Pocałunek (de Banville, 1899)

Traducido del francés por Antoni Lange

Zaklęcie me, naprawdę, trwa zbyt długie czasy!Ach, czyż nigdy nie wrócą mej młodości krasy?

Płaczę, gdy myślę nad tem, jaki mój ratunek:Niewinnego młodzieńca pierwszy pocałunek,Co nigdy nie całował przede mną nikogo:Dziś czar ten ma się rozwiać! O nieznana trwogo!Jeszcze tylko godzina! Ach, drżę i w tęsknocieCzekam mego wybawcy. Czy to ty, Pierrocie?Z tych białych szat, któremi stroi się to dziecię,Sądzę, że w jeno sercu kwitnie lilii kwiecie.Ukryjmy się. Ach czuję, jak nadzieja wnikaW moje serce!

Włożyłem do tego koszykaSzynkę z butelką wina... na królewskie gody,Wyciśniętego z czarnej, soczystej jagody!Takie jedynie wino pijać mam w zwyczaju.Urządzę sobie ucztę wspaniałą w tym gaju!Lecz pić samemu! Smutne przepędzanie czasu.Przezorniem wziął dwie szklanki, gdy szedłem do lasu.Pić samemu! To brzydko — ja się tego boję!

Uspokój się, Pierrotku, będziemy we dwoje.

Wypiję was, czerwone soki win dojrzałych,Śród zapachu fijołków i konwalij białych!

Dobrze.

Lecz naprzód, by się ustrzedz od złodziei,Bądźmy przezorni. Skarby te ukryjmy w kniei,Pod jaką skałą, gromem straszliwie rozdartą.

Idź, Pierrot. Teraz dla mnie scena jest otwartą.

Znalazłem już. Kryjówka moja nader miła.A teraz, kogokolwiek niebo mi tu zsyła,Brunecie czy blondynie, damo, kawalerze,Przybywajcie! Na ucztę zapraszam was szczerze.W tej godzinie pogodnej, kiedy jutrznia świta,Pić będę nawet z dyabłem, jeśli tu zawita.

Lecz cóż to? Widzę jakąś osobę dojrzałą,Tam, kędy szemrze strumień pod spadzistą skałą.Ha, czem będzie na starość, nikt nie wie, gdy młody:Jakże chuda! A nos jej dotyka się brody!Biedaczka, ledwie chodzi! Kuleje i kwęka,Jak szczep winny pogięta, niby tyczka cienka.Sto zim, sto wiosen pewnie nad jej głową mija,Jak z gałązki leszczyny wystrugała kija.Kto wie, jaka to była gołąbka za młodu!

Pani, wesprzyj się na mnie.

Od zmęczenia, głoduOmdlewam i upadam.

A więc, proszę panię,Siadaj. Patrz, do spoczynku wzywa to posłanie,A gęsty liść od żarów słońca je zakrywa.Odpocznij więc.

W tym chłopcu dusza litościwa.

Teraz niech pani pije i je.

Dobre wino!Zaraz ci w duszę boskie jakieś ognie płyną.Czuję, jak się odradza mego serca bicie.

Tem lepiej.

Miły chłopcze, coś mi zbawił życie,Kiedym już zimną kosę śmierci czuła blisko,Powiedz mi, jak się zowiesz?

Pierrot me nazwisko.

Czyś ty kowal?

Nie, moją funkcyą urzędowąJest być białym.

To ładnie, czysto, sielankowo,Tak samo, jak tarnina lub akacyi kwiecie.

Tak, w białem mi do twarzy.

Jeśli chcesz, me dziecię,Raz jeszcze mię od śmierci wybawić... O nieba!Nie śmiem ci opowiedzieć, czego mi potrzeba.Czy mi dasz?

Jeżeli mam, to dam bez wątpienia.

Masz.

Więc śmiało mi powiedz, jakie twe życzenia.

Dasz mi, drogi Pierrocie, pod klątwą przysięgi?

Niech mię karą swą dotkną najwyższe potęgi,Jeśli, mogąc chcieć tylko, nie dam tobie, pani,Tego, co cię z grobowej ma wyrwać otchłaniI zwrócić tobie życie i życia podniety!I, gdyby nawet była to sztuka monetyZłotej, gdzie głowy królów lśnią koronowane,Zapewne, ja jej nie mam, ale wydostanę!

Przysięgasz?

I podpisem stwierdzam wobec świata.Na siostrę moją śnieżkę i łabędzia brataPrzysięgam! Lecz mi ściślej wyraź twój rachunek.

Więc to czego ja pragnę, jest...

Kończ...

Pocałunek!

Pocałunek. Do licha! Jest to ciężka sprawa!Ach, ona się nad cnotą moją naigrawa;Ja, drżący ptak, którego szelest sukni płoszy,Com dotąd pocałunku nie zaznał rozkoszy,Mam więc od tej poważnej damy rozpoczynać?Lecz dość! Trzeba być mężnym, losów nie przeklinać,Nie szemrać. O Scewolo, waleczny KoklesieKtórych imiona sława ku błękitom niesie.Tezeuszu, coś widział piekielne bezdenie,

Wy wiecie, jak z godnością duch znosi cierpienie.Idźmy!

Pierrot!

Cień, zda się, pokrył zorzę złotą.

Pierrot!

Co?

A twój całus?

Hm!

Twój całus?

Oto!

Dobrze!

O nieba! jakąż ujrzałem przemianę!Ten złoty włos, te oczy, te usta różane!O, jak dobrze, żeś mego całusa żądała!

Lecz powiedz mi, kto jesteś, czarodziejko biała,Królewno, strojna w perły i ognie i biele,Gwiazdo, promieniu, kwiecie mój!

Wróżkę UrgelęMasz przed sobą. Przed laty czarnoksiężnik pewny,Za to, żem odrzuciła jego miłość, gniewny,Uczynił mię przez zemstę okropną staruszką,Alem się znowu piękną odrodziła wróżką.Tak, czar ten mój złowrogi, co trwał zimy wieczne,Już nie istnieje. Dzięki składam ci serdeczne.Motylu, rozerwane me straszne więzienie,Jam już jest tylko Radość, Uśmiech, Pieśń, Marzenie.Bo w tym zielonym lesie, śród mchy i paprocie,Twój całus mię odrodził. Żegnaj mi, Pierrocie!

Więc dziękujesz mi, pani! Wielkie poświęcenie!Zaprawdę i wysoce jego szczerość cenię.I żegnasz mię. Tak rzekłaś, moja pani miła?Więc skoro tylko młodość twoja powróciła,Jedziesz? Lecz ja się śmieję z tego, moje bóstwo.Ależ to żart, to czyste, zwyczajne oszustwo:To jedna z tych kradzieży, co w wielkich bazarachLuwru — kończą się zwykle na więziennych karach;To kradzież, oczywiście premedytowana,Za co na dom poprawy byłabyś skazana!Żegnaj! I sądzisz, że mi wystarczy to słówko?Jam ci dał uczciwego całusa gotówką —Dług widoczny. I byłby również niezawodnyW wieku, gdy Eros błądził po gajach swobodny!A gdy spłacić nie zechcesz, to w zamysłach groźnych

Uprzedzam, że wytoczę proces, poślę woźnych...Mam prawo. Nie uciekaj — bardzo proszę. Spłata —Zaraz. Nie odkładajmy terminu na lata!

Jeśli ci to wystarczy, mój miły Pierrotko,Chętnie ci pocałunek zwrócę miarą słodką.

Pocałunek! To starczyć ma psiej mojej twarzy?Cóż uczynię, skoro mnie pani nim obdarzy?Idź na dziką pustynię i tam dla ochłodyJej piaski rozpalone oblej szklanką wody.Rotszyld, co może kupić wielką NiedźwiedzicęI któremu otwarte wszystkich giełd skarbnice.Który wszystkich mórz złota wypija rozkosze.Może się zadowolni, gdy mu dasz dwa grosze.Pytaj Zoli, Daudeta — tych wielkich pisarzy,Czy im dość pięć tysięcy sprzedać egzemplarzy.Cukru daj dzikim wilkom, aby je oswoić,Lecz nie mów, że całunkiem chcesz mnie uspokoić.Gdyż od twojej przemiany taki głód w mem łonie,Że jeden pocałunek jak kropla w niem tonie.

Więc czego chcesz?

Daj wszystko!

Wybacz, jakto wszystko?

Hydra żądz rozpaliła w piersi mej ognisko.Daj mi wszystko! Daj oczy twe, usta, ramiona,Wszystkie cuda, któremi lśnisz opromieniona,Wszystko — i resztę. Całus tutaj to kruszyna, —Niewinność mi ciężarem wreszcie być zaczyna.Wszakże jestem mężczyzną, choć tylko Pierrotem.Gdzieś jabłko musi dla mnie dojrzewać — wiem o tem.Chcę je ugryść.

Co czynisz? Toż mi jest obrazą!

Dotykam twojej pięknej sukni.

Inną raząPomówimy.

Nie inną. O, ja dzisiaj płonę!Te lasy są żandarmów całe pozbawione.Patrz, ten gaik przed okiem świata nas zasłania.A gęsta jego zieleń zagłuszy twe łkania.Ucałuję twe usta i rączki i nóżki!Pójdź ze mną, o najsłodsza ty nad wszystkie wróżki!By cię posiąść, czyż znajdę kiedy lepszą chwilę?I jeśli mam być szczery, to chcę tę idylęW rozmaitych waryacyach wyśpiewać. Pójdź ze mną!

Posłuchaj. Czuję miłość ku tobie tajemną.

Ach!

Ale rozumujmy. Mieszkam z sióstr mych rojem,Otoczona wieczystej rozkoszy pokojem,W czarodziejskich pałacach, strojnych w chryzoprazy,Gdzie karmią nas marzenia, pieśni i ekstazy.Lilia otwiera dla nas kielich swój zamknięty,Mamy rzeki, gdzie z złotem toczą się dyamenty,Ulatujem na skrzydłach w szlak tęczy wzorzystej,A nocą usypiamy w jakiej perle czystej,Którą ocienia lilia rozmarzona, biała.Stracę wszystko, gdybym ci „tak“ odpowiedziała.

Lecz wyraz ten, na który czekam, powiedz, proszę!Precz skarby! Celem życia są szczęścia rozkosze.Nie da ci ich dyamentów woda promienista,Lecz boski malarz Amor, mądry kolorysta,Lekko nam wymaluje w głębi serc obrazy,Gdzie ujrzym lilie, gwiazdy, perły, chryzoprazyI bardziej czarodziejskie, niźli twój, pałace.Jedno „tak“ warto więcej, niźli „wszystko stracę!“Pójdź do mnie!

Tak? a cnota!

Jakiż niedorzecznyPretekst! Cóż to jest cnota. Sprzęt bezużyteczny.

Nie dla mnie. Na niewinny flirt pozwolić można,Lecz tak z kochankiem mówić... nie! to sprawa zdrożna...Zrywać z konwenansami jest rzeczą naganną —Jestem wróżką i mogę jeszcze zostać panną —I wstyd byłby to dla mnie, gdybym w sieć AmoraWpadła naraz!

O, nie jest to śmiertelna zmora!Lecz, by nasycić żądzę, co mi pali łono,Urgelo, zróbmy lepiej: bądź mą żoną!

Żoną?

Poprostu.

Twoją żoną! Byłoby to ślicznie.

Ach, kochalibyśmy się wiecznie, bezgranicznie!

Za towarzyszki pieszczot będziem mieć owieczki,Co gryzłyby wesoło trawki i listeczki.

A potem, nie chcąc róży jaskrawych szkarłatów,Ja splotę ci kapelusz z białych, polnych kwiatów.

A ja będę pasterką.

Ja będę pasterzem.

Będę myć białe suknie twe nad wód pobrzeżem.

I będziemy podobni łabędziom, co płynąZwierciadlanego stawu srebrzystą głębiną.

Będziem biali oboje.

Jako śnieżne kwiaty.

Jak lodowiec, gdzie tęczy barwią się pryzmaty.

Biali, jak Europa, porwana przez byka.

Biali, jak szczyty Jungfrau, co niebios dotyka.

Wszystko mi każe kochać ciebie. Z twego łonaNieśmiertelna ma rasa wyjdzie odrodzonaI wychowamy potem bez klatek ni płotków...

Stado szczerych wróbelków i małych Pierrotków.

Jako rozkosz, rozkosze trzeba poznać wszystkie...

Będziemy czasem biegać na gościńce blizkie.

Będziem podróżowali — do Saint-Cloud — nie dalej.

I obok gęstwin lilij będziem śnieżno-biali.

Lecz gdy w tym lasku zaczniem rwać pęki czereśni,Aby je potem spożyć, jak ptaszkowie leśni,W pieszczocie, co do marzeń słodkich nas kołysze,Jeśli cię wezwą siostry?..

Udam, że nie słyszę,Ucieknę od nich. W leśne ukryję się cienie.

Ożeńmy się. (Obejmuje ją.)

Co czynisz?

Ależ ja się żenię!

Chwilkę...

Jeszcze?

Małżeństwo cenię ja wysoce,Mędrszej zasady w żadnej nie znajdziesz epoce.Lecz, by jego rozkoszy użyć w zupełności,Koniecznem jest dopełnić pewnych formalności.

Jakto?

Trzeba przynajmniej, jak to rzecz przyjęta,Poprosić pana mera, świadków i rejenta,Rodziców, przyodzianych w swe szaty odświętne,Poety, coby śpiewał nam pieśni namiętne,Wreszcie i bal urządzić z muzyką dla tanów.

Ależ wszystko to mamy: tylko się zastanów!Wszystko nam przyrządziły w tym lesie niebiosa;Jeśli chcesz, za rejenta weźmiem tego kosaW czarnym fraku, w cylindrze na wyniosłym czubie;Świadkowie — gdyż i świadków trzeba mieć na ślubie —Będą to czarne skały tragicznej figury,Których włos czeszą wiatry poranne i chmury.

A rodzice?

To dęby mszyste — toż rodziceNasi starzy.

Lecz nic nie mówisz o muzyce,Wszakże na bal potrzebna.

Jesteś nazbyt skora.Mamy ją. Spójrz, aniele. Piegża i sikora,A gdy wieczór nadejdzie, i słowiczki boskieZagrają nam melodye francuzkie i włoskie.Będziem tańczyć oboje, radzi z tej muzyki;Później na ucztę malin zerwiemy koszyki.A merem będzie — zacna dusza, za to ręczę —Ten obłok, który nosi jako szarfę — tęczę.Potem słońce przybędzie w swej karocy złotej, —Zatem nic nam nie zbraknie do ślubnej pieszczoty.

Więc muszę ci ustąpić. Tak mi każą losy.

O, pozwól, niech twe złote ucałuję włosy!

Jakto, zaraz tak, zaraz?

Słuchaj, jest to chwila,Gdy ciepło ranka pierś nam tchnieniem swem zasila.Przeszłość nasza upada w zapomnienia tonie...Twoja warga jest różą, ja piję jej wonie.Trzymam białą twą rączkę — płaczę, błagam, wzdycham,

W tchnieniu wiosny różanej twoim tchem oddycham,Patrzę w jasne twe oczy! U nóg twoich klęczę —Ubóstwiam cię, Urgelo!

Prawdaż to, młodzieńcze?

Ożeńmy się! Ten zwyczaj zdawna egzystuje —Nie myśmy wynaleźli go.

Ha, ustępuję!

A ja w tryumfie patrzę na wiosenne słońce.

Tak, lecz przedtem idź, zobacz na tej cichej łące,Czy się kto nie ukrywa pod drzew gęstym cieniem,By mój gors lornetować zdradzieckiem spojrzeniem?

Po co? Viroflay cały niemy, pusty, głuchy —Śpi.

Idź jednakże.

Poszedł. Żegnajcie mi, duchy!Czyż żałować mam czego przy tym bladym tworze?Rzekłam mu, że go kocham, i kocham go może.Myślę, że mu się znudzę, będąc jego żoną.Jednak ważna to chwila, gdy dziewicy łono

Drży — i gdy rozmarzona w słodkich łzach upadaI broń swą, niby rycerz pokonany, składa.Ach! ja, kochanka światła, pieśni i złudzenia,Lubiłam ulatywać na skrzydłach promienia!Siostra lilii, jeździłam na perłowych wozach!O, gdyby jeszcze uciec. Nie... W apoteozachLazurów, co goreją na gór szczytach, złotemSłońca się upajałam. Nie myślmy już o tem!Poznawszy ludzkich cierpień i szczęścia mamidła,Będę stąpać po ziemi, ja, co miałam skrzydła!

Pani, na moje szczęście, wszystko idzie składnie —Las i łąka są puste zupełnie, dokładnie.Mam cię, porywam, pieszczę wszystkie twoje wdzięki.

Drogi mój!

Lecz czy słyszysz?... jakiejś pieśni dźwięki.

Duszo moja, nie słyszę nic. To wiatrów szmery.

Zamiast ślubnych wieńców bieli,Do nas pójdź, o! pójdź ku górze,W chmurek kąpać się kąpieli,Ulatywać po lazurze!

Czy słyszysz?

Ach, to szumią powietrzne etery.

To my, siostro, zdradne, wiotkie,Rój skrzydlaty, rój podniebny —Skrzydeł, pieśni szumy słodkieNa eteru fali srebrnej.

Ach, to ich śpiew!

To wiatrów są przelotne świsty,Które milkną.

To sióstr mych, wróżek rój przeczysty,Które mię przywołują z srebrnego promienia.

Staw usypia rozmarzonyPośród trzcin i tataraków!Pójdź, ulecim w górne stronyZ gromadami białych ptaków.

Masz. Zwracam ci twój pocałunek! Do widzenia!

Już jej niema! Zniknęła. W niebo uleciała,Jak jaskółka. O, patrzcie, jak drobna, jak mała!Rozwiane szczęście! Nigdy już jej nie obaczę!Never more! Coż dla mnie? Ach, łzy i rozpacze!Co czynić? Lecz to prosta rzecz. Ja się powieszę.W Niepoznawalne z czułą mą duszę pośpieszę,I, wynalazłszy drzewo, w którem liść szeleści,Jak owoc na gałęziach Pierrot się pomieści —

Z szat twych stryczek uplotę! Dosyć mej niedoli!Jest to rzadka sposobność, która mi pozwoliWykonać, com już roił dzieckiem niedorosłem,Aby żywot zakończyć na miejscu wyniosłem.Tak, żegnając gościnną ciszę tej zieleniNiby aeronauta zawisnę w przestrzeni.A potem słyszeć będę, jak na wszystkie stronyLudzkość zawoła: Patrzcie, Pierrot powieszony!

Lecz czemuż ma na stryczku widzieć świat Pierrota?Być czy nie być — to kwestya! Toć panem żywotaJestem ja ostatecznie. Żywo kość niech rzucę.Wszak skoro się wyniosę, nigdy już nie wrócę!

Czekajcie! cóż ja widzę w tej przepysznej sali,Która zda się być filią Edenu, Walhali!Uśmiechnięte warkocze, kwiaty róż i lilii,Wszystko, co u Filidy opiewał Wirgili,Lecz co daleko wdzięczniej opromienia licaParyżanek! Ach, Paryż — przecudna stolica.Paryż ma głos dźwięczniejszy, łagodniejsze oczy!Cóż to za ogród pereł i lilii uroczy!Ach, widzę grono strojnych dam, co w swym maleńkimPaluszku, wszystkie wróżki przewyższają wdziękiem.I gdyby śmieć, toć na ich ustach nieuchwytnie,Jak sen, boska możliwość pocałunku kwitnie.Czar niezrównany płynie z jasnych ócz ich głębi, —A ja, co jeszcze żyję w białości gołębiej,Ja mam się na gałęziach powiesić zielonych,Jak wieszają filutów w Stanach Zjednoczonych?Nie głupim! Ja żyć pragnę długo, nieskończenieI nie umrzeć, aż poznam wszelkie upojenie.Chcę dłużej od najstarszych przeżyć lip wiekowych,

I od Chevreula, twórcy świec stearynowych,I Matuzala przyjąć za mój wzór jedyny,I tysiąckroć obchodzić moje urodziny!Tak marzę!

Jeszcze słowo — i wszystko skończone.Wrózka mi uleciała w nieznanych nieb stronę.Lecz my odnowim zwyczaj, co nas rozweseli:Aktorka jeszcze sukien nie zdjęła UrgeliI chce wrócić na scenę, by wdzięcznemi słowyWygłosić wam kompliment dwunastowierszowy,Więc, dopóki bielidło na twarzy jej lśni się,Ja pójdę jej poszukać — tu obok — w kulisie.

Wyjdź do nas.

Piękne panie, Paryża królowe!Hojnie sypcie nam wasze uśmiechy różowe.Prawda, żeśmy się tutaj śmieli jak szaleniRymami z złota, pereł i drogich kamieni!Klaszczcie więc w białe rączki, strojne w rękawiczkiMiary sześć i ćwierć, spięte na srebrne guziczki!I niech wynagrodzi jednym listkiem sławyAktorów i poetę wasz wyrok łaskawy.I ażeby przesądów ślepą zburzyć Troję,Niechaj brawo — co nas tu uniewinni troje,Żeśmy nie prozą grali wam tę krotochwilę —Z waszych ustek różanych nie schodzi na chwilę!

Comentarios

Cargando comentarios…