasty przy porodachDobijają ciężkie bole. —Trupy na trupach padająJak ptaki gromem dotknione;A pogrzeby niezliczone(ant. 2)Całe miasto wyludniają.Ciała zwalone przez zgonyLeżą, gdzie ledz się nadarzy:

Tam niewiasty — tu matronyTrwoga ściele u ołtarzy.Zebrzą bogów w modłach tkliwych,By się skończyły ich męki;A w odgłosach przeraźliwychWznoszą się płacze i jęki.

O Jowisza córo złota!Patrz, choć swe złożył żelazo,(str. 3)Jak się wciąż na mnie Mars miota!Więc go ztąd wypłosz z zarazą,Czy do łożnic morza płynnych,Czy do Traków niegościnnych;Gdyż, co noc nam pozostawi,Tego nas dzień przyszły zbawi.Więc Marsa, co nam tak szkodzi,Niech grom Jowisza ugodzi.(ant. 3)Puść twe bełty Lików królu,Ulżyj nam twem wsparciem bólu,Wznieć Diano twe ogniskaKtórych blask chód twój obłyska;I ciebie kornemi słowyWzywam, Bachu purpurowy,Niech nas twa zbawi wspomogąOd najgorszego z bóstw boga.

Słyszę twe prośby — lecz bądź mi po woli,A ulgi w ciężkiej doświadczysz niedoli.Któż co sam przez się ważnie postanowi,Będąc tak obcym jak ja wypadkowi?Ani badaniem skutek sprawię jakiNie mając żadnej zdarzeń tych poszlaki.Lecz dziś treść rzeczy z słyszenia powziąwszy,

(sic)Ja z was Kadmejców mieszkaniec najnowszy:Z czyich rąk potęgi Lajus Labdacyda,Kto wie, niech rzecz tę, natychmiast mi wyda;Niech się nie lęka — a choćby z milczeniaMniemał, że z siebie zrzuci podejrzenia,Ma przecie mówić — bo za to odkrycieW całości z miasta wynieść zdoła życie.Jeźli w obczyźnie zabójca się chowa,I tak go zdajcie — ja nie cofnę słowaI wnet nagroda będzie mu przyznaną.Lecz jeźli zbójcy zataicie mianoZ trwogi o siebie lub o lubych głowy,Usłyszcie z moich ust wyrok surowy:Niech żaden z zbójcą mieszkaniec tej ziemi,Nad którą ninie berło moje włada,Nie zespoli się obrzędy świętymi,Ani w dom przyjmie, ani też zagada;Nikt nie pokropi wodą poświęconą,Lecz jak wyrocznia pytyjska stanowiNiech go natychmiast od własnej krawędziJak wstręt i sprosność daleko odpędzi —Tak chcę i bogu przez klątwę rzuconąI poległemu usłużyć królowi.Przeciw mordercy zgroza mną owłada;Czy sam mord spełnił, czy wespół z innymi,Niech za bezprawie dotknie go zagłada;Lecz choćby krył się między ściany mcmi,Wnet go z mych przekleństw kara dotknie sroga.Wy ją wypełńcie za rozkazy mymiGwoli mnie, króla, lub też gwoli bogaI uciśnionej bezpłodnością ziemi.Choćby bóg zamilkł, gdy mąż znamienityI król wasz zginął od łotrów zabity,

Śledztwo i kara przyszły by wam w podział.Dziś, gdym się w jego koronę przyodziałI pojął wdowę, i gdyby miał dzieci,Byłbym je chował wespół z dziećmi swemi.A choć los jego przeciwności nieci,Jak syn za ojca, siłami wszystkiemiTam pójdę, gdzie mię powiedzie poszlakaZa zbójcą syna Kadma i Labdaka.A kto mych zaklęć nie wypełni wolę,Niech mu jałowe nic nie rodzą role,Niech dom bezdzietny razem z nim upada,Niech sroższa naszej dotknie go zagłada!Was zaś Kadmejcy, co w mem szczerem słowieSłuszność i prawość chętnie uznawacie,Niech sprawiedliwość przyśpieje w odpłacieI niech weseli wesprą was bogowie.

Na twe zaklęcia odpowiem ci panie:Anim zabijał, anim zbójcy świadom.Apollo pochop dał tym wszystkim radom,On lub zabójca niech da rozwiązanie.

Słusznieś przemówił — lecz przeciw ich woliKtóż z nas do czego bogów przyniewoli?

Drugą ci radę słowo me odsłoni.

Choćbyś miał trzecią, nie zamilczaj o niej.

Feb i Tyrezy, obadwa królowie,I przeszłość równie jawna jest dla obu;Pozna rzecz, kto się od drugiego dowie.

Z rady Kreonta i tegom sposobu

Użył, wysławszy dwóch mężów do niego,I sam się dziwię nie widząc żadnego.

Dobrze — bo cóż nam z wieści bezzasadnych?

Jakież-to wieści? nie ukrywaj żadnych.

Że od podróżnych zaszedł ten wypadek.

I jam tak słyszał, lecz gdzie na to świadek?

Jeżli twa groźba chęci w nim nie nęka,Czyli z twych badań trwogi nie poczuje?

Kto śmiał mord spełnić, ten się słów nie lęka.

Otóż mąż, co nam wszystko wyprostuje:Widzę, jak wieszcza w to miejsce prowadzą,Który tchnie zawdy świętą prawdy władzą.

Ty, co znasz wszystko, jawne i tajemne,Co jest pod niebem lub wypełnia ziemię,A choć, Tyrezy, oczy twoje ciemne,Masz jednak czucie na klęsk naszych brzemię:W tobie mieć chcemy podporę, obrońcę.Apollo wyrzekł, co ci pewnie gońceZwieście musieli — że potwór morowyDotąd tych siedlisk niszczyć nie przestanie,Aż zbójców Laja pospadają głowy,Albo ich wieczne rozpłoszy wygnanie.Jeźli nie zajrzysz wieszczb w tę myśl dążących,Miastu, mnie, sobie daj skuteczną radę

I uwolń wszystkich od klęsk nas dręczących,Ściągniętych srodze przez króla zagładę.Od ciebie nasze zawisło zbawienie.Ja dar ten mienię najchlubniejszym darem,Gdy kto nieść zdoła w niedoli ulżenie.

Jak czcza świadomość srogim jest ciężarem!Nie jest mi obcym zgon króla okrutny;Znałem rzecz, czas mię pamięci pozbawił;Pomnąc, nie byłbym przed tobą się stawił.

Czegóż w te miejsca przyszedłeś tak smutny?

Odpuść mię w dom mój — jeźli się spodobaTa rada, los nasz łatwiej zniesieni oba.

Źle miastu temu, co cię żywi, raisz,Źle, jeźli wiedząc, zgon króla zataisz.

Do rzeczy mówisz; bym ten wzgląd zachował,I ja z mej strony będę się pilnował.

Nie kładź, przez bogi, w tem o czem wiesz tamy,Gdy cię z czcią wszyscy, byś odkrył, błagamy.

Wszyscyście w szale; ja przy zdrowym zmyśleKlęsk waszych głębi odsłaniać nie myślę.

Nicże nie powiesz, nie wzruszon prośbami?Więc chcesz nas zgubić i to miasto z nami?

Siebie ni ciebie dręczyć nadaremnieNie chcę — więc przestań — nic nie zbadasz ze mnie.

Więc nic nie powiesz, o najgorszy z ludzi,Bo taki upór gniew i w głazie zbudzi:Będziesz-li, niecny, milczeć nieprzerwanie?

Żywot mój ostrej poddajesz przyganie;Jakże ty własne twe życie pojmujesz?Ty sam się nie znasz — a drugich winujesz?

Gdy taka gród ten spotyka ohyda,BW kogóż gniew ostrym nie ugodzi grotem?

Ja milczeć będę, a zbrodnia się wyda.

Co się ma odkryć, pocóż milczeć o tem?

Już nic nie powiem: teraz bez obawyWywrzyj gniew na mnie.

Gdy sam tego żądasz,Powiem co czuję. Srogiej mordu sprawyJakby pomocnik lub wspólnik wyglądasz;I gdyby nie twe kalectwo — ślepota,Rzekłbym, żeś króla pozbawił żywota.

Także! a ja ci rozkazując mówię,Byś trwał przy strasznem przekleństw twoich słowie,Byś się nie ważył mówić odtąd z nikim,Boś ty kaźń miasta, tyś jest bezbożnikiem.

Takie bluźnierstwo po skarcenie sięga.

Wyższa nad karę jest prawdy potęga.

Któż cię tak natchnął — boś to nie rzeki z siebie?

Tyś chciał bym mówił, więc głos mój jest z ciebie.

Co, jak i kiedy? powtórz własne słowo.

Czy chcesz mię kusić, czy mych słów do sercaNie bierzesz?

Płonną nie zbywaj mię mową.

Mordercy Laja szuka kto?.... morderca.

Dwakroć bezkarnie wyrzut zbrodni znoszę.

Byś gniew zpotężył i resztę wygłoszę.

Mów coć się zdaje — ja mam za nic brednie.

Z swemi, krom wiedzy obcujesz bezwstydnieI nie znasz winy, co cię w przepaść garnie.

Długoż mię będziesz potwarzać bezkarnie?

Prawda nie potwarz.

Czyż temu w podzielęPrawda, — kto ślepy na duchu i ciele?

Szyderstwem tobie jest moja ślepota;Wkrótce nikt z ludzi twojej nie wymiotą.

Pchnięty w noc wieczną, chciałbyś nadaremnieMnie, lub tym szkodzić, co władają wzrokiem.

Któż ci chce szkodzić? nie zginiesz przezemnie,Dość będzie uledz pod Feba wyrokiem.

Tważ to myśl, czy ją Kreon natchnął tobie?

On ci krzyw nie jest — ale ty sam sobie.

Władzy i zbiorów widoku ponętny,Jakiemiż życie krępujesz ogniwy!Kiedy dla berła, com je wziął niechętny,Kreon, tak zrazu przyjaciel życzliwy,Dziś chce mię podejść, knuje tajne spiski.Stawa mu w pomoc ten zdrajca nikczemny,Obłudnik, chciwiec — za podłymi zyskiDyszący wiecznie — a na sztukę ciemny!Jestżeś ty wieszczem? czyliś w innej porzeOd tych mieszkańców wyrok zwrócił krwawy,Wiersz zagadkowy tłómacząc potworze?Niekażdy z ludzi zdolen był tej sprawy,Bo na to trzeba daru ducha z góry.Czy cię wieszczbiarstwo, czy Bóg natchnął który?Ja nieświadomy, ni ptaków widziadłemWsparty, przyszedłem i wszystko odgadłem.I mnie chcesz wygryźć? sądząc, że przy tronieStanąć potrafisz pierwszy po Kreonie?Aż z twą i tego co to uknuł szkodąSprawisz, że z miasta zarazę wywiodą?Lecz starość tylko od kar cię osłania,Byś wnet doświadczył mylność twego zdania.

Ile nas wasza oświeciła mowa,Gniew wam obudwom zgubne natchnął słowa.Innych rad trzeba. Raczej nieodwłocznieMyślmy, jak spełnić Apolla wyrocznie.

Choć jesteś królem, na głos usłyszanyMam prawo równej wyrzutom odrzeki,Bom jest Apolla a nie twój poddany,Ni mi potrzeba Kreonta opieki.Ty mi śmiesz ciągle wyrzucać ślepotą,Lecz choć twym wzrokiem światło rozpatrujesz,Widzisz-li, co twą udręcza istotą,Z kim w własnym domu żyjesz i obcujesz?Z kogoś urodzon? i czy tych co swymiZwiesz, bądź są w grobach, bądź żyją na ziemi,Nie jesteś wrogiem? Czy twych przodków cienie,Czy ich przekleństwo wyrokiem niezmiennymCiebie z tych murów wkrótce nie wyżenie?I dziś widzący, czy nie zbiegniesz ciemnym?Gdzież jęk twój skona? jakież miejsc tych wzgórzeNie odbrzmi płaczem, gdy twe niecne ślubyPozna świat z wstrętem, co przeciw naturzeZawarłeś, szczęściem popchnięty do zguby?Ani przenikasz innych klęsk w tej dobie,Co grożą równie twym dzieciom jak tobie.Więc mię z Kreonem nie łącz w spólnej winie,Bo nikt z śmiertelnych przed świata oczymaW podobnym twemu przykładzie nie zginie.

Któż równych obelg objawę wytrzyma?Precz ztąd! — i jeszcześ wynieść się nie zdołał?

Czyżbym tu przyszedł, gdybyś mię nie zwołał?

Gdybym przeniknął słów twoich głupotą,Pewniebym ciebie nie ściągnął ku sobie.

Takąm odebrał w podzielę istotą;Mądry rodzicom, głupi jestem tobie.

Jakim rodzicom? wygłoś ich imiona.

Dzień ten cie zrodzi i dzień ten dokona.

Ciemność słów twoich w niepojęcie wpada.

I któż od ciebie bieglej je wykłada?

W tem tkwi nie zarzut, ale istna chwała.

Tać to pomyślność zgubą ci się stała.

Zbawiwszy miasto utrapione srodze,Dość mam.

I ja dość. Wiedź chłopcze — odchodzę.

Przystają na to; pókiś był obecny,Tylkoś uparcie bruździł nam w tej sprawie;Zdala nie łatwo spełnisz zamiar niecny.

Pójdę, lecz wszystko pocom zszedł objawię;Ni przed twą władzą doznam przeto lęku,Bo dni mych wątek nie jest w twoich ręku.Ten, na którego wyrok straszny słyszym,Morderca Laja, tu, pośród nas żyje.

Dotąd mieniony obcym i przybyszem,Że jest Teb dzieckiem, bliski czas odkryje.Ani radości dozna z tej odmiany. —Ślepy z widnego, z bogacza ubogiI z niw ojczystych haniebnie wygnany,Kijem nieznane macać będzie drogi;Bo się wykaże przed zdziwionym światem,Że dzieci swoich ojcem jest i bratem,Matki swej mężem — a własnego ojcaJest w nim i wspólnik łoża i zabójca.Niech Edyp w domu o to się rozpytaA potem rzeknie, czym jest zły wróżbita.

Któż ten, co go Delfów skałyZa brodniarza obwołały?Co krwawą dłoniąSpełnił mord srogi.Czegóż tu czekaPomiędzy nami?I nie ucieka,Gdy za nim goniąZ ogniem, z gromamiJędze i bogi?

Śnieżny Parnas rzekł te słowa,By mordercę ścigać wszędzie,Gdziekolwiek się taić będzie —Czy się w ciemne knieje schowa,Czy śród skał dziczWlecze żywot samotniczy,By wyroków z głębi ziemiUjść, co trwogę w nędznym niecą,

Gdy te, prądy niezbitymiWciąż za nim lecą.

Trwoży mię wieszcz zawołany;W przepowiednie wiary zbywa:Cóż wyrzeknę zapytany?Przeszłość z przyszłością wątpliwa.Ani dziś ni w dawnej porzeNie doszła do mnie wieść taka,Że syn Poliba mieć możeWspólnictwo z rodem Labdaka.Zkądże sie pewność wyśledzi,Że dla wieszcza zapowiedziMam przeciw EdypowiZająć się Labdaków sprawą,I spełnionemu mordowiOdpowiedzieć zemstą krwawą?

Feb i Jowisz są bogami.Wyższej im wiedzy nie przeczym.Lecz między rodem człowieczymBy wieszcz miał wyższość nad nami,Kto mię zatwierdzi w tej wierze?Mąż dość często nad mężamiWyższą wiedzą górę bierze —Lecz nim dowiedzie czynami,Któż tym słuszności odmówi,Co nie ufają wieszczowi?Wszak i skrzydlata niewiasta,Co się z Edypem spierała,Sama go mądrym uznałaI ztąd został zbawcą miasta.

Tak mając na względzie dzieje,Cześć nam jego nie zdrobnieje.

Słysząc że Edyp potwarza mię srodze,Do was współbracia po ulgę przychodzę;Tu więc mą boleść nieznośną wyżalę.Jeżli więc sądzi, że w tych klęsk nawaleMogłem nań godzić słowem lub czynami;Osławionemu takiemi zbrodniamiZmierzłoby życie. Zbyt daleko sięgaTakich potwarzy przeciw mię potęga;Bo miastu temu stawszy się raz krzywym,I w oczach waszych byłbym niegodziwym.

Potwarz rzucona, wedle mego zdaniaWyrosła z gniewu, lecz nie z przekonania.

Zkądże więc poszło, że wieszcz z rad mych winyŚmiał wznieść głos ostry, fałszami zatruty?

Tak Edyp mniemał, lecz nie znam przyczyny.

Takież naprawdę czynił mi zarzuty?

Nie wiem; bo mi się roztrząsać nie godziŻadnych spraw książąt. Ale król nadchodzi.

Tyżeś to? pocóż w dom mój wchodzisz śmiałoUknuwszy zamiar zuchwały i srogi,Że mnie rugować z państwać się zachciało?Ależ, na wielkie zaklinam się bogi,Czy ma powolność działać tak zawzięcieRadzi, czy mniemasz że nie będę w stanie

Poznać zdrad twoich i pomścić się za nie?Zbyt nieroztropne jest twe przedsięwzięcie,Gdy cię pcha płocha aż do tronu żądza,Którym lud tylko lub prawo rozrządza

Wiesz-li co czynisz? gdy poznasz rzecz całą,I mować moja będzie zrozumiałą.

Wiem, że potrafisz rozprawiać rozumnie,Lecz słuchać nie chcę, boś niechętny ku mnie.

Toż i ja powiem i rzecz całą skreślę.

Mów wprzód, coś uknuł w sprzecznym mi umyśle.

Jeżli sam upór za wszystko ci stanie,Powiem, że przez to błądzisz niesłychanie.

Jeżli ujść kary od krewnego sądziszKrzywdząc go, powiem — że okropnie błądzisz.

Masz słuszność, zgoda. Lecz mi okaż wprzódy,Jakie są obelg z mej strony dowody.

Nie z twejże rady miał zostać wezwanyPrzez posłów moich wieszczek zawołany?

I teraz jeszcze miałbym równe zdanie.

Dawnoż, jak Laja wyroki surowe....

Do czegóż zmierza twoje zapytanie?Czyn ten nie przeszedł mi nawet przez głowę.

Dawnoż, jak mordem złożony w mogile...?

Dawne to sprawy i odległe chwile.

Czy był już wtedy znanym wasz wróżbita?

Sławił go rozum i cześć znamienita.

Czy w owej o mnie spominał wam chwili?

Nie, nigdy przy mnie.

Czy mord popełnionyŚledztw żadnych z waszej nie wywołał strony?

O! śledziliśmy — lecz nic nie odkryli.

Czemuż więc temu nie przyszło mędrcowiMówić to wówczas, co dziś o mnie mówi?

Nie wiem, więc milczę w obcej dla mnie rzeczy.

A spraw swych jawnych czy Kreon zaprzeczy?

Nie; lecz mi nie taj czynów tych osnowy.

Gdyby wieszcz z tobą nie miał żadnej zmowy,Nie rzekłby, żem ja zadał śmierć Lajowi.

Ty wiesz najlepiej, co wieszcz o tem mówi.Teraz jak ty mnie, ja cię będę badał.

Badaj — nie zbadasz, bym ja śmierć tą zadał.

Czy siostra moja nie jest twoją żoną?

Jest i w tem słuszność masz niezaprzeczoną.

Czy z nią królujesz i masz wspólną rolą?

I spełniam chętnie każdą żony wolą.

Czy się nie wszystkiem w troje z sobą dzielim?

Przecież złym dla mnie jesteś przyjacielem.

Nie rzekłbyś tego, zgłębiając pobudki.Czyż lepiej berłem rozrządzać dostojnemZnosząc trwóg ogrom, i ich wszelkie skutki,Czy równą władzą mieć przy śnie spokojnym?Bym w wyższą jak mam powagą się odział,Nie chcą, jak każdy co wziął skromność w podział.Dziś, czego żądam, mam wszystko od ciebie;Król, ustąpiłbym nie jednej potrzebie;I cóżbym zyskał jak władzca prawdziwyNad te książęce, które mam, zaszczyty?Ani tak jestem w zachceniach fałszywy,Bym więcej pragnął nad to, z czegom syty.Dziś cześć ku mojej wzmaga się osobie;Gdy kto do ciebie ma jakie żądanie,Mnie szuka; tak więc wszystkich mam po sobie,Cóżby mi więcej dało panowanie?Myśl prawa zdrożnej nie chwyta się drogi.Ni mię, jak mniemasz, krzywe pożądanie

Znagla, bym szukał obcej dopomogi;Anibym nawet nie chciał przystać na nie;Oto jest dowód. Niech kto chce dośledzi,Czym z Delf nie przywiózł istnej odpowiedzi.Jeźli dociekniesz jakiej z wieszczem zmowy.Dla mnie i siebie nie szczędź mojej głowy,Bo się nie godzi myślami sprzecznemiZłych mieć za dobrych — dobrych mienić złymi.Lecz przyjaciela wiernego wyzbycieGorsze niedbalstwa o najmilsze życie.Przyjdzie czas: prawda silnej jego tarczyŻąda, bo dobrych trzeba śledzić bacznie;By złego poznać, dzień jeden wystarczy.

Rad tych o królu nie tłómacz opacznie;Gubią śmiertelnych nagłe w rzeczach zdania.

Lecz gdy kto nagłe objawi knowania,Podobnie nagła musi być obrona;Gdy ja zwolnieję on swego dokona.

Czego chcesz, czy mię wygnać z mej posady?

Nie chcę wygnania — lecz chcę twej zagłady.

Dobrze! lecz dowiedź, że zgon mój jest słusznym!

Czyś nie rzekł, że mi nie chcesz być posłusznym?

Rzekłem, bo widzę żeś w błąd zanurzony.

Ja siebie bronię.

A ja mojej strony.

Tyś mi wróg istny.

Tyś nieświadom rzeczy.

Ależ mej władzy nikt mi nie zaprzeczy.

Zły czyn królowi powagi nie nada.

O nędzny kraju, biada tobie biada!

I mnie ta ziemia synem swoim zowie;Tyś nie jej panem.

Przestańcie królowie!Oto Jokasta wychodzi z podwoi,Jej spór wasz zjednać najsłuszniej przystoi.

Cóż to? śród nieszczęść tej nędznej osadyNie wstyd wam wszczynać osobiste zwady?Mężu i bracie, wnijdźcie w próg domowy,By z drobnych przyczyn ból nie urósł nowy.

Siostro! król, mąż twój, chce mię nieodbicieWypędzić z miasta, lub mi wydrzeć życie.

Przyznają, żono, pełen przekonania,Ze w zgubne dla mnie zaciekł sic knowania.

Jeźlim to zdziałał, w czem dajesz mi winę,Niech raczej jędzom na łup zdany zginę.

Czyż cię te słowa, mężu, nie rozzbroją?Klnie się i bogów na świadectwo wzywa;Dla takich potęg jest w nim cześć prawdziwa,Dla mnie i dla tych co w tem kole stoją.

Przystań na to królu nasz,O co poddani proszą cię.

O jakim mówisz przedmiocie?

Ten, co go roztropnym znasz,Gdy swe tak odklął zamiary,Godzien twej wiary.

Wiesz-li czego chcesz?

Wiem.

Więc mówI objaw myśli osnowę.

O nie nastawaj na Kreona głowęDla czczych podejrzeń i mów.

To, coś w twem zawarł żądaniu,Równa się mojej śmierci lub wygnaniu.

Bynajmniej — bogów książęciaNa świadki przyzywam, Feba:Niech zginę z wyroków nieba,

Jeźli mam te przedsięwzięcia.Mnie serce boliZ nędzy okropnej tej ziemi,I pewność sroższej niedoliWszczętej sporami waszymi.

Niech ocaleje — choć wiem że się ziściŚmierć ma, lub wzgardą zrządzone wygnanie;Na twe, nie jego, przystaję błaganie.Lecz on nie ujdzie wiecznej nienawiści.

Wyższej uległeś jak widać potrzebie;Lecz jak gniew minie, sam obmierzisz siebie.Tak się zwykł karcić duch niepowściągniony.

Czemuż nie schodzisz, gdyś już uwolniony?

Pójdę, acz o mnie źle twój umysł trzyma,Bo jestem prawym przed innych oczyma.

Czemuż go do dom nie wiedziesz kobieto?

Wprzód sporów waszych chcę poznać przyczynę.

Słowa się stały podejrzeń podnietą.Źle znosi umysł nawet płonną winę.

Czy w obu wrzała niechęć jednakowa?

Tak jest — w obydwóch.

Powtórz więc ich słowa.

Dość mi na kiesce co nas prześladuje;Gdzie spór się wszczyna, tam ja ustępuję.

Patrz, gdzie zachodzisz, choć twa chęć jest szczera,A przecie głos twój serce mi rozdziera.

Królu! rzekłem w różnej dobie,Że byłbym niecny i krzywy,Złych rad pełen, niegodziwy,Gdybym się sprzeciwiał tobie.Tyś dla ojczyzny zbawieniaNie litował trudów, znoju —Dziś więc, według przemożeniaDaj jej odetchnąć w pokoju.

O królu! powiedz, błagam cię przez bogi,Zkąd między wami powstał gniew tak srogi?

Powiem, bo wyższą cześć-em ci zachowałNiż oni —: Kreon zgubę mą uknował.

O coś mu w oczy sprawę wyprowadził?

O co? on twierdzi żem Laja zagładził!

Czy to wie z siebie, czy słyszał od kogo?

Nasłał mi wieszcza, którego niecnota,Co myśl dostarczy, to w słowach wymiotą.

Lecz ty w tej sprawie nie gardź mą przestrogą,Że człeka w świecie nikt nie znajdzie całym,Coby był w sztuce wieszczby doskonałym.Niech przykład lepiej rzecz tą ustanowi:Przepowiedziano przed laty Lajowi,— Nie Feb, lecz ktoś tam z tebowej czeladzi —Ze go syn własny ze mnie zrodzon zgładzi.Ale Laj poległ w przygodzie nietajnejOd obcych łotrów, na drodze rozstajnej.Zaledwie na świat przyszła nam dziecina,We trzy dni ojciec sam przeciw naturzeDał sługom, nóżki skrępowawszy, syna,By go na bliskiej porzucili górze.I Feb nie zrządził, by lajowe trwogiSyn ziścił, ojcu zgon zadając srogi.Przecież tak chciały wieszczby nieodbicie;Więc próżnoś na nich względy twe zasadził —Gdyby szło bogu o zbrodni wykrycie,Byłby sam rzecz tą na jaw wyprowadził.

Jak mi, o żono, na słyszane sprawyChwieje się umysł i pierś drży z obawy.

Z czegóż więc nowej oddajesz się trwodze?

Więc Lajus zginął na rozstajnej drodze?

Taka wieść dotąd trwa niezaprzeczenie.

Gdzie, w jakiem miejscu zaszło to zdarzenie?

Focydą z wieków zwie się ta kraina,Gdzie z Delf i Daulów droga się przecina.

Dawnoż jest temu?

Cios ten był nam znanyNieco wprzód, nimeś począł rządy swoje.

Na cóż, Jowiszu, zostałem skazany!

Zkądże cię dręczą takie niepokoje?

Nie badaj o to, lecz mi określ wprzódyLaja wiek, postać wzrostu i urody.

Pierwszy szron srebrzył włos jego w tej dobie,Wzrost miał wysmukły i podobny tobie.

W jakąż mię przepaść własna ręka grzebie!Tak, nieświadomy, sam przekląłem siebie.

Jak na twój widok siły moje gasną!

Drżę, by wieszcz ślepy, sam nie widzał jasno.Jeszcze o jednem naucz mię w tej sprawie.

Nie śmiem, lecz żądasz, więc co wiem objawię.

Czy z małą służbą droga przedsięwziętaByła, czy z wielką, jak zwykli książęta?

Wyjechał z domu z czterma służebnymi;Mieli wóz jeden, był i woźny z nimi.

Przebóg! już wszystko jest na czystym jawie!Lecz któż wam, żono, dał wieść o tej sprawie?

Ten z sług, co uszedł sam jeden z pogromu.

Gdzież on jest ninie?

O nie ma go w domu,Bo gdy tu wrócił po lajowym zgonieI ciebie ujrzał na zgasłego tronie,Prosił się na wieś — by tam paść mógł trzodyWdali od miasta. Tej drobnej nagrodyNie odmówiłam — bo sługą dogodnymI większych względów był on zawsze godnym.

Czy więc nie można posłać ztąd po niego?

Rzecz nader łacna; lecz powiedz, dla czego?

Chcę go tu widzieć — bo drżę, że zawieleWiem, a domysłów mnogość się nastręcza.

Przyjdzie — tymczasem powierz komu śmiele,Co tylko, królu, serce twe udręcza.

Masz słuszność, przeto tak jak żądasz zrobię.Lecz w tem napięciu i w rzeczach wątpliwychKomużbym więcej mógł ufać jak tobie?Miałem w Koryncie rodziców poczciwych,

Ojca Poliba, a matkę z DorydyMeropę, słynnych z cnót i poważaniaW mieście, nim los mi ciężkie nasłał biedyMniej godne troski niźli podziwienia.W uczcie mąż pewien, rozegrzany winem,Ojca poddanym i nieprawym synemNazwał mię. W dzień ten do żywego tknięty,Ledwiem gniewliwe zawściągnął ponęty.Ale nazajutrz do rodziców spieszęI rzecz wykładam. — Co gdy usłyszeli,Przeciw potwarcy srodze wybuchnęli.Choć głos ich zmierzał ku mojej pociesze,Przecież rzucone pogardliwe mianoBudziło we mnie boleść niesłychaną.Mimo rodziców do Delf jadą skrycie.Ale Apollo na moje pytaniaDaje odpowiedź jakby na pozbycieA sroższych tajni mnóstwo mi odsłania:Że z własną matką w sprośne śluby wnijdę,Że spłodzę dzieci na wstręt i ohydęWszystkim śmiertelnym i całej rodzinie —Że własny ojciec z mojej ręki zginie.To usłyszawszy, sam pod gwiazd opiekąOd niw Koryntu uciekam daleko,By się zataić w taki kątek ziemi,Gdzieby ziszczenia przepowiedni onychNie mogły nawet stać się podobnemi.Lecz gdym się zbliżał do miejsc określonych,Gdzie król miał poledz — tobie jako żonieCałą okropność wypadku odsłonie —Ledwiem ku drogom rozstajnym dokroczył,Mąż ów wraz z woźnym jakby na spostkanieNa sprzągłym końmi jawią się rydwanie

I każą groźnie, bym precz z drogi zboczył.Pchnięty, raz silny woźnicy oddałem.To gdy się stało — starzec swoją mowę,Właśnie gdy wozu jego docierałem,Poparł, dwa ciosy zadawszy mi w głowę.Czyn ten za sobą ściągnął skutek mściwy.Wnet w napastniku oręż mój się schował:Padł starzec z woza na ziemię nieżywy,A służbem jego całą wymordował.Lecz jeźli skryte wyjdą na jaw ciemnieI mąż poległy Lajem się uiści —Któż nieszczęśliwszym może być odemnie,Kto w równej bogom stanie nienawiści?Nikt mię w domowe nie przyjmie schronienie,Nikt nie zagada, a każdy wyżenie.Tak się w okropnym wykaże sposobie,Że klątwą zgubę zgotowałem sobie,A łoże męża taż ręka zuchwałaKala dziś, co mu śmierć przedtem zadała.Gdzież są pod słońcem podobni zbrodniarze,Gdy wyrok bogów wypędzać mię każę,Gdy mi niewolno żyć między moimi,Ani ojczystej dotknąć nogą ziemi?Gdy z własną matką śluby zawrzeć muszęI rodzicielską wydrzeć z ojca duszę,Ten, co mi takie przygody wywróżył,Miał całą słuszność. Waszej ja opiekiWzywam, o bóstwa! bym tego nie dożył,Bym chwilą przedtem zginąć mógł na wieki.

Smutny jest los twój! nim świadek oznaczyStan rzeczy — strzeż się przed czasem rozpaczy.

W tejci ja tylko ostatniej nadzieiCzekam pasterza.

A kiedy z koleiPrzyjdzie i powie — w czem twe zaufaniePołożysz?

Zaraz rozwiąże pytanie:Gdy to coś rzekła, świadek udowodni,Będę od wszelkiej oczyszczonym zbrodni.

Cóż więc być mogło w mem wyznaniu całemTak wielkiej wagi?

Wszak z ust twych słyszałem,Że Lajus poległ od łotrów orężaWięc ja nie winien; bo jednego mężaKtóż ma za kilku? lecz przez świadka mowęO jednym, mord ten spadłby na mą głowę.

Tak on zgon króla zwieścił nam w swej porzeI własnych słów swych wycofać nie może.Prócz mnie, z ust jego ma to gród ten cały.A gdyby innej chciał dziś użyć mowy,Wszak nam tak Feba przepowiednie brzmiały,Że syn nasz własny zrządzi zgon lajowy;Czyż mord dziecina spełnić mogła drobna?Raczej zginęła sama niewątpliwie.Dla tego wieszczbom ufać niepodobna,Ni tak, ni owak.

Mówisz sprawiedliwie;

Lecz poszlij kogo na wieś bez odwłoki,By nam sprowadził owego pasterza.

Dobrze; więc skłońmy ku domowi kroki.Zrobię co tylko ku twej uldze zmierza.

Niech wspiera dolaTego, co w czynie i słowieCzcią otacza święte prawa,Które nadali bogowie!Olimp ich źródła dziedziną —Nie ludzie je utworzyli —I w ostatniej świata chwiliW zapomnieniu nie zaginą,Bo ich rodzic niezaprzecznyJest bóg potężny i wieczny.

Władzców buta krzywdę rodzi.Król syt dostatków i siły,Gdy go ich skutki olśniły,Często zbyt górno ugodzi.Lecz chcąc cofnąć wolę zdrożną,Usłyszeć może — zapóźno!Ja korne modły zanoszęI o to dziś niebios proszę,Co może być miastu błogiem,Bo chcę zawdy trzymać z bogiem.

Gdy kto przez czyny lub słowaCzci dla bogów nie zachowa,Lub świętą słuszność przełamie:

Któż się z ludzi wtedy zdziwi,Gdy bogowie sprawiedliwiDadzą uczuć ciężkie ramię?Zysk, lub rozkoszy ponętę,Czyn przez prawa zabroniony,Gwałt tego co jest nam święte,Podejmie chyba — szalony.Któż śród praw tych pohańbieniaNie dozna kolców sumienia?Gdyby te sprawy cześć wiodły,Pocóż nieść do niebios modły?

I któż się odtąd zapuściDo świętych w ziemi czeluści?Kto z ludzi w Abach zagości?Lub w Olimpii — jeżeliLudzie zaprzeć będą śmieliWyroczniom prawdy — świętości?Lecz Jowiszu, władzco, panie!Jeźli berłem niepodzielnemDzierżysz świata panowanie,Okaż, żeś jest nieśmiertelnym.Bo świat pogardzać poczynaWyrocznią Lajowi daną,Gaśnie cześć dla ApollinaI, co dotąd boskiem zwano.

Książęta miasta! przyszło mi do myśli,Byśmy do świątyń wszyscy razem wyszliNiosąc kadzidła z przybory zwykłymi;Bo troski spadłe na Edypa głowęZbyt chwieją kroki jego wątpliwymi,By jak mąż z dawnych wysnuł czyny nowe.

On tym ulega, co go bardziej straszą.Gdy nic przestrogą nie sprawujem naszą,Ciebie licyjski wzywam Apolinie!Co sąsiadujesz przy naszej dziedzinie,Rostrzygnij los nasz: giniem bez obrony,Bo upadł władzca niemocą rażony.

Czyby mi wasza nie wskazała wola,Gdzie dom Edypa, lub gdzie najdę króla?

Oto dom jego, w nim go znajdziesz łatwie,A ta niewiasta matką jego dziatwie.

Niechaj tak raczy być błogosławionąJak doskonalą jest dla króla żoną.

Za dobre słowo i jać błogosławię;Lecz w jakiej do nas przybywasz dziś sprawie?

W dobrej dla ciebie i całej rodziny.

Mów naprzód, z jakiej przyszedłeś krainy?

Z Koryntu — błogie przynoszę wam wieści;Choć się w nich znajdzie i kropla boleści.

Jakiż to przedmiot dwie mający strony?

Mieszkańcy Istmu, jak pogłoska mówi,Chcą tron koryncki oddać Edypowi.

Władaż tam Polib wiekiem obciążony?

Polib dni zamknął.

Więceś zgonu posłem!

I niech sam zginą, jeźli fałsz doniosłem.

Niech wieść ta panu przestanie być tajną.W cóż się obrócą wieszcze słowa bogów?Wierząc, że tam go ojcobójstwo czeka,Edyp z ojczyzny daleko ucieka;Tymczasem ojciec zgasł śmiercią zwyczajną.

Pocóż mię żono z mych przyzywasz progów?

Chodź tego męża wysłuchać niezwłocznieI poznaj, czem są zbyt słynne wyrocznie.

Co zac jest mąż ten i co mi przynosi?

Masz w nim z Koryntu smutnej wieści posła,Że ci śmierć ojca Poliba uniosła.

Niech mi to, gościu, słowo twe wygłosi.

Jeźli, com rzekł raz, ma być powtórzonem,Powiem, że Polib zamknął dni swe zgonem.

Czy go choroba znękała lub zdrada?

Zbyt snadno starzec łupem śmierci pada.

Więc przez chorobę opuścił te ziemie?

Tak i przez długą i lat późnych brzemię.

Trzebaż o żono! wzgląd zachować jakiNa Delf wyrocznie lub na brzmiące ptaki?One wyrzekły — że ojca zabiję —Lecz gdy zmarłego ziemia zwłoki kryje,Mógłżem ztąd podnieść ręce synobójcze?Z tęsknoty, po mnie umierając chybaMógłby kto wyrzec, żem cię zabił ojcze!Gdy w piekłach zwłoki zaległy Poliba,Wiary w wyrocznie zniknęły powody.

Czyż ja ci o tem nie mówiłam wprzódy?

Tak; lecz jam działał pod wpływem obawy.

Niech wrócąć pokój dokonane sprawy.

A łoża matki jak pozbędę wstrętu?

Śród rzeczy ludzkich i lodów odmętuCóż jest pewnego? Gdy rozum — rzecz zdrożna —Żyjmyż więc śmiało — a żyjmy jak można.Nie drżyj przed matką, bo niejeden z ludziMiał w snach okropne z matkami spotkanie.Lecz sny — to mara — co niknie, choć łudzi;Żyjąc spokojnie, któżby zważał na nie?

Miałabyś pewnie słuszność żono miła,Gdyby mi matka dotychmiast nie żyła;Lecz póki żyje — jak tu nie drżeć — powiedz.

Wielkim dowodem jest ojca grobowiec.

W żyjącej matce — tkwi do trwóg podnieta.

Powód twej trwogi, jak się zwie kobieta?

Merope, starcze, a Poliba żona.

Z niejże cię nęka bojaźń niewściągniona?

Wyroczni bogów tkwią, ztąd straszne słowa.

Mogęż to powziąść, jakaż ich osnowa?

Możesz. Feb w Delfach wyrzekł na mą biedę,Że z własną matką w sprośne związki wnijdę,Że ojca na śmierć ręce me rozsieką. —Więc od Koryntu uciekłem dalekoI zaparłem się rodziców widoku.

Trwogaż do tego znagliła cię kroku?

Mógłżem na ojcu cios wypełnić srogi?

Cóż będzie, jeźli z tej cię królu trwogiWyzwolę, pełen dobrych dla cię chęci?

Wdzięczność ma w wiecznej zostanie pamięci.

Właśniem tu nie dał ubiedz się nikomu,Dla tej z Koryntu przybyłem tu sprawy,Byś w dom wróciwszy, był dla mnie łaskawy.

Ja z rodzicami nie chcę mieć spotkania.

W złym własną sprawę uważasz sposobie.

Cóż mi ją zatem, przez bogi, zasłania?

Czy dla rodziców dom zmierziłeś sobie?

Wyrocznie Feba, wstręt mój udowodnią.

Czy drżysz, byś przez nich nie zmazał się zbrodnią?

Pod temi ciągle żyję obawami.

Płonnym więc troski dręczysz się powodem.

Nie ciż, co mniemam, są mi rodzicami?

Nie ma styczności ich ród z twoim rodem.

Więc nie w Polibie ojcam miał?

Tak, tyleJakby i we mnie.

Jedno drugie zbija:Ojciec, nie ojciec — jeźli się nie mylę.

Nie był ci ojcem ani on, ani ja.

Czemuż mię synem nazywał, przez dzięki?

Bo cię on darem z mojej dostał ręki.

I tak pokochał z obcych rąk wziętego?

Kochał, bo nie miał potomstwa żadnego.

Czyś mie zkąd kupił, czym z krwi twojej krew?

Wśród Cyteronu znalazłem cie drzew.

Jakież do miejsc tych ściągły cię powody?

Byłem przełożon nad górnemi trzody.

Najem — tułactwo byłyć więc udziałem?

Lecz niemniej synu zbawcą twym zostałem.

Czy mi, gdyś znalazł, los zagrażał srogi?

Niech ci odrzekną poranione nogi.

Jakiej przygody mowa twa dotyka?

Z nóg twych spętanych rozerwałem łyka.

Smutne pomniki w nich mi pozostaną.

Od nich to nawet otrzymałeś miano.

Byłżem ojcowskim lub matki wymiotem?

Ten co mi dał cię, musi wiedzieć o tem.

Więc-eś nie znalazł dziecka nadspodzianie?

Nie. Inny pasterz dał mi cię, o Panie.

Któż on był? nie taj miana bez przyczyny.

Był on, jak słuch jest, z lajowej drużyny.

Tegoż, co ongi tu w Tebach panował?

Tego ów pasterz panem swym mianował.

Żyjeż on? mogęż mieć tu z nim spotkanie?

Rzecz tę najsnadniej rozwiążą Tebanie.

Czy wam, obecne składającym grono,Znany jest pasterz o którym wspomniono?W mieście lub na wsi upływa mu życie?Mówcie, bo ważnem będzie to odkrycie.

Nie jest to inny jak ów wieśniak, panie,Co go tu widzieć pragnąłeś ciekawie.Lecz w tem Jokasta da najlepsze zdanie.

Jakiż sąd żono masz w obecnej sprawie?

Kto? o kim mówił? pocóż moje słowaPłocha twa pamięć nazbyt wiernie chowa!

Musze to odkryć, na co jawnie godzę,Z jakich rodziców istotnie pochodzę.

Nie badaj o to, przez bogi cię proszę:Dość na strapieniach które sama znoszę.

Ufaj — los sprzeczny jest ci nieniożebnym,Choćbym z trzech matek trzykroć był służebnym.

Słuchaj mię — niech cię ciekawość nie łechce.

Wszystko wybadam i słuchać cię nie chcę.

Lecz ja z najlepszym radzę ci zamiarem.

Najlepsze rady są mi dziś ciężarem.

Biedny! bodajbyś przez straszne wypadkiRodu twojego nie dociekł zagadki!

Niech mi kto prędzej sprowadzi pasterza;Tę — niechaj świetność otacza rodowa!

Nędzny! ta droga prosto w przepaść zmierza —Innego ze mnie nie dobędziesz słowa, (wychodzi.)

Królu twą żonę wygnały cierpienia:Drżę przed skutkami Jokasty milczenia.

Niech co chce będzie, rodu mego źródłaChcę dojść — choćby mię krew wydala podła.Ją, jak kobietę, nędzna duma ciemni —

Wstyd jej, mych przodków — że może nikczemni.Ja syn Fortuny: ona mię dopótyOd wszelkiej w życiu chroniła sromoty,Ona mi matką — a krewne miesiąceWiodły mię naprzód przez czynów tysiące.Ztąd ród mój idzie — a gdy nim się szczycę,Czemużbym własne nie poznał rodzice?

Jeźli można czynie wnioskiW tem, co ukrył wyrok boski,Przez Olimp, o Cyteronie!Zjawisz rzecz tajną dopóty,Gdy na świetnym niebios łonieJutro zabłyśnie dzień złoty;Wraz z rozwiązaniem zagadkiOjca Edypa, ojczyzny, matki.Ja zaś za łaski na królów zlaneŚpiewać pieśni nie przestanę.Będąż ci Febie z tego zdarzeniaWdzięczne me pienia?

Czy pochodzisz z bogiń łona?Czy twą matką, losów wolą,Jest Nimfa z Panem złączona?Czyli też ojcem Apollo?On co w każdym leśnym jarzeTak lubuje — czy z CelinyKról Bach wziął cię w lubym darzeOd której pięknej dziewczyny;Co je zwą ludzie wraz z namiHelikonkami?

Jeżli się godzi czynić jakie wnioskiWzględem obcego dotychczas człowieka,Zobaczą wkrótce przedmiot mojej troski,Bo już pasterza spostrzegam zdaleka.Tak patrzy jak ten starzec siwobrody.Z nim spieszy sług mych poczet wyprawiony;Wy go poznacie, boście znali wprzódy.

Znaliśmy — był to pasterz doświadczony,Wierny Lajowi.

Jeźlić nie obarcząProśbą mą, gościu — powiedz — a uwierzę:Ten-li to człowiek?

Ten-jest.

A ty, starcze,Patrz mi sam w oczy i odrzeknij szczerze:Czyś kiedy służył Lajowi?

SłużyłemJak wychowaniec domu — nie kupiony.

Cóżeś mu robił?

Długi wiek spędziłemJak pasterz.

Któreż wypasałeś strony?

Cyteron górą lub sąsiedzkie jary.

Byłże gdzie kiedy ten mąż znany tobie?

Kto on, i w jakim trudnił się sposobie?

Masz go przed sobą, znanyż ci ten stary?

Nie tak, bym w pewnik rozwiązał pytanie.

Nie dziw się danej odpowiedzi panie;Ja mu rzecz całą na pamięć przywiodę.Musi to pomnieć, że na CyteronieOn sam dwie pasał, a ja jedną trzodę,Przez trzy miesiące w jednej chodząc stronieZ lata aż w jesień. Gdy nadeszła zima,Jam w dom wiódł trzodę, on w Laja obory.Czy w tem com wyrzekł istnej prawdy nie ma?

Jest, choć od chwil tych czas upłynął spory.

Mów, czy nie pomnisz, że płci męzkiej dziecięDałeś mi, bym je niby własne chował?

Jakże mię ciężkiem badaniem dręczycie!

Oto jest dzieciuch coś mi go darował.

Bodajbyś zamilkł!

Nie karć go w te słowa;Twoja nie jego występną jest mowa.

(sic)W czemże ja, panie, godnym jest nagany?

Bo milczysz, choć-eś o dziecko badany.

Lecz on tak mówiąc, nie wie co się świeci.

Więc mus cię znagli, gdy nie wyznasz z chęci.

Przebóg! mię, starca, nie oddawaj męce!

Czy mu kto skoro w tył nie zwiąże ręce?

O ja nieszczęsny! więc i płacz nie nada?

Dałżeś mu chłopca, o którego bada?

Dałem — obym wprzód zginął był na zawdy!

I tak dziś zginiesz, gdy nie wyznasz prawdy.

Będzie, gdy wyznam, śmierć moim udziałem.

On zwłoki szuka, lecz tem się nie złudzę.

Żem dał mu dziecię, już raz powiedziałem.

Zkądże je wziąłeś, swojeś dał czy cudze?

Mnie narzucone, więc nie moje było.

Z któregoż domu w mieście pochodziło?

Nie badaj więcej, błagam cię w pokorze.

Zginiesz, gdy jeszcze pytanie powtórzą.

Dziecko to było z domu Laja, panie.

Czy z krwi sług jego czy z innej?

O nieba!Teraz najsroższe zdziałać mam wyznanie.

Tobie wysłowić, nam wysłuchać trzeba.

Był to syn Laja, jak chce wieść głoszona,O czem wie lepiej twoja, królu, żona.

Samaż Jokasta dała ci to dziecię?

Sama.

A po co?

Bym mu wydarł życie.

Więc matka płód swój na śmierć zdała srogą?

Bo ją wyrocznia przenikała trwogą.

Jaka?

Że własne zagładzi rodzice.

Czemuś starcowi dziecko podarował?

Przez litość — on miał w inne okoliceWziąć je — zkąd sam był; lecz on je zachowałNa większą biedę. Wszystko więc zważywszy,Jest-li to prawda — tyś najnieszczęśliwszy.

Już wszystko na jaw wyszło. O światłości,Zgaśnij przedemną: przez cię zobaczyłemZ kogo ród wiodę — i w jakiej sprosnościŻyję wbrew prawu, i kogo zabiłem.

(str. 1.)O ludzie! póki żyjecie,Nie mam was za nic na świecie.Cóż że tam, gdzie kto myśl zwraca,Dojdzie szczęścia za jej torem,Gdy doścignione utrącą?Edyp tej jest doli wzorem;Więc z spieszących równą drogąNie nazwę szczęsnym nikogo.(ant. 1.)On przez dowcipu użycieNa tak wzniosłym stanął szczycie,A zagładziwszy potworę,Zgubnej zagadki twórczynię,Wyszedł po tak świetnym czynieNa zbawcę kraju — podporę —I ucieszył się lud cały,Gdy wielkie Teby królem go obrały.(str. 2.)A dziś się myśl moja wzdrygaNad dolą jego surową;Dziś cię ogrom nieszczęść ściga,O Edypa zacna głowo!Coś był na łonie jedynemOjcem i mężem i synem.

Umysł mój pojąć nie może,Jakim sposobem dopótyDzielić mogłeś ojca łożeBez wzruszenia i zgryzoty!(ant. 2.Czas do wykryć wszelkiej sprawyBędąc narzędziem jedynemPotępia związek nieprawyJednej żony ojca z synem.Nieszczęsna Laja rodzino!Bodajbym cię nie znał cale.Nad tobą łzy moje płyną;Lecz, choć ciężkie wzbudzasz żale,Przyznają jednak w tej dobie,Że byt mój winienem tobie.

Książęta miasta, jeźli dotąd zgodnieRód Labdacydów w swej mieliście części,Jakże okropne przerażą was zbrodnie!Jakież z nich pójdą płacze i boleści!Bo strasznych przestępstw, które dom ten kryje,Ni Istr ni Fazys w nurtach swych nie zmyje.Wnet się ich wątek przed wami wyświęci,A te najsroższe co zaszły bez chęci.

Już te co znamy dość są okropnemi;Jeszczeż-li do nas przybywasz z nowemi?

Te, co wam niosę, w krótkości odkryję:Córa z krwi bogów, Jokasta, nie żyje.

O nieszczęśliwa! w jakimże sposobie?Kto jej śmierć srogą zadał?

Sama sobie;Żadnym swą rozpacz nie zdradziła krokiem —A na śmierć własnem nie patrzałem okiem.Lecz gdy ztąd wyszła, wpadła do łożnicyW żalu i gniewnie rwąc na sobie włosy,A drzwi zawarłszy w małżeńskiej świetlicy,Laja strasznemi przyzywała głosyI szereg dawnych przywiodła pamiątek:Zkąd tego, co mu śmierć zadał, początekI brzemię syna, co go czas wyświeciOjcem spłodzonych z własną matką dzieci,Wreszcie szlochając to łoże przeklina,W którem mąż z męża, dzieci poszły z syna.Jak zgasła — nie wiem. Z jękiem Edyp wpada;Przez cześć dla żalu nikt o nic nie bada,Lecz gdy szaleje, gdy go boleść tłoczy,Więc na nędznego zwróciliśmy oczy.On błaga miecza, pyta rozżalony,Kędy jest droga do żony — nie żony —Do matki swojej i swych własnych dzieci. —Jaki bóg prostą prowadził go drogą,O tem zamilczę. On tam z wrzaskiem lecidrzwi podwójne roztrzaskuje nogą;Wpadł do sypialni. Wtedyśmy struchleliTrupa wiszącej Jokasty ujrzeli!Wtem króla rozpacz ogarnia straszliwa,Jęcząc nieżywą z silnych węzłów zrywa;Padła na ziemię. Wtedy nastąpiłyOkropne czyny — bo zapinki złotZ szat jej pozrywał i te z całej siłyZatopił w oczach, grążąc się w ślepotę.Niech mię, rzekł, wzrok mój od dziś dnia nie łechce,

Bym na swe własne musiał patrzeć sprawy,Bym tych miał widzieć, których widzieć nie chcę,Bym tych nie poznał, których-em ciekawy.Rzekł, wzniósł powieki i sam szarpał rany.Krew z obu źrenic lice mu oblała —I nie kroplami po kropli spływała:Był to deszcz krwisty ze łzami zmieszany.Nie pojedynczo spadł cios wymierzony,Są w nim dwie kieski: i męża i żony.A dawne szczęście świecące dopótyPrzeszło w płacz, w zgubę i nadmiar sromoty.A z nędz wszelkiego kształtu i nazwiska(sic.)Każde obecne, każde ich uciska.

Biedny! cóż pocznie?

Woła bez przerwania,By wyrzucony z własnego mieszkaniaZostał przez kogo obwiedźion po mieścieJak ojcobójca — jak swej matki wreszcie....Tu go tak mowa uniosła bezbożna,Że jej bez zgrozy powtórzyć nie można.Z domu dla zbrodni wygnan niegodziwychSam się poświęca na łup jędz straszliwych,O pomoc jaką i przewódzcę woła,Bo większy ból jest niż go przenieść zdoła;I tu przybędzie — bo, jeźli nie błądzę,Już wrót nam bliskich brzęknęło wrzeciądze;Wnet taki widok zjawi się przed wami,Że wróg najsroższy zalałby się łzami.

O klęsk srogich krwawe źródło!Któż co równego zobaczy?

Cóż cie, nieszczęsny, przywiodłoDo tak szalonej rozpaczy?Jakiż bóg dodał niestetyDo takiej zbrodni podniety?Chciąłbym spojrzeć na cię śmiele,Chciąłbym cię pytać o wiele,Lub usłyszeć nieszczęśnika;Lecz mię wstręt ciężki przenika

O niestety! o niestety!Biadaż mi biada!Dokąd mię losy niewoląPrzenieść moja nędzę całą!Czyjże głos w me ucho wpada?Ach powiedźcie, co się stałoZ dawną mą dolą?

Znikła pod klęsk twych nawałem.

Gdzież zgasła światłość słoneczna?O nocy czarna i wieczna,W którą sam się zakopałem!Jakaż mię trwoga opada!Biadaż mi biada!O! jakże boli Cios mi zadanyI świeże ranyI pamięć przeszłej niedoli.

Nie dziw, żeś zdany na takie igrzyskaPodwójna nędza podwójnie uciska.

O przyjaciele! zbyt waszej cnoty,Że mi służycie dopóty,Że was i ślepy obchodzi —Choć-em w noc pogrążon ciemną,Nie uciekacie przedemnąI głos wasz do mnie dochodzi.

Cóżeś zdziałał — jaką mękęŚlepiąc się poniosłeś śmiele?Jakiż bóg popchnął twą rękę?

Apollo srogi, o przyjaciele!Nikt rąk w krwi mojej nie broczy:Oślepiłem się z rozpaczy;Bo i na cóż temu oczy,Kto już miłego nic nie zobaczy?

Okropna prawda.

Ach zważcie, proszą,Czy mi los raczył zachowaćJakie pociechy — rozkosze,Którychbym pragnął skosztować.Wypędźcież mię w kraj dalekiJak roznoszącą powietrze morowe,Jak wywołaną z pod niebios opiekiPrzeklętą głowę.

W jakąż cie przepaść los grzebie!Bodąjbyś nie znał sam siebie!

Niech tego dotknie cios srogi,Co rzuconemu w lasów gęstwinieOcalił życie, rozpętał nogi —Bo, gdyby trup mój zaległ pustynię,Nie byłbym celem płaczu w tej dobieNi przyjaciołom, ni sobie. —

Niechaj zginie, niechaj zginie.

Wtedyby dłoń ma krwawym orężemOjcu śmierci nie zadała,Ani byłbym wtedy mężemTej, która mi życie dała.Dziś przez nieszczęść natłok rzadki,Co wstręt srogi w ludziach nieci,Syn bezbożnych, ojciec dzieciKtórem spłodził z własnej matki,A nawet zbrodnie, o których nie śniłem,Wszystkie spełniłem.

Czyn twój jest dla mnie wątpliwej istoty,Bo śmierć w mych oczach lepsza od ślepoty.

Możem ze zbytnich przewinił zapędów;Lecz już mi nie radź, ni wytykaj błędów.Gdybym wszedł widząc między piekieł cienie,Jakżebym ojca wytrzymał wejrzenie,

Jak widok matki? których winy równeNie zagładziły morderstwa gwałtowne.Ujrzawszy dzieci, tak jak są spłodzone,Zniosłyżby oczy we łzach zatopione?Cóż rzec o mieście i świątyniach bogów?Sam się wygnałem z ich szanownych progów,Wzniósłszy głos przekleństw w nieobłudnem słowie,Nie wiedząc kogo skazują bogowie;Tak obarczony ciężkich win natłokiem,Móglżem je przenieść obojętnem okiem?I słuch mi równie stał sic nieprzyjemnym;I gdyby mógł być odemnie zawisły,Chciałbym wraz zostać i głuchym i ciemnym,Bo dla nieszczęsnych ciężarem są zmysły.Czemuś mię przyjął leśny Cyteronie?Lub czemuś w rychłym nie utulił zgonie?Tak, byłbym zginął nieznany nikomu. —Stary w Koryncie polibowy domu,Gdzie młodość dla mnie ubiegła szczęśliwa!Dziś ród i los mój wstydem cię okrywa.Wy leśne jary i rozstajne drogi,Którem krwią własną z własnych rąk zakrwawił,Utkwiłże w waszej pamięci mord srogiI to, czem potem miejsca te rozsławił?O sprośne śluby! okropne łożnice,Z których się wylągł ród nasz ohydzony,Z jednego gniazda dzieci i rodzice,Ojce i matki, i bracia i żony!I co wśród ludzi sprosności się chowa!A jeźli o tem zbrodnią nawet mowa,Koniec, przez bogi, z nieszczęsnym zdziałajcie,Skryjcie, utopcie, albo śmierć zadajcie,By pośród siebie nie cierpieć nędzarza.

Nad jego losem raz ulitujcie się —Niech was z nim styczność żadna nie przeraża,Bo, co on znosi — nikt tego nie zniesie.

Gwoli próśb twoich spostrzegam Kreona;Na niego sprawy przypadły zaradne,Bo on sam został z władzców naszych grona.

Jakże go o to niestety! zagadnęJakież wynajdę do próśb mych powodyJa, com mu stał się tak niesłusznym wprzódy?

Nie będzie głos mój szyderstwem zatruty,Ni ci, Edypie, czynić chce wyrzuty.Gdy wzgląd na ludzi jest niedostatecznym,Uchylmyż czoła przed blaskiem słonecznym.Kaźń zbyt ohydną dla ziemi i nieba,Oto natychmiast ukryć nam potrzeba;Niech go do domu odwiedzie pachole:Krewni znieść muszą krewnego niedolę.

Gdy mię zawodzisz w powziętem mniemaniu,Gdy ci mnie, zbrodnia, odwiedzić się chciało,Chciej mię wysłuchać i na mojem zdaniuPrzestań w mej sprawie.

Czegóż chcesz? mów śmiało?

Byś mię ztąd wygnał, bym w mej samotnościNie mógł mieć z nikim mowy i styczności. —

Jużbym to dotąd zdziałał bezwątpieniaLecz czekać muszę na bogów skinienia.

Wszak są świadome dla wszystkich wyrocznie,Że ojcobójca zginąć ma niezwłocznie.

Są: lecz w obecnym rzeczy naszych stanieStosowniej o to zdziałać zapytanie.

Przecz pytać o los nędznika, ofiary?

Byś większej nabył w wolę bogów wiary.

Tobie tej ciało, co tam w domu leży,Jak najuczciwiej pogrzebać należy;Tak chcę i taki jest twój obowiązek. —Mnie żaden z wami już nie łączy związek;Dozwól mi mieszkać tam na Cyteronie,Gdzie od rodziców grób mi naznaczono;Niechaj tam zamrę. Choć wiem, że w tym zgonieNa żadną z chorób wcale nie liczono;Czyżby tam zgubne ominęły ciosy,Gdyby mię sroższe nie czekały losy?Niech się nademną spełni wyrok boski. —O syny moje żadnej nie miej troski,Wszak są mężami — gdzie pójdą — wyżyją.Lecz dziewki moje, zdane na niedolę,Co dotąd łaską nie żyły niczyjąI codzień razem przy tym samym stoleDzieliły z ojcem każdy kęs żywności:Te ja poruczam twojej troskliwości.Niech je raz jeszcze rękami mojemiDotknę i niech się wypłaczę przed niemi;Ach! to dotknięcie, o królu i panie,Tak mię pocieszy jakbym patrzał na nie.

Cóż powiem więcej? Ale zkąd te jęki?To jest płacz córek moich przeraźliwy!Też ja pociechę miałbym z twojej rękiZacny Kreonie!

Zgadłeś nieszczęśliwy.I tak spełniłem twą wolę naglącą,Boś tej pociechy zapragnął gorąco.

Za tę przysługę, niech dni twych osnowieBędą chętliwsi niżli mnie bogowie.Gdzieżeście córki? przybliżcie tu kroku,Brat ku wam ręce wyciąga w żałości;Ależ te ręce w srogiej zaciekłościOjca waszego pozbawiły wzroku.On wam bez wiedzy dał dziatek imiona,Wyszłym z jednego jak i ojciec łona.Płacze nad wami choć widzieć nie mogę.Jak srogą życia między ludźmi drogęOdbyć musicie! Jakie zgromadzenia.Lub święta przyjdą — byście z nich do domuNie powracały — bez upokorzenia!Pomniąc na ród wasz i wasze rodzice,Kogóż wasz związek nie nabawi sromu,Gdy dojrzejecie na oblubienice?Czegóż z nędz braknie? Ojciec wasz żywotaOjca pozbawił — a mąż jego żonyZ tej was miał dziećmi — z której był zrodzonyI te sprosności każdy wam wymiotą!Któż was w dom weźmie? Kto na całym świecieWejść z wami zechce w ohydy plemienne?Tak, wytykane — wzgardzone — bezżenne,Do kresu życia błąkać się będziecie.

Gdy już rodziców straciły na wieki,Twojej Kreonie ojcowskiej opiekiNiech odtąd będą aż do zgonu pewne;Nie ścierp, by przeszły na żebraczki krewne,By pozostały wiecznie bezżennemi,By świat je wzgardził i pomiatał niemi.Miej wzgląd i litość na ich wiek i mękęI w zakład wiary podaj mi twą rękę.Wy zaś, o córki, gdybyście zdołałyTo pojąć, czego wiek wasz niedojrzałyBroni — nie jedną dałbym wam przestrogę;Lecz jakikolwiek zakątek tej ziemiPrzyjmie was — tego życzyć chce i mogę,Byście od ojca były szczęśliwszemi.

Żal cię zbyt dręczy — wnijdź więc w dom — już dosyć.

Słuchać mi trzeba, choć boleśnie znosić.

Co jest na czasie, to tylko stosowne.

Wiesz-li warunki zejścia nieodzowne?

Słucham.

Chce byś mię precz ztąd wyprowadził,Skoro — daleko — i byś mię tam zgładził.

To zdane bogom, nie sądowi memu.

Któż obmierzliwszym bogom jest odemnie?

Więc co chcesz — zyskasz.

Mam-li ufać temu?

To, com tu wyrzekł — nie rzekłem daremnie.

Więc mię tam odpraw.

Idź, lecz opuść córy.

O! nie rozłączaj mię, ojca, od dziatek,

Gdyś co chciał robił — czyliż od tej poryWszystkoć pomyślnie wyszło na ostatek?

O Teb mieszkańcy — któż boleć nie będzieNad tym, co odgadł zagadkę potwory,Los i cześć waszą nie mając na względzie?Dziś tym Edypem klęsk nawałność miota!Dla tego: patrząc na koniec żywota,Szczęsnym żadnego nie mianuj człowieka,Póki pomyślnej śmierci nie doczeka.

Comentarios

Cargando comentarios…