Pieśni niewolnika — XV

Traducido del checo por Maciej Szukiewicz

Raz dwaj otrocy z dozorcą samotrzećZ dalekiej drogi wracaliśmy puszczą,Której stuletnie drzewa tak się bluszczą,Że nigdy dniowi pod ich dach nie dotrzeć.Z worem na drągu z ramienia na ramię,Czujnie strzeżeni i pod grozą pięściAlbo cogorsza ostrej draba włóczni,Jeden za drugim szliśmy obaj juczni,Ledwo już dysząc. Wtem gałąź zachrzęściI suchy konar z łoskotem się złamieI sierść złocista, pręgowata cała,Mignie znienacka szybciej niźli strzała.Jeden krzyk trwogi i już drąg i brzemięLecą nam z ramion na skrwawioną ziemię,A mój towarzysz, co zdążał przedemną,Patrzę: kłom bestji broni się daremno.Stróż nasz oszczepem potrząsnął i mierzy...Zwierz powalonym nie bawiąc się trupemSkoczył i łapy w krwi ubroczył świeżejI pomknął w dżunglę z nowym swoim łupem.

Przejęty zgrozą pochwyciłem bronie,Które siepacza wypuściły dłonieI biec począłem naoślep przed siebie,Byle bór minąć, zanim noc na niebieRozwiesi mroki czarne i ponure.Byle bór minąć! — Ot, i rzedną lianyI coś jak ścieżka wije się pod górę.Może z niej dojrzę ślad zgubionej drogi?Tam jakaś grota pod załomem ściany...Ku jej kolebie wspinam się po perci,A wtem dzień zgasnął. Omdlały mi nogiI w sen zapadłem, cięższy od snu śmierci.

Kiedym nazajutrz przecknął z odrętwienia,Świat cały garnął się ku moim stopom,Cudny jak w pierwszym dniu swego stworzenia.W dal rozciągnięty ku morza zatopom,W którego toni złocisty krąg słońcaSkrzył się jak bogów tarcza gorejąca,Bór, co nikomu nie bywał komyszą,Dumał nakryty uroczystą ciszą.Gdziemkolwiek posłał zachwycone oczy,Czy to przed siebie, czy też po uboczy,Wszędzie a wszędzie na całym przestworzeJedno szumiało wkrąg zieleni morzeŚwieżej, spojrzeniem człowieka nietkniętej,Płynnym szmaragdem nawskróś przesiąkniętej,Nad nią cień orła czy też albatrosa,A jeszcze wyżej już tylko niebiosa.Zaś za mną w dali z wiecznym śniegiem w żlebieZza wieńca regli poprzez mgieł rańtuchy,Szczyt granitowy majaczał na niebieI hen! aż ku mnie słał rzeźwe podmuchy,

Co palm wierzchołki w rytm kołysząc senny,Ku leśnym jarom i wzgórz widnokręgomWiły się liścia rozchwianego wstęgą,Aż przepadały w kniei smukłopiennej.Ówdzie, rzuciwszy gniazdo swe podniebne,Śpiewne siklawy, niby kryształ ciekły,Wsnuwały pasma tęczowe i srebrneW aksamit polan, których nie urzekłyLudzkie spojrzenia. Tutaj kwiatów wdziękiJeszcze człowieczej nie zaznały ręki.Dziewicza ziemia ta od lat tysięcyŚni nieprzerwanie sen swój niemowlęcy.Zdana na czujne śmigłych palm wigiljeNa mchach puszystych położyła skronie;Nad nią storczyki złote i waniljeSieją z kielichów upojne swe wonie,Albo winorośl, ręką niedotkniona,Otrząsa na nią źrałe sokiem grona...Tak, to kontyna dziewiczej przyrody,Tu niema jarzma, tu jest raj swobody.

Przebóg, czy nie jest ułudy igraszkąTa błogość w piersiach i ten grom pod czaszką:Tyś wolny, wolny! tu cię nic nie pęta!Za tobą hańba i kaźń twa przeklęta,Sam sobie jesteś w tej kryjówce gazdą,Tutaj ci w skałach uwić orle gniazdo.Za tobą nędznych siepaczów czereda,Jarzmo i dyby i krzywda i bieda,Za tobą rabów kłótliwa gromada,Na której plecy batog dzień w dzień spada, —Wszystek jad duszy, z jej bezsilną złobą,Lęk, zawiść, podłość, — wszystko poza tobą

Niby gryzący dym, brudny i smolny,Pierzchło na myśl tę jednę: jesteś wolny!

Matko naturo! daj mi na twem łoniePrzeżyć połowę życia mego drugą,Zabliźnić rany, zapaść w czyste tonie,Zlać się z twą duszą jak struga ze strugą!Domem mi będzie gościnność tej groty,Napojem woda z wywierzyska świeża,Pokarmem owoc twój źrałością złoty,A oszczep bronią na leśnego zwierza.

Zaledwo pustać oną wziąłem lennem,Duch mój samotny śród chramów przyrodyPoczął w tem życiu beztroskiem i sennemTracić czarnego niewolnictwa wrzody,A wzrok, nawykły do błota i kału,Z prochów ku niebu dźwigać się pomału.Jakbym raz pierwszy przyglądał się ziemi,Świat cały wokół tworami swojemiPiersi me świętym napełniał podziwem.O! z jakże słodkim patrzyłem zachwytemNa zachód słońca, gdy za mgieł przędziwemSchodziło w morze kręgiem złotolitym,A z chmur pierzastych szkarłatnej osnowy,Przetkanej słońca ognistemi ściegi,Przędły się cudne wyspy i ostrowy,Ukazujące wciąż odmienne brzegi.Wieczorem zasię, gdy na firmamenciePod siejbą nocy, djament przy djamencie,Ciche przestwory zażegły się złotem,Duch mój, jak motyl całujący kwiaty,

Bezdeń błękitów przemierzając lotemI z tych na inne wstępując znów światyZ wiszaru sadów niebieskich na ziemięDum prometejskich przynosił mi siemię.Przemyśliwałem: światów tych kołowrótJest JEDNIĄ, tylko rozbitą na tony.W niej drzemie wszystko, co się w kształt obleka,A potem w nicość zapada napowrót;W niej gwiazdy wschodzą, palą się i gasną,W niej dziwów ducha łańcuch nieskończonyI to, co snuje fantazja człowieka,I to, co tylko przeczuwa niejasno —W co, choć mu było, będzie niewiadomem,Nad niepojętym wszechświata ogromemMyślą swą godzi... Toć ta niestatecznośćI te w obrębie JEDNI ciągłe zmiany,Światów kołowrót, przestrzeń, czas i wieczność,To płaszcz jedynie gwiazdami dziergany,Płaszcz i cień CZEGOŚ, co za skrajnem ruchemOczom się naszym ustawicznie kryje,Co nie materją będąc i nie duchemNad pojęć naszych zdolność trwa i żyje, —Czego nie można zmierzyć żadną miarą,Ani tęsknotą dociec, ani wiarą,A co dla jego formy różnolicejDarzymy mianem WIECZNEJ TAJEMNICY.Nie wiemy o niej nic i tylko duszaPrzeczuwa czasem, a czasem wie iście,Że za tym światem, gdzieś w górze czy na dnie.Musi COŚ istnieć, co przestrzenią władnieI czasem rządzi i gwiazdy porusza, —Bez czego bylibyśmy jako liścieStrącone wiatrem, a wszechświat ten całyO, jakże biedny i pusty i mały!

A tak, choć nieba chram gwiazdą nawisłyTajniami swemi mroczył moje zmysły,Rozeznawałem natyle atoli,Że postawione nad czernią szamanyW chytrze zatlonej cudów aureoliSwoje, nie Boga, jawili nam lico,Byleby tylko naród okłamany,Zabobonami zdławion jak pętlicąUtrzymać w swojej i panów niewoli.

Nietylko jednak ciał kosmicznych ładDucha mojego ponosił w niebiosy;Tosamo sprawiał często mały kwiatZ główką schyloną pod perłami rosy.O! jakież nieraz odsłaniał mi dziwyZielony trawnik upstrzony podbiałem,Nikłe stokrotki i liljowe dzwonki, —Nawet chwast zwykły, lichszy od pokrzywy,W którym niebaczną stopą tratowałemLiści subtelne krézy i koronki.Równie dźwięk każdy nęcił mię i ruch:Zręczność pająka przędącego sieciI niestrudzony taniec żwawych much,Podobny złotej pod słońce zamieci,I praca mrówek, co karzełków rzesząWciąż się krzątają nad czemś i gdzieś spieszą.

Raz gdym wszedł w wąwóz ciasny, pełen mroku,Kędy wykrotem obalone drzewaLedwo czerniały przez bluszcze i pnącze, —Kiedym się strwożył, że mię w ich natłokuZatopi liścia bujnego ulewaI że już nigdy nóg z nich nie wyplączę,

Zielone dłonią rozgarnąwszy wieńceUjrzałem nagle na kwietnej rówienceDziwo nad dziwy. — Jak pod baldachinem,W którego płachty ustawicznie spadaMżąca szafirem płynnym i rubinemStubarwnych kwiatów obfita kaskada,W mgławym półcieniu olbrzymiego drzewa,Na traw kobiercu spała cudna dziewa.Wiotkiem przędziwem od wianka do wiankaRozpięte wokół promienie poranka,Jakby siliły się jej krasie sprostać,Taki rzucały blask na śpiącej postać,Że chociaż — widno — była z krwi i z ciałaSnem się tęczowym i baśnią zdawała.

Skąd się tu wzięła ta wątła księżniczkaW tak przeźroczyste odziana osłonki,Że skróś nich widne nietylko jej liczka,Lecz i ponętnie sformowane członki?Kwef, potargany tu i tam na cierni,Nosił na sobie liczne zużyć ślady,Ale też zato ujawniał tem wierniejPowaby więzi i skóry blask śniadej.Kruczych kędziorów u skroni dokółkaPofalowane opadały grzywy,Z drogocennego w djademie naczółkaZwieszał się klejnot jak łza migotliwy;Rąk obnażonych pod głową poduszkaLeżała spięta w obręcz złotej żmiji,A kosmyk włosów, poniechawszy uszkaI po łabędziej przemknąwszy się szyji,Skradał się niżej tam, gdzie rąbek szatyKryjąc odsłaniał dwa świeżuchne kwiaty

Dziewczęcej piersi. Jednę z nóg doszczętnieKryło odzienie, a na drugiej zasięPowyżej kostki, na błękitnem tętnieSznur pereł mienił się w tęczowej krasie.

Jakiemże drżeniem i trwożnym zachwytemPierś mą napełniał ten jej owal twarzy,Opromieniony snów dziewiczych świtem,I ta jej smagłość, w której się kojarzyPatyna bronzu z skóry aksamitem,I te usteczka przez pół odemknione,Podobne kwiatom, kiedy się w koronęPod ros pieszczotą rozwijają z pąka.A jak wśród kwiatów luba woń się błąka,Tak na twarzyczce uśpionej dryady,Mimo rzęsistych łez wyraźne ślady,Błądził uśmieszek przesłodki choć blady.

A wtem przelotny motyl nabrał chętkiW dołeczku brody, kędy kupidynekOstrzy swe groty, skrzydeł modre centkiNiby wachlarze złożyć na spoczynek.A gdy stąd senne spędziły go dłonieFrunął i znów ją załaskotał w skronie.Dziewczę przecknęło i otwarło oczy...Wtedy ja widząc, że biedne serduszkoLedwo jej z drżącej piersi nie wyskoczy,Rzekłem: Nie lękaj się, nadobna wróżko!Włosek ci z głowy nie spadnie przezemnie,Lecz mów, jak zaszłaś w puszcz tych groźne ciemnie?

Wtedy płochliwej wzrokiem antylopyZmierzyła postać mą od głów po stopy

I po sekundzie wahania odrzekła:Gdyś ciekaw, słuchaj. — Byłam niewolnicą,Znam knut i jarzmo, lecz od tego piekłaGorsza chuć pańska, której nie nasycąSame spojrzenia. Dla niej w jedno ranoZdjęto mi więzy i te suknie danoI te w kształt węża manele ze złotaI ten sznur pereł, co me stopy mota.Lecz nim mię, cennym obwieszoną darem,Zdołano gwałtem zawlec w pański harem,Rozpacz i podstęp sił mi dały tyle,Że do ucieczki upatrzywszy chwilęZbiegłam w te lasy i wnet tydzień minie,Jak się samotna błąkam po gęstwinie,Pijam z potoku, głód sycą owoce,A ljanów sieć mi łożem w ciemne noce.Ale cokolwiek jutro mi przyniesie:Czy z wycieńczenia zginąć mam powoli,Czy mię rozszarpie zwierz, czy pogoń w lesie —Wolę to raczej niż hańbę niewoli.

Jednaki — rzekłem — los nas wiódł ku sobie.I jam gnił dotąd w otrockiej porobie.Więc gdy tam hańba czeka nas oboje,Pozostań tutaj i nie gardź mem szatrem.Jak umiem skórą je zwierząt wystroję,Aby osłonić cię przed dżdżem i wiatremI rad podzielę się tem, co łów zdarzy.A gdyby wtargnął i tu pościg wraży,To nimby z tobą uszedł stąd jak z łupem,Pierwejby musiał mnie rozciągnąć trupem.

Tu Zajma rękę ufnie mi podałaI zamieniliśmy pierwsze spojrzenie.

A mnie się zdało, że ta jej dłoń małaSerce mi muska i wprawia je w drżenie.Kwitnąłem wówczas pełnią męskiej siły —Toteż ramiona kobiet nieraz jużW namiętny uścisk pierś moją tuliłyI niskich uciech nachylając kruż,Były otrockiej męce ukojeniem.Lecz nigdy mimo tak zniżone loty,Opromieniony czystych marzeń tchnieniem,Nie zgasł mi obraz młodzieńczej tęsknoty.I to, com dotąd ścigał nadaremnoStało się — instynkt mi to mówił — ciałem,Sen długo śniony jawą wstał przedemną, —Teraz dopiero, co miłość, poznałem.

Baczyłem jednak, by przed Zajmą niczemNie zdradzić ognia, którym się zażegłem,Tem mniej paść oczy wstydem jej dziewiczym.Sam wziąwszy nocleg w urwisku przyległemSwoją jej grotę dałem na mieszkanie,A w niej z mchów miękkich i kwiatów posłanie.Z oszczepem w dłoni przebiegałem lasy,Znosząc w dom leśną zwierzynę i płody,Co pod jej ręką nawet bez okrasyW przysmak zmieniały się i w istne gody.Z glin różnobarwnych zręczne jej paluszkiPiękne mi garczki zrobiły i nieckiI kolorowe z sitowia rogóżki,A z łyka łapcie oraz sprzęt łowiecki.Zwolna ogniska domowego wdziękiemPoczęła mi się cała puszcza stroićI otom poznał jak bardzo maleńkiemJest to, co szczęściem mogłoby nas poić

I że ta ziemia wszystkichby żywiła,Gdyby nie przemoc brutalna i siłaTych nikczemników, co się obcą pracą,Wprzężoną w jarzmo, tuczą i bogacą.

Wszystkie niewoli niecnej upominki,Kosztowne ramion i skroni zapinkiI sznury pereł Zajma odrzuciwszy,Corano w czarne swe wpinała włosyKlejnot nad złoto wspanialszy i żywszy:Wonne storczyki, skrzące się od rosy,Albo powojów egzotyczne kiście,Z których lazurów śnieg prószył rzęsiście.Pod takim żywym klejnotem przyrodyWzrok jej z dnia na dzień nabierał pogodyI raz był smętny, jak bywa wzrok sarny,Gdy wyjrzy łzawo zpoza kwiatów wiechy,To znów dziecinnie wesół i figlarny.Ale nad wszystkie spojrzeń jej uśmiechyPiękniejszą była ta promienność twarzy,Co, niby tajny płomień trybularzy,Gorzała cicha w jej licach i skroni,A takie blaski rozlewała po niejI taką nad nią aureolą trwałaI tyle snuła wokół niej jasności,Że się jej postać dorodna zdawałaUosobieniem szczęścia i radości.

I oto zwolna, anim spostrzegł kiedy,Poczęło jaśnieć i weseleć we mnie;Piętno mej hańby otrockiej i biedyZ brózd mego czoła zniknęło bezplemnie.

Innemu-m wokół przyglądał się światu,Odkąd jak promyk słońca potajemnieZ ust jej, podobnych do kwiecia granatu.Na moje usta przylatał mi w gościDługo nieznany ptak: uśmiech radości.

Raz przed jaskinią naszą siedząc razemPaśliśmy oczy cudnym krajobrazem.Pod nami wdole gór okolnych szczyty,Wdół coraz niższym opadając grzbietem,Pod przedwieczornej zorzy fjoletemW szmaragd zmieniały się i w malachity.Bujna ich zieleń, przez uskoków głazyPocięta w liczne progi i upłazy,Spływała w jary tu gęstwą tak zbitą,Że się tkaniną zdała jednolitą,Tam pniami w niebo drąc się na wyprzodkiPodobna była do olbrzymiej szczotki,Ówdzie przerwana urwisk nagłym spademI grań ich rzeźbiąc w chryzoprasów djademRzucała w przepaść jak zwiski jarzęce,Rozkwitłych pnączów festony i wieńce.Tak porośnięty drzew palmowych lasemKraj się obniżał taras za tarasem,Aż gdzie słonecznym toń się skrzyła lontem,Zlewał się miękko z morza horyzontem.Nad nim mgły złote śród wieczornej żarzyPrzędły obrazy zwiewniejsze od puchów,Na których widok myśl stęskniona marzyO rajskim bycie wyzwolonych duchów...

Nagle poczułem, że w uścisk mięciuchnySzyję mą garną jedwabiste dłonie,

Że spływa po niej bujny włos mej druhnyI do mej skroni chciwie lgną jej skronie.A gdym w twarz Zajmy popatrzył z ukosaPrzez rozsypanych włosów czarne sploty,U rzęs jej łzawa migotała rosa,A w oczach płomień spragnionej tęsknoty.Wtedy i po mnie dreszcz przebiegnął słodkiI krew zagrała. Niby kwiatek wiotkiDrżącą w ramiona pochwyciłem swoje —I tak na wieki zrosło się serc dwoje.

Odtąd mi miłość w raj zmieniła życie,A czas mię mijał jak wieniec w rozkwicie,Co każdodziennie nowym kwiatem prószy.Nietylkom bowiem wielbił Zajmy wdzięki,Lecz stokroć więcej kochał się w jej duszy,Czystej i jasnej jak promień jutrzenki.

Razporaz jednak szczęście to zamącałCień uprzykrzony. Z początku nieśmiałoRozradowaną duszę moją trącał,Aż i nieznacznie opanował całą.Znałem go dobrze oczyma pamięci...Widziałem rzeszę mych wczorajszych druhów:Z posępną twarzą szli pod jarzmem zgięci...Słyszałem pobrzęk ich ciężkich łańcuchówI świst batoga i klątwy i zgrzyty.Głos jakiś szeptał: czyliż ci przystoiZ lubą kochanką latać przez błękityI spijać rozkosz z rozkosznych puharów,Kiedy tam w jarzmie jęczą bracia twoi?Nie jest-że życie twoje tutaj grzechem?Takiem sumienie moje drgnęło echem.

Ale to echo gasło w ogniu żarówLub zamierało pod Zajmy uśmiechem.

Raz gdyśmy poszli do rzeki po wodę,Nabrawszy w stągwie, puściłem ją przodem.Na łów iść miałem, lecz wsparty o kopjęPowracającą w dom oczyma tropię.Szła jak rusałka, — świeżych kwiatów wianekZwisał jej z czoła i w tęcze ją stroił.Podtrzymywany jedną ręką dzbanekChwiał się na głowie i smukłość jej dwoił.Wzrok zachwycony tą harmonją linijŚledził wdzięk ruchów, widnych poprzez kwef,Ten wdzięk, o którym — choć znikła w jaskini —Świadczył wymownie srebrzysty jej śpiew.Nieraz-em duszę tą piosenką pasł —Wówczas zabrzmiała mi ostatni raz:

Jak kwiatów pączkiRos kryją łzy,Jak śród obrączkiBlask perły lśni,jak kryształ w skaleW niebie gwiazd rój,W sercu mem trwaleTkwi obraz twój.

Wpierw się w dolinyZmieni szczyt górI księżyc sinyZgaśnie śród chmurI pierwej stanieSłońce na niebie,Niż pierś przestanieMiłować ciebie.

Jeszcze nie przebrzmiał całkiem Zajmy śpiew,Gdy niespodzianie rozległ się po lesiePośpieszny tupot nóg i łomot drzew,Jak gdy zwierz dziki przez gąszcze się niesie.Choć zbrojny byłem przebiegły mię ciarki.A wtem pobliski rozstąpił się krzewI puścił z głębi postać jakiejś starki,Odzianej w łachman. Zmierzwiony na chróścieWłos bielił śniegiem jej zapadłe skronie.Lepki od potu pył i stęgła krewRdzawiły ciało, zawiniętą w chuścieDrobną dziecinę tuliła na łonieJak ktoś, co skarbu najdroższego strzeże —Był-że to człowiek czy uszczwane zwierzę?

W lot rozpoznałem: nie tak dawno jeszczeKark nam tesame do krwi gniotły kleszcze.Znać mąk uchodząc i rozpaczą gnana,Szuka tu schrony przed wściekłością pana,Co zaślepiony chciwością kupieckąWszystko jej wziąwszy, chce jeszcze wziąć dziecko!Bo oto draby wysłane tu po niąWybiegły z krzaków zziajane pogonią.

Ukryty całkiem za pniem sykomoryMogłem napaści tej być niemym świadkiem.Toć ten ich pościg, podobny do zmory,Błahym-by z czasem wydał się przypadkiem,Co zamąciwszy spokojność komyszy,Przeszedłby obok i rozpłynął w ciszy.Ale na widok nieszczęsnej staruchy,Z którą pospołu nosiłem łańcuchy

I wobec zbirów, co ze sercem lutem— Jak do niedawna mnie — siekli ją knutem,Uległem fali wzbierającej juchyI z gromem gniewu w pałającem oku,Zbrojny rzuciłem się na nich w poskoku.Widno zdumieni nagłym napastnikiemPrzez krótką chwilę zatrzymali kroku,A potem ku mnie rzucili się z rykiem.Wtem mi cień Zajmy mignął między pniami...Dotąd ją widzę jak nawpół przytomnieZ rozwichrzonemi od pędu włosamiNadbiega blada, zatrwożona o mnie.Oczy jej płoną, — dorwawszy bierwionaW pomoc mnie wznosi cudne swe ramiona.Nie była to już słodka gołębica,Jeno broniąca swoich kociąt lwica.

Podniósłszy tedy suchą gałąź w biegu,Wręcz nią natarła na pierwszego z brzegu,Ale za wiotka była i za słaba,By taką bronią w proch powalić draba.Ledwo draśnięty siepacz się pośpieszyłI nim nadbiegłem dzidą ją wskroś przeszył.Padła bez jęku jak kwiaty pachnącePod sierpem żeńców padają na łące,U stóp mych legła swem młodziuchnem ciałem...!Niepomny starki i żem sam jest w matni,Skroń jej dźwignąwszy z lic gasnących ssałemUśmiech miłości, słodki a ostatni...

Martwym kamieniom podobny i kłodomDałem się zbirom znowu gnać przez las,Wszystko mi jedno było, gdzie mnie wiodą.

I otom znowu znalazł się wśród wasI znowu w jarzmie. Dziś już nie dolegaPodyktowana dzikością okrutnąChłosta, na którą tu skazano zbiega.Mnie już nie boli nic, tylko mi smutno,Że nic nie boli... W otępiałej duszyCoraz posępniej jest i coraz głuszej.Do jarzm nawykła nie pręży się szyja,Jednako gnuśny dzień mi za dniem mijaI tylko czasem, kiedy uśnie żmija,O zmierzchu, jakby poświatą księżyca,Zwiewny mi obraz maluje tęsknica.Zgiętego wiekiem już mię od mogiłyWąziutka tylko odgranicza miedza,Lecz nieraz jeszcze obraz Zajmy miłej,Gdy w struny trącam, duszę mą nawiedza.Taka jak była w pierwszym dniu spotkaniaW marzeniu mi się zwiduje najczęściej.Powabną twarz jej kruczy włos osłania,A białych pereł sznur u kostek chrzęści.Z śpiewem na ustach nademnie się skłania...Wtedy mi serce balsamem opływaJakbym miał zasiąść do godów miłościI zdaje mi się, że mię cień ten wzywaTam w cichy grób swój, w kraj wiecznej wolności..

Comentarios

Cargando comentarios…