Król Edyp — całość
Traducido del griego antiguo por Kazimierz Morawski
Nie ty jesteś mi panem — ja sługą Apolla.
I Apollo już bez cześci,Wniwecz idą wiary.
......... z ręki losuLepsze niż ojcu przypadło tu życie
A więc bacząc na ostatni bytu ludzi kres i dolę,Śmiertelnika tu żadnego zwać szczęśliwym nie należy,Aż bez cierpień i bez klęski krańców życia nie przebieży.
Przyszła ku tobie z twarzą lodowatąI wpiła w ciebie swe oczy bezłzawe,Grożąc ci hańbą, nie szczęściem, zatratą.W miedzianem ręku trzyma jak buławęRózgi, któremi zamierza cię chłostać,Młot, którym ściera w proch śmiertelnych cienieSpójrz na tę siną, bezlitośną postać:To przeznaczenie.
W pochodzie swoim jałowy kłos skruszyI zapomnienia zasuje całunem;Lecz kiedy stanie wobec wielkiej duszy,Wie, że w nią trzeba ugodzić piorunem,Gniewem na ludzką dostojność zapłonieI cała w strasznym wysiłku się zdębi,By strącić dumę i wyniosłe skronieDo nieszczęść głębi.
W mroźne więc ramion ująwszy cię splotyRęce ci zbruka posoką rodzica,Potem z krwi strugi w kał pędząc sromoty,Występną żądzą zrumieni twe licaI tak zdradami uwikła okropnie,Że ty, omotan w piekielnej nić przędzy,Weźmiesz stok hańby za chwały twej stopnieI bezdeń nędzy...................
Wtem świty prawdy zabłysną wśród mrokówI wieść, że ona wyzwoli lud z próby. —Wtedy nie zląkłszy się grozy wyroków,Wyrywać będziesz jej słowa... twej zguby.I trwając mężnie na życia boiskuWrazisz w twą duszę sam po kolcu kolec,Gotów od prawdy krwawego pociskuRunąć i polec.
I mów trwożących okolą cię faleI runą zewsząd kłębiące się wieści,Wyjąc jak pustyń złowrogie szakaleNad polem hańby, sromu i boleści.Aż kiedy groza nad głową się spiętrzy,W źrenice ostrze zatopisz krwawiące,Aby nie miało do mroku twych wnętrzyDostępu słońce.
O ciemny starcze! W twych łkaniach żałobaLudzkości mówi, w bezmiarze twej mękiBratem ty Leara i druhem ty Hioba,Serca ci oni użyczą i ręki.Choć los potargał szkarłatne opony,Bije ci z twarzy majestat, o królu!Waląc się z tronu, tyś wyniósł na tronyKrólewskość bólu.
Więc żeś w ofiarnej za prawdę szermierce,Za twych najbliższych i całe twe plemięWchłonął wszechludu boleści w twe serceI wszechciężarów na siebie wziął brzemię,Żeś mężnie kroczył przez szlaki niedoli,Choć słońca oko nad tobą zagasło,Widnieć ty będziesz, jak prawdy i woliRycerz i hasło..................
Lecz ta, co zawsze z litością się skłoniNad świata nędzą, serdeczna baśń ludu,Dojrzy ofiary wśród krwawej łez toniI spiesząc z lekiem dla cierpień i trudu,Ujmie boleści w miłosne swe dłonieI w kraj zawiedzie, gdzie w słońca lazurzeLśni gród Pallady i w gajów osłonieKolonu wzgórze.
Tam nad twą biedną, poniżoną skronią,Nieba zapłaczą srebrzystemi rosy,Tam skardze twojej słowiki przydzwonią,A żal z ich pieśnią gdzieś pójdzie w niebiosyFiołki, narcyzy pokłonią się wiosną,Bluszczu zawoje oplotą swym chłodem,Szmer Afrodyty ułoży cię do snuZ Muz korowodem.
I zaśniesz w śmierci kojącej pieszczocie...A twoim śladem ci, co w ziemi bojuMdleją, ustając w pracy i ochocie,Pić będą życie u piękności zdroju;Innym im śpiewem gaj święty rozdźwięczyI inne błędnych zagnają tam burze,Lecz, jak za ciebie, młodości czar wieńczyKolonu wzgórze.
O dzieci, Kadma starego potomstwo,Czegoście na tych rozsiedli się progach,Trzymając w ręku te wiązki błagalne?Czemuż nad miastem dym wonnych kadzideł
Wznosi się razem z modlitwą i jękiem?5Ja, że nie chciałbym przez usta posłańcówO tem zasłyszeć, sam tutaj przybyłem,Ja, Edyp, sławą cieszący się ludzi. —Rzeknij więc, starcze, boś ty powołany
Za innych mówić, co was tu zebrało,10Strach czy cierpienie? Wyjaw to mężowi,Co chce wam ulżyć; bo byłby bez serca,Gdyby ten widok mu serca nie wzruszył.
O Panie, który ziemicą tą władasz,
Widzisz, jak garnie się wsze pokolenie15Do twych ołtarzy; jedni, to pisklętaDługiego lotu niezdolne, a drugichWiek już pogarbił; ja służę ZeusowiA tamci innym bogom; równe tłumy
Siadły gdzieindziej, gdzie chramy Pallady20
I tam, gdzie ołtarz Ismena popielny,Bo miasto — jak ty sam widzisz — odmętyZłego zalały i lud bodaj głowęWznosi wśród klęski i krwawej pożogi,
Mrąc w ziemi kłosach i ziemi owocach,25Mrąc w stadach bydła i niewiast porodach,Płonnych od kiedy bóg ogniem zionącyZaciężył srogą nad miastem zarazą,By grody Kadma pustoszyć, a jękiem
Czarne Hadesu wzbogacić ostępy.30Choć więc my ciebie nie równamy bogom,Ani te dzieci, siedliśmy w tych progach,Bo ciebie pierwszym mienimy wśród ludzi,Wśród ciosów życia i wśród nieba gromów.
Tyś bo przybywszy, gród stary Kadmosa35Od strasznych ofiar dla Sfinksa wyzwolił,Nic od nas wprzódy się nie wywiedziawszy,Ni pouczony; nie! z ramienia bogówDałeś nam życia ochłodę i ulgę.
A więc ku tobie, któryś nam najdroższym,40Ślemy, Edypie, tę prośbę błagalną,Byś nas ratował, czy z bogów poradyZnajdując leki, czy z ludzi natchnienia.Bo przecież widzę, jako doświadczonych
Rady najlepszym poprawy zadatkiem.45Nuże więc, mężom ty przoduj, skrzep miasto,Nuże, rozważnie działaj, bo ta ziemiaZbawcą cię mieni za dawną gotowość.Niechbyśmy rządów twych tak nie pomnieli,
Iż po naprawie upadek nas zgrążył;50Ale stanowczo wznieś gród ten ku szczęściu;
Z ptakiem tu dobrej nastałeś ty wróżbyI dziś dorównaj tej szczęsnej przeszłości.Bo jeśli nadal zachowasz ster rządów,
Piękniej ci mężom przewodzić, niż próżni.55Ni gród, ni okręt nic przecię nie waży,Jeśli nie stanie męża dla ich straży.
O biedna dziatwo! Nazbyt ja świadomyPróśb waszych celu; wiem, że wszystkie domy
Gnębi choroba, lecz wśród zła powodzi60Najgorsza nędza w mą osobę godzi.Bo was jedynie własne brzemię dręczy,Gdy moja dusza za mnie, za was jęczy,Za miasto całe; ze snu się nie budzę
Na wasze głosy; wiedzcie, że łzy ronię65I częstem troski błąkaniem się trudzę,By co obmyśleć ku ludu obronie.I uczyniłem, co dobrem się zdało,Syna Menojka a żony mej brata
Do Apollina pytyjskich wyroczni70Posłałem, aby Kreon się wywiedział,Co czyniąc, mówiąc, zbawiłbym to miasto .A odmierzając dzień jego odejścia,Już spokój tracę, bo nad miarę czasu
Zwykłą nie widać go w domu z powrotem.75Lecz skoro wróci — to byłbym przewrotnym,Gdybym za głosem nie postąpił boga.
Mówisz nam z duszy, a właśnie zwiastująOkrzyki ludzi Kreona przybycie...
O Apollinie! Niechby on ze słowem80Tak zbawczem przyszedł, jak wygląd ma jasny.
Dobrą nowinę ja wróżę, bo czyżbyInaczej wieńczył swą głowę wawrzynem?
Wnet się dowiemy, już słyszeć nas może. —
O książę, krewny mi synu Menojka,85Jakież przynosisz nam wieści od bóstwa!
Dobre, bo mniemam, że i ciężkie sprawyZ dobrym obrotem szczęsnemi się stają.
Jakież jest słowo? bo z tej oto mowy
Strachu bym nie mógł wysnuć, ni otuchy.90
Czy chcesz, bym mówił odrazu przed ludźmi,Lub wszedł do domu; na wszystko ja gotów.
Mów tu, wszem wobec; bo tamtych katuszeBardziej mnie dręczą, niż strach o mą duszę.
Niech więc wypowiem, co Bóg mi obwieścił. —95Febus rozkazał stanowczo, abyśmyZiemi zakałę, co w kraju się gnieździ,Wyżęli i nie znosili jej dłużej.
Jakim obrzędem? gdzież skryta ta zmora?
Wypędzić trzeba, lub mord innym mordem100Okupić, krew ta ściąga na nas burze.
Jakiegoż męża klęskę Bóg oznacza?
Rządził, o królu, niegdyś nad tą ziemiąLaios, zanim tyś ujął ster rządu.
Wiem to z posłuchu, bom męża nie zaznał.105
Tych więc, co jego zabili, rozkazałBóg nam ukarać i pomścić stanowczo.
Ale gdzież oni? Gdzież znajdą się śladyDawnej i wiekiem omszałej już zbrodni?
W tej, mówił, ziemi; śledźmy a schwytamy.110Ujdzie bezkarnie to, co człek zaniecha.
Czy w wnętrzu domu, czy też gdzie na polu,Czy na obczyźnie Laiosa zabito?
Wyszedł on z kraju pielgrzymem i potem
Już nie powrócił do swojej stolicy.115
A świadka albo towarzysza drogiCzyż niema, by się go można wypytać?
Zginęli; jeden, który zbiegł z przestrachem,Krom jednej rzeczy nic nie wie stanowczo.
Cóż to? rzecz jedna wiele odkryć może,120Byleby czegoś mógł domysł się czepić.
Mówił, że Laios nie z jednej padł ręki,Lecz że liczniejsi napadli go zbóje.
Czyżby zbójowi, gdyby on pieniędzy
Stąd nie był dostał, starczyło odwagi?125
Wieść to głosiła, lecz po zgonie królaNikt nie wystąpił, by pomścić tę zbrodnię.
I cóż sprawiło, że po klęsce królaPrawdy wyświecić tutaj nie zdołano?
Sfinks ciemnowróży ku troskom chwilowym130Od spraw tajemnych odciągnął uwagę.
Więc od początku ja rzeczy ujawnię.Bo słusznie Febus i ty równie słusznieKu umarłemu zwróciliście troskę;
Z wami ja wspólnie siły złączonemi135Spłacę dług bogu i dług naszej ziemi,
A tem nie dalszym z pomocą ja idę,Lecz sam ze siebie tę zrzucę ohydę.Bo ów morderca mógłby równie łacno
Zbrodniczą dzisiaj na mnie podnieść rękę. 140Zmarłemu służąc, usłużę więc sobie.Nuże więc, dzieci, powstańcie z tych stopniCo prędzej wiązki podniósłszy błagalne.I niech kto inny lud na wiec tak zbierze,
Iżby gotowym mnie wiedział; a z woli 145Bogów los szczęścia spłynie lub niedoli.
Powstańmy, dziatwo; przecież nas tu wiodłyTe właśnie cele, które on obwieszcza.A niechby Febus, co przesłał te rady,
Jak zbawca z ciężkiej nas wywiódł zagłady.150
Zeusa wieści ty słodka, jakież w dostojne Teb progiZ Delf grodu, co się złotem lśni,Wici niesiesz mi?Duch się wytęża, a kłębią się myśli od grozy i trwogi.Delicki władco, o Peanie,Drżę ja, czy nowy trud nastanie,Czy dawne trudy w czasów odnowisz kolei?Głosie niebiański, ty przemów, ty dzięciędziecię złotej nadziei!
Naprzód niechaj mnie Zeusa córa, odwieczna PalladaI Artemida wspomoże,Która strzeże tej ziemi i tron okrężny zasiadaNa Teb agorze.Przyjdź i Febie w dal godzący,Stańcie troje jak obrońcy.Jeśli już dawniej wy grozę ciążącą na mieściePrecz stąd wyżęli, przybądźcie i teraz i pomoc mi nieście.
Zło mnie bezbrzeżne dotknęło. O biada!Naród wśród moru upadaI myśli zbrakło już mieczyKu obronie i odsieczy,Pola kłosem się nie skłonią,Matki w połogach mrą lub płody ronią.Jak lotne ptaki, wartkie błyskawice,Mkną ludzie cwałem w Hadesu ciemnice.
Nad miastem zawisła głuszaI stosy trupów po ulicach leżą,A śmierć i dżumę szerzą;Nikt ich nie płacze, nie rusza.Żony i matki z posrebrzonem włosemŻałobnym zawodzą głosem.Skarga wszechludu zabłysła wśród nocy,O Zeusa złota córo, udziel nam pomocy!
Przybądź chyżo — oto wróg,Choć mu nie lśni mieczem dłoń,Z krzykiem wtargnął w miasta próg.Wyprzyj go na morską tońLub pędź w niegościnną dal,W głębie trackich fal.
Choć oszczędzi ciemna noc,To dzień wtóry zgnębi dom,Ty, co grzmotów dzierżysz moc,Zeusie, ciśnij grom!
Z twego łuku złotych strun,Puść, Apollo, krocie strzał,Artemis, spuść żary łun,Z któremi mkniesz wśród Lykji skał.Ciebie wzywam, złotosploty,Boś tej ziemi syn,Niechaj zaznam twej ochoty,Ty, coś panem win!O Bakchusie, pośród górPląsasz w Menad gronie,W Boga klęsk, co niesie mór,Żagwią mieć, co płonie!
Prosisz, a prosząc mógłbyś znaleźć ulgę,Siłę i z kaźni srogich wyzwolenie,Jeśli słów moich posłuchasz powolnie,Które ja, obcy zupełnie tej wieści
I obcy sprawie, wypowiem. Toć sam bym 220Nie wiele zbadał bez wszelkiej wskazówki.Teraz, żem świeżym tej gminy jest członkiem,Do was się zwracam z następną przemową:Kto z was by wiedział, z czyjej zginął ręki
Śmiercią ugodzon Laios Labdakida,225Niech ten mi wszystko wypowie otwarcie.Gdyby zaś bał się sam siebie oskarżać,Niech wie, że żadnej srogości nie doznaNad to, że cało tę ziemię opuści.
A jeśli w obcej by ziemi kto wiedział230Sprawcę, niech mówi, otrzyma nagrodęI nadto sobie na wdzięczność zasłuży.Lecz jeśli milczeć będziecie, kryć prawdę,To o przyjaciół się trwożąc, to siebie,
Tedy usłyszcie, co wtedy zarządzę.235Niechajby taki człowiek w naszej ziemi,Nad którą władzę ja dzierżę i trony,Ani nie postał, ni mówił z innymi,Ni do czci bogów nie był dopuszczony,
Ni do żadnego wspólnictwa w ofierze.240Zawrzyjcie przed nim podwoi ościeże,W żadnym on domu niech nigdy nie spocznie,Bo tego chciały pytyjskie wyrocznie.Ja więc i Bogu i zbrodni ofierze
Ślubuję taką służbę i przymierze.245I tak złoczyńcy klnę, aby on w życiu,Czy ma wspólników, czyli sam w ukryciu,Nędzy, pogardy doświadczył i sromu.I zaklnę dalej, że gdyby osiadły
Z moją się wiedzą W mym odnalazł domu,250Aby te klątwy na mą głowę spadły.A was zaklinam, abyście to wszystkoCzynili dla mnie, boga i tej ziemiOd zbóż i bogów tak osieroconej.
Bo choćby boga głos nie nakazywał,255Nie trzeba było popuścić bezkarnieŚmierci przedniego człowieka i króla,
Lecz rzecz wyśledzić. Że ja teraz dzierżęRządy te, które on niegdyś sprawował,
Łoże i wspólną z nim dzielę niewiastę;260Że moje dzieci byłyby rodzeństwemJego potomstwa, gdyby on ojcostwemMógł się był cieszyć; że grom weń ugodził,Przeto ja jakby za własnym rodzicem
Wystąpię za nim, wszystkiego dokonam,265Aby przychwytać tego, co uśmierciłSyna Labdaka, wnuka Polydora,Któremu Kadmus i Agenor przodkiem.A tym, co działać omieszkają, bogi
Niech ani z ziemi nie dopuszczą płodów,270Ni dziatek z niewiast; niech oni marniejąWśród tej zarazy, lub gorszym dopustem.Was zato, którzy powolni mym słowom,Wspólnictwo Diki niech skrzepi łaskawie
I bogi w każdej niech poprą was sprawie.275
Jak mnie zakląłeś, tak powiem ci, książę.Ni ja zabiłem, ni wytknąćbym umiałTego mordercy; ten, co drogi wskazał,Febus, sam jeden odkryłby złoczyńcę.
Słusznie to rzekłeś. Ale wymóc z bogów,280Czego nie zechcą, nie zdoła śmiertelny.
Lecz drugie wyjście śmiałbym ci polecić.
Mów i o trzeciem, jeżeli ci świta.
Mistrzowi wiedzy najbliżej dorówna
Tyrezjasz, jego więc rady sięgając, 285Najwięcej, książę, zyskałbyś dziś światła.
Przecież już anim tego nie zaniechał;Bo za namową Kreona dwukrotnieSłałem umyślnych, a zwłoka mnie dziwi.
Inne bo rzeczy są głuche marne.290
Co mniemasz? Każdy tu szczegół ma wagę.
Mówią, że zginął z rąk ludzi podróżnych.
I ja słyszałem. Lecz świadka nie widać.
Toć, jeśli w sercu drobinę ma trwogi,
On się przed twemi ulęknie przekleństwy.295
Nie strwożą słowa, kogo czyn nie straszył.
Lęcz otóż człowiek, co sprawy wyjaśni.Bo już prowadzą boskiego wróżbitę,W którego duszy prawda ma ostoję.
O Tyrezjaszu, co sprawy przenikasz300Jasne i tajne, na ziemi i niebie!Chociaż ty ślepym, nie uszło twej wiedzy,Jako choruje gród ten, przeto w tobieUpatrzyliśmy zbawcę i lekarza.
Bo Febus, jak ci już może donieśli,305Po wieściach naszych tę wróżbę obwieścił,Że wyzwolenie li wtedy nastąpi,Skoro odkrywszy morderców LaiosaNa śmierć ich albo wygnanie skażemy.
Ty przeto, lotu ptaków nie niechając,310Ni innych środków twej wróżbiarskiej sztuki,Siebie i miasto, ratuj mą osobę,I zbaw nas z wszelkiej zakały tej zbrodni.W tobie nadzieja; kto, czem tylko może,
Wesprze bliźniego, spełni dzieło boże.315
Biada, o biada tej wiedzy, co szkodęNiesie wiedzącym; znam ja to zbyt dobrzeI pomny na to nie byłbym tu stanął.
W czem powód, żeś tu przybył poniewoli?
Puść mnie do domu; bo łacniej co twoje320I ja co moje zniosę, gdy usłuchasz.
Miastu, któregoś dzieckiem, służyć radąJest obowiązkiem miłości i prawa.
Widzę, że słowa niekoniecznie w porę
Tyś wyrzekł; obym ja równie nie zbłądził.325
Na bogów, wiedząc nie ukrywaj światła,Przecież my wszyscy na klęczkach błagamy.
Wy wszyscy w błędzie. Ja nigdy złych rzeczyMoich, by nie rzec... twoich, nie wyjawię.
Więc wiedząc, zmilkniesz? czyż myślisz człowieku 330Miasto to zdradzić i zniszczyć ze szczętem?
Ani ja ciebie, ni siebie nie zmartwię.Prożno mnie kusisz, nie rzeknę już słowa.
Ze złych najgorszy — bo nawet byś skałę
Obruszył — wiecznie więc milczeć zamierzasz 335I niewzruszony tak wytrwać do końca?
Upór mój ganisz a w sobie nie widzącObłędów gniewu, nademną się znęcasz.
Któżby na takie nie uniósł się słowa,
Któremi nasze znieważasz ty miasto? 340
Zejdzie to samo, choć milcząc się zaprę.
Przeto co zejdzie, winieneś nam jawić.
Nic już nie rzeknę. Ty zaś, jeśli wola,Choćby najdzikszą wybuchnij wściekłością.
A więc wypowiem, co mi w błyskach gniewu 345Już świta; wiedz ty, iż w mojem mniemaniuTyś ową zbrodnię podżegł i zgotowałAż po sam zamach; a nie byłbyś ślepym,To i za czyny bym ciebie winował.
Doprawdy? a więc powiem ci, byś odtąd 350Twego wyroku pilnując, unikałWszelkiej i ze mną i z tymi rozmowy,Jako ten, który pokalał tę ziemię.
Jakie bezczelne wyrzucasz ty słowa?
I gdzież zamyślasz przed srogą ujść karą? 355
Uszedłem, prawda jest siłą w mej duszy.
Gdzieś ty ją nabył? Chyba nie z twej sztuki.
Od ciebie. Tyś mnie zmusił do mówienia.
Czego? Mów jeszcze, abym się pouczył.
Czyś nie rozumiał, czy tylko mnie kusisz? 360
Nie wszystko jasnem; więc powtórz raz jeszcze.
Którego szukasz, ty jesteś mordercą.
Nie ujdziesz kary za wtórą obelgę.
Mam mówić więcej, by gniew twój zaostrzyć?
Mów co chcesz, słowa twe na wiatr ulecą. 365
Rzeknę, iż z tymi, co tobie najbliżsi,W sromie obcując, nie widzisz twej hańby.
Czy myślisz nadal tak bredzić bezkarnie?
Jeżeli w prawdzie jest moc i potęga.
O jest, lecz w tobie jej niema, boś ślepym 370Na uchu, oczach, i ślepym na duchu.
A ty nieszczęsny urągasz, ty, któryWnet staniesz wszystkim na urągowisko?
Nocy ty synem, zaszkodzić nie zdołasz.
Ni mnie, ni innym, co w słońce patrzymy. 375
Bo nie pisano, abym ja cię zwalił;Mocen Apollo, aby to wykonać.
Czy to są twoje sztuki, czy Kreona?
Nie Kreon, lecz ty sam sobie zatratą.
Skarby, królestwo i sztuko, co sztukę 380Przewyższasz w życia namiętnych zapasach,Jakże was zawiść natrętnie się czepia,Jeżeli z tronu, którym mnie to miastoW dani, bez prośby mojej zaszczyciło,
Kreon, ów wierny, ów stary przyjaciel 385Zdradą, podstępem zamierza mnie zwalićI tak podstawią tego czarodzieja,Kuglarza, który zysk bystro wypatrzy,A w swojej sztuce dotknięty ślepotą.
Bo, nuże, rzeknij, kiedyś jasno wróżył? 390Dlaczego, kiedy zwierz ów śpiewotwórczySrożył się, zbrakło ci słów wyzwolenia?Przecież zagadkę tę nie pierwszy lepszy:Mógł był rozwiązać — bez jasnowidzenia.
A tobie wtedy ni ptaki, ni bogi 395Nic nie jawiły; lecz ja tu przyszedłszyNic nie wiedzący zgnębiłem potwora,Ducha przewagą, nie z ptaków natchnienia,Mnie więc ty zwalić zamierzasz, w nadziei,
Że bliskim będziesz przy Kreona tronie. 400Lecz ciężko i ty jak ów, co podżega,Odpokutujesz, a gdyby nie starość,Wraz byś otrzymał kaźń za twe zamysły.
Nam mowa starca wydała się gniewną
I twoja także, Edypie, a przecież 405To nie na czasie; lecz patrzeć należy,Byśmy głos boga spełnili najlepiej.
Chociaż ty władcą, jednak ci wyrównamW odprawie. Słowem i ja także władam.
Nie twoim jestem sługą, lecz Apolla; 410I nie zawezwę zastępstwa Kreona,Lecz sam ci powiem, tobie, który szydziszZ mojej ślepoty, patrzysz a nie widziszNędzy twej, nie wiesz z kim życie ci schodzi,
Gdzie zamieszkałeś i kto ciebie rodzi. 415Między żywymi i zmarłymi braćmiWzgardę masz, klątwy dwusieczne cię z krajuOjca i matki w obczyznę wygnają,A wzrok, co światło ogląda, się zaćmi.
Jakiż Kiteron i jakie przystanie 420Echem nie jękną na twoje wołanie,Gdy przejrzysz związki, kiedy poznasz nagle,W jaką to przystań nieprzystojną żaglePełne cię wniosły; nieszczęścia ty głębi
Nie znasz, co z dziećmi cię zrówna i zgnębi. — 425Szydź więc z Kreona, szydź z mojej ty mowyBo niema człeka między śmiertelnymi,Którego złe by straszniej zmiażdżyć miało.
Czy znośnem takie wysłuchać obelgi?
Precz stąd coprędzej z przed mego oblicza, 430Co żywo z tych się wynosić mi progów!
Nie byłbym stanął, gdybyś nie był wzywał.
Gdybym był wiedział, że brednie pleść będziesz,Nie byłbym ciebie zawezwał przed siebie.
Bredzącym może li tobie się wydam, — 435Tym, co cię na świat wydali, rozsądnym.
Jakim? Zaczekaj! Któż moim rodzicem?
Ten dzień cię zrodzi i ten cię zabije.
Jakież niejasne ty stawiasz zagadki?
Czyś nie ty mistrzem w ich rozwiązywaniu? 440
Urągaj temu, w czem uznasz mnie wielkim.
A jednak to cię zgubiło zdarzenie.
Jeślim wyzwolił gród — niech i tak będzie.
Więc już uchodzę. — Prowadź mnie, pacholę.
Niech cię prowadzi. Obecność twa przykra, 445Twoje odejście usunie tę plagę.
Rzekłszy co miałem — idę, nie z obawyPrzed twem obliczem, bo próżne twe groźby.A powiem jeszcze: człek, którego szukasz,
Zdawna pogróżki i wici o mordzie 450Laiosa głosząc, jest tutaj na miejscu.Obcym go mienią, ale się okaże,Iż on zrodzony w Tebach; nie ucieszyTem się odkryciem; z widzącego ciemny,
Z bogacza żebrak — na obczyznę pójdzie, 455
Kosturem drogi szukając po ziemi.I wyjdzie na jaw, że z dziećmi obcowałWłasnemi, jak brat i ojciec, że matkiSynem i mężem był, wreszcie rodzica
Współsiewcą w łożu i razem mordercą. 460Zważ to, a jeśli to prawdę obraża,Za niemądrego ogłoś mnie wróżbiarza.
Na kogóż wskazał delfickich głos skał?Kto strasznej zbrodni krwią ręce swoje zlał.Niechby szybkim pędem koni,Co cwałują w chmur tabunie,Uszedł on pogoni!Bo Apollo wnet nań runieZ błyskiem, gromem, burzą,I niechybne wnet Erynje grozie tej przywtórzą.
Więc z Parnasu śnieżnych wirchów głos błyszczący padłBy przestępcy ukrytego badać wszędzie śladOn jak buhaj w dzikim lesieRaz postoi w ceimnychciemnych grotach,To znów w skalne jary rwie sięw omylnych obrotach.Od wyroczni w środku ziem w dalsze pomknie siołaAle słowo wciąż jej żyje i krąży dokoła.
Straszną, o straszną wróżbiarz budzi trwogę,Słowom przywtórzyć ni przeczyć nie mogę.Błądzę wśród obaw; i błądząc, już nie wiem,Między Labdakidów rodem
A synem Polybosa, cóż gniewu zarzewiem,Co mogło być walki powodem.Wieść o tem milczy. Pocóżbym więc ujął Edypa ja sławyJako mściciel ciemnej sprawy?
Zeus i Apollo przenikną człowieczych dusz ciemnie,A fałszywy sąd tego, któryby nademnieStawiał wróżbiarza. Bywa, iż posiędzieMąż jeden więcej mądrości.Lecz nie przywtórzę mu nigdy, aż prawda najaw się dobędzie.Bo gdy potwór skrzydlaty w grodzie naszym gości,Stanął mąż i wyzwolił i zagoił rany;Nie dozna on mojej przygany.
Drodzy ziomkowie, doszło moich uszu,Że Edyp władca ciężko mnie winuje.
Więc tu przybywam zrażony; bo jeśli 515Mniema, iż ja się czy słowem, czy rzecząDo troski, co go gnębi, przyczyniłem,To już nie pragnę dłuższego żywotaPod tym zarzutem. Toć takie mniemanie
Nie drobną tylko wyrządza mi krzywdę, 520Ale największą, skoro ja rodakom,Wam i mym bliskim przewrotnym się wydam.
Zarzut ten jednak w gniewliwym zapaleRaczej się począł, a nie w głębi duszy.
Skąd te posłuchy, iż z mego podmuchu 525Wróżbiarz kłamliwe wygłasza twierdzenia?
Słowo to padło; skąd poszło, ja nie wiem.
I z prostym wzrokiem i z wzniesionem czołemTakie tu na mnie miotano zarzuty?
Nie wiem. Co władcy czynią, ja nie śledzę. 530Lecz otóż książę sam kroczy z pałacu.
Tyś tutaj? A więc śmiesz tak być bezczelnym,Aby do moich przybliżać się progów,Ty, coś zamierzył popełnić morderstwo
I z władzy króla mnie gwałtem ograbić? 535Rzeknij, na bogów, czy słabość czy głupstwoWe mnie spostrzegłeś, by snuć te zamiary?Czyś mniemał, że twych ukrytych podstępówNie dojrzę, że się obronić nie zdołam?
Czyż nie przewrotnem twoje przedsięwzięcie, 540Bez sił, wspólników, tak rwać się na trony,Które się ludźmi zdobywa i złotem?
Radzę ci naprzód wysłuchać mej mowy,A potem rzeczy poznawszy, osądzić.
W słowach ty dzielny, lecz złym ci ja będę 545Uczniem, bo mam cię za zdrajcę i wroga.
Posłuchaj oto, co powiem w tej sprawie.
Nie praw ty oto, że jesteś bez winy.
Jeżeli mniemasz, że upór jest skarbem,
Choć bezrozumny, to mniemasz przewrotnie. 550
Jeżeli sądzisz, iż krzywdząc krewnegoNie zaznasz kary, to sądzisz fałszywie.
Uznam twe zdanie, lecz poucz mnie przecież,Cóż ci się teraz wydarzyło złego?
Czyś mnie namawiał, czyli nie namawiał, 555Bym tu sprowadził znanego wróżbitę?
I dziś obstaję przy tej samej radzie.
Jakże to dawno od czasu, gdy Laios...
Cóż począł? Słów twych nie całkiem pojmuję.
Zniknął śmiertelnym ugodzony ciosem? 560
Będzie już dawno od tego zdarzenia.
Czyż wtedy wróżbiarz sprawował swą sztukę?
Równie był mądrym i w równej już cenie.
Czyż on naówczas mnie wspomniał choć słówkiem?
Nigdy, przynajmniej jam tego nie słyszał. 565
A czyście wtedy zarządzili śledztwo?
Tak, oczywiście, lecz było daremnem.
I czemuż wtedy nie gadał ten znachor?
Nie wiem; a kiedy czego nie wiem, milczę.
Lecz tyle z wiedzą mógłbyś rzec i znawstwem... 570
Co znów? nie zaprę się rzeczy mi znanych.
Gdyby nie schadzki z tobą, nie nazwałbyŚmierci Laiosa on moich rąk dziełem.
Jeśli tak mówi, wiesz to sam; ja ciebie
Chciałbym wypytać, jak ty mnie badałeś. 575
Badaj, bo mordu mi nikt nie dowiedzie.
Mów więc — maszli ty mą siostrę za żonę?
Tego pytania zaprzeczyć nie mogę.
Czy nie dopuszczasz onej do współrządów?
Cokolwiek zechce, przyznaję jej chętnie.580
Czyż więc ja trzeci nie równam się z wami?
W tem właśnie widzę twą złość przewrotność.
Nie, gdybyś słuchał, jak ja cię słuchałem. —Rozważ to naprzód, czy ktoby przekładał
Rządy wśród trwogi nad spokój pogodny, 585Któryby równą zapewniał mu siłę.Jam tedy nigdy nie marzył, by królemByć raczej niżli królewskie mieć życie,I nikt rozumny tego nie zapragnie.
Teraz mam wszystko od ciebie bez znoju, 590Gdy królów wolę częstokroć mus pęta.Jakże przeniósłbym więc godność i tronyNad stanowisko, co dzierżę wśród wczasów?Nie jestem przecie głupim, by pożądać
Czegoś innego nad zaszczyt z korzyścią. 595Czczą mnie tu wszyscy, wszystko mi się kłania,Ci, co do ciebie dążą, mi schlebiają,Bo od mej łaski tak wiele zależy.Więc czemużbym ja to wszystko porzucił?
Nie wykolei się człowiek rozważny, 600Anibym powziął ja takich zamiarów,Ani też innych nie poparł w tem dziele.Więc dla dowodu zapytaj się w Delfach,Czy w całej prawdzie oddałem głos boga;
A gdybyś poznał, że spiski knowałem 605Wespół z wróżbitą, to chwyć mnie i zabijDwoistym, moim i twoim wyrokiem!Ale nie rzucaj niepewnych podejrzeń,Bo się nie godzi złych mienić prawymi,
Ni prawych złymi bez wszelkiej przyczyny. 610Dobrego człeka odepchnąć, to tyle,Jakby kto drogiej wyzbył się chudoby.Poznasz to zczasem stanowczo, albowiemCnocie czas jeden świadectwo wystawi,
A złość nieprawych dzień jeden wyjawi. 615
Pięknie on mówił i zlecił przezorność,Bo człek porywczy zbyt łatwo się potknie.
Nagle i chyłkiem gdy ku mnie podstąpią,Trzeba mnie także w rozmyśle być nagłym.
Gdybym w spokoju trwał, to onby dzieła 620Dokonał, ja zaś doznałbym wnet szwanku.
Cóż więc zamierzasz? czy z kraju mnie wygnać?
Nic mniej; chcę śmierci twojej, nie wygnania.
Dowiedź mi naprzód, w czem moja jest wina.
Więc ani folgi mi nie dasz, ni wiary? 625
Bo ci rozwagi brak.
Mam ją dla siebie.
Trza jej dla mnie.
Ty złym jesteś człekiem.
A gdybyś błądził?
Jednak słuchać trzeba.
I złego pana?
O miasto, ty miasto!
I ja też miasta cząstką, nie ty jeden. 630
Dość tego kniaziu; w sam raz, jak spostrzegam,Wychodzi z domu Jokasta; z nią razemTrzeba zażegnać drażniące te swary.
Czemuż, nieszczęśni, jątrzycie się słowy?
Nie wstyd wam ludzi, gdy ogół chorzeje, 635Własne poruszać spory i zatargi?Idź więc do domu ty i pójdź Kreonie,By błahych żalów nie spiętrzać nad miarę.
O siostro! Mąż twój straszne miota na mnie
Groźby, podwójne wydziela mi kaźnie: 640Albo wygnanie, lub życia utratę.
Tak jest, bom schwycił na złych go zamysłachPodstępnie przeciw mej knutych osobie.
Niechbym nie uszedł, lecz zginął pod klątwą,
Jeśli prawdziwe twoje oskarżenia. 645
Zawierz na bogów, Edypie, tej mowie,Bacząc nasamprzód na święte zaklęcia,A potem na mnie i tych co obecni.
Usłuchaj chętnie i mądrze, o to cię błagam, mój władco!
W czem mam ustąpić?
Zważ, iż nie był przewrotnym, uszanuj jego zaklęcia!
Wiesz, czego żądasz?
Wiem.
A więc wypowiedz!
Że pozwał bogów, nie mieć bez przyczynyHańbiącej w twarz jego winy!
Wiedz ty, iż tego żądając odemnie,Żądasz mej śmierci i mego wygnania.
Klnę się na słońce, co niebios wiedzie rej,Niechbym zginął marnym zgonem,Jeśli kiedy w duszy mej
Myśl ta postała; w sercu ja zgnębionemDrżę, iż do nieszczęść, co trapią tę ziemię,Nowych klęsk przydacie brzemię.
Niech więc on idzie, choćbym i ze szczętemMiał zginąć„ albo z hańbą być wygnanym.Litość mą budzą twe słowa, nie jego.Moja nienawiść wszędzie go doścignie.
Zżymasz się jeszcze, kiedy ustępujesz,Zgnębionym jesteś, gdy gniew twój przycichnie,Takie natury są sobie katuszą.
Precz stąd nareszcie!
Uchodzę w tej chwili.Niechby wbrew tobie tamci mnie uczcili.
Księżno, czemu ty zwlekasz, by go wprowadzić do domu?
Niechbym poznała, co zaszło.
Ciemnych głos padł podejrzeń, które wgryzają się w serce.
Czy z ust ich obu?
Obu.
Cóż więc rzekli?
O, dość już cierpień! o, nie każ mi mowąRany tej jątrzyć na nowo!
Widzisz, gdzieś zaszedł ty z twoją mądrością,Zdradzasz mą sprawę i tępisz mi serce.
Rzekłem już nieraz, o książę,Że brakłoby mi rozumu i sądu,Gdybym się zaparł miłości, co z tobą mnie wiążeZ tobą, coś nawę tej ziemi do ląduSkierował pośród burz i mąk.O nie puszczaj steru z rąk!
Na bogów, powiedz i mnie wreszcie, królu,Czemu tak wielkim zapłonąłeś gniewem.
Rzeknę — bo więcej cię nad tamtych cenię, —
Jakie to Kreon knuł na mnie zamysły. 700
Mów, jeśli pewne masz winy poszlaki.
On mnie nazywa Laiosa mordercą.
Czy z własnej wiedzy, czyli też z posłuchu?
Nasłał wróżbitę przewrotnego, który
Słów mu oszczędził i głowę osłonił. 705
Ty więc nie bacząc wiele na te rzeczy,Mnie raczej słuchaj i wiedz, iż śmiertelnychSztuka wróżenia nie ima się wcale.Złożę ci na to stanowzcestanowcze dowody.
Wiedz więc, że Laios otrzymał był wróżby, 710Nie od Apolla, lecz od jego służby,Iż kiedyś śmierć go z rąk syna pokona,Co zeń zrodzony — i z mojego łona.A wszakże jego, jak wieść niesie, obce
Zabiły zbiry w troistem rozdrożu. 715A to niemowlę, gdy trzeci dzień świtał,Przebiwszy u nóg kosteczki, wysadziłOn ręką obcą gdzieś w górskich ostępach.I tak Apollo nie dopełnił tego,
By syn ten ojca powalił, ni groźby, 720Że Laios legnie pod syna zamachem.A tak głosiły przecie przepowiednie.Nie troszcz się o nie. Gdy tajemnej toniBóg chce co wydrzeć, on sam to odsłoni.
Po twoich słowach, jakiż mną owładnął, 725Żono, niepokój i ducha wzruszenie!
Nowa więc troska znów ciebie się czepia?
Słyszałem, tak mi się zdaje, że LaiosLegł, gdzie potrójne rozchodzą się drogi?
Tak wieść głosiła i dotąd się krzewi. 730
A gdzie spełniono nieszczęsną tę zbrodnię?
Focydą zwie się kraj ów, a dwie drogiZ Delf i Daulidy zbiegają się w jedną.
A jak to dawno od tego zdarzenia?
Na krótko, nim ty władcą tej krainy 735Zostałeś, wieść ta doszła do stolicy.
O Zeusie, cóż ty kazałeś mi spełnić?
Cóż ci tak serce, Edypie, porusza?
Nie pytaj więcej, lecz powiedz mi, jaki
Laios miał wygląd l w jakim był wieku? 740
Smagły był, włosów bielała już wełna,Od twej postawy niewiele się różnił.
Biada mi, straszną rzuciłem ja klątwę,Jak się wydaje, nieświadom na siebie.
Cóż mówisz, książę! Z trwogą na cię patrzę. 745
Drżę ja, iż wróżbiarz nie całkiem był ślepym;Rzecz mi wyjaśnisz, gdy jedno odpowiesz.
Waham się, ale orzeknę, gdy spytasz.
Czy jechał skromnie, czy też jako książę
Liczną drużynę miał na swe rozkazy?750
Pięciu ich było, a wśród nich obwiestnik;Wóz tylko jeden Laiosowi służył.
Biada — już świta zupełnie; któż tedyTakich szczegółów udzielił wam, żono?
Jeden ze służby, co uszedł ze życiem.755
Czyż on się teraz znajduje w tym domu?
O nie! bo kiedy wróciwszy zobaczył,Że ty u steru, że Laios zabity,Zwrócił się do mnie z pokornem błaganiem,
Bym go posłała na wieś między trzody,760Tak iżby najmniej oglądał to miasto.Ja go puściłam, bo chociaż niewolnik,Tej lub i większej był godzien nagrody.
Niechby on tu się pojawił co żywo!
Łatwem to; ale cóż go tak pożądasz?765
Boję się żono, żem orzekł zbyt wiele,Więc z tej przyczyny oglądać go pragnę.
Stawi się tutaj; ale i ja godna,Byś mi powiedział, co gnębi twą duszę.
Nie skryjęć tego, skorom tak daleko770Zapadł już w trwogę; a komużbym raczejWśród takiej burzy otworzył me wnętrze? —Ojcem był moim Polybos z Koryntu,Matką Merope z Dorydy. Zażyłem
Tam ja czci wielkiej, aż się przytrafiło775Coś, co urazy zapewne jest godnem,Godnem nie było takiego porywu.Bo wśród biesiady podniecony winemMąż w twarz mi rzucił, że jestem podrzutkiem.
A ja, choć gniewny, umiałem narazie780Się pohamować; nazajutrz badałemOjca i matkę, a oni do sprawcyTakiej obelgi żal wielki uczuli.To mnie cieszyło; lecz słowa te jednak
Ciągle mnie truły i snuły się w myśli.785A więc bez wiedzy rodziców poszedłemDo świętych Delfów, a tu mi ApolloTego, com badał, nie odkrył; lecz straszneZato mi inne wypowiedział wróżby,
Że matkę w łożu ja skalam, że spłodzę790Ród, który ludzi obmierznie wzrokowi,I że własnego rodzica zabiję.To usłyszawszy, zdala od KoryntuBłądziłem, kroki gwiazdami kierując,
Aby przenigdy nie zaznać nieszczęścia,795Hańby, któraby spełniła tę wróżbę.l krocząc naprzód, przyszedłem na miejsce,Gdzie według ciebie ten król był zabitym.
Zeznam ci wszystko po prawdzie; gdym idąc
Do troistego zbliżył się rozdroża,800Wtedy obwiestnik i mąż jakiś wozemW konie sprzężonym jadący, jak rzekłaś,Mnie najechali, i z drogi mnie gwałtemWoźnica spędzał wraz z owym staruchą.
Ja więc wzburzony uderzam woźnicę,805Co mnie potrącił; a gdy to zobaczyłStarzec, upatrzył gdym podle był wozu,I w głowę oścień mi wraża kolczasty;— Oddałem z lichwą; ugodzon kosturem
Runął on nawznak ze środka siedzenia. —810Tnę potem drugich; a jeśli obcegoŁączyło jakie z Laiosem krewieństwo,To któż nędzniejszym byłby od zabójcy,Któż w większej bogów pogardzie i nieba?
Przecież go obcym, ni ziomkom nie wolno815Przyjąć pod dachem, ni uczcić przemową,Lecz precz należy odtrącić. Nikt inny,Lecz ja tę klątwę sam na się rzuciłemA ręką kalam ofiary dziś łoże,
Co w krwi broczyła. — Czyż ja nie shańbiony?820Nie zbezczeszczony doszczętnie? JeżeliTułać się przyjdzie, w tułaczce już moich,Ani ojczyzny oglądać nie będę.Inaczej matkę bo pojąć i zgładzić
Ojca bym musiał, tego, co dał życie.825Ktoby w tem widział srogiego demonaDopust, czyż domysł ten byłby fałszywym?Niechbym nie zajrzał, o boże wy mocy,Tego ja słońca i zginął bez wieści
Z pośród śmiertelnych, nim takie nieszczęście830Ostrzem by w moją ugodziło głowę.
Strasznem to, panie, lecz póki ów świadekPrawdy nie wyzna, trwaj jeszcze w nadziei.
Żyje też we mnie li tyle nadziei,
By się owego doczekać pasterza.835
Jakąż otuchę opierasz ty na nim?
Zaraz ci powiem; jeśliby tak samo,Jak ty, on mówił, uszedłbym ja zguby.
Jakież wyrzekłam ja słowa znaczące?
Rzekłaś, że kilku podawał on zbójców840Za sprawców zbrodni; jeśliby tę liczbęZnowu potwierdził, to nie ja zabójcą.Jeden i wielu, to przecież nie równem.Lecz gdyby wspomniał o jednym podróżnym,
Natenczas zbrodnia się na mnie przewali.845
Wiedz więc stanowczo, że tak brzmiały słowa,A niepodobnem, by wraz je odwołał.Gdyż wszyscy, nie ja słyszałam to sama.A gdyby nawet od słów swych odstąpił,
To i tak przecie zgon ten Laiosa850Wróżby nie spełni; bo temu ApolloGroził, że zginie od syna prawicy,A syn nieszczęsny nie zabił go wszakże,Lecz sam dokonał już przedtem żywota.
Ja więc na słowa wróżbiarzy ni tyle855Się nie oglądam, a tyle je ważę...
Trafnie to mówisz, poślij jednak kogo,Aby przystawił pasterza, nie zwlekaj.
Wnet poślę, wstąpmy tymczasem do domu,
Bo, co ci miłem, nie zniecham niczego.860
Niechbym ja słowom i sprawom co święteCześć wierną dał i pokłony.Strzegą ich prawa w eterze poczęte,Nadziemskie strzegą zakony.Olimp im ojcem, z ziemskiego bo łonaTakie nie poczną się płody,Ani ich fala zapomnień pokona.Trwa w nich Bóg wielki, mocny, wiecznie młody.
Pycha rodzi tyranów; gdy pychy tej szałyPrawa i miarę przekroczą,Runie na głowę ze stromej gdzieś skały,Gdzie głębie zgubą się mroczą.Nic jej stamtąd nie wyzwoli.Do Boga wzniosę ja prośbę gorącą,By zbawił tego, co nas ratował w niedoli.Bóg mi ostoją i wiernym obrońcą!
A gdy ludzi czyn lub głosPrawa obrazi i święte bóstw trony,Niech ich straszny dogna los,Skarci dumy wzlot szalonej,Gdy za brudnym zyskiem gonią,Gdy od ludzi złych nie stronią,Świętość grzeszną skażą dłonią.
Któżby jeszcze się chełpił, iż kary on grotyI bogów odeprze gniewy?Jeśliby takie cześć miały roboty,Nacóż me tańce i śpiewy?
Już do Olimpji nie pójdę, nie pójdę Delfów ja szlakiem,Nie ujrzy mnie Abejski chram,Aż niebo swym wszechwidnym znakiemMowom ludzi zada kłam.O Zeusie, jeśliś ty panem niebiosów,O wszechwładco ziemi losów,Bacz na krnąbrność ludzkich głosów.Co Bóg o Laiosie wieści,Mają już za sen i maryI Apollo już bez cześci!Wniwecz idą wiary.
O głowy miasta, dobrem mi się zdałoDo domów bożych pójść, przybrawszy ręceW wieńce i wonne dla bogów kadzidła.Bo troski różne zawładły nadmiernie
Duchem Edypa; i nie jak rozumny915Nowe on wieści według dawnych waży,Lecz tym, co grozę wróżą, się poddaje.Więc gdy mu żadnej nie wlałam otuchy,Do ciebie, żeś tu bliski, Apollinie,
Z prośbą się teraz zwracam i błaganiem,920Żebyś nam ulgi przysporzył ty zbożnej.Bo teraz my tu wszyscy zatroskani,Patrząc na trwogi sternika tej nawy.
Czy mógłbym od was dowiedzieć się, kumy,
Gdzie tu mieszkanie jest króla Edypa.925Lub raczej mówcie, gdzie teraz przebywa.
Otóż dom jego, a on sam jest w domuI otóż żona, matka jego dzieci.
Niechajby szczęsna ze szczęsnymi żyła,
Ona, co prawą jest jego małżonką.930
Niechaj i tobie Bóg szczęści, boś pięknieNas tu pozdrowił; lecz wyjaw przyczynęTwego przybycia, jaką wieść przynosisz.
Dobrą wieść niosę dla domu i męża.
Jaką nowinę? Skądże to przybywasz?935
Z Koryntu, — słowa, które wnet wypowiem,Sprawią ci radość — a może i troskę.
Cóż to, co siłę podwójną mieć może?
Jego chcą ludzie Istmijskiej krainy
Posadzić na tron; tak o tem mówiono.940
Cóż? czyż już stary Polybos nie rządzi?
Przestał, bo śmierć go zabrała do grobu.
Cóż znowu? umarł więc, starcze, Polybos?
Niech zginę, jeśli prawdy nie wyrzekłem.
Donieś więc o tem, służebno, co prędzej945Mojemu panu. O bogów wyrocznie!Cóż się to stało? Z trwogi przed tym mężemUciekał Edyp, by snadź go nie zabił.A teraz los weń — nie Edyp ugodził.
O najmilejsza ma żono, Jokasto,950Pocoś mnie tutaj wywołała z domu?
Wysłuchaj tego człowieka i rozważ,Jako się pustym okazał głos bogów.
Co on za jeden i cóż nam zwiastuje?
Idzie z Koryntu z nowiną o ojcu,955Że już nie żyje Polybos, że — skonał.
Cóż to przybyszu! Sam mów, co przynosisz.
Jeśli to wprzódy mam tobie obwieszczać,Wiedz, że ów człowiek już poszedł na mary.
Podstęp go, czyli zwaliła choroba?960
Drobna niekiedy rzecz starca powali.
A więc z słabości skończył, jak się zdaje.
I z miary wieku, która nań przypadła.
Przebóg! pocóżby, o żono, kto zważał
Na Pytji trony, niebieskie świergoty965Ptaków, za których-to głosów przewodemJa ojcobójcą być miałem; toć terazTen już pod ziemią, a ja zaś oszczepuAni się tknąłem; więc chyba tęknota
Za mną go zmogła; — tak byłbym zabójcą.970Zabrawszy tedy grożące wyrocznie,Legł on w Hadesie i starł je na nice.
Czy nie mówiłam ci tego już dawno?
Mówiłaś, ale mną władnęła trwoga.
Nadal więc nie bierz tych rzeczy do serca.975
Lecz matki łoże, czyż nie ma mnie trwożyć?
Czemużby troskał się człowiek, co w rękuLosu, przyszłości przewidzieć nie zdolny?
Jeszcze najlepiej żyć tak — od dnia do dnia.
A tych miłostek z matką się nie strachaj,980Bo wielu ludzi już we śnie z matkamiSię miłowało; swobodnie ten żyje,Kto snu mamidła lekko sobie waży.
Pięknem byłoby to wszystko, coś rzekła,
Gdyby nie matka — przy życiu; że żyje,985Choć pięknie mówisz, ja muszę się trwożyć.
I z grobu ojca nie zabłysł ci promień?
Zabłysł, nie przeczę, lecz matki się boję.
Jakaż niewiasta tak wielce was trwoży?
Meropa, starcze, żona Polybosa.990
Cóż więc takiego, co grozę wam sprawia?
Straszliwa wróżba zesłana od bogów.
Poznać ją można, czy milczeć musicie?
Owszem, znać możesz. Loksjas mi zwiastował
Niegdyś, że matkę obejmę na łożu995
I że własnego ojca krew przeleję.Przeto ja długo, by złego się ustrzec,Mijałem Korynt, na szczęście; lecz przecieżPatrzeć w rodziców oblicze rozkoszą.
Czyż dla tej trwogi uszedłeś ty z kraju?1000
Tak, starcze, nie chcąc być ojca mordercą.
Czemuż więc dotąd, o władco, z tej trwogiCię nie wywiodłem, gdym przybył tu chętny?
A przecież wdzięczność zyskałbyś tem wielką.
Potom tu przybył, by skoro do domu1005Wrócisz, i mnie się też co okroiło.
O! z rodzicami nie stanę pospołu!
Synu, toć jasnem, iż nie wiesz, co czynisz.
Jakto, mój stary, poucz mnie, na bogi!
Czyż dla tych ludzi unikasz ty domu?1010
W trwodze, by Febus się jasno nie ziścił.
Byś od rodziców nie przejął zakały?
To właśnie ciągle, o starcze, mnie trwoży.
Więc nie wiesz, że się strachasz bez powodu.
Jakoż? gdy jestem tych dzieckiem rodziców.1015
Polybos tobie żadnym nie był krewnym.
Cóż to, Polybos nie byłby mi ojcem?
Nie więcej ojcem odemnie, lecz równym.
Skądby się ojciec z tym równał, co nie jest?
Wszakże ni ja cię spłodziłem, ni tamten.1020
Więc skądże wtedy on mienił mnie synem?
Wiedz, iż z rąk moich otrzymał cię w darze.
I z obcej ręki przyjąwszy, tak kochał?
Bezdzietność takie mu dała uczucia.
A tyś mnie kupił, czy znalazł przypadkiem?1025
Znalazłem w krętych Kiteronu jarach.
Jakże dostałeś się do tych ostępów?
Górskiemu bydłu za pastucha byłem.
Pastuchem byłeś wędrownym i płatnym?
I twym wybawcą natenczas, o synu.1030
A w jakiej ty mnie zeszedłeś potrzebie?
Stopy nóg twoich dać mogą świadectwo.
Biada mi, dawne wspominasz niedole.
Ja zdjąłem pęta z twoich stóp przebitych.
Z pieluch więc straszną wyniosłem ohydę?1035
Od nóg nabrzmiałych nadano ci imię.
Przebóg, mów, ojciec je nadał czy matka?
Nie wiem, wie lepiej ten, co mi cię zwierzył.
Nie sam mnie zszedłeś, lecz z innejś wziął ręki?
Nie sam, lecz inny cię wydał mi pastuch.1040
Któż on? Czy zdołasz go jeszcze oznaczyć?
Mówiono, że był u Laiosa w służbie.
W służbie u króla dawnego tej ziemi?
A jużci; pasał on Laiosa trzody.
Czy on przy życiu, czy mógłbym go widzieć?1045
Miejscowi ludzie to wiedziećby mogli.
Czyż więc wśród ludzi, którzy tu obecni,Zna kto człowieka, którego on wskazał,Czy go nie widział czy w polach, czy w domu?
Mówcie, bo światła nadarza się pora.1050
Nie znam innego krom sługi, któregoWezwać już z pola kazałeś. JokastaChyba najlepszej udzieli wskazówki.
ZonoŻono, czy znasz ty człowieka, za którym
Posłałem w pole, o którym ten prawi?1055
Cóż? kto mu w myśli? nie zważaj ty na to,Słów tu mówionych nie pomnij na próżno.
Rzecz niepodobna, bym takie poszlakiDzierżąc, nie badał mego pochodzenia.
Jeśli, na bogów, życie tobie miłe,1060Nie badaj tego; mej starczy katuszy.
Odwagi! nic ci nie ujmie, chociażbymZ dziadów i ojców pochodził niewoli.
Jednak mnie słuchaj, błagam, nie czyń tego.
Zbytnia uległość nie zawrze mi prawdy.1065
Z serca najlepszą ci służę poradą.
Co zwiesz najlepszem, oddawna mnie dręczy.
Nieszczęsny, niechbyś nie wiedział, kim jesteś.
Czyż mi nie stawią wnet tego pastucha?
Ta — niech się cieszy świetnością swych przodków.1070
Biada, nieszczęsny, to jedno już słowoRzeknę, a głos ten już będzie ostatnim.
Dlaczegóż żona w tak dzikiej rozpaczyPrecz stąd wybiegła? Edypie? Strach zbiera,
Że jaka klęska w milczeniu się zerwie.1075
Niechaj się zrywa; ja jednak mojegoDojdę początku, chociażby był marnym.Tej pono, że jest wyniosłą niewiastą,Mojej nędzoty powstydzić się przyjdzie.
Ja zaś, co synem losu się być mienię1080Dobrotliwego, nie doznam shańbienia,On-to mi matką, a druhy miesiąceDały mi szmaty i dały szkarłaty.Wobec tej matki zmiany się nie boję,
Gdy poznam w pełni pochodzenie moje.1085
Jeśli to nie sen, nie złuda,Jutro, gdy skała twa, o Kiteronie,W pełni miesiąca zapłonie,Wysławię cześć twą i cuda.Zaśpiewam chwały pieśń wielką,Zwąc cię Edypa matką, żywicielką.Pląsem cię uczczę, iż byłeś ostoją mym panomA ty, Febie, zawtóruj i pieśni i tanom.
Jakaż bo ciebie zrodziła dziewica?Czyś ty był ojcem, o Panie,
Czy też Apolla znęciły ją licaNa szczytów cichej polanie?Czy bóg, co włada w Kyllenejskim jarze,Lub Bakchus lśniący na wirchów gdzieś tronieOd krasnych dziewic otrzymał cię w darze,Nimf w Helikonie?
Jeśli ja także, choć wprzód go nie znałem,1110Zgadywać mogę, mniemałbym, o starcy,Że ten, którego czekamy oddawna,Pastuch się zjawił, bo wiek za tem mówi.A zresztą w ludziach, którzy go prowadzą,
Widzę me sługi; osądzisz to łacniej,1115Boś znał człowieka przed dawnemi laty.
On to, mój panie, wśród domu LaiosaWiernym był sługą, jak mało kto inny.
Naprzód cię pytam, przychodniu z Koryntu,
Czyś tego mienił?1120
Tego, co tu stanął.
Starcze, patrz na mnie, i wręcz odpowiadaj,Gdy spytam; byłeś ty sługą Laiosa?
Tak, byłem sługą domowym, nie kupnym.
Jakie tu miałeś zajęcia i służbę?
Najwięcej, panie, chodziłem za bydłem.1125
A w jakich miejscach miałeś twe szałasy?
Na Kiteronie i bliskich polanach.
Czyś widział kiedy tego tu człowieka?
Przy jakiej sprawie? Kogóż masz na myśli?
Tego tu, czyś ty z nim zadał się kiedy?1130
Narazie ciężko to sobie przypomnieć.
Nie dziw, o panie! ja wraz mu przypomnęTo, co zahaczył. Bo wiem to ja przecie,Że on wie także, jakośmy trzy lata
W ciepłych miesiącach wyganiali trzody1135Tu na Kiteron; gdy zima nastała,Ja przepędzałem bydło do mych stajen,On do Laiosa obory; no! mówże,Czy tak się działo, czy zmyślam te rzeczy?
Będzie to prawda — choć temu już dawno.1140
Więc powiedz dalej, czy pomnisz, żeś dzieckoOddał mi jakieś na pielęgnowanie?
Cóż to, pocóż mi pytanie to stawiasz?
Oto ten, kumie, co wtedy był dzieckiem.
Cóż ty, do licha, nie zamkniesz raz gęby?1145
Nie łaj go, stary, bo raczej twe słowaZgromić należy, nie jego przemowy.
W czemże ja, dobry panie, zawiniłem?
Że przeczysz dziecku, za którem on śledzi.
Plecie bo na wiatr, nie wiedzieć dlaczego.1150
Nie zeznasz z chęcią, to zeznasz pod batem.
Przebóg, nie smagaj, o panie, staruszka.
Niechaj mu ręce spętają na grzbiecie.
Zaco? o biada! jakiej chcesz nowiny?
Czyś dał mu dziecię, o które się pyta?1155
Dałem; bodajbym dnia tego był zginął.
Przyjdzie do tego, gdy prawdy nie zeznasz.
Doszczętniej zginę, skoro ją wypowiem.
Człowiek ten szuka, jak widać, wykrętów.
O nie, toć rzekłem, iż dałem je dawno.1160
Skąd wziąłeś? z domu? czy dał ci je inny?
Mojem nie było, z innej wziąłem ręki.
Któż był tym mężem, z jakiego on domu?
Na boga, panie, nie pytaj mnie więcej!
Zginąłeś, jeśli raz pytać nie dosyć.1165
A więc — z Laiosa to było pomiotu.
Czy z niewolnicy, czy też z krwi szlachetnej?
Biada, ma mowa tuż u grozy kresu.
I słuch mój również, lecz słuchać mi trzeba,
Zwano go synem jego; lecz twa żona1170Najlepiej powie, jak rzeczy się miały.
Czy tedy ona oddała?
Tak, panie.
W jakimże celu?
Bym zabił to dziecię.
Wyrodna matka!
Trwożyły ją wróżby.
Jakie?1175
Że dziecko to ojca zabije.
Pocóż je tedy oddałeś tamtemu?
Z litości, panie; myślałem, że weźmieDziecię do kraju, skąd przybył; i otóżOn je zratował na zgubę, bo jeśli
Tyś owem dzieckiem, to jesteś nędzarzem.1180
Biada, już jawnem to, czegom pożądał,O słońce, niechbym już cię nie oglądał!Życie mam, skąd nie przystoi, i żyłem,Z kim nie przystało — a swoich zabiłem.
O śmiertelnych pokolenia!Życie wasze, to cień cienia.Bo któryż człowiek więcej tu szczęścia zażyjeNad to, co w sennych rojeniach uwije,Aby potem z biegiem zdarzeńPo snu chwili runąć z marzeń.Los ten, co ciebie, Edypie, spotyka,Jest mi jakby głosem żywym,Bym żadnego śmiertelnikaNie zwał już szczęśliwym.
Twe cięciwy miotły strzałyGdzieś daleko za graniceZwykłych szczęść i chwały.Wróżą zmogłeś ty dziewicę,Ostrzem zbrojną szponów.Żeś nam stanął jako wieżaObronna od zgonów,Uczcił w tobie lud rycerzaI wywyższył cię ku niebom,Byś królem był Tebom.
A dziś kogo większa mocKlęsk i złego gnębi?Któż w czarniejszą runął nocDo nieszczęścia głębi?Edypa głowo wysławiona,Jednej starczyło przystanieNa syna, ojca i kochanieI jednego łona.
Jakoż cię mogły znosić do tej poryW milczeniu ojca ugory?
Czas wszechwidny, ten odsłoniWiny twojej brud,Ślub nieślubny zemsta zgoniPłodzących i płód.O niechajbyś się Laiosa dziecięNigdy nie był zjawił,Nie byłbym teraz rozpaczą, co miecieJęki, serc krwawił.Tyżeś to kiedyś roztworzył me oczyI dziś ty grążysz mnie w mroczy.
O wy, którzyście starszyzną tej ziemi,Jakież będziecie wnet słyszeć i widzieć
Klęski i jakiej doznacie boleści,1225Jeżeli trwacie w miłości tych domów.Myślę, iż Istru, ni Fasisu wodyKałów nie zmyją, co kryją się w wnętrzuTego domostwa i wyjrzą na światło. —
Woli to dzieła. A najgorszą męką1230Ta, którą człowiek własną ściągnie ręką.
To już, co wiemy, dość daje żałobyI dosyć jęków. Cóż nadto przynosisz?
By jednem słowem wyrzec i pouczyć,
Wiedzcie, że boska Jokasta nie żyje.1235
O, ta nieszczęsna! Jak ona zginęła?
Z własnej swej ręki. Co grozą w tym czynie,To was oszczędzi, boście nie patrzeli.Jednak, o ile rzecz w mojej pamięci,
Straszne niewiasty opowiem katusze.1240Gdy bowiem w szale rozpaczy wkroczyłaW przedsionek, wbiegła prosto do łożnicy,Włosy targając obiema rękami,A drzwi za sobą gwałtownie zawarłszy,
Cieniów zmarłego woła Laiosa,1245Starych pamiętna miłości, od którychOn zginął, matkę zostawiając nato,Aby płodziła dalej z własnym płodem.Jękła nad łożem, co dało nieszczęsnej
Męża po mężu i po dzieciach dzieci,1250I jak wśród tego skończyła, już nie wiem.Bo wyjąc Edyp wbiegł i od tej chwiliJuż nie widziałem, co ona poczyna,Lecz jego tylko śledziłem już ruchy.
Biegał on, od nas żądając oszczepu,1255Wołał, gdzie żona — nie żona, gdzie rolaDwoista, której był siewcą i siewem.I szalonemu duch chyba to wskazał,Nie żaden z ludzi, którzy tam obecni.
Więc z krzykiem strasznym, jakby za przewodem,1260Runął ku odrzwiom i wnet ze zawiasówWysadził bramę i wpadł do komnaty. —A tam zoczymy niewiastę, jak wisiChustą zdławiona. Edyp na ten widok
Z wyciem okropnem, nieszczęsny, rozplątał1265Węzeł ofiary, a kiedy jej ciałoZwisło na ziemię, zdwoiła się groza.Bo sprzączki z szaty wyrwawszy złociste,Któremi ona spinała swe suknie,
Wzniósł je i wraził w swych oczu źrenice,1270Jęcząc: że dotąd wyście nie widziały,Co ja cierpiałem i com ja popełnił,Przeto na przyszłość w ciemności dojrzycie,Czegobym nie chciał, co chcę, nie poznacie —
Wśród takich zaklęć, raz wraz on wymierza1275Ciosy w powieki; wydarte źreniceZbarwiły lica, bo krew nie ściekałaZrazu kroplami, lecz pełnym strumieniemI z ran sączyła wdół czarna posoka.
To się z obojgu zerwało nieszczęście,1280Nieszczęście wspólne mężowi i żonie. —Była tu świetność zaprawdę świetnościąZa dni minionych, w dniu jednak dzisiejszymNastała groza, śmierć, hańba i jęki,
Nie brak niczego, co złem się nazywa.1285
Cóż więc poczyna teraz ów nieszczęsny?
Krzyczy, by bramy rozwarto i TebomWskazano tego, co ojca zmordował,Co matkę — wstręt mi przytoczyć te słowa; —
Woła, że z kraju uchodząc, pod klątwą1290Tu nie zostanie, jak sam się zaklinał.Lecz brak mu siły i brak przewodnika,Bo złe zbyt ciężkie na niego runęło.Wnet to ujrzycie, bo bram tych zawory
Się roztwierają, a stanie przed wzrokiem1295Taki wam widok, że wróg by zapłakał.
O straszny los dla ludzkich ócz,Straszniejszy cioś od wszelkich klęsk,Które widziałem na ziemi.
Jakiż wśród nędz nagarnął cię szałI jakiż duchZ nawałem burzDo takiej zgrążył cię głębi?Biada ci, biada, wymija cię wzrokA chciałbym wiele się pytać,Wiele się zwiedzieć i wiele rozważyć,Lecz strach mną trzęsie i groza.
O biada mi, biada!Nieszczęsny ja, do jakich ziemPodążę? gdzież uleci głos?O losie, w coś ty mnie powalił?
W strasznego coś, co słyszeć, widzieć grozą.
O ciemnie,Chmury, i straszne i czarne,Tylu klęskami ciężarne,Biada mi!Biada mi! — jakże porówno w niedoliRany i pamięć mych czynów mnie boli
Nie dziw, że pośród tak ogromnej mękiPodwójnie cierpisz, zdwojone ślesz jęki.
O przyjacielu!Tyś jeden nie ustał w ochocie,By nieść ulgę mej ślepocie.Nie uszło mi to! Bo chociaż mi ciemno,Głos twój ja słyszę nademną.
O straszny czynie! o straszny demonie,Któryś mu w oczy pchnął dłonie!
Apollo, on to sprawił, przyjaciele.On był przyczyną mej męce.Na oczy własne targnęły się ręce.Bo cóż wzrok jeszcze użyczyTemu, co widząc, nie dojrzy słodyczy?
Tak, jako mówisz, się stało.
Któżby mnie witał, kto kochał w tem mieście,Cóżby słuchowi ochłodę dawało?O przyjaciele! co prędzej unieściePrecz mnie, bom ziemi zakałą,I ściągnąłem do mych progówGniew i klątwę bogów.
Klęska cię gnębi, świadomość cię mroczy,Czemuż cię, czemu poznały me oczy?
O niechajby się ten nie był narodził,Który mnie znalazł dzieckiem opuszczonemŻycie zratował i z pęt oswobodził.Czemużem wtedy mym zgonemSobie i miłym nie ujął niedoli?
Po mojej także byłoby to woli.
Nie byłbym krwawych spełnił win,Ni matki skalał sromu;
Dziś nędzny ja, wyrodny syn,Zakałą jestem domu.I wszelkie klęski i katuszeW głowę godzą, dręczą duszę.
Żeś dobrze począł — nie śmiałbym ja wierzyć,Żyć w takiej ciemni! O lepiej ci nie żyć.
Że nie najlepiej ja sobie począłem,
Nie praw mi tego i szczędź mi nauki. —1370Bo jakim wzrokiem patrzałbym na ojca,Wstąpiwszy z ziemi do Hadu ogrojca,Jakim na matkę? Spełniłem ja czyny,Że żaden stryczek nie zmógłby tej winy.
A czyżby dziatki przy ojcowskim boku —1375Skądkolwiek one — coś dały ochłody?Nie dla mnie rozkosz takiego widoku!Ni miasto, bogów świątynie i grody!Bom ja najwyższą w Tebach dzierżąc chwałę,
Sam ich się zbawił, gdym miótł złorzeczenia,1380By wygnać zbrodnię i bogów zakałę,Choćby z Laiosa była pokolenia.Czyżbym ja zdołał takie hańby znamięDźwigając, podnieść ku dzieciom me czoło?
O nie! lecz raczej podniósłbym me ramię1385Na słuch i ten bym zmiażdżył, by wokołoSzczelnie odgrodzić nieszczęsne me ciało,Aby i ucho odtąd nie słyszało;I tak pozbawion i wzroku i słuchu,
Możebym wytchnął w nieświadomym duchu.1390Czemuś mnie przyjął, szczycie Kiterona,Czemuś nie zabił, by wśród twych pasterzyWieść gdzieś zamarła, z jakiego ja łona!Polybie! moja rzekoma macierzy,
Koryncie! czemuż dla złego osłony1395
Mnie w pozłociste przybrano tam strzępy?Dziś ja nieszczęsny, z nieszczęsnych zrodzony!Troiste drogi i leśne ostępy,Bory, rozbieżne wśród gęstwin wąwozy,
Co ojcobójczą posoką sączycie,1400Czy wam wiadomem, czy dotąd pomnicie,Co ja spełniłem i w jakie ja grozyZabrnąłem dalej? o śluby, o sromy!Nas zrodziłyście, a potem posiewy
Brałyście od nas i jedne tu domy1405Objęły matki i żony i dziewyZ krwi jednej, ojców i braci i synyI hańby bezdeń wśród ludzkiej rodziny.Lecz że te wstydy aż w słowa jąć trudno,
Przebóg, ukryjcie mnie kędyś w oddali,1410Zabijcie, albo w toń morza odludnąStrąćcie, bym nigdy nie wyjrzał już z fali.Bierzcie mnie! niech się z was żaden nie wzdrygnie,Dalej, bez trwogi, to takiej ohydy
Żaden śmiertelnik już po mnie nie dźwignie.1415
Kiedy tak błagasz, właśnie w samą poręNadszedł tu Kreon, by działać i radzić,Bo on po tobie tej ziemi jest stróżem.
Biada mi! Cóż ja do niego wyrzeknę?
Czyż on zawierzy? w ostatnich bo czasach1420Srodze ja wobec niego zawiniłem.
Nie by urągać przyszedłem, Edypie,Nie by cię gromić za dawniejsze winy.Lecz jeśli nie wstyd wam zwykłych śmiertelnych,
Baczcie przynajmniej na to wszechwidzące1425Światło Heljosa, aby nie wystawiaćNa widok takiej ohydy; nie ścierpiJej ani ziemia, dżdże święte, ni słońce.A więc zawrzyjcie go w domu co prędzej,
Bo tylko krewni mogą bez pochyby1430Krwi swojej grozy i widzieć i słyszeć.
Na bogów, skoroś mą trwogę rozprószyłI dobrotliwie do złego się zwrócił,Usłuchaj prośby, którą ci wypowiem,
Raczej na ciebie bacząc, niż na siebie.1435
O co więc błagasz mnie z takim naciskiem?
Wyrzuć co żywo mnie z tej tu krainyTam, gdziebym żadnych nie spotykał ludzi.
Byłbym to spełnił, wiesz dobrze, lecz wprzódy
Bóstwa chcę spytać, co czynić należy.1440
Lecz przecież tego wola już zjawiona:Chce bezbożnego śmierci ojcobójcy.
Taki był wyrok, lecz w dzisiejszej doliLepiej wybadać, co począć nam trzeba.
O mnie nędznego ty badać chcesz bogów?1445
Bo ty pono dasz teraz im wiarę.
I ja mą wolę ci zwierzę i zlecę,Abyś pogrzebał tę w domu, jak zechcesz,Bo tym, co twoi, nie ujmiesz posługi. —
Lecz mnie nie uznaj snadź czasem ty godnym,1450Bym żywy miasto ojczyste zamieszkał,Lecz puść mnie w góry, kędy mój KiteronWystrzela w nieba, gdzie moi rodziceŻywemu niegdyś znaczyli mogiłę,
Bym przez tych zginął, co zgubić mnie chcieli.1455Tyle wiem jednak, że ani choroba,Ni co innego mnie zmoże, ni zwali.Śmierć ja przeżyłem, by w grozie paść wielkiejNiech więc się moje spełnia przeznaczenie!
A z dzieci moich — o chłopców, Kreonie,1460Nie troszcz się zbytnie: są oni mężamiI nie zabraknie im życia zasobów.Lecz o biedaczki, sieroce dziewczęta,Które siadały tu ze mną pospołu,
Z któremi, skoro wyciągły rączęta,1465Każdą się strawą dzieliłem ze stołu,O te się troskaj; pozwól je rękamiObjąć, rzewnemi opłakać je łzami.Uczyń to, książę szlachetny!
Zrób to! Bo gdy je przytulę, ukoję,1470Choć ich nie dojrzę, czuć będę, że moje.
Cóż to?Czyż mnie słuch zwodzi, na bogi, czy słyszęGłos moich pieszczot, jak kwilą, czyż Kreon
Litośnie wezwał najdroższe me dzieci?1475Czyż to nie złuda?
O nie! zrobiłem po twojej ja woli,Wiedząc, co serce twe zwykło radować.
Niech ci się szczęści i z łaski niebiosów
Niechbyś tu lepszych, niż ja, zaznał losów.1480O dziatki! gdzież wy? nie strońcie odemnie,Niech was obejmę w miłosnym uściskuW rękach, co oczy niegdyś pełne błyskuOjca w tak czarne pogrążyły ciemnie.
Jam to bezwidny, bezwiedny z tej samej1485Spłodził was roli; która mnie wydała.Choć was nie widzę, zapłaczę nad wami,Bo mi się roi wasza przyszłość cała,Którą na świecie wam pędzić wypadnie:
Rzadki ten człowiek, co wsparcia użyczy,1490Rzadką zabawa, w którejby się na dnieŁez co nie kryło i nieco goryczy.A gdy kochania zabłysną wam lata,Któż się tu stawi z miłosną ochotą,
Podejmie hańbę, co groźną sromotą1495Rodziców miażdży i dzieci przygniata?Któż bo w straszniejszej ohydzie tu brodził?Ojca morderca, on w łożu swej matki,Z której ma życie i sam się narodził,
Waszym był ojcem, o nieszczęsne dziatki!1500To wam w twarz rzucą. Więc któż wam swe serceOdda? Któż pojmie? Któż w domu ugości?Nikt! o nieszczęsne! w ciężkiej poniewierceŻyć wam tu przyjdzie bez czci i miłości.
Synu Menojka! żeś ojcem ty jednym1505Dla tych sierotek, nie żałuj zachodu,Gdy nas im zbrakło, nie pozwól tym biednymTułać się samym wśród nędzy i głodu.Nie zrównaj nigdy niedoli ich z moją,
Niech twe litości je przed tem osłonią,1510
Boś dla tych ofiar jedyną ostoją;Przyrzeknij, poręcz to, książę, mi dłonią.Gdyby nie wiek wasz, o dzieci, ni głosu,Ni rad bym szczędził; dziś prośbą skończycie,
Bym żył, gdzie dadzą, a wam z ręki losu1515Lepsze niż ojcu przypadło tu życie.
Łez już dosyć, dość już żalu, wstępuj więc do wnętrza już.
Słucham, choć mi to bolesnem.
Wszystko ma swój kres i czas.
Wiesz ty, jaką mam nadzieję?
Mów, bym poznał twoją myśl!
Że mnie wyślesz stąd daleko.1520
Co nastąpi, wskaże Bóg.
Lecz ja w bogów nienawiści.
Toż osiągniesz, czego chcesz.
A więc zgoda?
Co nie w myśli, tego w fałsz nie stroję słów.
A więc stąd mnie już uprowadź.
Idź, lecz wprzódy dzieci puść.
Nie odrywaj ich odemnie.
Nie chciej woli przeprzeć znów,
Bo coś przedtem ty osiągnął, zniszczył dalszy życia bieg.1525
O ojczystych Teb mieszkańcy, patrzcie teraz na Edypa,Który słynne zgłębił tajnie i był z ludzi najprzedniejszym,Z wyżyn swoich na nikogo ze zawiścią nie spoglądał,W jakiej nędzy go odmętach srogie losy pogrążyły.
A więc bacząc na ostatni bytu ludzi kres i dolę,1530Śmiertelnika tu żadnego zwać szczęśliwym nie należyAż bez cierpień i bez klęski krańców życia nie przebieży.
Comentarios
Cargando comentarios…