Pieśń mimowolna

Właśnie mnie ciemność wydała nogom, u których po pięćpalców węszących boleśnie. Jednym podstępnym ukłuciemusta rozdarła i mózg mój w białe zmieniła skiby,w których się noc przewala zębata, ściśnięta jak pięść.

A zanim gołąb mnie odbiegł i gałąź wydarli mi ludziez dłoni szerokiej jak taca, abym pozostał szczęśliwywśród nich —tlący na cienkiej łodydze jak lilipuci instrumenturzekł mnie ptasi skrzyp.

Nigdy nie było łaskawiej. Mąciłem spokój rzeczyciałem czystym jak kreda, głowę dźwigałem jak kościół,odlot drzew żegnałem codzień nadrzeczny,liczyłem wypluski rybna piasku ciężkim od ości.

Dzwony chłodziły mi szyję weselne albo żałobne,a od tego dzwonienia las z wosku na ołtarzachw lusterkach trzymanych przez świętych nad głowąmoże dla mnie powtarzał,może dla cienia mego, który byłw fałdach mej skóry białej,że powalony w własnych krzakach żyłzrzucę swe ciało.

Cóż, potem niebo mi obcebłyskając krawędzią gromuzeszło po listku na którym haft —I wzywałem donośnym głosemobok szatan o rogach złoconych:Ach, zatrzymaj mi, ach zatrzymaj bieg niebieskich lat!

Przypływ księżyca prowadził.Wciąż na wieżach ludzie w wieczórżałosnymi językami odczytywali gwiazdy, a gniewpalił im włosy w nieładzie,bo powietrze gorące od przeczućtuliło się małe do pięt.

Sen mój był żółty i straszyłtwarzą jak Tatar:Przyszływielkie obłoki schylone nad ziemią pędzącą jak światło,jak chrust płonęło żelazo i beton bojowych maszyn,mosty skakały jak owce przez niebo wtopione w Wisłę,wydęły kamienne dziewczyny usta spragnione pokarmui w dzbany parków jak mleko wlewał się ogień i marmur.

Napróżno człowiek z łbem sępa ręką zakwitał jak laurem;schodziły w ziemię latarnie wciąż parskające, za nimiwróble z ponurym wyciem, gołębie z płaczem wprost ludzkimi było biało od planet i mroźno niczem od zimy.

Z gromnicy wysokiej jak sosna wyszedł z pętlicą na krtaniTraugutt i wargą poruszał, gestem tłumaczyć chciał;łamał się werbel pod krokiem, a on pełen cichego kochaniawzrokiem pytał: Czy znasz ten kraj...

Nagły jaszczur w smolistej łuscewypadł z nory pod Męką Pańskąi zanucił dziecięciu jak listek— a tym dzieckiem pewnie byłem ja —o jeziorze, gdzie kąpał się w blasku,pełnym siarki, fioletu i darni —

A wciąż noce wtulone w ogromneskrzydła —kołysały kraj.

Ten kraj.

Dalej... Sen mnie z nóg zrzucił...Wracałem, gdzie dym jak pies leżałprzed każdym wschodem księżyca.— O mieście mówili, że wielkie, o wieży, że jest potężna —

Tam patrząc na lot jej zazdrośnieznowu zacząłem swój głoswysilać niby cięciwę, — obok złocony szatan:Ach, jeśli nie latom niebieskim — to pozwól mojej młodości,aby przez ciało przebrnęła i twardą zębatą noc!

Wieczność siedząca za nami ziewała szczęką czerwoną,mały anioł po sznurze schodził ku mojej pomocy,po pięć palców u stopy ciągle boleśnie węszącychspoczęło wreszcie. Był dzień,w którym przy mięsie ofiarnym Kain ugodził brata,więc kipiał wełniasty stepw gwiazdach lecących na północ.

Wtedy ostrożnie mi zdjęto głowę, przykryto całunemi gałąź wyrosła w mej ręce, a z nią boskości mej zapach.

Comentarios

Cargando comentarios…