Pan przykazał

Ginąca Jerozolima

Tufa przebudził się o północy. Zimny pot go oblewał. Siwe włosy przylgnęły mu do skroni i czoła.Szukał ręką dokoła siebie, niepoznając, gdzie jest.W piersiach biło mu słabo serce gwałtownym rytmem przerażenia.Jęk wydzierał się z jego piersi.— „Od rozgniewania jego — szeptał — zruszy się ziemia, a nie wytrwają narodowie zagrożenia jego...— „I będzie trup ich potrawą ptactwu powietrznemu i zwierzowi ziemnemu....— Panie Zastępów ulituj się nad starym Tufą — modlił się żarliwie — bom oto chodził przed tobą, kając się i strzegąc twego Zakonu. I dzieci moje wychowałem w bojaźni i przyuczałem ich czcić przykazania i starsze. Ulituj się nad mojemi ośmdziesięciu laty. Nie daj mi śmierci z rąk złych....Trząsł się cały w lęku panicznym.— Ruto! Ruto — wołał coraz głośniej — zbudź się! czy ciebie niema doma? zbudź się! wstań do ojca.Kobieta zerwała się z krzykiem z łoża i biegła świecić.— Co się stało ojcze? — przemówiła łagodnie — czy bardziej dolega ci choroba?— Nie, nie! — przeczył starzec.— Dlaczego tak drżysz? czy kto wszedł do domu?Tufa pochylił się nad córką, przywarł wargi do jej ucha i krzyknął szeptem:— Trzeba nam uciekać z Jerozolimy!Spojrzała na niego z przestrachem.— Dokąd? — pytała — dlaczego? kto przykazał?On zaś wzniósł prawicę do góry, wyprostował się na łożu jak struna i zawołał dobitnie:— Pan zastępów przykazał!Ruta pokiwała smutnie głową.— Cicho ojcze — uspokajała go — wrzenie krwi wzrosło w tobie. Połóż się i nie męcz piersi krzykiem.Ale on nastawał gorączkowo:— Ja wiem, co mówię. Pan zastępów kazał mi uciekać z Jerozolimy razem z tobą. Był straszny. Cały w ogniach i ogromnych chmurach. Góra krwi paliła się pod jego stopami. Powiedział mi, z łopotem strasznym szat, jako że Rzymianie zdobyli mur drugi, a lud jest pastwą tyranów wewnątrz miasta! jako że Jan pobił Eleazara w świątyni i zajął jego miejsce, i jako że Szymon tyran kazał stracić arcykapłana Mateusza i jego trzech synów! Ruto, mów? czy tak się podziało w mieście? ukrywasz wszystko przedemną, ale pan powiedział mi we śnie rzeczy okropne. Jakże więc jest? mów.Kobieta zalała się łzami, wstrząśnięta słowami Tufy.— Tak jest ojcze mój biedny! tak jak rzekłeś.— A widzisz! — starzec prawił dalej — jakże nie mam słuchać rozkazania Pańskiego. Musimy uciekać z Jerozolimy.— Dokąd ojcze? — tłomaczyła mu Ruta, płacząc — wszystkie drogi odcięte. Rzymianie zbudowali dokoła miasta mur, aby znikąd nie dochodziła żywność do Jerozolimy ani broń. Gorliwcy zaś i ludzie Szymona zabijają wszystkich w mieście, o kim tylko słuch krąży, iż ma się ku ucieczce.— Pan zastępów kazał! — była jedyna obrona starca — a co on mówi, czyń i nie pytaj dlaczego. Eljasz na wozie ognistym pojechał między archangieły.Kobieta objęła go w czułe ramiona.— Ojcze mój drogi. Choroba od dwóch miesięcy trzyma cię w łożu. Jakże wstaniesz i pójdziesz? Na ulicach czyhają swoi jako szakale, za murami Rzymianin wbija na krzyże.— Stary jestem — przekładał jej natarczywie — Tytus ułaskawi mnie i ciebie. W obozie rzymskim jest Józef, obrońca Jotopatty. Ojcowie nasi byli sobie przyjaciółmi. Padnę mu do nóg i wyproszę życie dla ciebie moja dobra Ruto i dla mnie. A pójść to pójdę. Mam sił więcej w moich chorych członkach niż, kiedym był małym chłopcem, lub kiedym ciebie nosił na ręku. Pójdę jak obłok pędzony wichrem, a Pan nam dopomoże. Syny mi dopomogą i utorują drogę.Ruta rzuciła się przed nim na kolana:— Ojcze! — błagała — tyś był zawsze powolny moim słowom w chorobie! nie czyń rzeczy tak strasznej. Żaden z twoich synów a moich braci nie pozwoli ci na to.— Ojcu swojemu? — zapytał groźnie.Kobieta zanosiła się od płaczu i w szlochu mówiła:— Oni obaj zdziczeli w walkach. Sami dla siebie są jak psy. Jeden Szymonowi służy, drugi Janowi z Gischali. Lud drży przed nimi, bo srodzy są i bez litości. Jakże dla ciebie ma znaleźć się w ich piersiach pokrwawionych serce? albo jeden albo drugi na śmierć cię powlecze, skoro przyłapie ciebie uciekającego.Starzec podniósł do góry obie ręce wychudzone jak piszczele.— Przekleństwo na ich głowy — krzyczał — przekleństwo na ich potomstwo. Ręka Pana dosięgnie ich mściwa.Poczem zwrócił się do córki.— Ruto! dziecko moje jedyne! — prosił ją — przyodziej mię w coniebądź i uciekajmy wraz! Pan przykazał, aby to była noc ostatnia moja w Jerozolimie! lub gorze nam! pamiętaj, gorze nam, Pan powiedział.Córka spojrzała na niego przerażona.— Ojcze! — jęczała — a czemże ja cię nakarmię przed drogą? od trzech dni jeno żyłki z kości wygrzebanych z śmietniska daję ci i to jest wszystko, co mogłam zebrać dla ciebie.— A ty jadłaś?Po jej wybladłych policzkach popłynęły łzy ciężkie.— Nie pytaj drogi ojcze. Tyś jest pierwszy. Dziś nie mam dla ciebie nawet żadnej kości starej do ogryzienia... sił nam nie starczy do drogi.Tufa oburzył się.— Pan zastępów nakazał mi we śnie uciekać! On za murami miasta zgotuje nam potrawy smaczne i da naszym głowom przytułek cichy i bezpieczny. Nie traćmy czasu Ruto, przyodziej mię i wiedź za mury.— Straże Szymonowe ani Janowe nie puszczą nas — przekładała mu kobieta — śmiercią zapłacim odwagę.Tufa uśmiechnął się boleśnie.— Pokażę im — rzekł — moje siwe włosy, moje plecy zbite skorpionami przez ludzi Eleazara, moje chude nogi i ręce i pokażę im szkielet, który pozostał z ciebie Ruto. Oni ludzie. Mają serca. Puszczą... Ale spiesz się, bo będzie zapóźno. Uciekać z Jerozolimy! Uciekać! Bo ani mur niepewny ani człowiek niepewny!Ruta schyliła się nad skrzynią. Ręce jej latały jak w febrze. Szloch dławił jej gardło.Wyciągnęła płaszcz i obuwie.Ale w tej samej chwili gwałtowny stukot w bramę przerwał jej poszukiwania.Z przestrachem spojrzała w okno.— Kto to może być — szepnęła do ojca.— Dawaj odzież Ruto!Walenie w bramę rosło z każdą chwilą.Równocześnie usłyszała donośne wołanie:— Ruto! otwieraj lub rozwalimy dom cały.Kobieta zatrzęsła się ze strachu. Płaszcz i obuwie rzuciła do skrzyni z powrotem, zatrzasnęła wieko i do ucha starca szepnęła:— Baggadates bije w bramę.Starzec poruszył się gniewnie.— Syn mój? puść go! niech go ujrzą me oczy przed śmiercią! niech go przeklnę za tyle krwi wylanej z braci.— Puszczę go — błagała go Ruta — ale przysięgnij mi, że nie powiesz ani słowa do niego. Zabije cię inaczej. Leż, jakbyś był bez życia. Pamiętaj ojcze, iż Pan zastępów kazał nam uciekać.Tufa jęknął boleśnie i osunął się na pościel pokrwawioną.Kobieta zbiegła szybko w dół i otworzyła bramę.— To ty bracie? — rzekła łagodnie.— A ja — brzmiała odpowiedź wojownika — cieszyłaś się już może, że mię ubito?Pogładziła mu twarz ręką.— Baggadatesie! — odezwała się prosząco — dlaczego jesteś tak zły dla mnie? czy nie pamiętasz zupełnie swej siostry Ruty? czy nie mówiłeś sam, iż jedno jest tylko serce na świecie, serce Ruty?— Tak, tak — ów odparł twardo — ale teraz nie czas mi na błazeństwa. Przyszedłem dom przeszukać. Musicie mieć żywność. Dla żołnierzy brak chleba.Kobieta rzekła cicho, boleśnie:— Skądże my mieć możemy?— Przecie żyjecie! — krzyknął — musicie zatem jeść!— Baggadatesie! upamiętaj się — zaklinała go — ojciec umiera z głodu... ja ledwie wlokę się na nogach.— Ale twój mąż jest syty...— Mój mąż Baggadatesie? — tłomaczyła się Ruta, hamując łzy pod powiekami — wiesz sam, iż wszystko stracił. Nasz brat Manakem zrabował nam cały majątek.— Łotr! — krzyknął wojak — uprzedził mnie! nigdy mu tego nie daruję! i wielu innych sprawek! oprawca Szymona!— Kazano mu bracie!— Milcz i raczej mi wyśpiewaj, gdzie się twój mąż Katlas podziewa?Kobieta zadrżała.— Niema go w domu! — odparła, z lękiem wpatrując się w twarz ostrą brata.— Ja po niego!— Baggadatesie!— Milcz! Jan z Gischali kazał mi go dostawić żywym lub umarłym! twój mąż buntuje lud! radzi mu, aby zrzucił tyranów i sam jął się obrony przeciw Rzymianom! na ręce moje czas mu przyjść!— Bracie!— A nie na moje — ów krzyczał, waląc mieczem w bramę, — to wpadnie w ręce szymonowe i zginie! i jak padlinę wyrzucimy go za mury miasta —!Ruta płakała jak małe dziecko.— Litości bracie! mąż mój nie miał nic w ustach tak jak my już od trzech dni! opuchł z głodu! poszedł zbierać po nocy jarzyny za murami Jerozolimy. Tam śmierć go czeka i tu śmierć go czeka! Panie zastępów!Baggadates zwrócił się do zbrojnych.— Ukryjcie się w poblizkich zgliszczach. Zaczekamy na niego. Ptaszek za murami zbiera jarzyny. Ja wejdę do środka i tam się zatrzymam. Skoro się ukaże, puścić go w głąb domostwa a potem zatarasować bramę mieczami. A ty — krzyknął na siostrę — prowadź mię na górę!..Stało się, jak kazał.Wszedł do górnej izby, gdzie dyszał na łożu ojciec jego Tufa.Baggadates pochylił się nad nim i rzekł drwiąco:— Stary! wyglądasz jeszcze nieźle. Córa z zięciem karmią cię widać ozorkami ptasimi!Tufa spojrzał na niego piorunującym wzrokiem. Wargi poruszyły mu się od słów przekleństwa. Ale Ruta przypadła do łoża i dłonią przycisnęła mu wargi, do brata zaś zwróciła się z błaganiem:— Uszanuj ojca! widzisz, iż dusza jego lada chwila odłączy się od ciała!— Stary jest — ów odparł — niepotrzebnie je. Dla żołnierzy brak ziarna.— Czy wiesz, co on je? — szepnęła Ruta, patrząc przez łzy na zdziczałe rysy brata.Na ulicy rozległo się przeciągłe ujadanie psów.— Cicho — krzyknął Baggadates — to sygnał moich żołnierzy! niebezpieczeństwo!Skoczył do okna.— Ludzie Szymonowi! — wykrztusił — niech ich piekło pochłonie! a oni tu po co? Dwustu ludzi! stanęli pod naszym domem! Wiesz, jak oni nienawidzą mię za to, iż jestem w służbie Jana.Ruta zbladła z przerażenia.— Bracie ukryj się na dachu! oni ciebie wezmą na tortury!Stary Tufa podniósł swą głowę wychudzoną i z warg jego białych zleciały słowa:— Panie zastępów! uderz prawicą twoją w syna mego nikczemnego! i skrusz go na popiół!Ale Baggadates nie dosłyszał przekleństwa. Jednym susem znalazł się w sionce, skąd próbował zeskoczyć na sąsiednie podwórze. Cofnął się jednak. Pod nogami ujrzał błyszczące miecze.Wpadł z powrotem do izby.Był biały jak kamień wapienny.— Osaczono mię zewsząd. Ludzie Szymona znają mnie! ha-ha-ha! ubiłem ich niemało tym mieczem! Musieli mnie dziś śledzić! polowali na mnie!— A ty na mego męża! — jęknęła kobieta, słaniając się na nogach...W sionce rozległ słęsię tupot nóg i brzęk mieczów.W otwartych drzwiach ukazał się dowódca ludzi szymonowych.— Manakem! — krzyknęła Ruta — bracie mój! to ty!— Tak to ja — odparł zbrojny, za którym połyskiwał las włóczni i mieczów — dobrze przypuszczałem. Siostra Ruta ma jak zawsze czułe serce dla Baggadatesa. Polowaliśmy na niego od dwóch miesięcy. I otóż jest w naszych rękach. Chodź bracie z nami. Tyran spragniony twego widoku.Ruta padła na kolana na środku izby.— Manakemie litości! upamiętania! — wołała — Baggadatesie rzuć się bratu w ramiona! ojciec wam umiera! pogódźcie się przy jego łożu śmiertelnem.— Milcz — krzyknęli obaj.— Ja o łaskę nie proszę Manakema — rzekł Baggadates — mój tyran pomści śmierć moją. Ale wpierw ty dasz życie.To mówiąc, jak ryś jednym susem znalazł się oko w oko tuż przy bracie swoim i mieczem wymierzył mu cios straszliwy w głowę. Ale ów był czujny. Tarcza ugięła mu się w ręku, lecz chwycił cięcie.Dwadzieścia włóczni i mieczów runęło w stronę napastnika.— Ubić go! ubić go! — wołał Manakem jak oszalały.Stary Tufa drżał na całem ciele. Podniósł się na łożu i rzucając się w paroksyzmach śmiertelnych, krzyczał w stronę walczących:— Panie zastępów! połam kości ich i zęby do jednego! kwadratowymi kamieniami zawal drogi ich! niech każdy krok śmierć im straszliwą przyniesie!Walka trwała krótko. Na dole wymordowano ludzi Baggadatesa a on sam pocięty mieczami i skłuty włóczniami wyrzucony przez okno runął w kałużę krwi, błyszczącej na ulicy w księżycowej poświacie.W tej samej chwili wpadł żołnierz do izby górnej i zdawał sprawę dowódcy swemu.— Ludzie Baggadatesa zeznali przed śmiercią, iż czyhali na powrót Katlasa męża Ruty. On sam, zdaje się, zbliża się chyłkiem ku domostwu z tobołkiem na plecach.Ruta chyżo jak łania podbiegła w tej samej chwili do okna i krzyknęła przeraźliwie:— Katlasie! uciekaj! Brat mój chce cię ująć! mężu mój uciekaj!Manakem gwałtownem uderzeniem pięści zwalił ją z nóg. W bólu wiła się na podłodze, płacząc spazmatycznie.Było zapóźno na ratunek.Zbrojni wprowadzili Katlasa uwięzionego do izby.— Co masz w tym tobole! — krzyknął ku niemu Manakem.— Jarzynę — odparł drobny, wychudzony mężczyzna — wydarłem ją z pod nosa Rzymianom. A ty czego chcesz odemnie?— Hardy jesteś Katlasie — odezwał się drwiąco Manakem — w sam raz dostawię cię szymonowym rękom.— Za co?— Buntujesz lud przeciw tyranowi. Dowodzisz, iż to bestje dzikie, które trzeba na krzyż powbijać, a samym jąć się obrony. Czy tak?— Odpowiem — wycedził przez zęby Katlas poruszony do głębi — ale wpierw każ mię puścić swoim ludziom. Nie mam żadnej broni. Nie bój się.— Puśćcie go — Manakem wydał rozkaz.Wówczas ów drobny człowiek uderzył pięścią w brzuch najbliższego żołnierza, zwalił go z nóg, wyrwał mu miecz i jak błyskawica rzucił się na Manakema.— Ja tak myślę! — wrzasnął — nikczemny oprawco! żeś ty winien być padliną nie żywym!!Nim ów oprzytomniał, co się podziało, krótki miecz zdobyty na żołnierzach wżarł się między jego żebra, a on sam runął trupem na ziemię.— Pomściłem lud! — krzyknął Katlos tryumfująco i padł sam na nastawione ostrze broni.Gasnącym wzrokiem pożegnał Rutę mdlejącą.Ludzie Szymonowi dobili go i wraz z charczącym śmiertelnie Manakemem wyciągnęli zwłoki jego na ulicę.Tufa usiadł na łożu swojem. Oczy mu zbielały, włosy zda się, stały się jeszcze siwsze niż przed chwilą. Wzniósł ręce w górę i tak wołał w ekstazie:— Nie pozostanie kamień na kamieniu! ani się ostanie przybytek Pański! Izrael, odwrotnica, pohańbiła się bratobójstwem i ojcobójstwem i mężobójstwem! przeto Pan poda ją w ręce nieprzyjaciół! nie ujdzie nikt zagniewania jego!Ruta leżała na podłodze we łzach cała i bezdennej rozpaczy, zawodząc nieustannie:— Katlasie! Katlasie! zabili cię siepacze! zabili!Starzec wyprostował się jeszcze bardziej.— Ruto — zawołał cichym głosem — my już stąd nigdzie nie pójdziemy. Wyszliśmy zapóźno z domu zbrodni. Pan przykazał iść rychło.Runął w tył. A duch jego odłączył się od ciała jego.

Comentarios

Cargando comentarios…