Akt II

Traducido por Jan Andrzej Morsztyn

Amyntas

Satyr (sam).Mała jest pszczoła i żądło ma małe,A rany ciężko zadaje nabrzmiałe.Ale nad miłość cóż mniejszego żyje,Która się w ciasnym kąciku ukryje?Już się pod cieniem skromnych powiek zmieści,Już w rowkach, które czyni włos niewieści,Już i w dołeczkach, które na dwie stronyW ślicznych jagodach wierci śmiech pieszczony.Ale rana jéj, choć sama subtelna,Nieuleczona, ciężka i śmiertelna.Ach! jakoż z słuszną to mówię przyczyną,Będąc tak ranny, że wszytkie krwią płynąWnętrzności moje, wszytkie jednym razemPrzebite ostrym miłości żelazem,

Która wynikła z Sylviéj powieki.Sroga miłości! okrutna na wieki!Sylvia na me mniéj dbała niewczasy,Niż twardy kamień, albo głuche lasy.O! jak ci słusznie to od lasów wzięteImię należy! Las ukrywa kręteWęże w swym kwieciu, i kto przezeń jedzie,Często napadnie na lwy i niedźwiedzie.A ty gospodę w sercu urodziwymDajesz niechęciom, gniewom popędliwym,I okrutności hartujesz oręże,Gorszym bestyom, niż lew, niedźwiedź, węże;Bo te uskromisz pastwą, albo groźbą.Tamtych ni darem ugłaszczesz, ni prośbą.Kiedy-ć więc kwiatki ogrodne przynoszę,Nie chcesz; ja tylko wstyd nazad odnoszę.Podobno nie chcesz brać kwiatków z ogroda,Że-ć ich dość na twarz nakładła uroda.Kiedy-ć oddaję jabłka, ty je hardąOdrzucasz ręką i karmisz mię wzgardą.Podobno przez to o jabłka nie prosisz,Że w swym zanadrzu najcudniejsze nosisz.Kiedy cię w plastrach poczęstuję miodem,I tym pogardzasz i stawiasz się lodem.Podobno, że masz w uściech smak wysoki,Nad cukier i nad lipcowe patoki.Aleć że więcéj moja nie przemożeChudoba, ani-ć ofiarować może,Czegoby nie był dostatek u ciebie,Cóż? gardzisz i tym, a z jakiéjże miaryZ mojéj ostatniéj przeszydzasz ofiary?Wierę-m nieszpetny widziałem się w wodzieMorskiéj niedawno, kiedy przy pogodziePłasko leżała, a wiatry milczałyI nie burzyły morza szumne wały.Ta moja rydza twarz i juchy pełna,Te rozłożyste barki i zupełnaPostać, te ręce niepapinkowate,Silne ramiona i piersi kosmateI kozim włosem przyodziane udyStoją za dowód sił moich niechudy.Z nich moje moc możesz oszacować;Jeśli nie wierzysz, to chodź raz spróbować.

Cóż ci po owych gaszkach, którym młodyMech ledwie okrył kwitnące jagody,Którzy i wąsy żelazkiem sztychująI włos słoniowym grzebieniem szykują?...Niewiastyć-to są tak w stroju, jak w sile.Doświadcz im jedno i rozkaż im tyle,Żeby z nich który dla twojéj przysługi,Dla twéj uciechy wziął jaki trud długi,Albo się łamał z niedźwiedziem i wilkówGromił przez cudzych i wieprze posiłków.Wierę-m nieszpetny, ani ty dlategoGardzisz mną, żebym miał mieć co szpetnego,Ale dlatego tylko, żem ubogi.Ach! widzę, że już chałupy i brogiWieskie przejęły dworskie obyczaje,Kędy ten tylko popłaca, co daje.Zaprawdę, że to prawdziwie wiek złoty:Złoto panuje, złoto miasto cnoty.Ktokolwiek-eś był, który za pieniądzeUczył przedawać miłość i jéj żądze,Niech będzie twój duch na wieki przeklęty,Popiół z kościami po polach rozdęty,Niech grobu nie ma, niech im nikt nie rzecze:Leżcie w pokoju; niech deszcz na nich cieczeI niech wzgardzoną staną się podłogąNa ścieżce, albo pod bydlęcą nogą.Tyś wprzód wstyd odjął szlachetnéj miłości,Tyś wmieszał piołun miedzy jéj słodkości.Miłość przedajna i poddana cenieZ kalety, jakieś brzydkie jest stworzenieNad wszytkie twory, które obrzydliweMa w sobie ziemia i morze gniewliwe.Lecz cóż się skarżę? Każdy ku obronieSwéj ma nadane od natury bronieI na pożytek własny ich zażywa.Jeleń się na bieg przede psy zdobywa,Lew się ostremi żywi pazurami,Wieprz pienistemi siecze dziki kłami,

Gładkość i grzeczność z pannami się rodziI tym nas płeć wojuje i szkodzi.A ja-m czemu sam dyskret tylko? czemuSił nie zażywam ku swemu dobremu?Gdy mię natura w sile opatrzyłaI tak sposobnym do gwałtu stworzyła,Wydrę i gwałtem gładkiéj niewdzięcznicy,Kiedy szanując, proszę po próżnicy.A jak mi jeden pastucha powiedział,Który jéj zwyczaj oddawna przewiedział,Zwykła Sylvia pod ciepłe południeChodzić do jednéj sama tylko studnie,I już wiem, gdzie to. Tam ja utajonySkryję się za płot, albo w krzak zielonyI czekać będę, aż przyjdzie; a skoroUpatrzę swój czas, skoczę do niéj sporo.To będzie moja! Bo cóż sprawi pilnymBiegiem lub ręką przede mną tak silnym,Tak rączym, słaba dziewka? Niechże kwili,Niech wzdycha w ten czas; pewnie się omyli.Nic jéj gładkości nie pomoże z głosemPokornym; owszem, okręciwszy włosemJéj własnym rękę, dotrzymam jéj sobie.I tak w nagrodę i w pomsty sposobie,Nie pierwéj puszczę pieszczonych warkoczy,Aż w jéj krwi Satyr broń swoję umoczy.

Daphnida.Dawnom ja tego w Amyncie postrzegła,Że mu Sylvia dużo myśl zaległa,I Pan Bóg widzi, że mu, ile mogła,Służyła i w tym i szczerze pomogła.I teraz będę tym barziéj, że prosiszZa nim o pomoc i przyczynę wnosisz.Ale-ć to powiem, żebym prędzéj z srogichNiedźwiedzi, prędzéj z tygrów prędkonogichGłaskaniem wygnać wolała dziczynę,Niżeli głupią unosić dziewczynę.

Głupią, choć prędko która w młodym wiekuNie wie, jak szkodzi gładkością człowieku,Jako ma ostre, nieodbite strzały,Jako wśrzód serca wprowadza zapałyI tak zabija jeśli żartem, aniWie, choć zabiła, jeśli kogo rani.

Thyrsis.A któraż tak jest głupia między wami,Jak się pożegna tylko z pieluchami,Żeby nie miała uczyć się, jakobyUdać się ludziom, przyczynić ozdoby?Twarzy swéj wiedzieć, jakie bronie nosi,Która z nich żywot, która śmierć przynosi.

Daphnida.A któż jest mistrzem takowéj nauki?

Thyrsis.Wiesz ci ty dobrze... Ta, która bez sztukiLatać ptaszęta naucza i śpiewać,Biegać jelenie, wolne ryby pływać,Barany czołem rogatym się zbijaćI pawia ogon złocisty rozwijać.

Daphnida.Jakoż ma imię ta wielka mistrzyni?

Thyrsis.Daphnida.

Daphnida.Jakto? Krzywdę mi w tym czyniKłamliwy język!

Thyrsis.Prawda w oczy kole...Och! mogłabyś ty ich mieć tysiąc w szkole!Aczci wam wprawdzie mistrza nie potrzeba —Sama jest mistrzem natura, a nieba —Ale w tym dużo naturę ratująMamki, co młode chciwości piastują.

Daphnida.Frant-eś ty, widzę. Ale że ku mowieWstecz ci się wrócę, cwała mi to w głowie,Że nie wiem, czy jest Sylvia tak prostą,Jako się czyni. A skąd mi te rostą

Wątpienia, powiem: zastałam ją wczoraTu blisko miasta, gdzie gęste jezioraWystępkę czynią, na któréj zaś czystyZdrój leje z siebie potok przezroczysty,A ona siedzi zadumana wedleStoku i w nim się jako we zwierciedlePrzegląda, coraz w jasną patrząc wodę,Własną ugadza po czole niezgodę:To szlarkę wdziewa na ozdobne skronie,To wtyka kwiatki, co miała na łonie;Drugi raz białe porwawszy lilijeI krwawe róże, te do śnieżnéj szyje,Te blisko do warg rumianych przytykaI tak stosuje kolory i styka.Po tym, jakoby z swojego wesołaZwycięstwa, że jéj polna płeć nie zdoła,Uśmiechała się, jakoby mówiła:Przeciem was, piękne kwiatki, zwyciężyłaI nie noszę was, żebyście co miałyZdobić mię, ale żebyście przyznałyWstyd wasz, i że mam nad wami wygraną.Wtym kiedy się tak stroi, przydybanąBędąc ode mnie, odwróciwszy oczyJakoś od stoku, ledwo mię co zoczy,Zapłonęła się i z onéj usiadkiWstała, narwane upuściwszy kwiatki.Ja-m się rozśmiała, tym barziéj po twarzyZ mego się śmiechu rumieniec jéj żarzy.A że jedne już rozplecione włosy,A drugą miała związaną część kosy,Kilkakroć oczy do stoku się radzićPosłała, co jéj mogło w stroju wadzić,A z czym jéj pięknie; a wszytko tak zmyślnie,Jakby ukradkiem, albo nieumyślnie.I widziałać to we szkle tego zdroju,Że zupełnego nie skończyła stroju;Lecz stąd swą gładkość zrozumiała hojną;A ja-m to milczkiem uważała sobie.

Thyrsis.To mi powiadasz, co ja dawno tobie.

Daphnida.Prawda, że zgadłeś! lecz przedtym nie takiePasterki byłe proste i jednakieBez figlów; i ja pomnie, że w młodośćiNie miałam tyle mózgu i chytrości.Świat co raz starszy, a im siwszy laty,Tym więcéj w zdradę i chytrość bogaty.

Thyrsis.Podobno w ten czas wymyślnie mieszczanieNie dbali o wieś i piękne mieszkanie,I nie tak często mieszały się z miastyDla targów nasze jak teraz niewiasty.Teraz się nawet domy i rodzaje,Złączyły sposób życia i zwyczaje.Ale puściwszy te mowy na stronę,Swego Amyntę znowu przypomionę.Proszę, racz mu to u Sylviéj sprawić,Żeby się z nią mógł rozmową zabawić.

Daphnida.Nie wiem, wstyd u téj dziewki nieprzełomny.

Thyrsis.A on zaś nazbyt wstydliwy i skromny.

Daphnida.Nie wskura nigdy młodzieniec wstydliwyI twój Amyntas, że nie natarczywy.Poradź mu, niechaj, choć go to zasmuci,Kiedy takim jest, tę miłość zarzuci.Kto się kochać chce, téj niechaj skromnościSłużbę wypowie, a służy miłości.Niech będzie śmiałym i niezbytnym snadnie,Przykrzy się, prosi, swarzy i ukradnie.Niechaj nalega, a jeśli w téj mierzeNie dosić na tym, niech i gwałtem bierze.Jeszcze to wasza niedościgła głowa,Jakie to zwierzę sztuczne białogłowa.Ucieka, a jeśli ją kto goni,Pogląda nazad i czeka pogoni.Odmawia, ale czego zaprzy słowy,Da w rzeczy saméj, kiedy kto gotowy.Broni się, ale tak się broni, żebyZ przegraną wyszła z takowéj potrzeby.Widzisz, mój Thyrsis, ja z tobą tak idęI mówię szczerze, ale i w ohydę

Nie podawaj mię i niechaj sąsiadyNie wiedzą, żem ci odkryła te zdrady.

Thyrsis.O to się nie bój, zachowaj mię, Boże,Wyjawić tego, co-ć zaszkodzić może.Ale niech twoja sprawność doświadczonaRataje rychło Amyntę, niż skona.Proszę cię, Daphni, przez pamięć słodkości,Którycheś kiedy zażyła w młodości.

Daphnida.O błaznie, właśnieś mię pięknie osłodziłProśbę twą, żeś mi myśl tym barziéj zgładził,Wspomniawszy młodość z nienabytą szkodą.Żal staréj wspomnieć, że bywała młodą.Ale czegóż wżdy po mnie potrzebujesz?

Thyrsis.Już ty na radzie nigdy nie szwankujeszŻyczliwéj, byle wola przystąpiła.

Daphnida.Słyszysz, Sylvia tak się namówiłaZe mną, iść dzisia do stoku Dyany,Nad którym jawor czyni nieprzejrzanySłońcu jasnemu cień. Kędy więc w rzędzieSiadamy, tam się nago kąpać będzie.

Thyrsis.Cóż na tym?

Daphnida.Pytaj jeszcze, czy za włosie (?)Mam ją tu przywlec? Mądremu tu dosić.

Thyrsis.Rozumiem, ale jeśli się ośmieliAmyntas, nie wiem

Daphnida.Niech czeka, chce-liPieszczonych (?) ptaszków, że samo nadéjdzieSzczęście.

Thyrsis.Podobnoć do tego mu przyjdzie.

Daphnida.Ale o tobie samym cóż mam mówić?Tak się to nie dasz miłości ułowićA młodyś, Thyrsi, ledwo cztery lataMasz nad dwadzieścia, a nie myślisz świata

Zażyć i żywot wiedziesz ladajaki?Kto kocha, ten wie, co są dobre smaki.

Thyrsis.Smaków Wenery ten się nie wyrzeka,Któremu zbytnie miłość nie dopieka.Owszem prawdziwe odnosząc zdobyczy,Sam bez piołunu zażywa słodyczy.

Daphnida.Nie smaczna słodycz, która nie zachwyciTrochę gorczycy, i prędko nasyci.

Thyrsis.Lepiéj być sytym, niż w takiéj biesiedzie,Gdzie głodnyś, choć jesz, głodnyś po obiedzie.

Daphnida.Nie lepiéj, kiedy do smaku jest strawa,I nowy wzbudza apetyt potrawa.

Thyrsis.Ale któż strawy téj ma tak potrzebę,Żeby nakarmić ugłodzoną gębę?

Daphnida.Ale któż szczęście znajdzie, kto nie szuka?

Thyrsis.Często wątpliwe szukanie oszuka,I większą boleść człowiek taki znajdzie,Kiedy nie najdzie, niż radość, gdy najdzie.W ten czas się Thyrsis może jeszcze kochać,Kiedy przestaną płakać, wzdychać, szlochaćCi, co kochają: już ja to odprawił,Niech kto téż inszy nastąpi.

Daphnida.Toś sprawił,Jako ja widzę, w miłości niewiele.Nie wiesz, co smaczno.

Thyrsis.Nie dbam o weseleI o te gody, przysmaki niewoli.

Daphnida.Musisz się kochać, choćbyś nie miał woli.

Thyrsis.Trudno przymusić, kto stoi zdaleka.

Daphnida.Blisko jest zawsze Kupido człowieka.

Thyrsis.Nie tego, co mu ucieka i stroni.

Daphnida.Próżno uciekać, ma skrzydła, dogoni.

Thyrsis.Krótkie ma skrzydła miłość, gdy się rodzi,Nie lata, ledwo od ziemie się wzwodzi.

Daphnida.Kiedy się rodzi, człowiek nie przestrzega,A gdy postrzeże, już wielka i biega.

Thyrsis.W ten czas postrzeże, kto w tym ćwik i którySpróbował, jakiéj miłość jest natury.

Daphnida.Więc dobrze, Thyrsi, wszak się to obaczy,Jeśliś tak mędrek, a kiedyś tak rączy,Że się i z charty, ba i z zawodnikiRównasz, jeżeli kiedyżkolwiek w wnikiMiłości wpadniesz, jać to obiecuję,Że choćbyś prosił, ani cię ratuję,Ani palcem tknę, ani stopą nogiNie stąpię-ć, żebyć zalać ogień srogi.

Thyrsis.Okrutna, to-byś suchym na me maryPatrzyła okiem, ale żeś z téj miaryChcesz, żebym kochał, pódźmyż z sobą zgodą,Kochaj się we mnie.

Daphnida.Ach! z starą urodąŚmiesz mię urągać; młodszéj tobie trzeba.Ach! wielu myli farbowana gęba.

Thyrsis.Ja-ć nie żartuję, ale ty jak inneDziewki odrzucasz zaloty niewinne.Jeśli tu miejsca nie znajdę kochaniu,Żyć bez miłości będę w próżnowaniu.

Daphnida.Żyj próżen troski i w spokojnéj ciszy,Prędko się z tobą miłość stowarzyszy.

Thyrsis.Czego mi miłość zajrzy, to sowicieNagrodzi pokój i spokojne życie.

Ale że gadki mniéj potrzebne skrócęI do rzeczy się rozpoczętéj wrócę:Wszystko zawisło na tym, żebyś w drodzeDo zdroju, że tak trapi swego srodzeAmyntę, twardéj Sylviéj ganiłaI namowami upór jéj miękczyła.A ja tymczasem Amyntę sprowadzę,Jeśli bojaźni jego co poradzę.I nie na mniejszą pracę Thyrsis idzieNad te, które swój polecił Daphnidzie.Idź tedy.

Daphnida.Idę, ale co inszegoChciałam ja odnieść z dyskursu naszego.

Thyrsis.Któż to tam idzie, czy Amyntas, czyliKto inszy? Ona jest; wzrok mię nie myli.

Amyntas.Pójdę się dowiem, jeśli mi co zjawiThyrsis dobrego? a jak nic nie sprawi,Pierwéj niż żałość ze mną toż uczyni,Wolę się zabić w oczach téj bogini.Bo jeśli się jéj ta, która krew toczyZ serca mojego (sprawa ślicznych oczy)Podoba rana, rozumiem, że i tąNie wzgardzi raną, którą pierś przebitąOd mojéj ujzrzy dobrowolnie ręki.

Thyrsis.Dobra nowina! poprzestań téj męki,Amynta, weźmiesz nagrodę swéj wiary.

Amyntas.Mów w skok, co niesiesz: czy żywot, czy mary?

Thyrsis.Żywot ci niosę, Amynta, przy zdrowiu,Jeśliś oboje przyjąć pogotowiu;Ale trzeba być mężem nieospałym.

Amyntas.Niechaj tylko wiem, w czym trzeba być śmiałym?

Thyrsis.Gdyby twa panna była na pustyni,Albo miedzy lwy i w strasznéj jaskini,Szedłbyś tam?

Amyntas.Szedłbym i bez broniéj gołyChętniéj niż w plęsy i taniec wesoły.

Thyrsis.A gdyby była śrzód zbójców, którzybyKrwią żyli, i tam szedłbyś bezpochyby?

Amyntas.Jak oczy wybrał! jako długo szczwanyRączemi psami jeleń do fontany!

Thyrsis.Trzeba coś więcéj!

Amyntas.Pójdę przez potoki,Kiedy z gór lecą i kiedy głębokiNurt ich zawichrzy, kiedy miękkie śniegiTając nąjbystrzsze dają wodom biegi.Pójdę przez ogień, pójdę i do piekła,Jeśli tam moja pasterka uciekła;Jeśli piekło być piekłem nie przestanie,Gdzie rzecz tak piękna, twarz tak jasna stanie.Mówże już.

Thyrsis.Postój.

Amyntas.Nie dam ci pokoju.

Thyrsis.Czeka cię sama Sylyia u zdroju,Sama i naga, pójdziesz-że tam śmiele?

Amyntas.Cóż mówisz? nazbyt obiecujesz wiele,Sylvia sama naga, bez zasłony?

Thyrsis.Sama z Daphnidą, która z naszéj strony.

Amyntas.I naga czeka?

Thyrsis.Naga czeka, ale —

Amyntas.Cóż ale? Milczysz, zabiłeś mię cale.

Thyrsis.Aleć nic nie wie, ani się spodzieje,Że ją tam zdybiem.

Amyntas.Ach! słodkiéj nadziejeGorzkoś dokończył, na cóżeś mię zwodziłTaką otuchą i me troski słodził?Ej bój się Boga! szkoda utrapionymSmutku przydawać ratunkiem zmyślonym.

Thyrsis.Będziesz zdrów, jeśli usłuchasz mój rady.

Amyntas.A cóż za rada?

Thyrsis.Żebyś bez naradyI bez rozmysłu zażył tego chciwy,Co w ręce wyrok podaje życzliwy.

Amyntas.Strzeż, Boże, żebym sobie płochą sprawąZarobić na jéj miał twarz niełaskawą.Tak-em dotąd żył, żem nic albo małoCzynił, coby się jéj nie podobało;Oprócz żem kochał, co jeśli jest winą,Nie ja, lecz gładkość onéj jest przyczynąPrzestępstwa tego, i teraz swawoląNie obrażę jéj, chcąc coś nad jéj wolą.

Thyrsis.Ale gdyć na twą miłość, co wiesz pewnie,Gniewasz się, o co i narzekasz rzewnie,Pytam, gdybyś mógł miłość tę porzucićUczyniłbyś to, żeby jéj nie smucić?

Amyntas.Odpowiedzieć mi miłość nie pozwoli.Ale choćbym był najbarziéj na woli,

Przecie i myślić ledwo o tym mogę,Żeby z jéj oków oswobodzić nogę.

Thyrsis.Tobyś się (?) na złość kochał się w niéj, a tymPokazałbyś się w miłość niebogatym.

Amyntas.Nie na złość, ale przecie w tym kochaniuTrwałbym.

Thyrsis.To przecie przeciwko jéj zdaniu?

Amyntas.Tak jest.

Thyrsis.Kiedy tak, a teraz czemuPrzeciw jéj woli nie chcesz być samemuSobie pomocny? i przeciw jéj woliNie chcesz brać tego, co-ć ona dać woliZa rzecz wydartą, chociaż się to bożyI dla przemorów więtszych zrazu sroży.

Amyntas.Ach, Thyrsi, niech ci miłość odpowiedaZa mnie, która mi usty mówić nie da,A w sercu mówi: tyś już nie dzisiejszyŻaczek w téj szkole i nad mię przebieglszy;A mnie wędzidło przybrał do językaTenże, co wprawił serce i myśl w łyka.

Thyrsis.To tam nie pójdziesz?

Amyntas.W grób! Kiedy inszéj niemaszPomocy dla mnie, kiedyś mnie zostawiłNa koszu.

Thyrsis.Aboć mało Thyrsis sprawił?Rozumiesz, głupi, żebyć taką dałaRadę Daphnida, gdyby nie wiedziała,Co u Sylviéj w sercu się zawiera.Więc to się snadź ona i snadź się napiera,Lecz nie chce, żeby to kto wiedział do niéj,I ty jeśliże potrzebujesz po niéj,Żeby cię sama zawołała dusznie,Przeciw jéj woli czynisz i niesłusznie.

W ostatku (wierz nam w tych zalotach starym),Jeśli ona chce, żebyś nie jéj darem,Ale kradzieżą, gwałtem, przez jéj szkodęOdniósł uciesznie wygraną nagrodę,Na co się tobie skrętnie pytać o tym,Jeśli tym kształtem zwyciężysz, albo tym.

Amyntas.A któż wie, jeśli jest jéj umysł taki?

Thyrsis.Już ci powiadam, gachu ladajaki,Że ona z taką myślą cicho chodzi.I tobie się w niéj gmerać tak nie godzi.Któż téż wie, jeśli umysł jéj nie taki?I to niepewna, to warstat jednaki.A lepiéj, kiedy to nie może minąć,Jako mąż rześki, niż jako tchórz zginąć.Milczysz? a prawda, żeś przezwyciężony?Nie wstydź się, owszem bądź upewnionyZ takiéj przegranéj (tylko już nie szaléj),O swym zwycięstwie, pódźmyż teraz daléj.

Amyntas.Postój!

Thyrsis.A pókiż? czas się tylko kroci.

Amyntas.Pomyślmy jeszcze, jak się to obróci.

Thyrsis.Więc w drodze o tym: jeszcześmy nie przyszli.Mało ten robi, który nazbyt myśli.

Chór.Powiedz, Kupido, gdzie i w któréj szkoleKwitnie miłości tak trudna nauka?Kto jéj jest mistrzem, i kto w wiejskiéj szkoleCzyta lekcye, i skąd tam ta sztuka,Że tak wymownie wyrażają bóleSerdeczne? i kto ćwiczy w tym nieuka,Że twój lot boski i sprawy rozumie,I począć sobie i poradzić umie?

Nie nauczą nas tego i AtenyAni z dziewiąciu sióstr Helikon cały,Choć o miłości mądre śpiewa treny.Ale tak śpiewa, jako żaczek małyNie tak gorącym głosem, nie téj ceny,Jak potrzebują zalotne zapały.Tyś sam nauką sercom ciebie głodnym,Tyś sam, Kupido, mistrzem sobie godnym!Ty sam nauczasz a bez wielkiéj pracyNiewyćwiczone napełniasz języki.I sam ten nowy masz sposób wymowy,Że powikłane słów i rozmów szykiWięcéj powiedzą i ucięte mowy,Niźli uczone i wyraźne krzyki.Nawet milczenie, gdy mu zlecisz sprawę,Ma swoję prośbę i swoję rozprawę.Ty sam, Kupido, wymownemi słowy ( — )Chłopskie dowcipy, co się w tobie toczy.Nie mają inszéj księgi twoi żacyTylko dwie żywe i mówiące oczy.Których kto czyta, co afekt gorącyNapisze, prędko w téj szkole poskoczy.Gładkość, biała płeć i rumiane lica,To obiecadła, to u nich tablica.Niechajże kto chce czyta mądrych dymyDowcipów, a ja pójdę do téj szkoły,Gdzie mistrzem gładkość; a przecie tężymyWiersz zaśpiewamy gładki i wesoły.I owszem, barziéj moje podłe rymyUcieszą gaje i biesiedne stoły,Chociaż na skórze bukowéj wyryte,Niźli poetów druki pracowite.

Comentarios

Cargando comentarios…