Zenit i Nadir

ZENIT I NADIRJak narciarz, który zawisa nad stokiemu szczytu, zanim spłynie długo, płasko,w niedotykalny cel — przestwór go chłonie,śniegu strunami sunący naprzeciw,smagając ciszą, widną pustką blasków(płótno rozpięte zbyt czujnie, by przetrwać};poczem zerwane ramy: malowidło,narysowane kredą i kobaltem,smugami wukos krajane śniademi,wypukle ku źrenicy kotłowiskiemczarno-zielonem okapuje, złocącboleścią twarze, obrane ze skóry;podobnie zenit snu, gdy padasz martwy.Harmonjo! — budzisz się ku ślepej jawie,niechętnie kontur wydzielając ciała,kreśląca palcem, odłamanym szaro,linje napozór ostre (których niema),by runąć w lustro, w chlupot triumfalny;okaleczałą wyłamujesz wargę,rąbek posągu, a on gada obco.Powracać dokąd? Nieswojemi dłońmijak kształt wyciosać, by trwał podobłoczny,

uchwytny jak melodja na krawędziczystości? Drapiąc paznokciami mury,otynkowane tęczą, z piór i szczebliwybudowano ciało, żłopiesz, jęcząc.Niewiedzieć jaka twarz, to tylko Maska,z tysięcy oblicz przemieszana w całość,tak przeraźliwie ułamkową w stopie,jak płocha woda. Ku czemu odrywaszusta, napchane gładkością, po skórzebłądzące słono, po stromym marmurze?Chrupiące kolan kolumny, ramionaodrąbywane toporem zachwytu,tułowia przygwożdżone, trące płaskopiersi o piersi, by zrodzić potwora.Tak Venus wschodzi, ze śliny złączonejw pianie i w locie, puginałem drwiącymprzeszywa. Oto zabójcza prostota,muzyka, która plwa, niesfałszowana,nareszcie z wzniosłych ciał zlepiona Muza,pod bielą spazmu niezaspokajalnadoskonałości żądza, śmierć przeźrocza.Jesienną słychać piszczałkę, Harmonjo,wilgotne rzęsy, wywinięte z rtęci,lustrzaną rosą skraplają murawę,która rozpływa się obłocznie w zenit,w oko, wyżarte ulewą pogodną.

Comentarios

Cargando comentarios…