Elegja (Ach! zabijają brzaski...)
Ach! zabijają brzaski, jednostajność nuży.I trwa figurą śmierci wzdęty obłok burzyPonad oknem, ukośnie naświetlonem blaskiemPrzyklęknąć nad melodją, pokalaną piaskiem,W dno piany wargi grążyć, niepochwytne dłonie.Aż zwierciadło okrutne w źrenicy utonie.Tafla ta nie przeraża, pusta i zielona:Nim spękana muśnięciem bezcieleśnie skona.Nieurodzony łowi liścia cień przelotnie— Promieniem przeraźliwym oko toni dotknie.Poczem wędka widzenia, jako wierzba blada.W zarysie rozperlonym perłowo opada.O, zagłado powierzchni! Żywe topielicePod prądy unoszone wynurzają liceNa sekundę odblasku, a wargi trzepotem,Klonów skrzydełka płoche, nad płynącem złotemDyszą, błogie i drętwe, gdy znosi je wodaW zieleń snu, Endymjonie! o, harmonjo młoda.Patrzysz w lustro, naryte bezsennem wejrzeniem.— Wieczór gałązki zgina, palce spaja cieniem,By strun skręconych lękiem w zachwycie szukały.Podmuch rozluźnia członki; na murawie białejNiedotykalnie tęskni, milczeniem się żaliKu Lunie, która smugą żegluje na fali.Dłoń czule przez pobrzeże zawisa ku strudze,Gdy w białkach wywróconych słońce pała cudze;Warga nawpół domknięta w śmiertelnej słodyczyBrzmienia niepokalane jękiem śpiewnym liczyI przez sen je przywiera ku zbliżonej toni— O, bóstwo! brzaskiem dotknąć oszronionych dłoni.
Comentarios
Cargando comentarios…