Czyściec (Napierski, 1937)

Ramiona w chmurach poszukują ziemi.A ta się pieni gniewem i wystrzelaŁagodną trawy świeżością, jak dymem.We snach błądzący... Czy gałąź mnie zbawi,Listek w dygocie, choć cień jego drobny?Powierzchnio zmienna, jak głęboko łowiszŹrenice zapatrzone w swe odbicie.Więzień samego siebie! jak odnaleźćZaklęcie, które przywróci wam ciało?

A tam jest wolny przestwór, nas wyzbyty.Jak oczodoły puste, i gardzącyWszystkiem, co jeszcze śmiertelne: zielenią,Która co wiosnę formuje się gorzko,By ku zagładzie udręczać się pełni;Wioską nad wodą: i ta jest umowna;Wiatrem, marszczącym jeziorniane smugi;I nawet strugą, tonąca w kolorachWielokształtnego nieba: jego niema.

A cóż o deszczu rzec? Poszmer szarawy.Pieściwą lirę bezcielesnej toniMy jeno słyszym czujnie, jak padanieKroplami godzin w wydrążone ucho.Niby na brzegu muszla, która pragnie.Aby Ocean istniał. Kto wie o nim?Tam trwa godzina i jest nieruchoma.

Co sprawdzi wonie, powiedz? Czyj wytropiWęch przesączanie się zapachów płynnych,Perfumy rozpylonej snu, chaosu kwiatów.Jeśli wynikły z gleby niepojętej?

Czy tak nas ciągnie ślad niepotwierdzony,Jak psa, co węszy za człekiem przez drogę.Szyfr czarodziejski, że ze łbem spuszczonymŹrenicą mętną, umęczony widmem,Biegnie, lecz za czem? (Nie pytaj, którędy!).A może one, gdy wrzawą o świcieWitają zmartwychwstanie ptasiej ziemi?I przez powietrze przeciągają niciŚwiegotliwego blasku, jak się szyjeNajcieńszą pajęczynę w barwach rosy.One najbliżej progu, jak anieliKlęczący u jeziora, aby musnąćOdbicie na tę sekundę przelotną,Gdy wolno spocząć. I znów lot rozwinąć.Rozwartem gardłem dotykać wolności!

O drzewa już nie pytaj, o, pieczaroZmierzchu, muzyczne zmroki elizejskie!Tam w snach błądzący... Patrzcie: naświetlony.jak zimną świecą przestrzeni odgóry.Olbrzymim blaskiem, który nie dygoce.Jak gwiazdy widne (wam widne); uśpionyNieodwołalnie i błogo, jak obłok.Podpatrujecie! Nadarmo wam czuwać,Nanic szpiegostwo zmysłów, sieć domyślna,Którą na przestwór rzucacie, by złowićTopielca, więzów wyzutego... Płynie.Głowa drążona i wstecz odchylona.Jak odrąbana toporem zachwytu.Grozi uśmiechem i wargi odmyka.By zawtórować stworom niezrodzonym.Jak kołysany snem czerep Orfeja.Tak się przybija o brzeg, tam się budzi.

Tu gadam z wami, tu nadarmo żyję.

Comentarios

Cargando comentarios…