Przypowieść (Napierski, 1937)
W dzień, przy robocie siedząc, obracamy kołoNiewidzialne, co furczy, zgrzytając z wesołąIronją. I tak w dłoni sprawujemy glinę,Macając kształt palcami; a od tego ginę.Garniec, toczony szorstko, garnca nienawidzi,Polewą okrytego, jak przekupni żydzi;Nim się sformuje, skrzypi i z drugim się wadzi.Jako żywo, przekupki na targu! NieradziTej sprzeczce sobowtórów, dźwigamy na szafę,By je podmuch upalny osuszył, jak rafę.Posłuchajcie bez trwogi, jak, pękając, szczęka.Niby wrzący glegoce, gdy dotknie go ręka,Która go ulepiła wraz z nami pospołu:Kucharz wie, co w nim tleje, zrodzonym z popiołu.Ach! ciemno w naszem wnętrzu, w którem wszechświat kipi:W skorupy wciąż nas tłuką, a przedtem w nas skrzypiKoło, puszczone w obrót, niewidzialne koła!Nie święci garnki lepią. Lecz warsztat AniołaDźwiga się z piersi ludzkiej i kości gruchoce.My czeladnicy jeno, a nad kołem NoceNieobeszłe, pod gwiazdą, w wirującym szczęku:Nim odpoczniemy gliną w zmartwychwstałym ręku.
Comentarios
Cargando comentarios…