Słówka. Zbiór wierszy i piosenek — całość

Gdy coś mnie nadto wzruszyLub serce mi podrażni,Chowam się aż po uszyDo swojej wyobraźni.

Tam, o każdziutkiej porze,Schronienie mam zaciszne,Gdzie myśl wyprawiać możePrzeróżne rzeczy śmiszne.

Miast czerpać próżną chwałęW tem, że jak z książki gada,W głupiutkie słówka małeCalutka się rozpada.

Te słówka mi uciechySprawiają nieraz mnóstwo,Lubię ich puste śmiechyI ducha ich ubóstwo.

Jak błazenkowie maliSłówko się z słówkiem cacka,To jęzor mu wywali,To szczypnie je znienacka.

Jedno przez drugie hasaWydając kwik wesoły,Niby dzieciaków masaGdy wyrwie się ze szkoły.

Jednemu w tej pogoniPąsem nabiegną lice,Gdy żywszy ruch odsłoniMłodziutkich płci różnice;

Inne troszeczkę z bokuPrzystanie gdzieś nieśmieleI stoi z mgiełką w okuJak zadumane ciele;

Te dwa w pustocie nowejObjęły się przyjemnieI same w rym gotowySplatają się bezemnie;

Ja patrzę na niewinneFigielki miłych dziatekI wolę niźli inneTen mały, własny światek...

I.

Pełna gracyi, zacna, słodka,Żyła sobie stara ciotka.Bez zbytków, lecz i bez braku,Miała swój domek na Szlaku.Oprócz cnót rozlicznych wieńcaHodowała też siostrzeńca.Brzydki chłopiec z krzywą buziąZwał się — dajmy na to — Józio.Ciotka była panną czystą,A Józio był modernistą.(Modernista — znaczy chłopak,Co wszystko robi na opak;Każdego się głupstwa czepi,A zawsze chce wiedzieć lepiej).Z tym smarkaczem ciotka staraMiała strapień co niemiara.Zawsze jej czemś umiał dopiec.Taki był już brzydki chłopiec.

Próżno ciotka mu wymieniaAlbo Lucka, albo Henia,Co ich przykład wszystkim świeciJako grzecznych dobrych dzieci;On rozeprze się wygodnie,Obie ręce włoży w spodnie,Śmieje się i kiwa głowąJakby mówił: gadaj zdrowo!

II.

To rzecz nie do uwierzeniaCo on ma za przywidzenia!Czasem coś bez sensu mażeI mówi że to witraże.To znów wieczór biega nagoI rozbija wszystkich lagą.Ciotka krzyczy: Joseph! arrête!A on: Ciociu to kabaret!Wszystkie meble w domu psuje,Mówi, że sztukę stosuje.Wszędzie wlezie, wszędzie dotrze,Deprawuje dzieci młodsze.To rzecz w Polsce niesłychana:Nie chcą wierzyć już w bociana!— Ciociu, jestem rotomanka!„Któż cię tak nauczył?!” — JózioMówi z rozpaloną buzią.

„A ja — szepleni Ludwiczka —Jestem święta pla-samiczka”.Chociaż zwykle dobra, słodka,Zawyła ze zgrozy ciotka,Raziła ją nakształt gromuTaka hańba w polskim domu!

III.

Czasem dobra ciotka woła:„Usiądźcie dzieci dokoła,Powiem wam o dawnych dziejach,O hetmanach, kaznodziejach,Potem każde z was wymieni,Którego najwyżej ceni”.A Józio ze śmiechu konaI krzyczy: Ciociu! Kambrona!

IV.

Czasem, a najczęściej w poście,Przychodzą do ciotki goście„Józiu, przywitaj się z Panem!Co ty tam za parawanem?!Wyłaź stamtąd puść HaneczkęI powiedz gościom bajeczkę”.Wylazł Józio, głową kiwaI w te słowa się odzywa:

Bajeczka pana Jachowicza.Staś na sukni zrobił plamę,Oblał bowiem ponczem mamę;A widząc ją w srogim gniewie,Jak przepraszać, sam już nie wie.Plama głupstwo, mama doda,Ale ponczu, ponczu szkoda!

Skończył Józio, gość się śmieje,A ciotkę wnet krew zaleje;Biedaczka dostała mdłościI ze wstydu i ze złości.Tak ten niegodziwy chłopiecZawsze ciotce umiał dopiec.

V.

Tak się trapi dobra ciotka,Pełna gracyi, zacna, słodka,Lecz największą ma subjekcyęGdy rozpocznie z Józiem lekcyę.Dojdźże ładu z taką głową:Zawsze ma ostatnie słowo!Ciotka prawi o Trzech Psalmach:Józio o „tańczących palmach”;Ciotka mu o apostołach,On jej o spermatozoach;Ciotka uczy kto był Gallus,On poprawia: Ciociu, „Phallus!”Ciotka znów z innego wątkuBaje o świata początku,

Józio się ząb za ząb kłóci,Że świat cały powstał z CHUCI.(Mruknie ciotka w pasyi szewskiej:Wciąż ten łajdak Przybyszewski!)Ciotka znów o ideałach —Józio: ciociu, co to wałach?Taką ciotka ma subjekcyę,Gdy rozpocznie z Józiem lekcyę.

VI.

Kiedy wieczór już zapada,Ciotka do snu się układa:Józiu! zostaw ten rozporekI chodź odmówić paciorek.Niech Józio przy łóżku klęknieI powtarza głośno, pięknie:„Boziu, usłysz głos chłopczyny,Odpuść synów naszych winy!Polska cię na pomoc woła!Niech tradycyi i KościołaPozostanie sługą wierną!Erotyzmem, ni modernąNiech się naród ten nie spodli!”Teraz Józio się pomodli,Za mamusię, za tatusia,Potem grzecznie się wysiusiaI spokojnie, cicho zaśnie.Brzydki chłopak mruknął: „Właśnie!”Pisane w r. 1907.

B, b.

Barbara się bawiła z Bernardynem bardzo,Lecz że taką zabawą zacni ludzie gardzą,Teraz każde z osobna winy swoje maże,Bernardyn beczy Bogu, a bęben Barbarze.

C, c.

Certował się conocy z Cecylią CelestynZ ilu dań ma się składać ich miłosny festyn;Dziś błąd swój po niewczasie pojmować zaczynaCesia, całując chłodne ciało Celestyna.

D, d.

Długą dyskusyę z durniem dorzeczna DorotaWiodła, co jest ważniejsze, czy miłość czy cnota;Tymczasem się zciemniło: gdy weszli rodzice,W dłoniach durnia dostrzegli Dorotę dziewicę.

E, e.

Excytowała Edzia eteryczna EmmaIż przewrotnej miłości chce poznać dilemma;Póty się naprzykrzała, aż wreszcie, znudzony,Edward ewakuował Emmy edredony.

Raz maleńka FryderykaMiała dziadzię tabetyka.A że stąpał dość niezdarnie,Dziecię pusty śmiech ogarnie.„Przestań — rzecze jej na to staruszek łagodnie —I ja biegałem niegdyś żwawo i swobodnie,A że mi dziś chodzenie idzie jak po grudzie,To dlatego, żem w pracy żył ciężkiej i trudzie”.Dobre dziecię, zawstydzone,Poszło płakać aż na stronę;Odtąd zawsze w czci głębokiejPodpierało starca kroki.

Pamiętajcie, drogie dziatki,Nie żartować z ojca, matki,Bo paraliż postępowyNajzacniejsze trafia głowy.

Kto poznał panią StefaniąTen wolał od innych pań ją.

Coś w niej już takiego byłoŻe popatrzyć na nią miło.

Oczy miała jak bławatkiI na sobie ładne szmatki.

Chociaż to rzecz dosyć trudnaZawsze była bardzo schludna.

Aż mówił każdy przechodzień:„Ta się musi kąpać codzień”.

Choć męża miała filistraW innych rzeczach była bystra.

Jeździła aż do AbacyiPo temat do konwersacyi.

Prócz tego natura szczodraDała jej b. ładne biodra.

Raz ją poznał jeden malarzKtóry często pijał alasz.

Jak ją zobaczył na fiksieZaraz w niej zakochał w mig się.

Miała w uszach wielki topazI była wycięta po pas.

Przedtem widział różne panieAle zawsze bardzo tanie.

I do swego interesuMiały dosyć podłe dessous.

Strasznie się zapalił do niejWszędzie za Stefanią goni.

Miał kolorową koszulęI przemawiał bardzo czule.

Żeby dała mu natchnienieAle ona mówi że nie.

Że umi kochać bez granicAle to tyż było na nic.

Potem jej mówił na raucie:„Dałbym życie żebym miał cię„.

Jak zobaczył, że nie sposóbPoszedł znów do tamtych osób.

Ale już zaraz za bramąMówił że to nie to samo.

Takiej dostał dziwnej maniiŻe chciał tylko od Stefanii.

Bo to zawsze jest najgłupszeKiedy się kto przy czem uprze.

Mówili mu przyjacieleCzemu jesteś takie ciele.

Z kobietami trzeba twardoA nie cackać się z pulardą.

Więc jej zaczął szarpać suknieA ta jak na niego fuknie.

Wtedy całkiem stracił humorI upijał się na umor.

Potem do Stefanii lubejList napisał dosyć gruby.

Że to będzie znakomicieJak sobie odbierze życie.

A ona myślała chytrzeToby było nienajbrzydsze.

Lecz jak przyszło co do czegoJakoś nic nie było z tego.

Potem znowu za lat kilkaPrzyszła na nią taka chwilka.

I myślała czy to wartoByło być taką upartą.

Lecz tymczasem mu wychłódłoBo już była stare pudło.

Tak to ludzie trwonią lataŻe nie są jak brat dla brata.

Z tem największy jest ambarasŻeby dwoje chciało naraz.

Druga znów była dziewczynkaA zwała się Ernestynka.Jeden miała smutek wielkiBo ojciec robił serdelki.A przeciwnie zato onaByła bardzo wykształcona.Wciąż czytała co się zmieściŚliczne francuskie powieści.Mówili o niej BógwicoŻe jest tylko pół-dziewicą.Nie każda jest taka świętaŻeby zaraz mieć bliźnięta.Raz ją ojciec przez to złapałBo jej narzeczony chrapał.Straszny krzyk się zrobił w domuŻe tak czynią pokryjomu.Każdy wrzeszczał o czym innymJak zwykle w domu rodzinnym.Ojciec najgorsze wyrazyPowtarzał po kilka razy.

Ona płakała cichutkoBo ją przytem kopnął w udko.A potem jeszcze jej ostroZakazał bawić się z siostrą.Że się taka sama świnkaZrobi jak ta Ernestynka.Z książkami tyż była hecaWszystkie powrzucał do pieca.Choć sam nie wiedział dlaczegoCo ma jedno do drugiego.Wkońcu ustały te krzykiPoszedł rano do fabryki.Na co człowiek się narażaKiedy ojca ma masarza.

Franio był to chłopiec małyAle był bardzo nieśmiały.Lubił widzieć u siostrzyczkiKiedy zdejmuje spódniczki.Zaraz robił się niebieskiI w oczach miał rzewne łezki.Aż mówiła dobra niania:„Żeby szlak nie trafił Frania”.Albo się w kąpieli śmiała:„Tobie by się żona zdała”.A on patrzył przestraszonyBo nie był uświadomiony.Naradził się Tato z MamąI Babunia tyż to samo.Że to już ostatnia poraZawieźć Frania do doktora.Doktór zaraz wziął trzy rubleI kazał go moczyć w kuble.

Powiedział że to dziedziczneCierpienie psycho-fizyczne.I że mu to przejdzie z wiekiemJak będzie dużym człowiekiem.

Złe sobie daje świadectwoGdy kto wyszydza kalectwo.

Niemasz nic milszego ponadCiągnący żeński pensyonat.

Sunie sznurkiem przez plantacyeW ciszy, zwolna, uroczyście —Zielono, pachną akacye,Słońce gzi się poprzez liście — —

Ciągnie podwójny sznureczekTakich przemiłych owieczek.

Cieplutko, wiosna, południe,Ławeczka, próżniactwo boskie,Myśli rozigrane cudnieW jakieś koziołki szelmoskie — —

Idą: duża, mniejsza, mała,Kobiecości gama cała.

Ptaszek ćwierka gdzieś tam z górySwoich liryk „pierwszą seryę”,Zapoznanych serc torturyI celibatu mizerye — —

Pod kapotką granatowąRysuje się to i owo.

„W rytm melodyi jakiejś sennej„Kołyszą się stare drzewa,„Płynie falą dech wiosenny,„W sercu puka coś, coś śpiewa — —

Ta mała mogłaby troszkęObciągnąć sobie pończoszkę...

Jakiś czar nieznany jeszczeJakieś czucie wiotkie, śliczne —Jakieś dziwne w piersiach dreszczePan i pani-teistyczne — —............

Czy to nie znaczy przypadkiemŻe czas mi już zostać dziadkiem...?

Literacki nasz ogródekPachnie wśród księgarskich półekWonią mirtów, niezabudekI przeróżnych innych ziółek.

Te inspekta czyste, ładne,Co od rosy lśnią porannej,To królestwo samowładneLegendarnej polskiej panny.

Dla Niej, dla tej jasnej wróżkiNasi geniusze się trudzą,Aby mogła do poduszkiUbrać się w poezyę cudzą.

Przez Nią, za Nią, dla Niej, od NiejWszystko bierze swój początek,Od HYMENU jej „pochodni”Natchnień się rozpala wątek.

W prochu wielbi nasza małośćDziewiczości Arcy-statut:Panieńskiego... wdzięczku całośćTo najwyższy Stwórcy atut!

Póki tej ozdoby swojejNie uroni dumna Polka,Póty małe czółko stroiWszechpotęgi aureolka;

Tłumów, co jej żebrzą łaski,Brzmi w powiastkach naszych lament,Tak czarowne rzuca blaskiAnatomii cenny dyament;

Gdzie otworzyć, tam się mieleJedną życia wciąż zawiłość:Jak i kiedy polskie cieleSwojskiej gęsi zyska miłość...

Musisz poznać naszej „Czystej”Papę, mamę, cały dom jej,W końcu służyć do asystyPrzy niewinnej tej sodomii.

Lecz gdy klejnot swój postrada,Pożegnajmy się z nią smutni;Ach, po trzykroć takiej biada,Zmarła już dla polskiej lutni!

Wszystko pierzchło, wszystko znikłoJakby trumnę już zabito:Idzie życia ścieżką zwykłąJuż w kompletnem incognito.

Co wyrośnie z małej gąski,Która z tak krzykliwą pychąWpływa w życia strumyk wązki,O tem w naszych księgach cicho;

Nasi piewcy idealniIgnorują światek ciasny,Co się kręci wśród sypialniCzasem cudzej, czasem własnej;

Gdy już hukną wielkim głosem:„Zdrowie zacnej młodej pary!”Któżby się tam troszczył losemKrajowej Madame Bovary...

Rzucona z takim hałasemJak tam plącze się zagadka?...Jakieś echa tylko czasemNas dochodzą: żona... matka...

Aż po lat przydługiej seryiZnowu ją sadowią na tron,Gdzie ozdobą jest galeryiLegendarnych polskich matron.

Pisane w r. 1908.

O ty, polskiej ziemi chwało,Ty postaci wpół-monarsza,Ty czcigodna, nazbyt małoOpiewana, „damo starsza”;

Ty, co z głębin swej kanapyWychylając kibić tłustą,Brzydkie swe nadstawiasz łapyPrzerażonym naszym ustom;

Ty, co z dostojeństwem w twarzyDźwigasz swe potworne kłęby,O których lustmörder marzy,Szczerząc zakrwawione zęby;

I ty, uroczysta klempoW twojej wiecznej sukni bordo,Z twoją beznadziejnie tępą— Powiedzmy otwarcie — mordą;

Ty, orędowniczko dzielnaUciśnionej polskiej nacyi,Arcykapłanko naczelnaNaszej starobabokracyi;

Ty, co w „Piątki” lub „Soboty”Polskich dusz sprawujesz rządy,Starodawne wskrzeszasz cnoty,A druzgocesz „nowe prądy”;

Co na fiksach i na rautachI na dobroczynnej sesyiPytlujesz o pruskich gwałtach,O „modernie” i „secesyi”;

Ty, co wszelkich zadań bytuW mig rozcinasz każdy problem,Gdy człek myśli, jakimby tuZamknąć babie gębę skoblem;

Ty, strącona z Łysej góryW salonu fałszywy „ampir”.Gdzie nas bierzesz na torturyI krew nudą ssiesz jak wampir;

Ty, co głupoty powagąNajmądrzejszych wodzisz za łby;Ty! którą po śniegu nagoCzłowiek bez litości gnałby;

Ty, elokwencyi patoko,Coś jest wiecznych sporów źródłem,Czy cię nazwać starą kwoką,Czy też raczej starem pudłem;

Ty, co gorzko winisz mężaO prozaizm i codzienność,Gdy twa energia zwyciężaNazbyt rzadko jego senność;

I ty, której czujność tępiMłodych wzruszeń powab czysty,A co w Tomaszu á KempiDawnych gachów chowasz listy;

Ty, co zdarłszy z siebie płótnaOglądasz się w lustrze całąI wzdychasz, ropucho smutna:„On tak lubił moje ciało...”

Ty, obrazie wiedźmy starej,Wydarty ze sztychów Goyi —Powiedz mi: przez jakie czaryJęczymy w niewoli twojej?

Z jakim czartowskim blekotemOmamienie na nas padło,Że czynimy czci przedmiotemSzpetność, głupotę i sadło?

Przez jakie dziwne kuriosumTłuszcz bierzemy za charakter,Puste gadulstwo za rozum,A za obraz cnót klimakter??

Za co stwór podeszły wiekiem,Co kobietą być już przestał,A nigdy nie był człowiekiem,Windujemy na piedestał???!

Próżne gniewy, próżne męztwo,Nie nadeszła chwila jeszcze —Nazbyt silnie czarnoksięstwoŚciska nas w potworne kleszcze;

Coraz ciaśniej, coraz duszniej,Coraz bardziej smutni, słabiW takt kręcimy się posłuszni,Jak nam zagra chochoł babi;

I tylko w tęsknocie żyjemCzy nie wstanie jaki Wandal,Co przepędzi babę kijemI zakończy raz ten skandal!...

Pisane w r. 1908.

Rzecz aż nazbyt oczywista,Że jest piękną polska mowa:Jędrna, pachnąca, soczysta,Melodyjna, kolorowa,

Bohaterska, gromowładna,Czysta niby błękit nieba,Mądra, zacna, miła, ładna, —Ale czasem przyznać trzeba,

Że ten język najobfitszyW poetyczne różne kwiatki,W uczuć sferze pospolitszejZdradza dziwne niedostatki;

Że w podniebnej wysokościNazbyt górnie toczy skrzydła,A nas, ludzi z krwi i kości,Poniewiera gorzej bydła.

To, co ziemię w raj nam zmienia,Życia cały wdzięk stanowi,Na to — niema wyrażenia,O tem — w Polsce się nie mówi!

Pytam tu obecne PanieBy od grubszych zacząć braków:Jak mam nazwać „obcowanie”Dwojga różnej płci Polaków?

Czy „dusz bratnich pokrewieństwem”?Czy „tarzaniem się w rozpuście”?„Serc komunią” — czy też świństwem,Lub czem innem w takim guście?

„Cudzołożyć”? „Jawnogrzeszyć”? — —(Dalej już położę kreski,Resztą może was ucieszyćJózef Albin Herbaczewski).

Choć poezyi święci wiosnęWieszczów naszych dzielna trójka,Polskie słownictwo miłosnePrzypomina Xiędza Wujka!

Dowody najoczywistszeZnajdziesz choćby w takiem głupstwie,Że polskiego słowa mistrzeŚnią o „ruji” i „porubstwie”!!

W archaicznym tym zamęcieJak ma kwitnąć szczęścia era?Gdzie zatraca się pojęcieTam i sama rzecz umiera!

Ludziom trzeba tak niewieleBy na ziemi niebo stworzyć,Lecz wykrztusić jak: aniele,Ja chcę z tobą — — cudzołożyć!!?

Jak wyszeptać do dziewczęcia:Chcę „pozbawić cię dziewictwa”,Nie obawiaj się „poczęcia”,Kpij sobie z ja-wno-grze-szni-ctwa!

Jak kusić głosem zdradzieckim,Wabić słodkich zaklęć gamą?Każdy wyraz pachnie dzieckiem,Każde słowo drze się: mamo!

Nazbyt trudno w tym dyalekcieRomansowe snuć intrygi:Polak cnotę ma w respekcieLub „tentuje” ją — na migi!

Stąd, gdy w Polsce do kolacyi„Płcie odmienne” siądą społem,Główna cząstka konwersacyiZwykła toczyć się — pod stołem.

Niech upadnie ci serweta —Człowiek oczom swym nie wierzy:Gdzie mężczyzna? Gdzie kobieta?Która noga gdzie należy?

Pantofelków, butów gęstwaFantastycznie poplątanaStacza walki pełne męztwa:Istny Grünwald Mistrza Jana!

Tak pod stołem wieczór całyGimnastyczne trwa ćwiczenie,A przy stole — komunałyO Żeromskim lub Ibsenie...

Lecz najcięższą budzi troskę,Że marnieje lud nasz chwacki,Że już cichą, polską wioskęSkaził żargon literacki;

Na wieś gdy się człek dobędzie,Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,Słyszy: „Kaśka, jagze bendzieWzględem tego co i owszem...”

............................

Widzę tu zebraną tłumnieKapłanów sztuki elitę,Co swe kudły wznoszą dumniePonad rzeszę pospolite.

Wy! „świetlanych duchów związek”,Wy! „idei stróże czystej”,Wasz to jest psi obowiązekKształcić język ten ojczysty!

Skończcie wasze komedyje,Schowajcie pawie ogony,Żyjcie — czem każdy z nas żyje,Idźcie — — kochać... za miliony!

Dość nastrojów waszych, dranie!Uczcie mówić waszych braci:To jest wasze powołanie!Od tego was naród płaci!

Język naszym skarbem świętymNie igraszką obojętną;Nie krwią, ale atramentemBije dzisiaj ludów tętno;

Musi naprzód iść z żywemiA nie tępić życia zaród,Soków pełnię czerpać z ziemi:Jaki język — taki naród!!!Pisane w r. 1907.

Do twych licznych wieńców chwały,Mój czcigodny kabarecie,Pozwól dzisiaj listek małyDorzucić polskiej kobiecie.

Usłysz od niej prawdy słowo,Moja kliczko „pięknych duchów”,Żeś edycyą luksusowąTypowych polskich eunuchów.

Gdy obalasz dawne style,Nowe wieścisz schrypłym głosem,Czyś pomyślał choć przez chwilęNad nieszczęsnym moim losem?

Aby w tajnie mego sercaZajrzeć, coś uczynił, powiedz?Nieodrodny spadkobiercaStarego gbura z Nagłowic!..............

Sto lat w lirycznej niewoliJęczymy: u nóg koturny,Czoło w świętej aureoli,Na głowie popiołów urny,

Spojrzenie czyste a tkliwe,Na piersiach cnoty puklerze:Sto lat czekamy cierpliweKto nas z tych strojów rozbierze.

Gdy rozeszła się wieść głuchaJakiejś nowej ewangelii,Jasny płomień w sercach bucha:Precz z Kordyanem, w kąt Anhelli;

Jakiś nowy dreszcz nas wzrusza,Droga życia każda chwila,Laura szuka kapelusza,Weneda sukienki lila,

Aldona tłucze się w wieżęWołając: proszę otworzyć!Grażyna zrzuca pancerzeLecz nie zdążyła nic włożyć —

Do Telimeny ZosieczkaUkrywszy w dłoniach obliczeSzepce wstydliwe: Cioteczka,Naucz mnie tańczyć macziczę!

Pokazując zgrabne nóżkiPani Aniela BeniowskaPrzykleja zalotne muszkiKoło zadartego noska —

Każda woła: nie chcę dziecka!Szepcą nawet starsze panie,Że Marynia PołanieckaPrzyspieszyła rozwiązanie!!

Wszędzie nową czuć herezyą —W całym stawku płytko-grząskim,Gdzie obowiązek poezyą,A poezya obowiązkiem,

Wszystko czeka z utęsknieniemSkąd zaświta nowa era:Wreszcie słyszym z serca drżeniem,Że — — kabaret się otwiera!

..............

Jakiż zawód! To zebraniePoczciwych sarmackich gburów,Mordobicie, wódkochlanie,Kurdesze pijackich chórów,

Łby dymiące, sprośne fraszki,Ryki bezmyślnych toastów —

To wasze górne igraszki,Nieodrodne plemię Piastów?

Któż z was pojmie i wyśpiewaDziewiczego ciała zapach,Jak z melancholii omdlewaW waszych grubych polskich łapach!

Kto się umie drażnić mowąSzumu jedwabnych falbanek? —Co wam o to! gadaj zdrowo!Byle w komplecie był „wianek”!

Kto z piersi naszej westchnieniaNieznacznym dobędzie gestem?Kto uprzedzi głos sumieniaOpadłych sukien szelestem?

Kto z was pieszczotą zuchwałąZbudzi sen zaklętych dziewic?Niech wystąpi! zaraz! śmiało!Gdzież jest ten z bajki królewic?............................Niż waszych słuchać hałasów,„Nowej kultury” rycerze,Wolę czekać lepszych czasówW skromnej, polskiej... garsonierze!Pisane w r 06.r. 1906.

Nie tobie, mój Sowizdrzale,Złotowłosy piękny paziu,Nie tobie, mój słodki Aziu,Taka przystała odpowiedźNa tęsknoty me i żale,Na mojego serca spowiedź!Ty niewdzięczny, ty niepomny,Ty, pieszczony jak Żuanek,Mentor panieneczki skromnej,Półdziewicy półkochanek,Ty, bawidełko mężatek,Feblik matek, wdów gagatek,Spowiednik arystokratek,Ty, co piłeś do przesytuZmysłów mych najskrytsze dreszcze,Coś dziś cały ciepły jeszcze

Od puchu mojej pościeli,Ty — mi mówisz o kądzieli!Więc ty, mimo twego sprytu,Nie poznałeś mnie na tyle,Że dla ciebie dokumentemSą Marynie i Maryle?Że dla ciebie pismem świętemSą Aniele i AnielkiI ten ckliwy produkt wszelkiWaszej wytrzebionej „jaźni”Waszej smutnej wyobraźni!?

Więc te cuda polskich dziewic,Swojskiej cnotki miły zapach,Te gosposie i te Zosie,Które sobie przy bigosieFantazyował pan Mickiewicz,Aby znaleźć w nich pociechęPo swoich miłosnych klapach,Czyjejż są tęsknoty echem?Czyjeż ideały godne?A te, w czułym atramencieUrodzone nimfy wodnePana Słowackiego Jula,O którego... mankamencieWie dzisiaj każda smarkula,I który mu wypominaNawet Świderska Alina!!A ten... trzeci wasz poeta...

No, ten... hrabia... z dużym nosem,Któremu każda kobietaCo ją ujrzał bez bielizny,Była symbolem OjczyznyA łóżko ofiarnym stosem!(Tak w męczeństwa aureoliZ każdą popływał w gondoli,Potem — ona poszła z dzieckiemA on rozmawiał z Czarnieckim).Powiedz, proszę, z jakiej racyiJa mam brać odpowiedzialnośćWylęgłych w imaginacyiRozmaitych takich panów!Więc te przeróżne perwersyeLechickich erotomanówPolskie matki, polskie żony,Te Grażyny i AldonyTy chcesz uważać za wersyęAutentyczną kobiecości?..............To się można wściec ze złości!!

Zostaw całą tę bibułę,Złotowłosy paziu słodki,Zostaw te androny czułe,Wielkich duchów małe plotki!Wierz mi, wszyscy ci poeciTo są duże, stare dzieci,

I najgłupsza panna z pensyiNie ma tak śmiesznych pretensyi.Że ktoś stworzył „Tadeusza”,Winszuję mu sercem całem,Lecz czyż każdego geniuszaMam nagradzać własnem ciałem?Płacić dług społeczeństwaCeną mojego panieństwa?Zapytajcie się Maryli:Opowie wam każdej chwili,Czuje w kościach do tej poryTe filareckie amoryI ten poetycki kieratW jaki wprzągł ją pan literat!W niewinności szukał chluby,Mleczkiem pijał zdrowie „lubej”,Ballad płodził całe łokcie,Z sercem czystszem niż paznokcieMierzył, zbrojny w pancerz wiary,Siłę (męzką!) na zamiary!Takie ma kobieta szanse,Gdy się z wieszczem wda w romanse:A niech która się odważyZerwać nici tych szantaży,Śluza przekleństw się otwiera:„Puchu marny” et cetera!

..............

Pójdź, mój paziu, chwile płyną,Nie dla nas ta gra słów pusta,Gdy pić zechcesz życia wino,Zawsze znajdziesz moje usta.Choć pod oknem trubaduryGiną w lirycznej agonii,Drwij z całej literatury,Oknem właź bez ceremonii!

By uniknąć ambarasuWzięto Rok za miarę czasu.

Dzielą go (bardzo wygodnie)Na miesiące i tygodnie.

Tydzień znów z grubsza podzielęNa zwykłe dni i Niedzielę.

Do pracy są zwykłe dzionki,A Niedziela dla małżonki.

W ten dzień, by największa ciuraWyzwolona jest od biura.

Każdy ze swoją niewiastąRad wybiera się za miasto.

Podaj ramię magnificeI jazda z nią na ulicę.

Oczywista, że i dziatkiSpieszą obok swego tatki.

Przodem Maryjka, a za niąKlementynka, Brzuś i Franio.

W ciągu miłej tej podróżyCzłowiek trochę się zakurzy.

Szkoda nowej sukni w groszki:Szukaj mężusiu dorożki.

Każda, jak to zwykle w święta,Odpowiada ci: zajęta.

Żona ci wypruwa flaki:„Bo ty zawsze jesteś taki”.

Ożywiona tą gawędkąDroga mija dosyć prędko.

Szczęściem wzbiera miejskie łonoGdy trawkę widzi zieloną.

Już was tylko przestrzeń krótkaOddziela od piwogródka.

Ale, kto ma liczną dziatwę,Nic mu w życiu nie jest łatwe.

Franio się przestraszył gęsi,A Maryjka woła „ęsi”.

Brzusiowi pot spływa z czołaI co gorsza nic nie woła.

Wszystko mija, więc szczęśliwieSiedzicie wreszcie przy piwie.

Miło słyszeć jest TrawiatęW wykonaniu firmy „Pathé”.

Kiedy człowiek sobie podje,Dziwnie tkliw jest na melodye.

Ogryzając z kurcząt kościNucisz „za zdrowie miłości...”

Ociężałym nieco krokiemWracasz do dom późnym zmrokiem.

Teraz wielka pantomina:Do snu kładzie się rodzina.

Najpierw Maryjka, a za niąKlementynka, Brzuś i Franio.

Patrzysz łakomie, jak żonaRozdziewa pierś i ramiona.

Słońce, wieś, Trawiata, piwo,Myśli płyną ci leniwo.

A finał exkursyi całej:Nowy bąk za trzy kwartały.

Zewsząd chóry brzmią radosne:Ma cel wreszcie egzystencya!Cel, co wskrzesi rajską wiosnę,A tym celem — Abstynencya.

Nazbyt długo ludzkość biednaŚcigała marę zwodniczą,Gdy jest droga tylko jednaZgodna z wiedzą przyrodniczą.

Już rozpadły się w kawałyDawne majaki mistyczne —Nowe mamy ideały:Higieniczno-statystyczne.

Zamiast błądzić w ciemnym mrokuLudzkich instynktów wyzwoleń,Jedno trzeba mieć na oku:„Zdrowotność” setnych pokoleń.

Chyba waryat jeszcze szukaGdzie drga silnych wzruszeń tętno,Gdy dziś kreśli nam naukaSzczęścia ludzkości „przeciętną”.

Czegóż więcej — każdy przyzna —Możesz żądać, dobry człeku,Patrząc jak się ta „krzywizna”Dumnie wznosi — w przyszłym wieku.

Już obliczył nam dokładnieAkademii „były docent”Ile za lat tysiąc spadnieŚmiertelności średni procent.

Trzymaj zatem na obróżyNamiętności twoje szpetne:Będzie prawnuk twój żył dłużejO dwa zera i trzy setne.

Witajmy więc ludzkość czystą!Zewsząd pieją już HosannaNa wyścigi z onanistąHisteryczna stara panna;

Lada kiep, co od kolebkiAni pije ani... pali,Afiszuje swoje klepkiWprawdzie cztery — lecz ze stali.

W bohaterstwa nowe szrankiWlecze młodzian puste łóżko:Żyj lat dziesięć bez kochanki,Obwołają cię Kościuszką.

I w małżeństwie bez ekscesów!Kontrolują serca bicie,Czy pamiętasz wśród karesów,Że masz stworzyć nowe życie;

Troska sen im z oczu płoszy:Wielki problem w głowach świeci,Jak przy „minimum” rozkoszy„Maxymalnie” płodzić dzieci.

Odmawiajcie, abstynenci,Higieniczny wasz różaniec,Niech się mały światek kręciW ten świętego Wita taniec;

Pijcie wodę w cnem skupieniu,Ale mnie przechodzi mrowie,Że gdzieś, w trzeciem pokoleniu,Znajdzie się ta woda — w głowie.Pisane w r. 1907.

Nie wiem, który to nasz przodek,W przydługi ponoś karnawał,Gdy wyczerpał wszelki środekSkąd wziąć jaki świeży kawał,

Wraz, po formy dążąc nowe,Chwycił kpiarstwa kaduceusz,Skrobnął się nim mocno w głowęI wymyślił — jubileusz.

Przyjęła się ta zabawa,Jako że w niej leży sposób,Co każdemu daje prawaKpić z najszanowniejszych osób;

Lecz, że wszystko mija w świecie,(Niech go jasny piorun trzaśnie!)I zdarzyć się może przecieŻe tradycya ta wygaśnie,

Podam tu więc przepis cały,By wszedł do krakowskich kronik,Na ten jubel tak wspaniały,Jak „rękawka” lub „lajkonik”.

Bierze się do tego celuTęgiego, starego pryka;Sadza się go na foteluI siarczyście go się tyka.

Odmiany wszak prawa znacie,Trudności nie będzie zatem;Więc: jubilat, jubilacie,Jubilata, z jubilatem...

Publiczności zastęp licznyHurmem obsiada galeryą,A cały ten obchód ślicznySam pacyent bierze na seryo.

Wstaje rzędem czek niektóry,Kogo tam zaswędzi ozór,I wygłasza srogie bzduryW uroczysty dmąc je pozór.

Brzmi powaga w każdem słowie,Choć od śmiechu drgają rzęsy:O, bo myśmy tu w KrakowieWszystko straszne sans rire pince'y.

Reszta słucha, oczy mruży,Kpiąc potrosze sobie z prykaI z tego, który bajdurzy,I z tego, który to łyka.

„Z uwielbienia pełnem łonem„Stawam tu, czcigodny panie,„Z sercem...te...tak przepełnionem...„Że mi ledwo tchu już stanie.

„Twe zasługi są tak duże,„Żeby trzeba, jakem szczery,„Ryć...te...spiżem...na marmurze...(Po cichu: cztery litery).

„Twoje słowa mądre, wieszcze,„Żyć w narodzie będą święcie,„I prawnuki nasze jeszcze,„Mieć je będą...(cicho: w pięcie).

„Więc, gdy zasług jubilata„Żaden czasu grom nie zetrze,„Niech nam jeszcze długie lata...(Po cichu: psuje powietrze...)

Coś tam jeszcze mówca bąka,Orkiestra kropi fanfarę,A jubilat głośno siąka,Łez rozkoszy roniąc parę.

Magnificus się podnosi:(Przypadkowo ginekolog)I znów z innej beczki głosiLapidarny swój nekrolog.

Myśli wątku nie rozprasza,Ale skupia w treść ogólną:„Panie... ten... ojczyzna nasza...„Jest nam wszystkim... matką wspólną...

„Ona poi nas swem mlekiem„I karmi niby dziecinę,„Zanim stanie się człowiekiem...„Przez swą... panie... pępowinę...

„Znak to nizkiej, podłej duszy„Narodowym to występkiem,„Gdy kto związki — panie — skruszy„Z tym matczynym... panie... pępkiem...

„I choć wrogie siły czasem„Sznur pępkowy... panie... przedrą...(Cóż u djabła z tym kutasem!Jak powiada stary Fredro...)

Et caetera, et caetera,Jeden gada, drugi gada,„...Praca żmudna, ciężka, szczera...”(Sam jubilat odpowiada)

I tak dalej, i tak dalej,Coraz cieplej, coraz parniej,Wkońcu obiad w dużej sali,Barszczyk, łosoś, comber sarni,

Znów podają „jubilata”W różnych sosach na patelni,Znów się każdy głąb z nim brata,Kpiąc zeń coraz to bezczelniej,

Aż wreszcie, dobrze gdzieś rano,Gdy wyssą wszystkie likwory,I każdy pałę zawianą,A brzuch ma od śmiechu chory,

Pacyenta odwożą do dom,Gdzie w pierzynie ciepłej legnie,Nim ku nowym takim godomZnowu latek dziesięć zbiegnie;

A ci szelmy KrakowianieDale sobie łamią głowy,Komu by tu wyrżnąć — panie —Kawał „jubileuszowy”.

Niech fantastycznie lutnia nastrojonaWtóruje pieśni tragicznej i smutnej,Bo — Rydel wstąpił w grób AgamemnonaI pysk rozpuścił w sposób tak okrutny,Że rozbudzone nawpół trupy z cichaSzepcą do siebie: cóż tam znów, u licha?!

„O, cichym jestem jak wy, o Atrydzi,— Bełkoce Rydel z zapienioną twarzą —„Ani mnie kiedy moja małość wstydzi,„Ani się myśli tak jak orły ważą — —(Tu wydał cichy jęk grobowiec niemyJakby chciał mówić: ach, wiemy to, wiemy!)

„Z tej ziemi, którą boski Homer śpiewał,Niechaj przeszłości szepcą do mnie głosyLudu, co także „pod spód nic nie wdziewał”I także „chodził z gołą głową, bosy”;Niech mówi do mnie duch helleńskich braci,Co także, jak ja, nie nosili g . . .

„I gdy tak błądzę po Hellady błoniach,Dziwne mam wizye przed duszy oczyma:W tej chwili dają do kolacyi w Toniach,Wszyscy zasiedli — tylko mnie tam niema...Na stole kluski... i jajka sadzone...A dzieci mówią „pod Twoją Obronę...”

„I wraz otrząsłem się z pogańskich baśni,Ukląkłem cicho i złożyłem ręce —I zaraz w sercu stało mi się jaśniejI dziękowałem Najświętszej Panience,Za to, że swoich łask mi wciąż użyczaI mnie wysłała tu — nie Cięglewicza...

Sądziła Akademia dorocznym zwyczaiem,Kto się w piorze nalepiey odznaczył przed kraiem.O praemium się zabiegał, bez boskiey obrazy,Tomkowic z Sodalicyi y pan Aszkenazy.W długie się Akademia spory nie wdawała,Ieno im obu z sobą do łaźniey kazała;Iako, że tam rozsądzać będzie komisyia,Kto ma lepsze kondycye y nagroda czyia.

Męże co nayuczeńsze zasiadły do stoła,A ci dway, z szat rozdziani (iako rzec?) do goła.Pogląda Akademia kędy trza, a onoBarzo nierowno obie skryby podzielono.Tomkowic stawa śmiele, bo ma rzecz w porządku:Zasię, tamten żydowin skrył się w ciemnym kątku.„Wżdy, — rzeknie prezes — sądząc pomyśleniem zdrowem,Iakoż mu dawać praemium z defektem takowem?”Zaczem wszystkie iurory dały głos iednaki,Że on dzieyopis cale ma poważne braki.Pokraśniał aż Tomkowic, chlubnie odznaczony,Zmówił krótki paciorek y wdział kalesony.Aszkenazy zmarkotniał: łza mu w oku błyska;Trudno: co raz człek stracił, tego nie odzyska.Nie mył się biedny długo y iechał tem chutniey:Nie każdy w Polszcze weźmie po Bekwarku lutniey.

Urodziłam się z ojca i matkiW cichej sypialni,Fakt, jak państwo widzicie, nie rzadki —Trudno banalniej...

Jak odbywa się to przejście łzaweKażdy odgadniePan Żeromski opisał tę sprawęBardzo dokładnie.

Zrazu jęłam oddychać forsownieMą piersią własnąChoć zdziwiona byłam niewymownieSkąd jest tak jasno...?

Jakaś pani wołała na drugą:Dawajże sznurka!Oglądała mnie potem dość długoI rzekła: córka.

Miałam cienkie rączyny i nóżkiCiałko różoweZawinięto mnie mocno w pieluszkiPo samą głowę.

Co chwileczkę potrzeba je byłoZmieniać na inneAle znowu to samo robiłoDziecię niewinne.

Wyciągałam rączęta do góryGdy chciałam piersi —(Dawniej ludzie mniej mieli kultury,Lecz byli szczersi)

Rosłam sobie powoli i skromniePo centimetrzePsułam wszystko co było koło mnie —Nawet powietrze...

Darłam się jak licho opętane —Oto i wszystko:Ktoby myślał, że kiedyś zostanęTaką artystką...

Zatem namawiasz mnie, miły Kornelu,Ażeby kropnąć felieton dla „Słowa”?Czemu nie? owszem, drogi przyjacielu,Zbyt jest zaszczytną dla mnie ta namowa,Bym się nie skusił zasiąść z Jaśnie Państwem,Pomiędzy jednem a drugiem pijaństwem.

Temat? ach, temat...! ty, mistrzu mój łysy,Coś włosy stracił w pielgrzyma włóczędze,Coś na nos swój wściubiał za wszelkie kulisyI z wszech stron ziemską penetrował nędzę,Ty wiesz, że w tem jest felietonu sztuka,Że pióro samo, kędy chce, go szuka.

Połykać chciwie życia chleb powszedni,Sok wszystek wyssać by z najlichszych zdarzeń,Krwią własną w nektar go zaczynić przedni,Wzmocnić zaprawą z własnych snów i marzeń,I, w kunszt zmieniwszy, wydać drugą stroną,Wołając: życia chcecie? oto ono...!

Myśli zmęczone rozpuścić samopas,Niech senne błądzą w ulicznym rozgwarze,Niech w każdym szyneczku przystaną na popas,Pomarzą tęsknie w każdym lupanarze,I niech wędrówki swojej znaczą szlakiW atramentowe kreśląc się zygzaki...

Toć już szczęśliwie mija drugi tydzień,Jak pilnie badam tętno tej stolicy:Ptaszki śpiewają nam swoje dobrydzieńGdy nas przed Żorżem ujrzą na ulicy,Słoneczko wita swym pierwszym promykiem,Na który w odzew bucham szczęścia rykiem...

Drugi już tydzień pędzę w tym przybytku,Gdzie nafta mieni się w wino szampańskie,Literat biedny, przywykam do zbytkuDzieląc bratersko te igraszki pańskie;Cud kanaeński witam duszą całą,Myśląc pobożnie: ach, byle tak trwało!...

Ach, gdybyż w słowach móc oddać zupełnieTo, co w pijackim łbie gzi się cichutko!Gdybyż pochwycić tej radości pełnięCo świat obrębia tęczową obwódką,I myśl uskrzydla tak, aż zacznie, bosa,Pląsać „po desce” krokiem Dyonizosa...

Och, gdybyż zakląć te, co w nas są wtedy,Nieopisane uśmiechy dziecięce,Te zadumania godne ksiąg Rigwedy,Spojrzenia obce pożądania męce,Co rozpinają ponad płcie odmienneJakiejś czystości girlandy promienne...

Gdybyż wyśpiewać móc ten dziw po dziwie!Te zasłuchania nad wieczności tonią,Gdy rzempolony „Walc nocy” fałszywie,Brzmi nam zaświatów kosmiczną harmoniąI stapia z naszem się jestestwem całemBijąc w strop szklanny potężnym chorałem...

Ach, gdybyż oddać te świty przecudneWalczące z jaśnią rozet elektrycznych,Gdy światło z światłem igra dziwne, złudne,Sączy się zwolna w strumieniach mistycznych,Albo wałęsa się w promykach mdławychŚmiech płosząc nagle z twarzy zielonkawych...

A więc te piękne, jasne, lwowskie noceZbyt krótkie w życiu, niech ożyją w pieśni;Niech czar ich wdziękiem rytmów zamigoceW słów szumie niech się bodaj ucieleśni,I niech na chwalę brzmi owej świątyniW której się takie dobre rzeczy czyni...

I chcę tam z tobą jeszcze iść, Kornelu,Jeszcze raz z Wami snuć zabawę w szczęście,Tam nam przystało wytrwać, przyjacielu,Z rzeczywistością zmagać się na pięście,Tam pójdźmy razem na gwiazd naszych połów,Aż nas prześwietlą w dwu ziemskich aniołów!

Lwów, 6 maja 1912.

Gdy się człowiek robi starszyWszystko w nim po trochu parszy-wieje;Ceni sobie spokój miłyI czeka, aż całkiem wyły-sieje.

Wówczas przychodzą nań żale,Szczęścia swego liczy zale-głości,I, mimo tak smutne znamię,Strasznie go chwytają namię-tności...

Z desperacyą patrzy czarnąNa swe lata młode zmarno-wane,W wspomnień aureolę boskąPręży myśli swoje rozko-chane...

Z żalem rozważa w swej nędzyKażde nicniebyłomiędzy-nami,Każdy niedopity puharKażdy flirt młodzieńczy z kuchar-kami...

Wspomni, z jakąś wielką gidyąSwe gruchania, ach, jak idyo-tyczne,I czuje w grzbiecie wzdłuż szelekJakieś dziwne prądy elek-tryczne...

Jakąś gęś, z którą do ranaSzukali na mapie Ana-tolii,Jakiś powrót łódką z BielanaJakiś wieczór pełen melan-cholii...

Gdybyż, ach, snów wskrzesła mara,Dziergana w rozkoszy ara-beski,Gdybyż bodaj raz, ach, gdybySycić swą CHUĆ, jak sam Przyby-szewski!...

I wdecha zwiędłe zapachyNad swych marzeń trumną nachy-lony,I w letnią noc, w smutku szale,Łzami skrapia własne kale-sony...

Smutek w sercu mojem mieszkaI tak gryzie mnie jak weszka.Gryzie duszę moją biednąO co? to już wszystko jedno.Przyczyn jest ogromnie wieleNa duszy jak i na ciele.Coraz rzadziej mi się zdarzyBym uśmichął się na twarzy,Ciągle myślę aż do skutkuO moim dotkliwym smutku.O, jak mnie to czasem nudziPatrzyć na cierpienia ludzi.Czasem się nieszczęście stałoŻe dzieciątko robi biało.Ja się na to krzywię troszkiI daję skuteczne proszkiPo których mówię że onoBędzie robiło zielono.Jeszcze bardziej bez nadzieiPędzę życie przy kolei.

Z tą koleją bywa różnie:Czasem komuś członki urznie,To znów dadzą znać o zmierzchuŻe ktoś flaki ma na wierzchu;Wielka bywa rozmaitośćRzeczy, które budzą litość.Ja się znowu troszkę krzywię,Jadę na lokomotywie,To znów, naśladując giezmęSkaczę sobie w lot na brezmę,Myślę często tylko przytemŻeby już być emerytem.Innych zmartwień też jest sporo:Lewą nogę rok mam chorąChoć czyniłem to i owoŻeby ona była zdrową.Ale najcięższa chorobaJest dla mnie .................

Marzę często o tym wiekuGdy Zwierzę ginie w człowieku;Gdy już żadna z ziemskich chuciWładzy ducha nie ukróci.Jak to musi być przyjemnie!Nic po za mną, wszystko we mnie:Zmysłów swoich gęstą pianęZbierasz sobie jak śmietanę,I rzucasz (czy to nie prościej?)Na ekran Nieskończoności.Oczyszczony duch ulataW harmonijne kręgi świata,Dokoła człowiek spoglądaNic nie pragnie, nic nie żąda,W ciągłej extazie na jawieŻyje się za bezcen prawie.A czas! tu dopiero zyski:Żaden ciała popęd nizkiRoboczego dnia nie kurczy,Nie zawadza w pracy twórczej;

Z pokoju, mocą tajemną,Nie wygania cię w noc ciemną;Gdzież tam! z niebiańskim spokojemSiedzisz przy biureczku swojem,Huczy, dymi samowarek,Ty równiutko, jak zegarek,Zawsze z jednaką ochotąNizasz myśli nitkę złotą,Uprawiasz swój interesikPogodnie jak drugi Esik.Od czasu ducha narodzinDzień podwoił liczbę godzin!A cóż dopiero w podróży!Żadna chwila się nie dłuży;Ląd, czy morze, ty bez przerwyZawsze masz spokojne nerwy;Nie zachodzisz nigdy w głowęJak blizko miasto portowe;Nie stajesz calutki w ponsiePrzy podejrzanym anonsie;Bez żadnej myśli ubocznej,Jak prosty świadek naocznyBadasz sobie obce kraje,Zwyczaje i obyczaje,Oglądasz domy, ulice,Zwiedzasz śliczne okolice,Bez kłopotów, bez przykrości,Bez dwuznacznych znajomości:

Nie zrozumie ta dzicz młodaCo to za wściekła wygoda.Cóż to za przesąd, zaiste,Ba, urągowisko czyste,Ta niby prawda utartaŻe tylko młodość coś warta.Przypomnij sobie człowiekuI czem ty byłeś w tym wieku?Ot, pędziwiatr, dureń młody,Ślepe narzędzie przyrody,Wszędzie gotowe potroszeWściubić te swoje trzy grosze:W szaleństwie gorszy od źwirzątWprost już nie człowiek, lecz przyrząd!I co taki wie o świecie,O życiu, czy o kobiecie?Czy w tym pustym łbie się mieściCo znaczy powab niewieści?Ta harmonia niesłychana,Poto od Boga jej dana,By iść przez świat niby święta,Uwielbiana i nietknięta,Obca wszelkim ziemskim szałomWieść ludzkość ku ideałom!Czy taki młokos to czuje,Czy zrozumie, uszanuje?On, co żyje jedną chętką:Dużo, bylejak i prędko.

Inna rzecz, gdy już w nas cudnieNieczystość wszelka wychłódnie.Wówczas, ach, wówczas dopiero,Wraz z tą najpiękniejszą erą,— Wielu z panów mi to przyzna —Żyć rozpoczyna mężczyzna:Gdy z płci swojej niewolnikaZmienia się w pana, w zwierzchnika;Gdy wolny od grubszych robótDUCH zażywa pełni swobód.Czy zrozumie młoda głowaCo to naprzykład rozmowa?Gdy dwie płcie, zgoła odmienne,Wymieniają myśli cenne;Słowo z słowem igra, skrzy się,Fruwa jak piłka w tenisie,Czasem leciutko dotykaMisternego dwuznacznika,To paradoxem się mieni,To liczko wstydem spłomieni;Któż mistrzem w takiej rozmowie?Tylko dojrzali panowie.A młody? głupie to, płoche,Tylko pobrudzi pończochę,Bąka coś, pożal się Boże,To znów kwaśny, nie w humorze,Jedna myśl go ściga wszędzie:Będzie... z tego, czy nie będzie.

Nigdym pojąć nie był w stanie,Jak to może bawić Panie.Słowem, nie przesadzę wcale:W podróży, czy w kryminale,Przy pracy, czy przy zabawie,W każdej sytuacyi prawie,Czy przy politycznej misyi,Czy w teatralnej komisyi,Wiek dojrzały ma, bez blagi,Tak oczywiste przewagi,Że życzę wam, bracia mili,Byście go rychło dożyli.

Siedząc żałośnie nad bakiemDumałem o życiu takiem:Żeby to tak było możnaBy każda chęć płocha, zdrożnaByła odemnie odległa,By myśl moja zawsze biegłaKu zacności, ku dobremuI służyła tylko jemu.I wciążbym się doskonaliłTak żeby mnie każdy chwalił.Ale, jak to zwykle bywa,Że krótka trwa chęć poczciwa,Jakoś mi to potem przeszłoI co gorsza się obeszło.

Marzyło mi się we śnieŻe byłem ptaszkiem małym:Wstawałem bardzo wcześnieZarówno z dzionkiem białym;

W czyściutkim, jasnym zdrojuPluskałem dzióbek potemI w adamowym strojuGrzałem się w słonku złotem.

Robaczków drobnych kilkaTo było me śniadanko,A potem — szczęścia chwilkaZ samiczką, mą kochanką.

I żyłem rad ogromnieWśród lubych tych igraszek,I każdy mówił o mnie:Cóż to za miły ptaszek!

Tak mi się w nocy śniłoNim sen mi umknął z powiem,I bardzo mi niemiłoZbudzić się jako człowiek...

* * *

Jeszcze na dworze szaroA już, jak dobra wróżka,Dziewczę niemiecką gwarąZa łeb mnie ciągnie z łóżka.

„Herr Doktor! schon ist sechse”Mówi ściągając koce,„Hol' Teuf'l dich, alte Hexe”,Z wdzięcznością jej mamrocę.

O, biedne moje kości,Zgiąć was się próżno silęO, biedna ty ludzkości,I za cóż cierpisz tyle!

Gdzieżeś jest, gdzie niebogo,Młodości ma kochana,Gdym władał każdą nogąJuż od samego rana!

Gdym stąpał lewą, prawą,I myślał w mym obłędzie,

Że to me święte prawo,Że to tak zawsze będzie!

* * *

Słoneczko pierwsze cienieLedwie na ziemi kładzie,A ja już me cierpienieWlokę po promenadzie.

Cóż tu za masa ludzi!Cóż za zgiełk! Boże święty!Jak tu się nikt nie nudzi,Jak każdy jest zajęty!

Mężczyźni w sile wiekuZ minami tęgich zuchów:Ach, pociesz się, człowieku,Patrząc na tylu druhów!

Ten, ów na lasce wspartyKażdy przy swoim kubku —I kroczą w ciżbie zwartejPół..... przy pół.....

Jak wszystkim jedno w głowieJedną myśl każden pieści:I niechże mi kto powie,Że życiu braknie treści!

Jak tutaj się ocenia,Jak tu się staje jasne,Że celem wszech-stworzeniaJest chronić zdrowie własne!

I z łezką rzewną w okuPokornie staję w rzędzieŚlubując, iż co rokuOdtąd tak zawsze będzie...

* * *

O, czysty, jasny zdroju,Łagodnie alkaliczny,O, źródło ty pokoju,Nektarze ty mistyczny,

O boski darze nieba,Co wabisz nas rokrocznie,Ileż nabłądzić trzebaNim się przy tobie spocznie!

Kto w tobie usta zmaczaTen czuje w tym momencieJak mu się przeinaczaWszech-ziemskich spraw objęcie.

Wraz w piersi jego wzbieraZaświatów jakieś tchnienieI życia rytm zamieraNa jedno oka mgnienie.

Kształt blizki w dal ucieka,Kolorów tęcze bledną,Opuszcza duch człowiekaZiemi skorupę biedną.

Na mgławej płynąc faliW obrazy senne patrzy,Co gdzieś się topią w daliW cień jakiś, coraz bladszy...

Tak w Mühlbruńskich zbroiWmięszany w ciżbę gwarnąZgłębiam tajń duszy mojejWieczności tchem ciężarną;

I choć dzieweczka młodaDłoń mi podsuwa z kubkiem,Dziwno mi, że ta wodaMocno smakuje trupkiem...

Chce mi się pisać wierszeJak psipsi dziecku chce się;Słóweczko rzucam pierwsze,Może mi coś przyniesie.

Może i inne, liczne,Popłyną za niem ciurkiem,Floresy kreśląc ślicznePod skrzętnem mojem piórkiem.

Może wytrysną ze mnieW obrazków dziwnych rządek,Po którebym daremnieWysłał mój rozsądek.

Zawszeć to duszy zdrowiej —I, choć nań szemrzą różni,Lżej iść jest pielgrzymowiGdy w drodze się wypróżni...

Ach, tak, pielgrzymem jestemDepcącym po asfalcie,Co utrudzonym gestemKuli się w swojem palcie;

Wśród ulic pokręceniaBłądzę po mieście obcem,Brnę poprzez mgły wspomnienia,Gdym żył tu młodym chłopcem.

Błądzę wśród mar tysiącaCo pędem mkną i giną,Jak filma nietrzęsącaW Elektro-bio-kino...

Patrzę w niknące szlaki,Uśmiecham się do środka,A każdy uśmiech takiTo jakby jedna zwrotka.

Patrzę w mych lat dojrzałych,W „przeszłość spowitą mgłami”I z oczu posmutniałychAch, psipsi robię łzami...

Kiedy za oknem śnieg pruszyLub szemrzą jesienne deszcze,Naówczas w głąb własnej duszyChmurni wpatrują się wieszcze.

Myśl ich szybuje skrzydlataHen, nad wszechbytu gdzieś progiem,A duch wyniosły się brataZ sobą jedynie i z Bogiem.

Rozwiej się jakaś otwieraNad niebios błękity szersza —A skutek: u GebethneraPo kop. pięćdziesiąt od wiersza.

I mnie, choć biorę mniej słono,Zdarza się w nocy czy za dnia,Że lica żarem mi spłonąGdy duch sam siebie zapładnia;

Że lecę w nieziemskie krajeZe skrzydeł dwojgiem u ramion,I, krótko mówiąc, doznajęNatchnienia klasycznych znamion.

Lecz, ach, gdy pruję powietrzeW sferyczną wsłuchany ciszę,I duch mój zwolna na wietrzeNad jaźnią mą się kołysze,

Gdy spojrzę z kresów wiecznościNa moją nędzę przyziemną,Gorzki żal w piersi mej gościI w oczach od łez mi ciemno.

Im bliżej mi już do granicPrzelotnej ziemskiej pielgrzymki,Tym bardziej w sercu mam za nicTe moje mizerne rymki.

Młodości rozmach bezczelnyW chłodną rozwagę się zmieniaI w duszy, przedtem tak dzielnej,Lęgną się hydry zwątpienia.

Myśli w pytajnik się pletąI w głowie zamęt mi czynią,Czy jestem bożym poetą,Czy tylko zwyczajną świnią...?

Czy jestem tańczącym faunemNa gaju świętego zrębie,Czy tylko cyrkowym klaunemCo sam się pierze po gębie...?

Czym owoc duszy mej rodziłW żywota pobożnych mękach,Czym tylko figlarnie chodziłPo jasnym świecie na rękach...?

Czy, jak mi radził pan Galle,Byłem jak Bajron i DanteCzy tylko w pustoty szaleSkładałem śpiwki galante...?

I duch mój sztywne ramionaPręży w mrok szary i mglistyI w piersiach łka coś i konaI chwytam za papier czysty.

Po głowie mi się coś roi,W sercu coś kwili, coś gęga,I śnię już w tęsknocie mojejZe się coś „seryo” wylęga.

Ale napróżno się silę,Czas trawię na wzlotów próbę,Na papier płyną co chwilęSłowa niechlujne i grube.

Wdzięczą się do mnie tak świeżeJak piersi młodych dziewczątekI chęć obłędna mnie bierzeW mych natchnień wcielić je wątek.

Szeregiem mienią się długimNiby błyszczące klejnoty,I chciałbym, jedno po drugiem,Na łańcuch nizać je złoty.

Kuszą mnie czarem niezdrowym:Im które z nich jest plugawsze,Tem bardziej w kształcie spiżowymChciałbym je zakuć na zawsze.

I patrzę na swoje płody,I żądzą przewrotną płonę,I ryczę jak Orang młodyGdy gwałci polską matronę.

Próżno się kajam i bronięDręczony pokus torturą,Próżno w dróg mlecznych ogonieOczyścić chciałbym me pióro,

Archanioł, co z mieczem stoiPrzy świętej poezyi chramieNie wpuszcza piosenki mojejI mówi: pudziesz, ty chamie!

I tak się tułam po świecie,I żal i smutek mnie dławią,Żem jest jak nieślubne dziecię,Z którem się grzeczne nie bawią.

Trudno, choć dola ma twarda,W bezsilnej miotać się złości:Zostaje dumna pogarda,Lub apel do potomności;

A jeślim gwary ojczystejChoć jeden zbogacił klawiszTy mnie od hańby wieczystejO mowo polska wybawisz.

Już się piąta zima znaczy,Jak w tych starych murów cieniu,Walczym, z odwagą rozpaczy,Przeciw mózgów rozmiękczeniu.

Walczym mężnie, lecz bez wiaryPrzeciw tej krakowskiej hydrze,Patrząc, rychło-li ofiaryI z naszego grona wydrze.

Przeżyliśmy tu, w tej sali,Pięć lat naszych młodych rojeńTutaj życieśmy czerpaliZ tak zwanej czary upojeń.

Weszliśmy w te ciche bramyW naszych lat młodzieńczych wiośnieNiewinni jak dziecię mamyGdy pierś jej tuli radośnie.

Weszliśmy w serc naszych bieliDo tej komnaty zdradzieckiejCzyści, niby po kąpieliSzambelan doktor Lubecki.

Weszliśmy pełni zapałuŻe zmienimy świata kolej,Że stworzymy, choć pomału,Polskę co ma we łbie olej...

Nie broniąc się przed męczeństwemNieśliśmy siły najlepsze;W pogoni za człowieczeństwemBywaliśmy jako wieprze...

By zdobyć pogląd niezłomnyNa cnotę i na występek,W grzechów kałuży ogromnejNurzaliśmy się po pępek.

Dzisiaj, gdy pierwsza siwiznaBieli naszą skroń znużoną,Patrzymy, żali OjczyznaPrzyjęła ofiarę oną...?

Czy który z nas, choć w mogile, (łezka)Tej pociechy kiedy zazna,By nas naród wspomniał mileNiby król swojego błazna...?

Lecz dalej! cobądź nas spotka,Cobądź przypadnie nam w zysku,Czy trudów nagroda słodka,Czy tylko sińce na pysku;

Czyli pierzchną mroków cienie,Czy się los zawistny uprze,By następne pokolenieByło w Polsce jeszcze głupsze,

Czyli czeka nas podzięka,Czy też obrzucą nas błotem,Niech płynie nowa piosenka,Niech się pluska w winie złotem,

Niechaj śwista, niechaj warczy,Niby bąk podcięty batem,Zanim przyjdzie uwiąd starczyJeszcze się pobawmy światem!

A kiedyś, przyszłość odpowi,Gdy nowych dni wejdą brzaski,Kto lepiej służył krajowi,Luto- czy też Siero-sławski!

Pisane w r. 1909.

Miał se Michalik cukiernię,Kupczył w niej trzeźwo i wiernie,Kawusia, ciastka i pączkiZapłata z rączki do rączki.Kredytu śmiertelny był on wrógToteż mu za to poszczęścił Bóg,Że serce dla golców miał z głazuNie zrobił benkełe ni razu.

Każdy stan swoje ma smutki:Więc też w czas niezmiernie krótkiW ów lokal znany z trzeźwościDziwnych sprowadził czart gości.W pobliżu świątynia stała sztuk,Stamtąd się zakradł najpierwszy wróg,Malarze lokal obsiedliIżby w nim pili i jedli.

Dziwi się wszystko w tej budzieCóż tu się schodzą za ludzie!

Chłop w chłopa dziki, kosmaty,A portki na nim na raty.„Hej chłopak, wiśniówki dawać w cwał!“Wygolił dwanaście tak jak stał,I mówi: ciasteczka i trunekWpiszesz pan na mój rachunek.

Przez dwa tygodnie już codzieńJadł i pił obcy przychodzień,Wreszcie Michalik nieśmiałoNależność podaje całą.Czterdzieści sześć koron! ech, to nic,Dodaj pan te cztery, masz tu szkic,Przylepisz go pan do ścianyBędziesz miał lokal ubrany.

Cóż było począć z tym drabem?Więc po wzdraganiu dość słabemZrozumiał biedny gospodarzCo to jest popyt i podaż.I od tej chwili codziennie jużLała się wóda z ogromnych kruż,Michalik patrzy i patrzyA mur ma coraz pstrokatszy.

Co potem jeszcze się działoGadać by trzeba niemało,Dość że ta buda od dawnaJuż w całej Polsce jest sławna.

Wszystko oglądać ją pędzi w skokDo Michalika na five-o-clock:Kołtun z prowincji czy z miastaZ otwartą gębą żre ciasta.

Spróbuj zaglądnąć w zapustyDo Michalika o szóstej:Kogóż tam niema! sam powidzNawet Rachela z Bronowic!Oj pa-, oj pa- nie MichalikA gdzież tyż tu jest jaki katolik?Karmcież mi dobrze go proszę,By się nie skurczył potrosze...

W końcu Michalik na seryoZaczął brać swoją galeryąUderzyło mu do głowyŻe taki sklep ma morowy.Hej, panie Mączyński, panie Frycz,Bierzcie co chcecie, nie szczędźcie nic,Urządźcie pieknie mi saleNiech się przed światem pochwalę.

Chwycili pędzle, ołówki,Poszli po rozum do główkiI mówią: cztery tysiączkiBulić tu z rączki do rączki.Oj Mi-, oj Mi-, Oj Mi- chalik,Powiedz mi, chłopie, czyś ty się wścik?

Strasznie zmieniły się czasy,Płać złotem za te figlasy.

Nie mamy w Polsce monarchy,Same w niej golce lub parchy:Michalik został nam jeden,By sztuki stworzyć w niej Eden.

Posłuchajcie ludkowie,Co wam dziadek opowie:Niech nastawi każdy ucha,Bo to mądra jest psiajuchaZ niejednej flaszki pijał.

Wiecie wy, chamskie gnaty,Z kiem ja jezdem żeniaty?W kościele moja babinaBaczy by każda hrabinaMiała do mszy stołeczek.

Przy tej duchownej pieczySłyszy też różne rzeczy,Co tam sobie parle franseWygadują za romanseOkrutne wszeteczeństwa.

W przedostatnią niedzielęW kapuceńskim kościele,

Mówiła mi moja starka,Straśna beła tam pogwarkaO jakimsiś baloniku.

Rzecze pani nieftóra:To Sodoma, Gomóra;Niewidziane rzeczy w świecie,Co oni w tym taburecieTfu! nikiej zwykłe świnie.

Schodzom się do piwnice,Zapalone trzy świce,Drzwi nie wprzódzi się otwiera,Aż fto imie LucyperaPo trzy razy zawoła.

Kompanija wesołaOzbira się do goła,Potem jakieś śtuczne tańceWyprawiają te pohańce,Wstyd wymówić: jakieś macice.

Wszystko se tak używaChoć niejedna już siwa;Niejedna — boskie skaranie —W odmienionym chodzi stanie,A i tak se folguje.

Z harakiem stoi balia,Pije cała kanalia,Od rzeźbiarza do maljarzaKażdy pysk do balii wrażaI bez pamięci chłepce.

Beł tam młody chłopczyna,Zwą go jakoś..., Stasina:Jak nie weźmie płakać, prosić,Ze pić nie fce, że ma dosyć:Przemocą w gardło leją.

Jensza bestya — tak gruba —Straśnie sprośna choroba:Do syćkiego ten ci pirszy,Wszeteczne im składa wirszeNa to rajskie wesele.

W wielkiej on ci tam chwaleGra na klawicymbale,Wszystkie głosem mu wtórują,Po brzuchu go przyklepująNiby że pirsza świnia.

Jenszy na łbie ma kłakiJak u jakiej pokraki —Ponoś jaże jest ze Żmudzi:Co ten gębą napaskudzi,To ratuj Chryste Panie!

Mówią o nim dochtory,Że na rozum jest chory:Bo do kobit tak się bierze,Zamiast użyć jak należyIno gada plugastwa.

Jenszy znów do krotofil:Wołajom go Teofil;Żółtą brode se fryzuje,Szpetne figle pokazuje,Baby skrzeczą z radości.

Że jest chłop jak się patrzy,Niejedna się zapatrzy:Potem dziwią się ludziskaChoć nie krewny, zasie z pyskaWykapany Teofil.

Jak się syto napiją,Dość se gębów pobiją,Potem liga wszystko społem,Fto na stole, fto pod stołem,Gorzej niśli źwirzęta.

Taką mają zabaweTe odmieńce plugawe,Co się same — Panie święty —Przezywają dekadenty,Po polsku: takie syny!

Tak gadali w niedzielęW kapuceńskim kościele:Nie strzymałek ciekawości,Przywlekłek tu stare kości,Niech się dziaduś napatrzy...

Pisane w r. 1906.

Życie ludzkie na pozórto zwykły kawał,Lecz on nie jest tak prostyjakby się zdawał,Ledwie się wyznasz na niemJużeś jest starym draniem:Kiedyś taki rozumnyWłaźże do trumny...

Jednakowo dla wszystkichświat ten się kręci,W mózgu zasad przybywaa w żyłach rtęci...

Reumatyzmy już łupiąCoraz bardziej jest głupioCzują już nasze kościPrzedsmak wieczności...

Z czemże staniesz przed Stwórcą,miły Stasinku,Gdy napełnisz niebiosazapachem kminku?Tam już kończy się blagaRozbiorą cię do nagaNikt się tam nie przestraszyBiałych kamaszy...

Na początek sprobujeszłgać na potęgę;Wówczas Pan Bóg otworzyogromną księgę:Stanisław Sierosławski —ODKRYCIA, WYNALAZKII kobiece ramotyKażdej soboty...

I Stwórca wyda wyrokzwięźle i krótko:Mój Stasinku, właściwieto jest malutko,Za to żeś żył tak marnieBędziesz cierpiał męczarnie,

Robił numer niedzielnyW prasie piekielnej.

Rozpłacze się Stasinekjak małe dziecię,Zacznie bąkać coś z cichao kabarecie…Na to przyskoczą djabłyI po twarzy wybladłejLizać go zaczną, przytemGłaszcząc kopytem…

Jeden ciągnie za nogę,drugi za ucho,Wówczas widząc Stasinek,że już z nim krucho,Krzyknie głosem straszliwym:„Byłem ojcem szczęśliwym!„Sił przelałem ostatek„W siedmioro dziatek!

„Jedni czynią swe dziełafarbą na płótnie,„Inni się nad marmurempocą okrutnie,„Lub gdy żądza ich zbierze„Smarują na papierze„Aby krew swych męczarni„Sprzedać w księgarni!

„Laury takie nie skusząduszy mej hardej,„Nie mam dla tych igraszeknic prócz pogardy,„Ja, z przeproszeniem waszem,„Byłem nowym Fidyaszem,„Rzeźbiłem żywe ludzie„W niemałym trudzie!

„Właśnie kwili w kolebcesiódma dziecina,„Poprzysiągłem nie spocząćniżej tuzina,„Niestety, śmierć zdradziecka„Przerwała wyrób dziecka„Wydarła mnie, zbyt skora,„Służbie Amora!”

Jeden okrzyk podziwuw krąg się rozlegnie,By oglądać herosaniebo się zbiegnie,I w wielkiej chwale siędzieI dumne jego lędźwieSławić będą hen z góryAnielskie chóry.

I w wielkiej chwale siędzieI płodne jego lędźwieSławić będą hen z góryAnielskie chóry!!

Pisane w r. 1908.

Straśna okropność w Warszawie się stała,Jak opisuje nasza prasa cała,Zjadły hrabinę jakieś ludożerce,Srogie morderce.

Coś upatrzyły sobie te bandytyDo nieszczęśliwej bezbronnej kobity,Nic jej nie pomógł bilet pirszej klasy:Okropne czasy!

Wlazła ci za nią jedna z drugą świnia,Jak zacznie kurzyć paskudne Wirdżinia,Za małą chwilę wszytko w kupie spało,Tak ci śmierdziało!

Dalejże zbóje do onej niebogi,Bidną hrabinę wywlekli za nogi,Nos jej skrwawili, podbili jej oka,Płynie posoka.

Wnet ułatwiwszy sprawę bez hałasu,Tak po kamieniach wlekły ją do lasu,Ledwie że czasem który okiem łypie,Czy jeszcze zipie…

Potem te zbóje znalazły się brzyćko,Ściągnęły ci z niej do koszuli syćko,I nie baczęcy na płacze i jęki,Wzięni na męki.

Takie historye pisały gazety —Myślałek sobie: szkoda ci kobiety;Naraz się wielga oschodzi nowina,Że jest hrabina!

Wszystko się pyta, jak beło w tym lesie?Beło — nie beło, nikt dziś nie dowie się;Bo swojej krzywdy ta kobita świętaNic nie pamięta.

Dyabeł nie dońdzie jak ta sprawa ma się;Może i prawda co pisało w „Czasie”,Że to pewnikiem beł socyalistycznyGwałt polityczny…

Pisane w r. 1907.

„Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś, Panie”,Powiedział niegdyś pewien wielki kpiarz;A jednak dzisiaj to figlarne zdaniePowtórzyć musi, kto kraj poznał nasz;Bo choć poszarpał los polską ziemicęLecz wnet się do nas uśmiechnął przez łzy:

Kraków, Warszawa i nasz Lwów prastary,Ten benjaminek wszystkich polskich sercNaszego ducha wszak to trzy filary,Naszej kultury tyleż dzielnych twierdz.Lecz nie dość jeszcze — cóż powiecie na to?Całemu światu kładąc nas na wzór,Extra stolicę dał nam Bóg na lato„Uroczą perłę zakopiańskich gór”.

Wnet sprawiedliwość boska dobrze znanaHojne swe dary równo dzieli nam:Nam da Feld-mana, Warszawie Rajch-mana,Hösick na przemian mieszka tu i tam................................

Słyną Warszawy „mistyczne wieczory”I ich subtelny nastrojowy cień;Lecz mistyczniejsze Kraków ma wybory,Gdzie głosy zmarłych słychać w biały dzień.I Lwów ma swoje igraszki natury —O czarnoksięstwo zakrawa ten gest:Bierze się kawał zwykłej, mocnej ruryEccola! dmuchnąć i prezydent jest!

W Warszawie zbytek, szampańskie kolacye,Płyną rubelki — skąd? gdzie? ani wiesz;

Lwów ma na tydzień jedną defraudacyę,Coś więc gotówki liźnie czasem też.Za to krakowskie mury osławione!Ilu mieszkańców, tyle w portkach dziur:U nas się mówi: „pożycz mi koronę”,Tak jak gdzie indziej mówi się: Bonjour!

Dzięki tej stolic mnogości OjczyznaMa aż trzy rynki na talentów zbyt,Niejeden z państwa może w duchu przyzna,Że to ułatwia nam walkę o byt;Gdzieindziej, kto się na życia krawędziRaz jeden potknie — oho! bywaj zdrów!U nas, choć w jednej stolicy coś zwędzi,Założyć pismo może w drugiej znów.

Szeroko sięga sława naszych stolicI cudzoziemców zwabia do nas kwiat;Płyną podróżni z najdalszych okolic,Pod polskim niebem każdy spocznie rad.W niewieściem gronie, wśród miłej zabawy,Jeśli zapytasz: skąd panienka jest?Z wszelką pewnością jedna jest z Opawy,Druga z Czerniowiec lub aus Budapest!

Pisane w r. 1907.

Pewien gość przejezdny, tęskniąc za niewiastą,Wyszedł szukać przygód w Krakowie na miasto,Gościu, gościu miły, gościu, gościu nasz,Zdaje mi się, że ty coś źle w głowie masz.

Nakłada cylinder i cudne lakierki,W grubym pularesie szeleszczą papierki,Stanął przed źwierciadłem, by poprawić strój:Drżyjcie Krakowianki, wychodzi na bój!

Elastycznym krokiem obchodzi plantacye,Patrzy komu by tu postawić kolacyę:Wyszło wprawdzie z krzaków panienek ze sto,Lecz zdawały mu się nie dość comme il faut.

Nieco już nerwowy przebiega uliceCoś, gdzieś, kiedyś słyszał o cygarfabryceZatem w tamtę stronę szybko zwraca chód,Patrzy: dobra nasza, jest towaru w bród.

Zajął pod latarnią dogodną pozycyę,Zwraca do dziewczęcia grzeczną propozycyę,Lecz nim jeszcze zdążył w rozmowę się wdać,Tak ci go „zwołała“ że psia jego mać!...

Zwabił do cukierni wreszcie dwie kobietki,Pannę Salczę z Ryfczą, polskie midinetki;Zjadły czekoladę, po sześć ciastek tyżCóż, kiedy tapen ja, aber sztyken nysz!

Ulice już puste, więc z resztką nadziei,Pospiesza co żywo na dworzec kolei.Może tam przynajmniej będzie jakiś ruch:Cholera nie miasto, powiada nasz zuch;

Podsuwa się chyłkiem do jakiejś kobity,Wtem go łapie za kark dama świętej ZytyRozjuszonym głosem krzyczy prosto w twarz:Katolickich dziewcząt tknąć się ani waż!

Dobryś, mówi sobie, djabli wzięli randkę,Gdzież ja o tej porze znajdę protestantkę?Lecz umykać trzeba, to niezbity fakt,Pójdę do teatru na ostatni akt.

Gość nasz, który zwiedzał cudzoziemskie kraje,Widywał w teatrach lekkie obyczaje,Zatem zakupiwszy cukrów cały stosŚmiało za kulisy idzie wściubić nos.

Rozpoczyna zlekka wstępną galanteryą,Dama robi na to minę bardzo seryo,Płomień oburzenia bije jej do lic:U nas, proszę pana, małżeństwo lub nic!

Wypadł gość z teatru, trzęsąc się jak w febrze,Pędzi do hotelu, o rachunek żebrze;Aż do Oderbergu łamała go złość:Tak z Krakowa zniknął jeden dobry gość!!

Pisane w r. 1907.

Gdy skwar dopiekaBiednego człeka,Pot po nim ścieka,Topnieje już,Gdzież Esik będzie,Godniej zasiędzie,Jak nie w Ostendzie,Królowej mórz…

Uroczy pobyt,Tłum pięknych kobit,Wkoło dobrobyt,Wszystko aż lśni,

Rozkosz przenikaCiało Esika,Nóżkami fika,Ze szczęścia drży.

Pierwsze śniadanko:Kawusia z pianką,Przegryza grzankąI pędzi w cwałProsto na plażę,Gdzie w słońca żarzeBłyszczą mirażeKobiecych ciał.

Strojna dziewczynaKibić przegina,LUXUS-kabinaRozkoszą tchnie,Ruchem panteryZrzuca jaegeryI gdzie heteryTam Esik mknie.

Barwne półświatki,Pulchne mężatki,Obcisłe gatkiŚmieją się doń,Esik się nurza,Szczypie w odnóża,

To znów jak burzaWciąga je w toń.

Lecz dość na dziś z tem,Na piasku czystymJeszcze „mój system”Przez minut sześć,Potem swobodnieNakłada spodnieI nim ochłodniePędzi coś zjeść.

Ostryga tłustaWpada mu w usta,Potem langusta,Potem chablis:Otwiera paszczę,Językiem mlaszcze,W brzuszek się głaszczeI dalej ji.

Znikł potraw szereg,Mały szlumerek,Potem spacerekPrzez pyszną sień,Przybił do portuW cieniach abortuCo tu komfortu:Uroczy dzień!

Wychodzi letkiZ cichej klozetkiZnów na kobietkiPopatrzeć rad,Z tłumem się mieszaGdzie strojna rzeszaGwarnie pospiesza —Pięknym jest świat!

Koncert w kurhausieEsik zdrzymał się,Budzi go w pauzieOklasków szum,Potem nos wetkaKędy ruletkaStara kokietkaPrzywabia tłum,

Złoto się toczy,Wszystko się tłoczy,Wyłażą oczy,W piersiach brak tchu —Lecz Esik nie graBo niechże przegra,Dałaby świekraRuletkę mu!

Tak niespożycieTo szczęścia dzicię

Studyuje życieI jego brud,Gdy wtem latarnieGasną i gwarnieWszystko się garnieDo tinglu wrót.

Włazi i EsikW ten interesik,Figlarny biesikJakiś go prze,Umoczyć ustaTam gdzie rozpusta,Najskrrrrrytsze gustaZgadywać śmie.

Sala stłoczona,Dyszące łona,Nagie ramionaWśród fraków tła;Tańczą skłębieniW ciasnej przestrzeni,Szampan się pieni,Muzyka gra.

Dwa biusty śnieżneTrą się lubieżne,To znów rozbieżnePrężą się wstecz —

Płoną oblicza,Idzie maczicza,Zabawa bycza,Baeczna — prosz paa — rzecz.

Trzęsie się buda,Pęka obłuda:Cóż to za uda!Esik aż drży;Pyta nieśmiele:Ma toute belleRajskie weseleQuel est votre prix?

Spojrzy dziewczyna:Zamożna mina,Duża łysinaI nóżki w ix,„Bez długich krzykówDla starych prykówDziesięć ludwikówC’est mon prix fixe”.

Nie głupi Esik,Swój pularesikZapina gdziesik,Ochłonął w mig,Płaci co żywoZa małe piwo,

Z miną złośliwąZa drzwiami znikł.

Wśród nocy chłodnejPo plaży modnejIdzie pogodnyWolny od burz,Jeszcze dwie gruszkiZjadł do poduszki,Wyciągnął nóżkiI chrapie już!...

Któż za młodości płochych latNie lubił grywać w bakarata?Gdy ostatniego wezmą blataPonuro się przedstawia świat.Właśnie pociągnąć passę masz,A tu pytają: gdzie pieniądze?Tak smutnie po ulicach błądzę,Gdy wtem znajomą widzę twarz!Przyjacielu, powiadam mu,Potrzebuję gwałtem koron stu,Jak tylko trochę odegram się,Z wdzięcznością oddam je.

Cynicznie tylko rozśmiał się,Popatrzył na mnie jak na bzika,W bocznej ulicy szybko znikaI gdzież ja teraz pójdę, gdzie?

Za chwilę szabes, pierwszy zmrok,Drobnych w kieszeni ani troszkę:Mniejsza z tem, wołam na dorożkęNa Kaźmierz każę pędzić w skok.Panie Gajer, mówię bez tchu,Potrzebuję gwałtem koron stu,Jak tylko trochę odegram sięZ procentem oddam je.

Popatrzył na mnie bestya żyd:Jakie sto? niechże pan ochłodnie;Jak pan ma sprzedać stare spodnie,Bierz pan trzy reńskie i sy git.Przeklęte bydlę, jeszcze drwi!Rozpaczą nawpół obłąkanyPędzę do mojej ukochanej,Z bijącem sercem wchodzę w drzwi:Ukochana, przybiegłem tu,Potrzebuję gwałtem koron stu,Jak tylko trochę odegram sięZ wdzięcznością oddam je.

Najdroższy, w tobie szczęście me,— Powiada słodka ta istota —Chciałabym mieć kopalnię złota,Każde życzenie spełnić twe,Lecz koron sto... w tak krótki czas…Próżno się biedna myśl wytęża...

Ach, wiem już, wiem, poproszę męża,Właśnie pieniądze ma jak raz!Drogi mężu, powiada mu,Potrzebuję zaraz koron stu,Przyszedł rachunek za suknie dwieWięc coś à conto dać chcę.

Takie głosy słyszę przez drzwi,Naraz zmięszany mąż wypada —Obie ręce szeroko rozkładaI na szyję rzuca się mi.Powiada tak, ściskając mnie:Przyjacielu, wiesz, jak cię lubię —Zgrałem się wczoraj do nitki w klubie,A żonie boję przyznać się;Wybaw mnie z sytuacji tejI koron sto pożyczyć chciej,Jak tylko trochę odegram się,Z wdzięcznością oddam je.

Patrzę na niego błędny wpół...To jakiś istny dom waryatów?I potykając się wśród gratówSzybko po schodach zbiegam w dół.Och, rozpacz mnie ogarnia już —Noc już zapada, czas ucieka:Niezapłacony fiakier czeka,O szóstkę wypadł z pyskiem stroż!

Przyjacielu, powiadam mu,Idę właśnie szukać koron stu,Jak tylko znajdę pieniądze teDam ci szóstki aż dwie.

Fiakrowi robiąc pański gestW krąg objechałem całe miasto;Dawałem procent dwieście za sto,Wszędzie mi mówią: zastaw jest?Moi państwo, przyszedłem tu,Potrzebuję na fiakra koron DWU,Jak tylko trochę odegram sięZ wdzięcznością oddam je!

Niekze to syćkie pierony zatrzasnom:Wybrał się dziadek aż pod Góre Jasnom,Myślał że grosik uzbira, tymczasemWrócił ciupasem.

Tego widoku dożył dziadek staryW całem klasztorze nic jeno dziandary,Sytkie osoby duchowne a świętePod klucz zamkniente.

Dziwne tu rzeczy bajom sobie ludy,Że się tam działy straśne jakieś cudy:Niby że ojce porobieły świeństwaGwoli męczeństwa.

........................................................

Żył jeden z drugim piknie bez turbacyi,Świątek czy piątek, przy godny kolacyi,Bluźnił Imieniu Tego, co go stworzyłI cudzołożył.

Jeden nagorszy — patrzcie wymyśnika!Chował pod sobą w sofie nieboszczyka,Że jak bez tego na ty sofie grzeszyTo go nie cieszy.

Przeor też, mówiom, jucha jest morowa,Ponoś co tydzień ziżdżał do Krakowa,Jako że tu miał śtyry konkubinySame hrabiny.

Co jaki grosik na tacke się wśliźnie,To go dzieliły ojce po starszyźnie,A zaś do śkarbca każdy za swe grzychyMiał dwa wytrychy.

Jak przyszło Xiędzu dla dobra klasztoruZatłamsić kogo, to mu bez jankoruPóki ta zipie, własną dłonią lejeŚwiente oleje.

Codziennie rano, nabożnym zwyczajem,Spowiadały się ojcaszki nawzajemBy chtóry trafił jak przyńdzie potrzebaProsto do nieba.

Różnie dopuszcza Bóg w mądrości swojej,Ale to jakoś bardzo nie przystoiIżby siedziały w takiem świentem gronieSame Pochronie.

Mnie złość już bierze, chociek dziadek świecki,Cóż ta dopiro w grobie Xiądz Kordecki:Musi go skręca od straśnej terturyZadkiem do góry.

Kogo Bóg kocha, tego i doświadcza,Więc choć zgrzyszyła ręka świętokradczaMódlmy się, bracia, by nasz zakon miłyZnów porósł w siły.

Iżby zapomniał Bóg o swy boleściTrza mszów zakupić dziennie choć z czterdzieści:Niech więc na tacke co ta chtóry możeRzuci w klasztorze.

Czy pamiętasz jeszcze te wiośniane dniPierwszego twych zmysłów dziewczęcych rozkwitu?Może o nich czasem serce twoje śni,Kto wie, może we śnie omdlewa z zachwytu?A gdy cię owładnie wspomnień tęsknych szał,Może czasem marzysz o cichej sielance,Gdym z ust wpół-dziecięcych pierwszy uścisk brałW jakiejś ogrodowej ustronnej altance...

Może czasem wspomnisz słodkie chwile, gdymUczył pierwszych pieszczot twe nieśmiałe rączki,

Kiedym się upijał pierwszym dreszczem twym,Młodziutkiego ciała gdym rozwijał pączki...Dziś ty w pełnej krasie, jak dojrzały kłos,Innym dajesz szczęście na twej piersi białej,(Kłos niema piersi? to nic nie szkodzi, proszę nie przeszkadzać!)Mnie w inne ramiona rzucił dobry los,Dziś u moich kolan igra synek mały...

Gdy to dziecko dojdzie już chłopięcych lat,Kiedy na nie przyjdzie czas wiosennych rojeń,Wówczas twej piękności nawpół zwiędły kwiatDyszeć będzie czarem ostatnich upojeń;Ocal biedne dziecię od miłosnych mąkNiech je twoja dobroć do siebie przygarnie,Niechaj pierwszą słodycz weźmie z twoich rąk,Niech nie zna, co pragnień młodzieńczych męczarnie.

Niechaj na nie spłynie dawna tkliwość twa,Ono da ci w zamian pieszczot swych pierwiosnki,Chciej być tem dla niego, czem dla ciebie ja —Niech się ozwie echo dawnej, cudnej piosnki...

Wszystko dziś biada: „lepiej wcale nie żyć”I pessymizmu słychać zewsząd jęk:A jednak, państwo, zechciejcie mi wierzyćŻycie jest piękne, życie ma swój wdzięk;Umieć je cenić, to pierwsza zaletaNie żądać więcej, niż nam może dać:Wówczas, braciszku, jak mówi poeta,Garściami rozkosz zewsząd będziesz brać!

Choć wszystko wezmą ci losy przeciwnePociechę pewną zesłał dobry Bóg:To — że tak powiem — szczęście negatywneTego nie wydrze ci najsroższy wróg;

Gdyś tego szczęścia przeniknął sekreta,Pogodny idziesz wśród gromów i burz:Gdzie nogą stąpisz — jak mówi poeta —Wszędzie ci życie kwitnie wieńcem z róż!

Wszędzie radości znajdziesz nowe źródłoI do rozpuku śmiejesz się raz w raz;Patrzysz, jak grzebią jakieś stare pudło,Pomyślisz sobie: na mnie jeszcze czas!Przystaniesz sobie za trumienką z boku,Posłuchasz śpiewu i żałobnych mów,Dziewczątko małe uszczypniesz gdzieś w tłokuJuż się oddawna tak nie czułeś... zdrów.

Wyjdziesz na miasto dla użycia ruchu,Zdaleka widzisz jakieś twarze dwie:To Rydel komuś wierci dziurę w brzuchu,Pomyślisz sobie: dobrze, że nie mnie!Nie długo szukasz za nową podnietą —Na „Warszawskiego” do kawiarni idź:Przeczytasz sobie Hösicka felietonNo i sam powiedz: czy nie warto żyć?

W zimowy wieczór spieszysz do teatruW fotelik miękki rozkosznie się wtul:Ciepło, zacisznie, ni śniegu ni wiatru,Tragedyi sobie wysłuchasz jak król!Z piątego aktu prosto na kolacyę,W gazetce znowu jest nowinek dość:

Tu masz bankructwo, tam znów licytacyę,Z trzeciego piętra zleciał jakiś gość!

Tak sobie chodzisz wesoły jak ptaszek,Radosną wszędzie życia widzisz twarz;Wreszcie znużony i syt już igraszekWracasz do domu: własny kluczyk masz;Słychać szmer jakiś: zaglądasz przez szparkę:I jak tu człowiek się nie cieszyć ma — ?Tam ktoś... ten... tego... właśnie twą kucharkęPomyślisz sobie: dobrze że nie ja!

Śmiejesz się błogo przed zamknięciem powiekI dziękczynienia czynisz korny gest —Byle chciał tylko, znajdzie szczęście człowiek,Niema co mówić: dobrze jest jak jest!Więc choć świat biada: „lepiej wcale nie żyć”I pessymizmu słychać zewsząd jęk,Najmilsi bracia, zechciejcie mi wierzyć,Życie jest piękne, życie ma swój wdzięk!!

Pełna wrzasku ziemia polskaOj oj ojPełna wrzasku ziemia polskaOd Czikago do TobolskaOj oj oj

Za cóż nas tak karzesz Panie,Oj oj ojZa cóż nas tak karzesz Panie,Przez rok słyszym o FeldmanieOj oj oj

Rosner pierwszy śmignął batemOj oj oj

Rosner pierwszy śmignął batemChociaż tylko jest hofratemOj oj oj

Wykazał — herezya czysta!Oj oj ojWykazał — herezya czysta! —Że Feldman — żaden MonistaOj oj oj

Mówił, że u niego we łbieOj oj ojMówił, że u niego we łbieNie Olbrzymy ale — kiełbieOj oj oj

„Jak pan szmi? Gewałt! Rabacya!Oj oj oj„Jak pan szmi? Gewałt! Rabacya!„To jest prosta denuncyacja!Oj oj oj

My z Wyspiańskim to dwa braczieOj oj oj„My z Wyspiańskim to dwa braczie,„Zrozumiano? ti... hofraczie!Oj oj oj

Krzyknął Jerzy w wielkiej furyiOj oj oj

Krzyknął Jerzy w wielkiej furyiNiby poseł z piątej kuryiOj oj oj

Ja ci, p . . . . u, skórę zedręOj oj ojJa ci, p . . . . u, skórę zedręZ Wyspiańskiego robisz FredręOj oj oj

Uczysz naród, że SłowackiOj oj ojUczysz naród, że SłowackiBez podpisu jest pod plackiOj oj oj

„ — Pilnuj pan swoje papieryOj oj oj„ — Pilnuj pan swoje papiery„Pan piszesz — same premiery!Oj oj oj

Zabrał głos pan Kaźmierz PrzerwaOj oj ojZabrał głos pan Kaźmierz PrzerwaI przemówił jak Minerwa:Oj oj oj

„Bardzo przykry to wypadekOj oj oj

Bardzo przykry to wypadekTrącać kogoś nogą w plecyOj oj oj

„Jeszcze przykrzej, oczywiścieOj oj ojJeszcze przykrzej, oczywiście,Czynić to w otwartym liścieOj oj oj

„Lecz gdy mi tak popadł w ręceOj oj ojLecz gdy mi tak popadł w ręce;To już chyba się poświęcęOj oj oj

„Powiedz, ojczyzno, quousqueOj oj ojPowiedz, ojczyzno, quousqueBędziemy cierpieć tę pl . . . . . ...?”Oj oj oj

Wnet znaleźli się obrońceOj oj ojWnet znaleźli się obrońceTrudno — Feldman ma dwa końceOj oj oj

Mówią przeto: wszystko racyaOj oj oj

Mówią przeto: wszystko racyaAle gdzież asymilacya — ?Oj oj oj

Wszak to dla nas (sam pan powiedz)Oj oj ojWszak to dla nas (sam pan powiedz)Drugi Berek Joselowic!Oj oj oj

Ach! potnijcież go na ćwierci,Oj oj ojAch! potnijcież go na ćwierci,Życzę mu walecznej śmierciOj oj oj

W bohaterstwa świetnej gloryiOj oj ojW bohaterstwa świetnej gloryiNiech już przejdzie do historyiOj oj oj

Może kiedyś w tej stolicyOj oj ojMoże kiedyś w tej stolicyTeż doczeka się ulicyOj oj oj

Będziem jeździć do heteryOj oj ojBędziem jeździć do hetery — (pst! fiakier!)Feldmana, czterdzieści czteryOj oj oj!

Pisane w r. 1909.

Dziwny jakiś w pojęciachszerzy się zamęt,Czy małżeństwo to kpinyczy też sakrament?Jakaś zaraza padłaNa wszystkie nasze stadła,Zamiast siedzieć spokojnieWszystko dziś w wojnie.

Dawniej, kto się raz złączyłw bożym przybytku,Wiedział że ma do śmiercitrwać w swem korytku,Rozumiał, że ten związekTo twardy obowiązek,Dwie dusze w jednym cieleFlaki w niedzielę.

Co Bóg komu przeznaczyłbrano w pokorze,

Nikt nie robił grymasówże tak nie może.Cel przyświecał im wzniosły,Dziatki ku górze rosłyNo i tak się tam żyłoJakoś to było.

Jakież dziś społeczeństwaprzyszłość ma szanse,Skoro ludzie z małżeństwaczynią romanse?Dziś czy prosty, czy krzywyKażdy chce być... szczęśliwy!A to czysta wariacyaTa demokracya!

Wszędzie dziś do narzekańwidać tendencyę,Wszędzie skargi na mężówimp... ertynencyę,Trudno, mój miły Boże!Każdy robi co może:Wszakże nie jest nikt z panówPułkiem ułanów…

Ówdzie znów mąż stroskanykrzyczy: o rety!Jakto, ja mam żyć z gęsiązamiast kobiety?

Są i takie wypadkiFakt znów nie jest tak rzadki,Spojrzyj pan po tej rzeszyTo cię pocieszy.

Tam znów młode dziewczątkowprost od ołtarzy,Staje w progu sypialniz powagą w twarzy,Zapowiada ci ostro,Że chce być tylko siostrą...(Moja miła pieszczotko,Bądźże choć ciotką!)

Wszystko dziś rozwodamisobie urągaSeparacyą od stołuno i szezlonga:Łączą się parki lubeZ sobą niby na próbę,Nim nie znajdzie się czegoPrzyzwoitszego...

Gdy więc takie dziś maciekapryśne gusty,Nie mięszajcież kościołado tej rozpusty,

Kto ma interes pilnyNiech bierze ślub cywilnySkojarzy młodą paręPrezydent Sare.

Pisane w r. 1909.

Gdy twej miłości kwiat już zwiądł,Nim w kraj daleki pójdę stąd,O mój ANIELE,W rozstania smutnej chwili tejWysłuchać mojej prośby chciej:To tak niewiele!

Sentymentalnych zaklęć słówNie lękaj się usłyszeć znów,Ani rozpaczy,Nie będę budził dawnych mar:Wszak musiał prysnąć szczęścia czarTak, lub inaczej...

Na wieki pomnieć będę tenO twej miłości cudny sen,Upojeń tyle,Lecz nim me serce strącisz w grrrrrrrób —Ach, pozwól zostać u twych stópJeszcze choć chwilę!

Nim pójdę cicho i bez skarg,Zcałować pozwól z twoich wargTen wdzięk dziewczęcy —Niech twoich ust niestarty śladNa ustach mych uniosę w świat,Nie pragnę więcej...

W twych sukniach pozwól twarz mi skryćI choć przez chwilę jeszcze żyćSzczęścia wspomnieniem,Gdy pieszczot mych palący szałTwych zmysłów szukał, aż się stał — —Wspólnem westchnieniem...

Twą głowę pochyl na mą skrońI włosów twych drażniąca wońNiech mnie upoi:Po raz ostatni jeszcze niechUsłyszę spazmatyczny śmiechRozkoszy twojej...

Wysłuchaj zatem prośby mej,Wszak trudno chyba żądać mniej,Bardziej nieśmiało,Niech dawnych wzruszeń słodka mocOdżyje choć na jedną noc,Wszak to tak mało...

Dość było w Polsce gratówOd antenatów,Lecz się walały w kątkuTak bez porządku —Ażeśmy zbrzydli BoguBez katalogu,Więc zesłał nową eręDał nam Koperę.

Dyrektor nie dla formyWszczyna reformy,Sprężysty chociaż słodkiZmienia gablotki,Heblują się deszczułkiNa nowe półki,W wielki dzwon bije ONSztuce polskiej wznosi tron.

Najwięcej pożarł cyferSam kaloryfer

Pozycja też nie cienkaSchludna łazienka;Jest wszystko od A do Zet:Angielski klozet;Są także z ludzkiej łaski,Jakieś obrazki.

Śpiewajmy więc Te Deum:Mamy Muzeum,Co już ćwierć wieku całePorasta w chwałę;

Dziś doszło do zenituSwojego bytu:Dalej więc, wznieśmy krzykNa zdrowie mu — A...a psik!

Słowiański światDziś krzyczy mu: wiwat!Niech nam sto latDo grata zbiera grat!

Więc schodzą bratnie nacyeSię na kolacyę:Jedzą pieczeń cielęcą,Dzień wielki święcą;Muzyka rżnie od uchaZ Wesołej wdówki,Radcy pchają do brzuchaI kropią mówki.

Potem wydaje festynCzynciel CelestynNa wiekopomnym dachuSwojego gmachu,A w końcu Jan MichalikWyprawia balik:Swoich sal wręcza kluczŁzy mu słodkie ciekną z ócz.

— Ten pokój pan opustosz:Tu będzie kustosz;

Tam w sieni będzie stałoDwóch woźnych z pałą;Trochę się to zagraci,Czechów się sprosi,Potem Szukiewicz MaciejOdczyt wygłosi.

Więc wznieśmy krzyk:Niech żyje Michalik!Handelek znikł,A filia wstaje w mig...

Po filii filia rośnieJak długi Kraków:Witają je radośnieSerca Polaków:Aż ta stolica całaWreszcie się stałaZ rozkwitem nowej eryFilią Kopery.

Przechodniów już nie straszyPolicyant groźny,Stolicy strzeże naszejUprzejmy woźny:Prezydent abdykuje,Rządy sprawujePrzebrany PagaczewskiW mundur niebieski.

I – Boże daj,Przemieni cały krajW antyków rajJemu w to tylko graj!

Więc pierś okrzykiem wzbiera:Wiwat Kopera!Niech długo nam gromadzi,Spisuje, ładzi,Skupuje, segreguje,Kataloguje,A gdy kto, za lat sto,Znów odwiedzi cudo to:

Śpiewajmy więc Te Deum:Mamy Muzeum!Niech znów przez wieki całePorasta w chwałę;

Obrazów zakupamiNiech się nie splami,A dojdzie do zenituSwego rozkwitu!

I cały światWykrzyknie mu: wiwat!Niech setki latDo grata zbiera grat!

Pisane w r. 1909.

Zobaczył pan StykaJak raz mały kondelPodniósł zadnią łapkęI spaskudził RondelOj dana!

I przyszła MistrzowiDo głowy myśl słodka:A gdyby to samoZrobić ode środka...Oj dana — ?

Że ludzie ofiarniSą w tych czasach rzadcy,Więc mu deputacyęŚlą dziękczynną radcy,Oj dana!

Jeśli zatem famaPubliczna nie kłamie

Będziem mieli w RondluGrunwald w panoramieOj dana!

Tak to z małych przyczynSkutki są ogromne:Z niepozornej psinyDzieło wiekopomneOj dana!

Lecz w czem niezbadaneLosów tajemnice:Nie wie nikt o pieskuA każdy o StyceOj dana!

Pisane w r. 1909.

Wojciechu, Wojciechu,Nie traćta animuszu,Nie traćta animuszu,

Uziębło, Uziębło,Lecz znowu się przygrzeje,Lecz znowu się przygrzeje,

Turcyja, z AustryjąZnowu się za łby wodzą,Znowu się za łby wodzą,

Pod Wiedeń, pod Wiedeń,Droga przez Bronowice,

Droga przez Bronowice,

Pan Rydel, pan Rydel,Na odsiecz jedzie z ToniNa odsiecz jedzie z Toni

Na Turka, na Turka,Rukuje pułk trzynasty,Rukuje pułk trzynasty:

Pod Wiedniem, batalia,Powtórzy się ta samaPowtórzy się ta sama:

Spoglądam z dala obojętny,Jak w żądzy szczęścia zbyt namiętnejZatracasz gust —I patrzę z leniwym uśmiechemJak poisz się wciąż nowym grzechemWciąż z innych ust...

Lecz kiedy ujrzę w twojej twarzyCierpienie, co się w oczach żarzyPosępną skrą —Gdy w smutku widzę cię żałobie,Ach, wówczas muszę być przy tobieCzuć mękę twą...

Ty mnie nie kochasz, ni ja ciebie,A jednak tulę cię do siebieNie mówiąc nic —I piję smutek twój, dziewczyno,I piję twoje łzy, co płynąZ pobladłych lic...

Czy to jest przyjaźń idealna,Czy też perwersya sexualna? —Obłędne sny — ?Ach, nie wiem, co się ze mną stało,Lecz chciałbym pić przez WIECZNOŚĆ całąTwe drogie łzy,Twe drogie łzy...

Nie masz nic w świecie ponadżycie domowe,Uczciwe a szczęśliwe,tanie a zdrowe,Któż nie wzdycha za sielskimDomkiem swym rodzicielskim,Choć zeń zwykle miał w zyskuSińce na pysku...

Każdy stroi swój domekw gloryę prześliczną,Miłością go otaczachoć platoniczną;Nawet przy szklance wódki,Społeczeństwa wyrzutkiŚnią o własnym domeczkuW ciepłym szyneczku.

Wszystkim młodość się święcijasna i czysta,

Czemuż tułać się musibiedny artysta?Gdy nasz Kraków niepomnySwojej rzeszy bezdomnej,Tulą sztuki plastyczneDomy — — publiczne....

Teraz wszystko, jak słychać,już się odmieni,Stanie klasztor malarskiw przyszłej jesieni;Każdy będzie miał celkę,Sztalugi i modelkę,Ciepły kocyk na łóżku,Wodę w dzbanuszku...

Kwitnie życie rodzinnejuż od poranka,Wszystko dają na krydę,istna sielanka;Wszystko w domu ma malarz:Ratafię, starkę, alasz,Więc Piątek czy NiedzielaSpity jak bela.

Ani sposób na studyawygnać go w pole:„W domku ciepło i sucho,już ja tam wolę!”

Nabrał w domu ochotyDo uczciwej roboty,Przepisuje na czystoZostał djurnistą.

I tak życie domowepłynie bez chmurki,Cieszą się także waszeżony i córki;Zamiast spieszyć w tym celuZ artystą do hotelu,Chronią się, pełne sromu,W malarskim domu...

Spieszcie więc, Krakowianie,z ofiarną dłonią,Niech i biedni malarzegłowę gdzieś skłonią:Wszakże i tak z tej braciCzynszu żaden nie płaci,Zbędziecie się tej klikiKamieniczniki!!

Pisane w r. 1908.

(1 melodya).

Zaledwie czas świtaniaPo zamku już uganiaJagiełło,Skirgiełło,(Skąd im się to wzięło?)— Krzyżackiej dość intrygi!Król woła do Jadwigi:Jadwisia,Daj pysia,Wielka wojna dzisia!

(2 melodya).

Rzecze w te słowaSłodka królowa:Mój miły Władku,Masz wbród dostatku,Pocóż ci djabliNadstawiać szabli,Jeszcze, broń Boże,Kto w łeb dać może.

(1 melodya).

Ofuknie ją Jagiełło:Ja wiekopomne dziełoSposobię,I zrobię,Wyperswaduj sobie!

Zrozumże, moja śliczna,Że misya historycznaTo kartaNiestarta,Paru guzów warta!

(Trio).

Chytrze KrólowaŚmieje się w głos:„Różne siurpryzy chowaKapryśny los..Ja już od urodzeniaMam dar jasnowidzeniaI do społecznych kwestyi mam bajeczny nos...

„Dwie silne pięściPan Bóg ci dał,Niech ci się, Władku, szczęściNa polach chwał...Dziś górą ciężka łapa,Lecz kiedyś straszna klapa,Ach, kiedyś lada chłystek będzie z nas się śmiał.

(2 melodya).

„Już światło bucha,Nowego duchaŚwita zaranie,Nic nie zostanie

Z militaryzmuOprócz komizmu,A z tej wielkościSpróchniałe kości...

„Inne ja wolęDziałania pole,Inna potęgaWieczności sięgaI nie wygasa —A nią jest PRASA!Bez jej ochronyChwieją się trony...”

(1 melodya).

Nie słucha — dosiadł konia,W Grunwaldzkie pędzi błoniaNa znojeI boje,Tępić wrogi swoje...Ona nie bita w ciemię,Zakłada Akademie,Stypendya,Kompendya,Różne inne endya.

(2 melodya).

Powstają bursy,Przeróżne kursy,

LiteraturęDźwiga się w górę;Goły poetaDostał kotleta,Piszą chłopczykiPanegiryki...

Skryby zgłodniałePieją jej chwałę,Przy kuflu piwaKrzyczą: Evviva!„Cóż to za dama!”Huczy reklama,Na święty zydelSadza ją Rydel...

(1 melodya).

O wielka ty królowo,Prorocze Twoje słowoZ niemałąTwą chwaląFaktem dziś się stało;Bo nikt w dzisiejszym czasieBez stosuneczków w prasie— To, panie,Gadanie —Świętym nie zostanie...

Pisane w r. 1907.

Kiedy nadchodzi wieczór jużMówi mama kochana:„Śpij ma dziecino, oczki zmruż,Śpij smaczno aż do rana.Sukieneczki złóżNa krzesełku tużI wdziej koszulkę nocną;Już na ciebie czasWięc ostatni razUściskaj mamę mocno.

„Dobranoc, kotku, bywaj zdrów,Nie płacz mi, że jest ciemnoPaciorek jeszcze ładnie zmów,Powtarzaj razem ze mną:Aniele stróżu mój,Ty ciągle przy mnie stójJak we dnie tak i w nocy —

I w przygodzie złejTy koło mnie chciejByć zawsze ku pomocy”.

Zaledwie mama przeszła próg,Już jej dziewczynce grzecznejZ radosnym śmiechem legł u nógBraciszek jej (cioteczny);Ręce chłopcu drżąTuli siostrę swąI gryzie w same uszko;To zuchwały smyk:Tak jak zawsze zwykłSchowany był pod łóżko!

Za chwilę już dzieciaki dwaW pieszczotach słodkich toną,Niewinny uścisk długo trwaOczęta żarem płoną;Coś skrzypnęło... ach!Co za straszny strach,Serduszko bije mocno;Już się robi świt —Adasiu... mnie wstyd...Oddaj koszulkę nocną...

Różane ciałko drży jak liść —...Adasiu, tak nie można...

Ja muszę przecież za mąż iśćJa muszę być ostrożna!Przecie dobrze wiesz,Żebym chciała też,Oddałabym ci wszystko...Ale potem cóż...?Chyba umrzeć już —Albo... zostać... artystką...

Niedługo słychać ranny gwarDzieweczka śpi już sama;Kneipowskiej kawki niosąc warW drzwi wchodzi dobra mama.Wlepia tkliwy wzrok:Dziś szesnasty rokZaczyna drogie dziecię!„Co by tu...? ach, wiem!Waniliowy krem:Nic tak nie lubi w świecie...”

Do batiarki w ŁyczakowiHo, ho, ho,Przyszedł batiar i tak powiHo, ho, ho,Podźże panna, dziś Niedziela,Ho, ho, ho,Pokażę ci RafaelaHo, ho, ho!

Krótko trwała ta pogwarka,Ho, ho, ho,Nie w ciemię bita batiarka,Ho, ho, ho,Nie będzie ze mną nic z tego,Ho, ho, ho,Schowaj go dla Ciuchcińskiego,Ho, ho ho!

Ale batiar nic nie pytaHo, ho, ho,

Ino krzepko panne chytaHo, ho, ho,I nim minęła NiedzielaHo, ho, ho,Zobaczyła RafaelaHo, ho, ho!

Pisane w r. 1907.

Król Bolesław, to rycerz był mężnyW kołach przyjaciół Chrobrym zwan,W swojej łapie miecz dzierżył potężnyI puszczał wrogów w krwawy tan;Co wieczora, w zamkowej świetlicyLeżąc w łóżku zwykł grubo się śmiać: Ho, ho, ho,

Jadwisieńka kochała WilhelmaAle w narodzie powstał krzyk:Co? królem naszym Niemiec szelma?Wszak lepszy już litewski dzik!

Choć łzy gorzkie zraszają jej lice,Lecz odważnie podaje swą dłoń:Przyjm, ojczyzno, tę czystą prawicę,Idź, mój wianku, polskiej ziemi broń!

I nasz naród, przy pomocy niebaW potędze kilka wieków trwał;Gdzie go tylko nie było potrzeba,Wszędzie się polski husarz pchał;Z czasem osłabł już zapał szlachcica,Coraz rzadszym bywał szabli błysk:Narodowa wciąż biła prawicaAle tylko biła chłopa w pysk!

W końcu nawet już niebu to zbrzydło,Już nas Opatrzność miała dość;I rzekł Pan Bóg: wytracę to bydłoBo już patrzeć na nich bierze złość —Przyszedł Prusak... Moskal... Targowica...Na Ojczyznę przyszły czasy złe...Była wprawdzie narodowa prawicaLecz się znalazła bardzo pfe...

Za tę wielką, bardzo wielką winęOkrutnie nas pokarał Bóg,Bo wnet wiarę, WŁASNOŚĆ i rodzinęWewnętrzny zaczął szarpać wróg;Lecz wstał rycerz w papierowej zbroicyI odwalać jął z grobowca głaz:

Wstań narodzie, użyj swej prawicy,Trzecie dzwonienie... ostatni czas!!

Więc wróciły dawnej mocy chwileI husarz polski odżył już:Miast miecza dzierży wyborczą sztampilęW ręku kataster martwych dusz;I świadomy swojej szczytnej misyiTak pokrzepia swą słabnącą brać:Póki jeszcze ja zasiadam w komisyiMożecie dzieci zdrowo spać!

Dalej sypać podatek narodowy,Zewsząd pieniądze płyną wbród:Póki w kasie mamy grosz gotowy,Póty z szlachtą polską polski lud;Niech się święci „Narodowa Prawica”Odrodzenia niech nam snuje nić:Niechaj nie wie co daje lewica,A będzie długo w chwale żyć!

Pisane w r. 1907.

Niekze se spocznie na kwile dziadzina,Toli wędruje jaze ze Poręcina,A razem z dziadkiem beło mnogo ludaUźreć te cuda —

Chodziły wieści po najdalsze strony,Że w onem mieńscu straśne farmazonyOzgościły się w djabelskiej kompaniiW księżej plebanii.

Mówiom że jakiś, Boże odpuść, malarzCo na piechote tam po prośbie zalazłTeraz se żyje niby brat ze bratemZ Xiędzem Prałatem!

Cała plebania wysługuje mu sieNa poświęcanym jada se obrusieMiódmałmazyję znoszą temu lichuW świentym kielichu.

Zakradło się to na probostwo chyłkiem,Na mróz świciło napół gołym tyłkiem,Teraz se każe najcieńsze atłasySzyć na portasy.

Sypia se co noc w jegomości łóżkuKsiężą kucharkę głaska se po brzuszkuSam mu co rano, Święci wiekuiści,Xiądz buty czyści!

Ale największe to zgorszenie czyniŻe nie przepuścił i pańskiej świątyniI kościół, co się cudami rozsławił,Straśnie splugawił

Kędy janioły wprzód zdobiły ścianeTeraz kapłony wiszą podskubaneA tam gdzie beły świente męczenniczkiTłuste jendyczki

W ołtarzu widny Boga Ojca profil:Brodę ma ryżą niby nasz Teofil;Za złego łotra wisi w Męce BoskiejKonrad Rakowski

Potem z Krakowa zjeżdża konwisyaNapycha brzuchy, aż im się odbijaI prawią Xiędzu różne dziwne baśniePokiel nie zaśnie.

W bidnego Xsiędza konwisyja wpieraŻe to najnowszy styl Ojca DrobneraCo w Rzymie zrobił (taka jucha chytra)Świętego Pitra!

Lecz już się skończy ta obraza boża,Bo dziadek póńdzie aż do konsystorza,I gwałt podniesie taki, że biskupaOzboli głowa...

Pisane w r. 1908.

(Z szopki "Zielonego Balonika" na r. 1907.)

Nuta: Niemasz nad żołnierzaSzczęśliwszego człeka

Niemasz nad BattaglięSzczęśliwszego człeka,W przyszłym gabinecieNie minie go teka;Zapracował na niąTo rzecz oczywista,Ochrypł od gadaniaTeraz ino śwista!

Żadnych politycznychNie zna on przesądów,Każda partya dobraByle dojść do rządów!Z jednemi tachluje,Od drugich skorzista,Dalej maszirujeIno sobie śwista!

Na każdego sposóbJest u tego ćwika:Na proboszcza miodek,Szampan na stańczyka;A dla wszechpolakówBaczewskiego czysta:Tak on agitujeIno sobie śwista!

Machnie w parlamencieTrzy interpelacye,Potem w Mulę RużuSmacznie ji kolacyę!Tam biedny ministerWije się jak glista:On tańczy macziczęIno sobie śwista!

Dziś krajową w BrodachWystawę otwiera,Nazajutrz już w WiedniuGnębi Koliszera;Poznań-Lwów-Petersburg,To jazda siarczysta:Tak se wojażujeIno para śwista!

Choćby się ministraRangi nie dosłużył

Co wypił, to wypiłCo użył, to użył!Więc się nie turbuje:Co tam djabłów trzysta!Dalej se posłujeIno sobie śwista!

RAZEM:Pracujmy, pracujmy, dla szczęścia ludzkości,By w ducha regjony ją wznieść;Śpiewajmy, śpiewajmy, na chwałę czystości,W niej życia nowego jest treść!

Pracujmy z całych sił,Wspierając się nawzajem,A świat się stanie rajem,Jak na początku był!

STUDENTKA:Precz grzeszne o ciało doczesne staranie,Wpatrzeni w wschodzących blask zórzNie znamy co kąpiel, co mycie, co pranie,Tym czyściej zabłyśnie wdzięk dusz!

Niech zniknie przesąd czczy,Co chłopiec, co dziewczyna,Gdy skryje peleryna,Różnice naszych płci…

STUDENT:Precz wszelkie nieczyste, przelotne miłostki,I myśli ustrzeżmy się złej:Kto w zmysłów kałuży się zmacza po kostki,Ten cały utonie już w niej!

A choć nam czasem brakTego co jest w kobiecie,Radzimy sobie przecie,Niech nikt nie pyta jak…

STUDENTKA:A gdy się połączym małżeńskiem ogniwem,I przyjdzie w łożnicy nam ledz,Spłodzimy dzieciątko w skupieniu cnotliwem,Rozpusty potrafim się strzedz!

Niech brudnych wzruszeń szałNie skazi pra-czystościBytu, co się z nicościCzłowiekiem właśnie stał!

RAZEM:Więc piejmy, więc piejmy: precz z wszelkim ekscesem!I śmiało pospieszmy na bój,Niech krążą, niech krążą, puhary z Ceresem,W nich życia nowego jest zdrój!

KMIOTEK Z BRONOWIC

śpiewa w tym samym przedmiocie co następuje:

Nuta: „Umarł Maciek, umarł”.

Umarł Maciek, umarł, i już się nie rucha,Choćby go najtęższa wabiła dziewucha,On nie wyda z siebie głosu,Bo chłop przystał do Hetosu!Oj, ta dana dana, oj ta dana da.

Dawniej, kiedy dziwka była grzechu warta,Choćbyś jej ta zrobił jakiego bękarta,Poszła se z nim ka przed siebieI nie było dziury w niebie!Oj, ta dana, itd.

A choć żałośliwe bywały momenty,Zwyczajnie dziewczyńskie sprzykrzone lamenty,Toś jej pedział: Nie płacz płaksa,To od swego, nie od Saksa!Oj, ta dana, itd.

Czisiaj w tym Hetosie paskudne kaliki,Dziwki jak wymokłe, chłopy jak patyki,Wciąż rajcują hokus-pokus,Jak się wyzbyć ziemskich pokus.Oj, ta dana, itd.

Cóż też na was, dziwki, za cholera padła?Idźże jedna z drugą zaźryj do zwierciadła,Nie wiem, czy złakomi kto się,Cheba tylko w tym Hetosie...Oj ta dana itd.

Posłuchajcie ludkowieCo wam dziadek opowieNiech odpocznie sobie kwila;Wędruje jaz z RaperswilaStraśne cuda tam widział.

Siedzi tam, moiściewy,Jenszy dziaduś poczciwy,Na ślusarce się rozumiRóźne śpasy kleić umi:Zrobili go Koperą.

Jeżdżą ludzie z niebliskaDo onego zamczyska;Same godne cudzoziemceJangliki, Turki i Niemce:Syćko gęby otwiera.

Jest tam kijek Kościuszki,Króla Piasta garnuszki,

I fajeczka Kopernika,Z której se pan kustosz pykajak jest w dobrym humorze.

Suwarowa nahajka,I Kolumba dwa jajka,Kierezyja wenecjańskaI dziewica orlijańska:Syćko wisi se społem.

Jest też lanszaft galanty:Tycyjany, RembrantySam pan kustosz je malował,Fatygi se nie żałował:Syćko la tej ojczyzny,

Zazdrościł jeden drugiTakiej wielgiej zasługi;Zrobiły się straśne chryje:Dawajcież tu konwisyjeNiech jak beło uświadczy.

Więc w zamczysko obronneJadą... głowy koronne,Lament robią żałośliwy,Ze w tej Polsce nieszczęśliwejJaje mędrsze od kury.

Co tu długo pyskować?Starszych trzeba szanować;Więc orzekły pany sędzie,Że jak beło tak i będzieLa dobrego przykładu.

Skąd tu temat wziąć do nowej piosenki?Skłopotany wzrok wodzę tu i tam;Wtem zapachną mi bzów rozwite pękiGdzieś z ogródka hen: i już temat mam.Niech dziś refren mój wiosna sama nuci,Niech rozprószy smęt mych jesiennych lat,Niech młodości mej tętno mi przywróci,Niech mi od niej w krąg się rozciepli świat.

Dość już piosnce mej jałowych konceptów,Wspólnych naszych głupstw zbrzydł mi pusty gwar,Niech dziś nuta jej drży od cichych szeptów,W rytmach jej niech gra pocałunków żar.Cóż mi wreszcie są wasze wielkie sprawy,Obmierzył mi na szczęt własnych słówek spryt:Dałem może wam parę chwil zabawy,Wy nawzajem mnie, więc jesteśmy quitte.

Tych niewiele dni, które mi zostałyZanim zacznie świat czcić mój siwy włos,Wolę klecić już wdzięcznie madrygały,W służbie pięknych dam stroić lutni głos;A gdy z czasem, ach, zwykła rzeczy kolej,Przyjdzie na mnie to, co się musi stać,Choć z kretesem już będę vieux rammolliW nowej piosence tej mniej to będzie znać...

Comentarios

Cargando comentarios…