Widma — całość

Czy znasz ten kraj pod soplami zczerniałych gorących gromnicskrzypiący dawniej żywicą — dzisiaj błonami skrzydełnietoperzy ogromnych.Czy znasz ten kraj,gdzie ścieżkami westchnieńpłyną nieżywekwiaty zwęglone i kości zwierząt łąkowych i leśnych.

Gdzie płaski wypasał krajobrazstulone uśmiechy wioseki kwitły długo przy ustach łąki łagodne jak flety —schodzą do jezior z siarkii węgla lasy brzozowe.Stanęły w martwym powietrzu głosy psalmistów letnich,kiedy czerwony tulipan ze strzechy wyrósł drzemiąceji ronił płatki gorące.

Miasta pogięte jak muszle na czarnoziemnych wybrzeżach,w których się echo strzępiaste wylewa pod strumień wiatru —oto latarnie uliczne w ślimaki skręcone leżąi wieże cieką ku ziemi w ceglasty zimny stalaktyt.Marszczy się skóra globu, lasami zapada i pęka,w szczelinach grzmoty podziemne niebo kaleczą niskie,ziewają krwiste zachody przy ziemi rozwartym pyskiemi czarne słońce zmalało do kształtu serca człowieka.

Ryby na rzekach z fioletu wypływają brzuchami do góry,jawią się niebom obcym geometryczne stygmaty,a to zapowiedź złowieszcza,bo u serca dzwonów wiszą już nietoperzei znaki z morowego powietrzajak obłoki wędrują nad światem.

Ptaki nieznane nikomu po długich roślinach świstuspadają w dłonie łunjak w sieci listków.Jabłko ziemi błądzące w zdwojonych mocnych obrotacho obręcz blasku ociera sypką sosnową sierść.Rwie się niebieski bulgoti pustką złą ustokrotnia,pustkę o wnętrzu płomienia.

W płomieniu wklęsłym i szklanym mówią — śmierć.

Przymknięte są oczy pożarów, spod których łzy jak katedry —łzy wyściełane wrzosami miękkie i dziwnie ciche —a są to farby żałobne rozłożone w skrzydłach motyli,a są to dźwięki bolesnej muzyki.

Pada śmiertelny deszcz z gromnic wysokich,bezpańskie zwierzęta straszą między nocą a dniem,ślepną źrenice ludzi pod cięciem puchowej lotkiptaków niebieskich przemienionych w zło.

A domy łamią się lekko, domy, w których zamieszkał człowieknaszeptujący do kopców cmentarnych u granic.Ludzie o twarzach z wosku i oczach łagodnej łaniczekają na gałązkę oliwną, a możena gałązkę zwykłego śpiewu.

Skłębiona puchnie darń,skwierczą rozwiane knoty gromnic,noce wtulone w skrzydła nietoperzy ogromnychkołyszą kraj.

Ten kraj.

Właśnie mnie ciemność wydała nogom, u których po pięćpalców węszących boleśnie. Jednym podstępnym ukłuciemusta rozdarła i mózg mój w białe zmieniła skiby,w których się noc przewala zębata, ściśnięta jak pięść.

A zanim gołąb mnie odbiegł i gałąź wydarli mi ludziez dłoni szerokiej jak taca, abym pozostał szczęśliwywśród nich —tlący na cienkiej łodydze jak lilipuci instrumenturzekł mnie ptasi skrzyp.

Nigdy nie było łaskawiej. Mąciłem spokój rzeczyciałem czystym jak kreda, głowę dźwigałem jak kościół,odlot drzew żegnałem codzień nadrzeczny,liczyłem wypluski rybna piasku ciężkim od ości.

Dzwony chłodziły mi szyję weselne albo żałobne,a od tego dzwonienia las z wosku na ołtarzachw lusterkach trzymanych przez świętych nad głowąmoże dla mnie powtarzał,może dla cienia mego, który byłw fałdach mej skóry białej,że powalony w własnych krzakach żyłzrzucę swe ciało.

Cóż, potem niebo mi obcebłyskając krawędzią gromuzeszło po listku na którym haft —I wzywałem donośnym głosemobok szatan o rogach złoconych:Ach, zatrzymaj mi, ach zatrzymaj bieg niebieskich lat!

Przypływ księżyca prowadził.Wciąż na wieżach ludzie w wieczórżałosnymi językami odczytywali gwiazdy, a gniewpalił im włosy w nieładzie,bo powietrze gorące od przeczućtuliło się małe do pięt.

Sen mój był żółty i straszyłtwarzą jak Tatar:Przyszływielkie obłoki schylone nad ziemią pędzącą jak światło,jak chrust płonęło żelazo i beton bojowych maszyn,mosty skakały jak owce przez niebo wtopione w Wisłę,wydęły kamienne dziewczyny usta spragnione pokarmui w dzbany parków jak mleko wlewał się ogień i marmur.

Napróżno człowiek z łbem sępa ręką zakwitał jak laurem;schodziły w ziemię latarnie wciąż parskające, za nimiwróble z ponurym wyciem, gołębie z płaczem wprost ludzkimi było biało od planet i mroźno niczem od zimy.

Z gromnicy wysokiej jak sosna wyszedł z pętlicą na krtaniTraugutt i wargą poruszał, gestem tłumaczyć chciał;łamał się werbel pod krokiem, a on pełen cichego kochaniawzrokiem pytał: Czy znasz ten kraj...

Nagły jaszczur w smolistej łuscewypadł z nory pod Męką Pańskąi zanucił dziecięciu jak listek— a tym dzieckiem pewnie byłem ja —o jeziorze, gdzie kąpał się w blasku,pełnym siarki, fioletu i darni —

A wciąż noce wtulone w ogromneskrzydła —kołysały kraj.

Ten kraj.

Dalej... Sen mnie z nóg zrzucił...Wracałem, gdzie dym jak pies leżałprzed każdym wschodem księżyca.— O mieście mówili, że wielkie, o wieży, że jest potężna —

Tam patrząc na lot jej zazdrośnieznowu zacząłem swój głoswysilać niby cięciwę, — obok złocony szatan:Ach, jeśli nie latom niebieskim — to pozwól mojej młodości,aby przez ciało przebrnęła i twardą zębatą noc!

Wieczność siedząca za nami ziewała szczęką czerwoną,mały anioł po sznurze schodził ku mojej pomocy,po pięć palców u stopy ciągle boleśnie węszącychspoczęło wreszcie. Był dzień,w którym przy mięsie ofiarnym Kain ugodził brata,więc kipiał wełniasty stepw gwiazdach lecących na północ.

Wtedy ostrożnie mi zdjęto głowę, przykryto całunemi gałąź wyrosła w mej ręce, a z nią boskości mej zapach.

Strzaskałeś kroplami głuchymi jak młotkuty w powietrzu sarkofag,gdziem leżał w kwietnym puchuczekający na nową noc,kiedy twe ręce spoczną na chlebie i koszach.

Wielekroć gwiazdy stawały nad ciemną równiną,mowa splątanych kopyt dudniła w łozach i wierzbach,gdy śpiąca rzesza nad wodą wołała: głód!Szalały krowy zdziczałe o ciemność druzgocąc szyje,wychodził z lasu pasiasty tygrys do ognisk i sprężałmięśnie do skoku. Chłódbudził leżących — ręcewznosili potrzykroć i oczy,wołali: przybądź! i trawą sypali żałobnie włosyi budowali z kamienia ołtarze polne naprędce.

Nie było kresu tym czasom. Tyś spałgłowę rzuciwszy na wiosło, gdy zaczął buntować się płomień,woda i blade powietrze. Latały ciała żyjących,kości ich cienkie i żółte, raczej podobne słomie.Zatapiał dziąsła zsiniałe w pierś córki śmiejący się ojcieci kapłan kryjomo z kielicha krew twą od ust suchych lał.

Już woda spijała ziemię, już wodę pochłaniał ogieńi ogień ginął w powietrzu — ja ciągle leżałem jak martwy,czując na zimnych policzkach dotyk żywiołów trzech.Wąż poparzony się przywlókł, ciałem bezsilnym mi nogiokręcił...Ufałem — oto zbudujesz mi arkęi weźmiesz na nią zwierzęta, tylko zostawisz mój grzech.

Potem mi ziarno przez ptakaprześlesz — i włożę w doniczkę —Siedem ogromnych nocy i siedem ogromnych dnibędzie kiełkować, aż wreszcie z nowego wyczytam zodiaku,że wolna ziemia mnie czeka, spokojne żywioły wszystkie.

Nie było tak. Już sam jedenleżałem i czułem me oczytopiące się głębiej i głębiej w twarzy zlepionej z wosku;dogasał ogień na studniach, woda walczyła z lewej,a z prawej kapał bezdźwięcznie w łuk przechylony nieboskłon.

Próżnia zdławiła już dawno węża u moich nóg.Twardniały w kamień korzenie mchów, tataraków i lilji,w ustach mych pęd posępny warczał,łagodnie spadała ziemia, księżyc się w tyle przechyliłi słońca leciała tarcza czarna na pół.

Jeszcze wierzyłem: wyślesz łuktęczy, gdy zbudzić się zdołasz —lecz tyś spał — a u wiosła niespokojny tłumtwoich aniołów.Więc nadzieję żegnając z warg zwaliłem szeptem,który ogromnym wołaniem się rozległ i deptałgwiazdy błędnie wiszące nad kolumnadą kosmicznych bram:

Nie złamałeś mej mocy —jestem sam!

Biskup w ornacie tajemniczych szelestów pełnymgłośno śpiewa litanie i świecił aksamitnym obuwiemszły za nim ulubione dwie hienyi świecące jak talerze dwa żółwie.

Chłopcy biegli za orszakiem tym,jak za cygańskim wozem,chcieli ujrzeć pierścień biskupi, gdzie płyncudowny, — bo z krwi — bulgotał,ale już kobiet pisk zmysłowyodrzucił ich na stronę:To Dionizos rwał grona na płotach.

Na rogatkach — tam fryzjer i rzeźnikmówili o czasach zjawiających się im we śnie:złe były — a przeżyje kto wierzy,kto nie wierzy — nie wypije i nie zje.

A wierzyła staruszka, której już wiele kanarkóww klatce zmarło. Ostatni miał ciężkie konanie,modliła się nawet za tę duszę małą,ale najczęściej składała ręcemiękkie jak włóczka i prosiła: Panieniech wnuk mój zostanie księdzem.

I został. Panny w tiulach nad nimniosły baldakim jak pierzyna pyszny,aż z zazdrością patrzała nieładnąmłoda żona z ulicy najbliższej.

Wiele prawdy znał fryzjer i rzeźnik.Do studenta alchemii, gdzie dzwonekbył nad drzwiami rzeźbiony jak szyszkaprzychodziły Erynie tlenione,by na czole mu gorzko napisać:Masz pamiętać, bo taki jest rozkaz— w snach go czytał i fryzjer i rzeźnik —ten przeżyje na ziemi — kto wierzy,kto nie wierzy — nie wypije i nie zje.

Pluskały karuzele, łodzie na długich linach,mąciły śmiech — lecz w tym śmiechuszatan umywał ręce, jeszcze wodę po nich przeklinałi żałośnie płakał jak dziecko.

Poznał go biskup srogi i powieką obwisłą skinął,pełen chrzęstu srebra i haftu przystanął przed nim jak wizją,wzrok do nieba podniósł: Ukrzyżuj!Wielkim głosem potrząsał jak grzywą.

Wypędzony więc z miasta jak z rajuwziął mnie mocno za przegub dłonii na górę wysoką zaniósł.

Kiedy mi z gliny lepił chlebi daremnie skręcał bicze z piasku,jak najsmutniej mi w oczy popatrzyłi palcami jak dzwonki u sańwskazał nisko i spytał: chłopaczku,czy znasz ten kraj?

Ten kraj?

— Tam stodoły chude, nocą wozu skrzypi Chrystusik kulawy przy szybie,a za szybą już gromnice trzyi milczenie żyzne.

Tam wilgotny i płytki na dłońdół dla ciała rozgrzanego południem,słońce nawet wątłe jak kłosi chleb trudny.

Jeszcze gorzej będzie, gdy żebrastodół wyschną, wyparują studnie,przyjdzie mór — przyjdą ludzie w złych hełmach...A tu spójrz: chociaż góra bezludnasą fontanny i zamki na lodzie,kwiatów zagon, owoce kulistei jak tam — karuzele i łodziei jak tam — szał, zabawa i gwizdy.

Że nie ludzkie, to nic — tamci kiedyś przestanąi nie jeden się skusi... będzie raźniej ci wówczas,patrz — Erynia, ma córka jak muzyka co ranozbudzi lokiem grającym, ucałuje cię w usta.

Będziesz synem mym. Starośćciężka dla mnie. Zły biskup,który żółwie i hieny jak psy wodzi z orszakiemkazał odejść mi z miasta, gdzie ukryty się błyskagrom i wkrótce przeleci po żyjących i martwych.

Jakże rozeznasz wtedy mgły między nocą a dniem?Tu tylko będzie wiadome — komu pozostać dane;niemowlęta zrodzone potłucze popiół z marmuru i kamień,ciebie? — Ciebie pożegna, rozniesie jak pianęprzelot ptaków niebieskich przemienionych w złe.

Gotowe są mury miasta. Czekają ciemne katedry,domy rozpusty i place, na których błędni prorocyścieżki prostują twoje.Tramwaj już węszy w ulicy, kina szaleją prędzeji rzemyk rozplata wodzowi bohater wśród krzyków miłosnych.

Z trąb zachłannie szerokich wydmuchują orkiestrynoc głęboką i lany spokojnych tło.Gotowe są mury Jerycha. Na miasto ubogie w przestrzeńnim się powietrze rozszerzy w wieczność nadmierną — zstąp.

Zstąp na miasto ubogie w ogrody,nim padnie wapno z kwiatów i nieświadomych budynków,nim szelest snu nie zasypie wołania człowiekao dnipowietrza, ognia i głodu.

Oto już słyszę niepokój pomników:Kopernik wpatrzony w gwiazdę twarz zakrył cieniem kościoła,z nocy wychodzą kolumny zbrojne. Ich marszchwieje drzewami ślepymii śpiew długi idzie za nimi:Hej, dziewczyno ma, czy znasz ten kraj?

Gotowe są mury miasta, ulepiłem już trudny mój senw pustej nocy czekający na szmerpromienia od gwiazdy słonecznej.I zanurzony po usta w niejsłyszę w krwi mej szyderczą wieczność.

Zstąp na głowy bluźniące, zanimgrom po trumnach nie przeleci jak wózi niezdarnemu na zimnym posłaniuwołać daj:

— Oto biskup monstrancją świeci,szatan z miasta ucieka, a za nimidzie łuna nad ciemny kraj.

Więc jesteś!

Jest nade mną migotanie witraży.Dymią książki dłoniom leniwym,kolorowe, soczyste pejzażewyciekają jak senna oliwa.Wyżej cień mój godzinę wydzwania.Ściana płynie prosta jak struna —będzie pieśń może gorzka i trudna,ale pełna smutnego kochania:

Gdzieś, woskowa panienko,gdzieś mi się podziała?Ach, niedobre, niedobre żelazoodebrało ruchliwość twym rękomi języczek jak listek porwało.

I kosteczki o szpiku miękkimwyłamało bez trudu jak słomkę;a nie pójdzie z powagą i wdziękiemkonik z tobą ubrany w żałobę.

Nie opadną na deski z hukiemkrople święte, wonne i lekkiei nie przyjmie posłanie smutnew ciepłą trawę — nieśmiałej trumienki.

Cacy, cacy, siostrzyczko snów —w środku miasta na skwerze pustymzimny, płytki na dłoń-ci dółdadzą — oczom otwartym i ustom.

Ileż słońc się przetoczy nad tobą,ileż rzek się wyleje naraz,zanim cisza przystanie jak obłoknad ulicą świętego Łazarza.

A mówili: przeżyje, kto wierzy,Kto nie wierzy, nie wypije i nie zje.Śpią zuchwali na szczątkach oręża,między nimi i fryzjer i rzeźnik.

Niechaj martwi ufają żywym:kto nie wierzy — wszak także utonie,ojca twego powiozą na Sybir,matkę zgwałci — siostrzyczko — zły żołnierz.

Nie pocieszyć twych rzęs, pod którymiteraz piasku dusznego nadmiar,a śpiewałeś: wielbłądy w pustynipo dwa serca noszą w swych garbach.

Jak powiedzieć ci pełniej i smutniejo nizinie, gdzie płomień stał —Po twych deskach uderza jak w lutnięziemia nocą ogromna i pyta:czy znasz ten kraj?

Zna go szatan i szeptał z tajemnic...głos mu drżał delikatny jak pióro.O siostrzyczko mych snówpoco więcej ci wiedzieć —

Ty wybrałaś dolinę, a mnie każą górąznów.

Kogut grzebieniem z koralinad mą twarzą długą chwilę potrząsał,potem rzekł: jestem tutaj przysłany,by cię zbudzić i zabrać w niebiosa.

Potem dziobem gałąź przełamał,boskość moją skrzydłem rozwiał rozległymi napełnił kosmiczne bramypianiem wielkim i pięknym.

Obok nas,tam gdzie płaski wypasał krajobrazstulone uśmiechy wiosek —schodziły ku drogom modrekrowy, cielęta i owce.

Śliwy, jabłonie i gruszebiły w sadach o ziemię mocnoi melodie przystawały pastuszemiędzy zmierzchem razowym a nocą.

Po krawędzi wysokiej szedłceglasty pociąg o kołach wysokich,ślizgał się most, toczył się szepti jak łokcie latały tłoki.

Wtedy szeptem prosiłem: zostawna to granie, na tę spokojność...

Zstąpił szatan niedosłyszalnie, bo bosoi do lęku mojego podszedłdotknął skroni i wyrzekł: chłopcze,jeszcze będzie dana ci wolność.—Właśnie mnie ciemność wydała nogom, u których po pięćpalców węszących boleśnie. Zacząłem skarżyć się jękiem,gdy mózg mój napełnił jak miedźszelest nagły: to matka — w sukni huczącej na klęcznikspadła jak ćma.

Dłonie rozwiała jak szarfy, a uśmiech blady był,gdy dźwiękiem trącała powietrze rozkołysane jej zejściem:Synu mój — uwierz w sny —wielką prawdę znał fryzjer i rzeźnik:

Ten przeżyje na ziemi, kto wierzy,i kto dłoniom własnym zaufa,kto nie wierzy, nie wypije i nie zje,a zapłaci mu pustka i cisza.

Kochaj płomień, który niweczyi twą ziemię przepala jak kładkętak się zrodził pochmurny i męskibohater.

Kochaj pocisk z niedobrego kruszcu,gdy nad włosem ci leci prosty;niejednego on przecież nauczyłmiłości.

I człowieka, w którego godziszmrużąc oko pod blask broni siny,on nauczył boleśnie twą młodośćojczyzny.

Synu mój, uwierz w sny: Po raz wtóry zapieje kogut,a nad miastem proszącym o światło koral łuny ześle wam TenKtóry w dłoniach i wodę i ogieńsprawiedliwie waży na dzień...ale więcej mówić nie mogę.

Kora obrasta pnie. Dźwiga się kłos i powójptaki prowadzą swe małe, kret wychodzi na światło,muzyka chmur nad domemwisi w gronach soczyście i łatwo.Już ogrodnik zgiął się jak most,koń paruje liczący skiby,pęka gałąź i leje się soknad żywym i nieżywym.

Deszcz wywodzi roślinne kształtyz szeptu ziaren i owadów chrzęstu,i na wietrze faluje las.Z wody ścieka znużony statekjest jak ręka pełna szelestupołożona ślepo na czas.Idą dymy z kominów. W nichdrży nieśmiałe powietrze niebieskie:grom zaszczekał wysoko nad rzeką,błyskawice obnażyły kłynad pobitym i nad zwycięskim.

Trawa przewierca kamień, asfalt się marszczy na placach,korzeń roślinny unosi płytę uliczną i deskę,krzak kartofla zakwita na ulicy świętego Łazarza —śpij, wątła, śpij, męski.

Zwalone są mury Jerycha. Pogięta brońjak szkło przebłyska w ruinach. Złomek księżyca w okniepo twarzy cień nietoperzy.Gdzie pójdziesz — ciemność cię dotknie,daremnie wołasz znów: zstąp!Lepiej mężnemu: śpij, mężny.

Podziemna fala też pluszcze.Krzyż się bezradnie poruszyłi ręka wynurza się biała, palce wskazują na sąd,a pod nocą zwierzęcą i ludzkąświecą czaszki toczone jak lustra —

kość człowiecza opada na dno.

Szatan muzyczny piszczelpalcami przy ustach rozdzwonił,kołysały się żebra jak liście,chwiał się ząb wyłamany i goleń.

Robak drobny wąsami poruszałi po czaszce wędrował jak globie,uśmiechały się oczy i ustamej siostrzyczki w trumience obłej.

Jeszcze raz, tylko razhejnał bajkę zanuci —każda kość będzie grać, każda trawa i korzeń:...jechał piękny przez sosnowe morzew nikłej łódcepod blask.Więc i inne okręty — wszystkie z listków i jagód.Cicho ptaki ze smutku płakały,bo na zawsze, bo nie wrócą, gdy odjadąpod żaglami z koniczyny i malin.Nucił piękny, a usta miał modre:kajet rzuć, ze mną chodź,to karocę ci zbuduję i otulę w chorągiewi dam welon czarny jak noc...

Dudnił flet i organy w kaplicywyciągały ramiona jak anioł;jeszcze raz zagra kość — szatan w miasto powróci —szepnął zwiastun i we śnie przystanął.

Z dymu będzie dom twój i sen,a z płomienia wieczność zupełnai opowieść inna — lecz wiedz,że muzyka w niej nagła gra...Nie anielskie to pienia.Tak opowieść ta się zaczyna:

Czy znasz ten kraj...

Ryby na rzekach z fioletu wypływają brzuchami do góry,ostatni kanarek staruszki wydał śmiertelne westchnienie,żółto było od śpiewa jego,teraz leży — sztywne ma pióra —więc się módlmy: wybaw od złego.

Marszczy się skóra globu, lasami zapada i pęka,płacze serdecznie kamień,gwiazda się traci na wietrze:czarne słońce zmalało do kształtu serca człowiekawięc się módlmy: daj zmiłowanie,oddal zapowiedź złowieszczą.

Stanęły w martwym powietrzu głosy psalmistów letnich,biskup w żałobnej kapiekropidłem widma gasi;skrzypią haki szubienic,zaraz salwa w ciało zapadnie —więc się módlmy: ześlij nam łaskę.

Przymknięte są oczy pożarów,lasy są drżące jak rzęsy,krew już straszy na drogach, żadne stopy jej śladów nie otrą —kwiaty zwęglone — i kości zwierząt łąkowych i leśnych,więc się módlmy: od lęku nadmiarui szatana czułego nas ochroń.

A domy łamią się lekkoi znaki ciągną po niebie;wciąż na. wieżach ludzie w wieczórżałosnymi językami czytają gwiazdy, a gniewpali im włosy w nieładzie,bo powietrze gorące od przeczućtuli się małe do pięt.

Rwie się niebieski bulgot,a przecież w wirze karuzelszatan już ogień dojrzał, łzy mu z policzków pociekły —a są to farby żałobne, rozłożone w skrzydłach motyliw czarnych skrzydłach albo niebieskich.

Pada śmiertelny deszcz z gromnic wysokich,idzie ciemną niziną śpiewanie,ślizga się most, toczy się szept i zmęczone pracują tłokipo lesie, po wodzie, po łanie —Nachyl twarzą się ku ziemi,tam usłyszysz, tam odnajdziesz.

SlepnąŚlepną źrenice ludzi pod cięciem puchowej lotki —nie gałązka oliwna z nieba ściętego mrozem,lecz podłużny opada jak kroplaspod paznogcia szatana — nietoperz.

Skłębiona puchnie darń,więc się módlmy o słoneczny promyk,bo wciąż noce wtulone w ogromneskrzydła —odpływają od rąk człowieka,a za nimi — czy znasz?

Ten kraj.

Comentarios

Cargando comentarios…