Rozłąka (Napierski, 1937)

Zaznałem sielskiej rozkoszy, agonji pod niebem otwartem,W drgawkach, na piachach ławicy, wśród krzyku ptactwa wodnego,Nad okiem w sennych otchłaniach wrzeszczały spłoszone, rybitwy.W wiklinach szumiało podmuchem, który osuszał nam wargi.Ku śmiertelnym niechętnie wracałaś, oślepłym z zachwytu.O, zwlekająca! i palcem wstrzymując słońce, jak pasterz;Nawiało chłodem zmierzchania, twarze zwrócili ku sobie,Spóźnieni, z trudem, jak oczy zapatrzonych posągów.fafle gładkie marmurów, sprzęgnięte, jak nóż i osełka,Piersi toczone, czerepy, jękiem spajane pieszczoty,I nogi, gwałcące gorzko, nożyce, rozwarte rozpaczą...Przestwór czysty nad nurtem! Piana opływa nam kostki.W zwierciadle, jak dłonie rozluźnić? ziół szorstkich dotknąć z wieczora?Ku brzegom mroku prostować? w rozłące błogiej nie umrzeć?Odejdź! Nie wracaj, o, gwiazdo! Odpłyń, miła, na zawsze..Gdy czajka kwili w szuwarach, tleją kręgi nawodne;Z gałązek wierzby mi splatać, z odbić giętko złamanych.I patrzeć, i patrzeć, jak niknie wianuszek bezradny i lira.

Comentarios

Cargando comentarios…