Pieśń nostalgiczna

Wywołany z przestrzeni ciasnej,gdzie głuche czoło chmur, a na nim słońca bruzda —wspominam ziemię świetlną: Byłpienisty nieba ślad nad głową prący płasko,wiatr jak mozaika różny w jeziorze się zanurzał,na rzekach ryb dzwonienie, a nocą ryba gwiazdwygiętą niosła płetwę poprzez roślinny czas.Człowieczych głosów drzewo szumiało snom mym prędkim:był ogród, a w nim dom o dachu niby miedziak,w ogrodzie stały kwiaty w kolorach jak kredkii często tęczy gmach jak pióro lekki leciałi często snom przychylny puszysty śniegu las.

Pytałem wiele razy jasności, co nade mnąo żywot wszystkich rzeczy, które w wspomnieniu są.— Ten dom — mówiła jasność — o dachu jak pieniądzi drzwiach jak płomień rudych przy ścianie, ten domzamyka twe bogactwo pod cieniem obłoku,zdobyte trudnym słowem i oddane śnieniu.Więc mowa jego prosta i pełna milczeniaJak światło szyb złotawych i ciężkich jak z miodu.

A ogród? — Ogród — powiedz — czy pozostał tamten sam, gdzie dzieje moich roślinnych przyjaciółstawały w ogniach wrących o śpiewnych imionach.— Pozostał nadal wierny, a gdzie kwietnik stałprzemawia dłonie wznosząc dzwoniące jak łańcuchtwój klon — o twarzy smutnej i wiatrem spienionej.Nie pytaj, dziecko światła, bo daremne jestwołanie ust zczerniałych, wygiętych jak krzyżykku ziemi tej, ku drugiej ziemi, gdzie nie liczą łezi włos jak z rtęci żywy za most starczy stopie.Nie pytaj. Wśród błyskawic zapomnisz szczęśliwyi tu spojrzeniom lekki wzniesiesz tęczy gmachi sny pomieścisz łatwo, choćby w dłonie obie.

Niewdzięczny — w domu twoim królestwo nietrwałeobrazków, gdzie księżyce i stołów i krzeseł.Tu słońce pulsujące jak skroń twa spotkałeśi ziemię cienia. Na niej — do nóg twoich przęsełpodchodzi on łagodny i skrzydłem przyzywa,językiem, co muzyczny — po oczach ci wodzi.zapomnij tamtych imion. Szeleści igliwienocy rozległej bardzo i prądptaków lecących ku gniazdom przez niebo ruchome i gromw świergocie gwiezdnym przechodzi.

— Jasności mocna nade mną — mówiłem — wyrzekłaś: zwierzi skrzydło i język i jeszcze — oko i gniazdo i ptak.Nie, nie zapomnę tych imion; wszak i tam dane są: więczwierz był domowy i leśny, groźny lub cichy; a płaczptaka poznałem najwcześniej i skrzydeł białych sierp lotnyw powietrzu bardzo przejrzystym, jak błysk lusterka lub kruszcu,Jasności jedna jest pamięć,daremnapamięć, daremna pamięć mych krokówwciąż wracających uparcie, stopy raniących o muszledrzew nad stawami, — o ścieżki puchem powietrza znaczone,łąkę rzuconą ostrymi kwiatami do góry jak bronę,o echo orkiestr chłopięcych, słowo człowieka, o uśmiech...

Słychać wołania z przestrzeni, która się Ziemią nazywalecz wiele słychać posępnych.Smutny przechodzi nad nimi jak kondukt ciemny krajobrazi wtedy krzyk się podnosi ciężko jak ramię wiatraka:o nocy, nocy niedobra,oto zamiera w nas tętno,daj zmiłowanie. O słońceświęte — żegnamy cię — w ptaków porannych kołatkach.

I drugie głosy nieznanych drżą nad świetlistym oparem.W nim to zarysy kształtów, usta płomienia wypukłei sierść pagórków zjeżona, księżyc o twarzy zatartej,profil nizinnych mgieł, pługi malutkich miast,i las szeroki na łunie i wiatr brzęczący jak drucik.

W nim to — nieprzeniknionym — zegary huczą okrągłe,parska wagonik pękaty, gwiżdże oliwa i para,biegną stłoczone ku niebu domy ogromne jak stogi,rzeka barwiona niebiesko mosty wygina na barkach,ślepe maszyny kołami toczą przed sobą przestrzeń,i ta opada na wzgórzach lub drogą w ramionach kaskaddrzewnych przystaje. Białe wychodzą procesje.z jaskiń gotyckich o wieżach ze śpiewu, woni i światła.

Nie tutaj — jasności obca — gdzie żal mój nie zbawia, a snunie znają twoi synowie z innych poczęci brył,nie tutaj — chłodzić ramiona wieczne a ziemskie na póło kwiaty jakich   tam  nie ma ... Był ogród, w ogrodzie byłdom mój jak trawa spokojny i codzień otwarty wołaniuczterech stron świata. Lekkipodnosił rano go opar, że świecił silnie jak diamentpod tęczą rzuconą niedbale na kwiaty w kolorach jak kredki.Tam czas pomarszczył groźny bezsilnej dłoni dnoi owoc ziemski podał głodowi ciemnych warg,jak liść znalazłem serce w mej piersi — i ten głosprzyzywa znowu ostry i woła mi: to krajojczysty twoich źrenic, w których pomieścisz pamięćczerwonych dłoni brzasku i czarnych dłoni nocy.Tu śpiew ci był poduszką, kołyska na kolanie —

O, tyle już spadło niechętnych, suchych powiekna obraz ten: wychodzinieśmiała drobna postać, a drzwi są ramą barwnąi suchy srebrny włos i srebrny wiatr u głowyi szara kropla smutku na uchylonych wargach,i ręka ucząc syna prawd ciemnych i prostychopada nagłym pluskiem bezsilna na włosy,na czoło otworzone jak niebo zdarzeniomi drży, gdy czas wskazówką cios wymierza ostry.Przypomnij, jeszcze ciepłe na oczach spojrzeniei spływa po powietrzu miękka lilia głosu,wodnistą smugę znaczy i imię układa.Niewdzięczny, ach, niewdzięczny — to była twa matka.

Są dźwięki, których nie znasz, a które ukrytedla uszu twoich wyschłych o miłości uczą.Pochyla się nad kartą zapisaną czarnopochmurna krucha ręka i wśród ciężkich literwpisuje wiedzę życia i nietrwałość ludzką.A głowa niczym ptaku zwisła wątło w barkachjak gwiazda zawieszona ku nocy się skłania,gdzie krawędź odpoczynku, zapomnienia pieśń.Pamiętaj — jedna tylko jest pamięć kochania,bez niego oczom pusto i na piersi lęk.

Lecz znasz go, znasz go, synu. Pusty dzwon w kopulejak język najboleśniej na sznurze się zwijał,gdy miejsce twych umarłych uderzone kuląsłoneczną kulą wyszło naprzeciw powitaćjak gałąź obłamaną rękę ranną w locie,co płomień miała w sobie i chłód nocy wartki;jak drzewa gięte stoją i plamią złe kartkilitery opuszczone. Tak, to był twój ojciec.

Jasności – zawołałem — nienawistny dzieńprzechyla wagę słońca ku sercu mojemu.Bez trwogi żywot skąpy. Tu — nie chodzi śmierćw jaskiniach żółtej trawy, pod konarem grzmiącymi śpi spokojnie gwiazda z szponami na oczachi z domów płynie cisza okrągła jak dźwięk.

Jasności — niech się chwila straszliwa powtórzy,bom słyszał koci pomruk rzeki, którą  tamwpatrzeni w stare książki nazywają Styksem.Słuchajcie, o szczęśliwi. W powrotnej podróżypójdziecie bez witania, bez anioła nawet,choć mówią: uzbrojony blaskiem będzie stało skrzydłach niby z zawias ciężkich i uściśnieradośnie wybranego. — Przebyłem, poznałemnoc tak pustą jak serce trwożliwych,gdy dzwon jak usta Boga nad snami ich krąży;i w pianie mego ciała chodziłem jak w grzywiepo zboczach pustych winnic bez serca i głosu.

Ponad marzeniem, ponad trwogątu skronie rosną w piórach krętychi ponad chmurą niosą nogiznieruchomiałą obcą strefąPrzestrzeń ogarnąć, może zgubić,ciszę pozyska, stracić ciszę —już nie usłyszę śpiewu ludzi,jeśli śpiewają — to na przyjście.

Falują gaje snu wiecznego,zwierz na pół anioł na pół ptakschyla źrenice nad przejrzystąwodą pamięci. Z dalekiegofletu, co zgięty w księżyc łkaodchodzą nuty jak postaciei odwrócone twarzy licieświecą w ciemności niby kra.

I zostawiony lśnieniu temu,które jest grot, ale i sen,nie wiem, com zyskał, a com stracił.To tylko dom mój jak z pod hełmuze słońca patrzy w ogród, gdziena palcach wspięte stoją stromekwiaty poczęte z barwnych brył —I znowu pamięć otworzona.Wspominam ziemię świetlną: Był ...

Comentarios

Cargando comentarios…