Akt I

Traducido por Jan Andrzej Morsztyn

Amyntas

Daphnida.I tak, Sylvia, wolny od miłościChcesz przepędzić wiek zielonéj młodości?Ani przezwiska matki słuchać będziesz,Ani śrzod dzieci pieszczących się siędziesz.Odmień, prostaczko, odmień te zamysły.

Sylvia.Jeśli-że jakie w miłości zawisłyUciechy, niechże ich kto chce zażywa.Mnie mój żywot mił, i dosić mi bywaRozkoszy z łuku strzałami lotnemiZwierza lub straszyć, lub się bić z mężnemi.Tak póki zwierza w lesie, a w kołczanieStrzał, poty i mnie uciechy dostanie.

Daphnida.Smętna uciecha! żywot to nie żywy,W którym jeźli masz smak jaki fałszywy,Stąd to, żeś dotąd nie dbała inszego;Jak dawni ludzie za wieku pierwszegoZa słodki napój i za pokarm zdrowyMieli i wodę i żołądź dębowy;Lecz dojadszy się smaku w chlebie, w winie,Gęś wodę pije, żołądź jedzą świnie;Tak i ty gdybyś choć raz zakusiłaRozkoszy, których kochające siłaSerce doznawa, wzajem miłość znając,Rzekłabyś, nad swą prostotą wzdychając:

Gubiemy ten czas, bez chyby gubiemy,Który nie w spólnym kochaniu trawiemy,Żal mi dni moich darmo przebieżałychI w głupstwie moim nocy owdowiałych.Żal się, Boże, dni, które po próżnicyTrawię, mogąc ich zażywać w łożnicy.I w téj zabawie, która, im się liczyCzęściéj, tym więcéj w sobie ma słodyczy.Odmień, prostaczko, umysł, bo na małoBędziesz chwytała czas, gdy go nie stało.

Sylvia.Kiedy z ust moich wynidą te słowaRzeka się wróci na wstecz, gdzie jéj głowa,Wilk przed baranem uciecze lękliwy,Zając ugoni charta, a mrukliwyNiedźwiedź w jedno się z rybą gniazdo zniesie,Albo on w morzu będzie a ta w lesie.

Daphnida.Uporna młodość! taką-m ja téż była.Tak-em twarz i stan i włosy nosiła.Złoto jak i ty, tak usta rumianeI róże z mlekiem w jagodach zmieszane.Wszystek mój stan był gaje lepem kropićI sieci rzucać, śladem zwierza tropić;Albo go w miejscu bystro upatrować,Albo łuk ciągnąć, oszczepy hartować.I gdym postrzegła, że kto patrząc na mięDał wnętrznych ogniów zwierzchnie wzrokiem znamię,Jak nietykana oczu-m przenurzała,I grubym-em się wstydem zapalała.Dziewczęcy mój był wiek i brzydziło,Co we mnie inszym przyjemniejsze było,Jakby to winą było i sromotą,Że mię kochając służono z ochotą!Lecz czas zwyciężył, co wiernego sługiNie utrzymają uporne usługi.

Przegrałam i ja, przyznam się do tego;A ta była broń zwycięsce mojego:Skłonność, cierzpliwość niedbała na szkody,Łzy i biała płeć i prośba nadgrody.W ten czas mi to noc jedna pokazała,Czegom przy słońcu stu dni nie widziała;W ten czas łajałam sobie i wyrzekłamSwéj się prostoty i westchąwszy rzekłam:Daję-ć psy z trąbą, Cynthia, i strzałyI łuk, którego jelenie się bały.Ja już panieństwu i twemu orężuSłużbę wypowiem, a myślę o mężu.Także téż kiedyś sobie cię zniewoliAmyntas, i twą ugłaszcze powoliDzikość, i uzna serce twe zmiękczone,Choć teraz nad stal twardziéj uzbrojone.Cóż? czy nie gładki, czy cię nie miłuje?Czy inszych, co go lubią, nie znajduje?Czy go cudza chęć mieni, czy wzgardzeniemObraża się tym? czyli urodzeniemNierówny? Jeśli ciebie urodziłaCyklope, która, córką boga byłaTéj rzeki, on téż ma ojca Sylwana,A dziadem liczy boga pastuch, Pana.Jest piękna jak ty, jeśli się z przygodyPrzeglądasz we szkle przezroczystéj wody,Biała Filenis; a przecie on stroniOd jéj pieszczoty, twą wzgardę on goni.Zmyśl sobie, bodaj zmysłem tylko było,Że on, jak mu się darmo naprzykrzyłoSłużyć u ciebie, tam serce nakłonił.Cóż rzeczesz? kiedy od nas będzie stronił,Gdy szydzić będzie, od łaskawszéj rękiDźwigniony, z ciebie i z twéj precz złéj męki.

Sylvia.Niech i sam sobą i sercem szafuje,Niech miłość wzgardą przyjętą daruje,Komu chce; mnie tym fałdów nie przysiędzie.Byleby mym nie był, niech czyim chce będzie.

Nie może mym być, bom nie zniewoliła;Choćby téż mym był, jego-bym nie była.

Daphnida.Cóż robi ten gniew?

Sylvia.Sama miłość jego.

Daphnida.Łaskawa matka syna okrutnego!Kiedyż od owce tygrys oskoczonyI pod łabęciem wylągł się kruk wrony?Albo się mylisz, albo jeśli widziszPrawdę, to ze mnie (a grzech z staréj) szydzisz.

Sylvia.Gniewam się szczerze na jego zalotyZa to, że pragnął straty mojéj cnoty.Kochałam się w nim, gdy tak sobą władał,Że tego, com ja chciała, po mnie żądał.

Daphnida.Nie wiesz, czegoś się chciało, a on tobieTyle i więcéj życzy, niźli sobie.

Sylvia.Daj-że mi pokój, albo jeśli więcéjChcesz mówić, odmień tę mowę co prędzéj.

Daphnida.Patrzcie, jaka to dziewka popędliwa!Ale powiedz mi, a nie bądź teskliwa,Gdyby-ć téż inszy zalecał się młodyPasterz, takiéjże doznałby ochłody?

Sylvia.Téj zawsze każdy dozna po mnie ceryZdrajca panieństwa i sługa Wenery.Których ty w płaszczyk ubierasz wesoły,Ja za niechętne mam nieprzyjacioły.

Daphnida.To tak mniémasz, że w owczarnie lichéjNieprzyjacielem baran owcy cichéj,I wół oborny swojéj jałowicy,I gołąb’ nie jest chętny swéj samicy?Toż tak ciebie i wiosna wesoła,Że świat i ludzi do zalotów woła,Nie za część milszą będzie roku, ale,Ale za rozbój i siew nieprzyjaźni cale?

Patrz jednak, jak się wszystkie rzeczy prawieZ wiosną miłości stawają łaskawie,Patrz! że kukawka całuje się krzywymNoskiem, na wabie z samcem gęby chciwym.Słuchaj słowika, jako po gałęziŚpiewa: kocham się i miłość mię więzi.Nawet i źmica, chociaż jadowita,Jad wyszyknąwszy o gacha się pyta.Zaleca się lew, tygrys na ryk chodzi.Tylko twa dzikość nasroższe przechodziZwierzęta, szuka z miłością niezgody,Ani jéj w sercu pozwala gospody.Ale na co się zwierze wspominają?Choć nierozumne, przecie zmysły mają.Co większa, drzewa wzajem się kochają!Oto jak ścisło iłmy obłapiająWinne macice, kiedy przyjdzie wiosna,I jodła w jedle kocha, w sośnie sosna,Grab się do grabin wierzchołkiem przymyka,Wierzba korzenie z drugą wierzbą tyka.Gore do drugiéj i wzdycha buczyna;A ta, coć się zna skamiała dębina,Tego się ognia zapala potęgąPod pooraną od lat skórą tęgą,Że gdybyś mowę zalotną umiała,W gaju-byś miłe wzdychania słyszała.A ty być gorszą chcesz, niż drzewo z lasu?Odmień, prostaczko, umysł ten zawczasu.

Sylvia.Stójmyż tak w targu: kiedy drzew wzdychanieSerce me pojmie, miłosnym się stanie.

Daphnida.Tyć sobie za żart masz życzliwą radęI z przestróg szydzisz, które-ć w ucho kładę!Słuchaj, głupia, lecz przyjdzie czas użyty,Będziesz z téj złości miała żal obfity.Na ten czas, kiedy będziesz się schraniałaZdrojów, w których-eś sobie pochlebiała;

Wiedząc, żebyć to odkryło zwierciadłoZmarszki, i wieleć na gładkości spadło.Potka cię i to, lecz i coś gorszego,Bo to spólna rzecz niéma tyle złego.Pomnisz, co świeżo nadobnéj LikorzeElpin powiadał, stały w swym uporze,Która oczyma swemi ElpinowiSerce paliła, choć gwoli rymowiI pieśniom jego pałać słusznie miała,Gdyby w miłości słuszność przodkowała.Powiadał, a dwaj uczeni słuchaliMistrze miłości, i z nim się zgadzali.W jaskini zorze kędy na szklenicyPismo jest: precz stąd ustąpcie grzesznicy!Powiadał: a snadź, ten to tu powiadał,Co wiersz o bojach i miłości składał,Że tam jest w piekle jaskinia niemała,Czarna i smętnym dymem okopciała,Który z głębszego piekła pieców bucha,I że tam każda co próśb, łez nie słuchaWiernego sługi, w pomstę niewdzięcznościWiecznych mąk dozna, żalów i ciemności.Tam więc i tobie zapiszą gospodęZa taką srogość i w sercu mym szkodę.Słuszna, że z dymu zapłaczą te oczy,Z których jednéj łzy litość nie utoczyłDobrze, idziesz swym zakamiała torem,Nie chybisz pewnéj męki z twym uporem.

Sylvia.Co téż Likorys na to powiedziała?

Daphnida.To o swe nie dbasz, a wiedzieć-byś chciałaCudze postępki? Przyrzekła mu okiem.

Sylvia.Jakoż to mogła odpowiedzieć okiem?

Daphnida.Rzekły z uśmiechem oczy obrócone:I serce i my, Elpin, zniewolone.

Tyś więcéj żądać nie powinien, aniWięcéj dać nad to może nasza pani.I dosićby to wiernemu bez chybySłudze nagrody przyniosło, kiedybyMógł oczom wierząc, że jak urodziweI piękne w sobie, tak w sobie prawdziwe.

Sylvia.Czemuż ma wątpić?

Daphnida.Nie wiesz, co już onyThyrsis napisał w ten czas, gdy szalonyMiłością krył się w lasach, a niemałyŻal i śmiech sprawy jego pobudzały.Ale choć rzeczy czynił śmiechu godne.Rzeczy stateczne pisał i wygodne.Ten swym opisał wierszem młodocianeDrzewka, z któremi rosły wyrzezaneLitery, gdziem czytała właściwie:„Zdradne zwierciadła, oczęta kłamliwe.Wszystkie szalbierstwa widzę w was do woli...Cóż, kiedy miłość strzedz się nie dozwoli...“

Sylvia.Ja się tu bawię, trawiąc czas na mowie,A zapomniałam, że w onéj dąbrowieŁow dziś jest sławny, gdzie, jeślibyś chciałaZażyć myślistwa, będziesz ze mnie miałaKompankę; tylko wprzód w zwyczajnym zdrojuOpłóczę ciało z prochu i ze gnoju,Którym-em przeszła, łaniéj rączéj maściGoniąc wieczorem do saméj upaści.

Daphnida.Poczekam i do zdroju z tobą pójdę,Lecz wprzód do domu — wszak nie późno? — dojdę.Ty mię do siebie czekaj a do głowyBierz sobie to, co-ć niż zdrój i niż łowyZdrowsza; nie chciéj się na swéj dumie sadzić:Nie ufaj sobie, a daj starszym radzić.

Amyntas.Słyszałem, że się na mój odzywałyGłos rzewny nieme wody, głuche skały;Wzdychały drzewa nad mojemi łzami,Jęczały lasy, dąbrowy z górami,Alem nie wiedział, ani sobie tuszęNapaść strapionym tym widokiem duszę,Żeby się gorzką poruszyła mowąTa, co zwierzem jest, a nie białogłową.Boć nie jest człekiem, co bezrozumnemuPrzodek w litości stworzeniu niememuPuściła, nie chcąc o mnie miéć téj pieczy,Którą się zdadzą miéć bezduszne rzeczy.

Thyrsis.Owieczka trawką, wilk owcami żyje,Lecz miłość sama okrutne łzy pije.Ani się jéj te przyjedzą...

Amyntas.Ach! syta,Krwie mojéj pragnie, którą przed jéj oczyI téj okrutnéj ręka ma wytoczy.

Thyrsis.A cóż to gadasz? czy-ć się śni na jawie?Najdziesz tę, co cię przytuli łaskawie.Kiedy ta gardzi, pociesz się, nieboże!

Amyntas.Kogoż ten znajdzie, kto siebie nie może ?Jakoż co znaleść i przybrać do smaku,Gdym sam o sobie już zginął do znaku ?

Thyrsis.Nie trać nadzieje; możesz ją za latyPozyskać i swéj powetować straty.Taki-ć czas uczy rządzić lwa wędzidłemI tygrysami kierować jak bydłem.

Amyntas.Kto w żalu żyje, krótkie ma z czasemPrzymierze, życie i śmierć tuż za pasem.

Thyrsis.W skok to być może: panna w krótkim czasieI rozgniewa się i pojedna zasię;Tak ta płeć zmienna i nieunoszona,Jak list i niwa wiatrem poruszona.Ale wynurz mi, proszę, doskonaleI twój stan ciężki i twą miłość cale,I co cię dotąd dolega, można-li.Bo lubo to wiem, że cię miłość pali,Dotąd jednak nieuk, w którą stronęZmierzasz; a ja téj prośbie za ochronęStawiam, żem ci był zawsze kompan prawy;Ale i nasze podobne zabawyGodne, abyś mi z tym się nie krył, czegoNie słuchało snadź ucho, oprócz twego.

Amyntas.Wiedzą to z ust mych i drzewa i góryI skały, ale człeka niémasz, któryMiałby to wiedziéć. Ciężko-ż mi, atoliPowiem ci, czyniąc dosić twojéj woli.I słuszna, kiedym już na życia schyłkuI saméj śmierci wyglądam posiłku,Żeby kto wiedział mój zguby przyczynę,I jako i skąd i dlaczego ginę,I żeby tenże, gdy martwego trupaPrzylęże ziemie zgromadzona kupa,Wyrył gdzie blisko na skórze bukowéjPrzypadki moje i kształt śmierci nowéj;Żeby ta dziewka, idąc mimochodem,Albo się ciesząc tego buku chłodem,Deptać ze wzgardą mogła i te kościI mówić: ten jest tryumf méj gładkości!Ażeby się jéj serce radowało,Że-ć się zwycięstwa jéj wiedziéć dostałoPasterzom, tak z téj pobliższéj dziedziny,Jak cudzoziemcom i z obcéj krainy.Może i to być (ach! nazbyt się ważęSpodziewać i zbyt na swe szczęście każę!),Że kiedyżkolwiek, niewczesną litościąWzruszona, nad swą zapłacze srogością,

I będzie późno nad trupem kwiliła,A snadź i rzecze nad mogiłą długą:„O! bodaj był żył i był moim sługą!“Ale już słuchaj...

Thyrsis.Będę słuchał pilnieI o pomocy pomyślę usilnie.

Amyntas.Jeszczem był dzieckiem, żem ręką zuchwałąI rwać dojrzałe orzechy z leszczynyLedwie gałązkę przychylić mógł małą,Kiedym wpadł w ciężką służbę téj dziewczyny,Nad któréj lice, nad któréj włos złotySłońce nie widzi pod swemi obroty.Wszak znasz Cyprydy córkę i co stadySwemi te zdobi Montana osady,Sylwia, mówię, którą się nasz chwaliKraj słusznie, która wszystkie serca pali.Z tą-m żył niemały czas tak zjednoczony,Że nie może być potężniéj złączonyMiedzy jednego gniazda gołębięty,Jako nasz żywot był sforny i święty.Sąsiedztwo było i o ścianę domy,Lecz bliższy w sercu żył afekt kryjomy,Równe i lata i igrzyska były,Lecz równe myśli barziéj nas łączyły.Lubom na rzekach łowił ryby w sieci,Albom w zdradliwe chwytał ptaszki nici,Lubom jelenia poszczwał, albo w krokuKozy bił dzikie, ona zawsze boku,Po lasach, skałach, mego pilnowała.Spólną uciechę, spólną zdobycz miała.Ale gdym sidła stawiał na zwierzęta,Wpadłem sam, a sam nie wiem jako, w pęta.Nie wiem, skąd afekt jakiś nieznajomy,Jako więc roście szczepek niewiadomy,Wszczął się w mym sercu, który mię tak palił,Gdym od Sylwiéj namniéj się oddalił,

Żem ledwie był żyw i żem po próżnicyChciał odpór dawać takowéj tęsknicy,Tak-em z jéj oczu pił jad ozłoconych,Który choć słodki był, nad przyrodzonyObyczaj jednak przy téj swéj ozdobieZostawiał coś mi gorszego po sobie.Wzdychałem często, a przyczyny tegoNie umiałem dać wzdychania częstego.Tak mię naprzód miłość pod władzę podbiła,Niżelim wiedział, coby miłość była;Alem się wkrótce dowiedział. Ty małoSłuchaj, a pomni, jako się to stało...

Thyrsis.Słucham.

Amyntas.Siedziały raz samym wieczoremFilis z Sylvią w cieniu pod jaworemI ja téż z niemi siedział w tymże rzędzie,Kiedy dowcipna pszczoła, która wszędziePo pełnych kwiatkach wonny kwiat zbierała,Lichym brzęczeniem miedzy nas wleciała,I tak Filidzie padszy na jagodzieRóżanéj — a snadź takowéj przygodzieTo podobieństwo okazyą było,Że się różane zdało kwiatkiem ciało —Raz ją i drugi chciwa ukąsiłaI w jéj się ślicznéj twarzy wyżądziła,Filis się pocznie skarżyć niecierzpliwaI żądła sobie z jagody dobywa,Że się od bólu, jak to panna, wściekła.Ale jéj piękna Sylvia tak rzekła:„Nie płacz, siostrzyczko; jest na tę gotowyRatunek ranę: ja pewnemi słowyI swym poszeptem nie tylko-ć ją zgoję,Ale i sam ból oraz uspokoję.Mnie tych Likorys nauczyła czarówNie darmo i nie bez kunsztownych darów;Dałam jéj trąbę słoniową robotą,Piękną obrączką opasaną złotą“.

To rzekszy, usta swojéj twarzy ślicznéjPrzytknęła blisko do twarzy oblicznéj,Kędy Filida ukąszona była,I jakieś wiersze cicho przymówiła.O, dziwny skutek! Ustał ból i rany;Znak nawet zginął, słowy wywołany.Albo to była moc tych słów czarownych,Albo raczéj ust koralowi równych,Które, przy smaku, i ten przymiot mają,Że leczą zaraz, gdy się dotykają.Ja-m dotąd inszéj nie pragnął zabawy,Tylko znać jéj wzrok ku sobie łaskawyI jéj pieszczoną cieszyć mową uszy,Słodszą nad dźwięk wód, których się bieg kruszyPo dobrym głazie, i nad szum dąbrowy,Gdy poigrawa z liściem wiatr wschodowy.Alem tam w ten czas nową żądzą ożył,Kiedym jéj usta z usty memi złożył,I nad mój zwyczaj stawszy się uczonymI zmyślnym, gwoli ustom polubionym,(Patrz, jako miłość ostrzy rozum rada!)Ta mi w myśl wpadła niezganiona zdrada.Zmyśliłem także, że mię pszczoła w wargęSpodnią zacięła, na com taką skargęW bólu mym czynił, jako trzeba było,Żeby się cerą zmyślenie ukryło.I lubo język ranę dosić głosił,Barziéj o pomoc sam skład twarzy prosił.Prosta Sylvia i niebiegła w sztukach,Wzruszona nad mym teskliwym frasunkiem,Z pewnym ust swoich przybyła ratunkiem.I uleczyła-ć tę ranę zmyśloną,Ale prawdziwą, barziéj rozkrwawioną,Tym głębiéj wszczęła i nielutościwie,Że w mękach serce, chociaż w mękach, żywię.Kiedy warg swoich żywiące rubinyDo mych przytknęła, niech każdy smak inyUstąpi. Ani kupiectwu oddaniTak słodkich cukrów nie przywożą, ani

Pszczoły, choć różnych zbierają po kwiatkach,Mają w woskowych tak smaczny miód klatkach,Jakie-m z jéj świeżych ust uczuł zdobyczy.Prawda, że wściekłe te pocałowania,Które zbyteczne wzbudzają kochania,Wściągała bojaźń i wstyd strzemieźliwy,Mniéj nam potrzebny, a snadź i szkodliwy;Co je sprawiło słabiéj przyciśnioneI mniéj gorące i nieośmielone.Ale kiedy skrytym jakoś ślademTa słodycz, zdradnym pomieszana jadem,Do najskrytszych mi wnętrzności przychodzi,Znowu mój dowcip jéj prostość podchodzi.Zmyśliłem, że ból nie ustał na pierwszeCzarowne słowa i lekarskie wiersze.Ona słowom mym dała tyle wiary,Że raz i drugi powtórzyła czary.Od tego czasu tak się rozszerzałaMiłość w mym sercu i taki wzrost miałaNiepowściągliwa żądza, że jéj więcéjNie kryjąc, na wierzch wydarła co prędzéj.Raz tedy, kiedy Nimfy z pasterzamiWkoło siedziały, zabawnemi gramiCzas krócąc, w których każdy podle głuchoSwój sekret szeptał sąsiadowi w ucho,„Sylvio! — rzekłem — goreję dla ciebie,I jeśli rady nie dasz, o pogrzebieBądź moim pewna“. Ona na tę mowęOczy spuściła, odwróciła głowęI twarz wstydliwą, którą niespodzianąFarbą wstyd okrył różany rumianą,Że trudne było na ten czas zgadnienie,Czyli to gniew był, czyli zapłonienie.Zamilkła tylko, i to wszytka byłaOdpowiedź, którą mię w ten czas odbyła.Lecz i w milczeniu była pomsty chciwaTwarz, postać groźna i nielutościwa.

W tym stała, odtąd tak stroni przede mną,Że nie chce mówić, ni się widzieć ze mną.Już to potrzykroć żeniec robotliwySkronie opuścił wesołemi żniwy,Już tyle razy przykry mróz zimowyOtrząsł gałęzie z liścia i dąbrowy,Jako się gniewa; ja wszytkie sposobyZwoływam, wszytkich zażywam, jakobyPrzejednać, oprócz śmierci; wezwę i téjNa ubłaganie dziewki nieużytéj,I umrę z chęcią, gdyby można byłoWiedziéć, że jéj to albo będzie miło,Albo żałośno; bo bez dwojga tegoNie wiem poprostu życzyć sobie złego.Prawda, że litość byłaby nagrodąSłuszną za wiarę, któréj z taką szkodąStrzegłem, i za śmierć, którą wnet umieram,I tym posługi kończę i zawieram.Ale zaś nie śmiem życzyć tego, żebyPłacz najśliczniejsze miał trapić pod niebyOczy, albo to cierzpiéć dla mnie miałoSerce, gdzie moje własne spoczywało.

Thyrsis.Ej! czy podobna, gdyby te słyszałaSłowa, żeby się poruszyć nie miała?

Amyntas.Nie wiem; ucieka przed rozpoczętemi,Jak wąż przed klątwą, słowami mojemi.

Thyrsis.Żyj wesół, bracie! Ruszę ja w tym głową,Że się z nią miłą ucieszysz rozmową.

Amyntas..Nic mi nie sprawisz, albo cię odprawi,Tak jako i mnie, albo jeśli sprawiTwoja namowa, że mię raz posłucha,Przecie na moje prośby będzie głucha.

Thyrsis.Czemu tak wątpisz?

Amyntas.Ach! słuszną przyczynęMam złéj nadzieje! Bo i to, że zginęW téj okrutności, i to, że zapłatyNie doznam za swe usługi i straty,

Amyntas.Przecz powiedział mi Mopsus, ów, co w naszychKosarzach zna się, i na głosach ptaszych,I wie, jakiéj jest który kamień mocy,Jakich sił wody i zioła pomocy.

Thyrsis.Któryż-to Mopsus? Ów-to, co pod słowySłodkiemi kryje w sercu fałsz gotowy?Ów, co na ustach niesie uśmiech smaczny,A w sercu brzytwy i jad ma nieznaczny?Bądź wesół na to, bo te kalędarze,Któremi on tych, co mu wierzą, karze,I te kuglarskie proroctwa i rymyZawsze w fałszywe rozchodzą się dymy.A to, co mówię, tegom pewnym składemDoszedł i własnym utwierdzę przykładem.Bo i mnie siła nawróżył był , aleZ prawdą się zminął i szalbierz jest cale.Niechże cię tego praktyka nie ruszy,Boć mnie to cieszy, że-ć on tak źle tuszy.I owszem, miasto téj jego przestróżki,Szczęścia wyglądaj z tak kłamliwéj wróżki!

Amyntas.Dziękuję-ć, Thyrsi, i w ręce twe zdawamŻywot mój.

Thyrsis.A jać służyć nie przestawamI pomoc u téj okrutnéj dziewczyny.Bądź łaskaw, a tu bądź za pół godziny.

Chór.O! piękny wieku i szczęśliwy złoty!Nie stąd, że miodem opływały lasyI mleko ciekło w brzegach miasto wody;Nie przez to, że bez oraczéj robotyZboża się na swe oddawały czasyI żmije żyły bez jadu i szkody;Ani dlatego, że złe niepogody

Mieszkańcom ziemskim nie szkodziły z góry,Lecz wiosna wieczna, co się teraz mieniI raz się bieli, drugi raz zieleni,Śmiała się zawsze i spędzała chmary;Nie stąd, że nie niósł okręt prędkobiegiTowarów, ani wojen w cudze brzegi;Aleć dlatego piękny, że fałszywyTen bożek, którym myśl się oszukiwa,Ten wymysł marny i to omamienie,Którego prosty gmin i lud pletliwyTeraz czci, albo poczciwym nazywa,I na samo go wsadza przyrodzenie, —Nie był znajomy; ani uprzykrzenieRespektów swoich mieszał z tą słodyczą,Któréj Kupido udziela łaskawo;Ani wiadomo było jego prawoLudziom, co sobie żyć w wolności życzą.To jedno prawo było, które rodziNatura: „czego pragniesz, to-ć się godzi“.W ten czas po łąkach i miedzy kwiatkamiWesołe tryle tańcowali maliKupidynowie bez strzały swobodnie.A miedzy niemi pasterze z NimfamiSiedząc, pieszczenie z niemi rozmawiali,Swoje oddając służby i pochodnie,Mieszając z szeptem całowania zgodnie.W ten czas i nagie nie kryły dziewczęta,Co teraz płótno zazdrośliwe kryje,Róże swych twarzy i mleka swéj szyjeI nie zakryte bywały draźnięta;A często w jednéj wannie miłościwéjIgrali z sobą i w jednéj krynicy.Tyś, o poczciwe, naprzód zasłoniłoZdroje uciechy zazdrościwym stokiem,Pragnącym chłodnéj w upragnieniu rosy.Tyś śliczne oczy naprzód nauczyłoW kupę się zbierać, sztucznie władać wzrokiem

I kryć przedniejszą gładkość pod niebiosy.Tyś zbiegłe przedtym po jagodach włosyW sieci i czepce zamknęło na głowie,Tyś bezpieczeństwo i niewinne żartyZmieniło w jakiś postępek zawarty.Dałoś tryb usżom i wędzidła mowie.Poprostu za twym miłości rozmiarem,Kradzieżą już jest, co bywało darem.To są twe własne i chwalebne sprawy:Płacze, wzdychania, tęsknice, kłopoty.Lecz ty, natury i miłości panie,Co z potentaty miewasz swe zabawy,Po co nawiedzasz te wieśniackie płoty,Gdzie się wielmożność twoja z biedą stanie?Pozwól żyć starych obyczajów ludziI niech monarchów twoja sława budzi.Kochajmy; życie nie trzyma przymierza;Kochajmy; słońce ginie i zaś wschodzi;A nam, jeśli raz zamierzchnie się w oczach,Klamka zapadła i wstać się nie godzi.

Comentarios

Cargando comentarios…