Fontane
Baron Botho słyszy krzyk żórawia,wspominając młodość nadaremną,przechylony oknem w noc szemrzącą,nad potokiem, w tataraku pluszczącym, —
czarne czółna suną między trzciny,płaskie, bezpowrotne, widmowe, —on przyciska, zacinając wargi,order srebrny na samem sercu;
Effi Briest z bledziutkim uśmiechemumiera w jesiennem słońcu,długiemi palcami muskającastry pod zegarem rezygnacji;
Matylda tłumi jęk chusteczkąbatystową pod gerydonem,by nie ujrzano przez palmy,że na ustach zwisa krwi kropelka;
w świec płomieniach, w śpiewie organów,przed ołtarzem staje Korynna,wyrzekszy się pańskich cugów,zamieniwszy je na skromne serce;
o, Marceli, mój imienniku,rozmarzony prowincjale,
dostrzegamy w chmurach ciągnących,jak kroczy, szczupły i dumny,
poprzez cienie, na piachach malowne,beznadziejny szum, trzeszczący w sosnach,oglądając z ironiczną dobrociątrawy, do nóg pochylone pochyło!
Comentarios
Cargando comentarios…