Pieśni niewolnika — XI
Traducido del checo por Maciej Szukiewicz
Na mej ręce spracowanejZabłąkany motyl siada,Skrzydła składa i rozkłada,A ja patrzę zadumanyNa tę sprzeczność tak głęboką,Na ten kontrast mojej dłoniZ krasą jego błon i żyłek, —U mnie zmarszczka zmarszczkę goni,Na nim aksamitny pyłekWprawia w zachwyt ludzkie oko.
Mój ty gościu z innych światów,Przyodziany w blask i tęczeŁąk zielonych ulubieńcze!Bytem twoim: pośród kwiatówUstawiczny pląs i tan.Gdzie nie fruniesz, w krąg ci świeciLazur czysty, — gdziebyś nie siadłDo rozkosznych siadasz biesiad,
Ku twym stołom zewsząd szle ciSwe nektary kwietny łan.
Moje zaś spętane ręceO wieczorze i porankuMdleją w pracy bez ustanku,W krwawych potach i udręce,Czoło me się kłoni w proch;Jak wół wlokę się jarzemniePod okrutnej chłostą pięści, —Mnie się nigdy nic nie szczęści,Miast radości mieszka we mnieTroska jeno, żal i szloch.
Rozkosz panem być błękitu,Rozkosz bujać w słońca złocie,Mimo tego ja ci, trzpiocie,Nie zazdroszczę twego bytu,Co na kwiatach wciąż upływa,Nie chcę trwać w mdłych snach jedynie,O pieszczotę róż się prosić —Los nasz: ziem tę potem rosić.Czyż nie po cnym tylko czynieRęka słodko wypoczywa?
Wolny, nie pod okiem straży,Radbym tężyć myśl i ramięW pracy, którą włoży na mięWłasny nakaz, — w tej, co darzyDniem jedynie godnym człeka;W pracy, coby błogość niosłaWszemu, z czem się pierś ma zrosła:Mej Ojczyźnie i ludzkościI szczęśliwszej tej przyszłości,Co jest, choć się wciąż odwleka.
Ale po kres dni przeklętaNienawistna i zelżonaPraca, którą z musu konaDłoń otroka skuta w pęta —Praca, co przy bata świścieMusi w krwawej ducha męceNajstraszniejsze pić gorycze:Sama na się kręcąc biczeNa skroń kata splatać w wieńceTriumfalnych laurów liście.
Comentarios
Cargando comentarios…