Elegja o Schubercie
Za firankami blask ciepły. Znów wzywaod ciszy, która kłamie, że szczęśliwa,w przestwór bezdomny, struchlałych gałęzitrzask melodyjny, trzepot, który więzi:muzyka sroga w więzieniu ożywa,ach, tak bezdenna! tak czuła i tkliwa!jak gwiazda, która niebiosa rozrywa.
Nie, nie wystarczy dać się zwieść tonami,gdy widzisz róże gęste, jak krew skrzepła,gdy czujesz podmuch letni pod księżycem,i kroki cieni słyszysz tajemniczew altanie, którą luna światłem plamisrebrnem i czarnem, gdy błądzisz aleją,serce się ściska, jak pięść.
Przemocy straszliwa!życie bogów niedokończone, jakjedyna rozstrzygającasymfonja,
jak ponad siły, nie do zniesienia, zabójcza, ostatecznaharmonja.
...Podsłuchiwać piosenki i aniołów,smreki i liście,szmery trzmieli,pohuki bąków,stąpania gnomów,i jak waży się motylniedosłyszalnie,knieje hucząceorganowo i zielono,mroczne —podsłuchiwać kogo?
Ach! krew własną, jeszcze ciemniejszą,bardziej cierpiącą w śpiewie,co zatrząść miał gwiazdami,a zbudziłludzkie łzy, łatwe łzy,bladość i rumieniecna dziewcząt białych i gładkich jagodach(pukle złote w cieniu, kunsztownie upięte,przebite zalotnie strzałą srebrnąjednej z dzierlatek zapatrzonych).
Poprzestawałeś na tem, ty, ludzki; to był triumf,a nie obłoki samotne, rosą bolesną darzącei obolałą muzyką.
O, wołające ptactwo nad wodami,nad rozlewiskiem wód, nad moczaramipradziejów, które zgniłą febrą karmią,jęku piszczałki, wabiący nas w bagno,że żółkniejemy, śmiertelni, jak czerepposągów, którym wichry i ulewyjesienne oczodoły zżarły: świecąbezwstydną pustką nicości — nęcącą!
Nauka o harmonji, skąpa wiedzao niej, nieosiągalnej raz na zawsze,o kompozycji, która nas zabija!Ale jak życie ciemnie-nieobjęte,jak głucho-melodyjną skomponowaćśmierć? i z miłością jak pogodzić gwiazdy?ze szczęściem znów samotność? z winem gorycz?z przyjaźnią zdradę? z sobą samym wszechświat?milczenie, które dopełnia, z melodją?jak z żądzą czułość? i jak rozpacz z sercem?
Te tony nałożone zawsze będąkłócić się, zrywać i w chrapliwym jęku,
jak ptaki, wzbijać się nad mroczne knieje,dziobiąc się: wielkim i otwartym krzykiem.
Wśród niezabudek śpimy, nad strumykiem.
I ulitował się nad śpiącymi i dłońmi przebitemidźwignął na pola elizejskie, między srogie niebiosa,jak skrzydłami.
I ulitował się Siebie i wstąpił na gwiazdykrólować po wieków wiek.
Ale my? cóż my? — którzyśmy przetrwalina tej ziemi?
O, któż spróbuje, jak On? o, wrzeciądze,dźwięki, co biją w wrota niewidzialne,jak w tarcz miedzianą! o, rygle, o, kraty!kwiaty z innego świata, dźwięk nieziemski,zbyt słodki; czysty zbyt; tak rzeczywisty,że wszystko w cień się mieni bezcielesny,co w długim trudzie pragnęliśmy kochać, —dziś nas odtrąca i ton ten zabija.Bo, jak na drewnie był ukrzyżowany,tak my na każdem drzewie. Ach, rozpięci,o, jak ciążący, jak niedoskonali!Nie zezwalamy, by się podźwignęłobez nas: już poza wzrokiem naszym, lotne.
By zaistniało, gdy my tylko żyjem,i zawadzamy mu w istnieniu czystem,słuchając szmeru liści, co liść szepce?Wysłuchujący czegóż? Mroku serca!Brzmienia, co nie jest jego: my go tworzym,jak wosk lepiony ciepłem wnętrzem dłoni,i kształtujemy próżnię, co w nas mieszka,cierpliwie kształt tej pustki urabiamyi udajemy, że jest rzeczywista!Ach, kogóż zwieść nam? kto też nam uwierzy,niedokończonym i w połowie drogipozostawionym sobie, tylko sobie?Jeszcze mocujem się z sobą. Dźwigamyaż ponad głowę tę kopułę dźwięków,która ma przetrwać, wtedy się nie zwalić,kiedy oddawna odpoczniemy prochem;która ma wzbić się w zenit, jako płomień,ów, co z otchłani niesie potępieńcaw gwiazdy, w ich uśmiech błogo-obojętny.O, żalu, jak im sprostać? jak pochwalićświat, który chwały dla siebie nie żąda?jak przetrwać? i miłować? i nie umrzeć?Nie wiesz; nie wiedział nikt; każdy próbował:do progu z trudem docierał; dotarłszy,stawał szczęśliwy.I tam marł posągiem.
I spłyniemy po wieków wiek na falach niepamięci,
na niedokonanych nurtach Harmonji.
Comentarios
Cargando comentarios…