Akt III
Traducido por Jan Andrzej Morsztyn
Amyntas
Thyrsis.O nieludzkości serca niesłychana!A na niewdzięczność dziewko niewidziana!O płci okrutna, słusznie cię świat wini,I tyś naturą niedoszła mistrzyni,Któraś zdradliwie ubrała dziewiceW łaskawą postać i pokorne lice,Dałaś im zwierzchu uczynności siła,Aleś głęboko złość ich utaiła.Ach nieboraczek pewnie w téj żałobieCoś żałosnego uczynił snadź sobie!Bo go już szukam ze cztery godzinyTam, gdziem go odszedł blisko téj krzewiny,I w okolicy, alem, chocia wszędyZbiegał, przejąć go nie mogę nikędy.Pewnie się zabił własną ręką swoją!Spytam pasterzów jeszcze, co tam stoją:Nie wiecie, bracia, kędy się strapionyPodział Amyntas?
Chór.Tak-eś odmienionyNa cerze! cóż ci? Skąd ci ten pot gęstyI twarz nabladła i oddech tak częsty?
Thyrsis.Amynty szukam, nie widzieliście go?
Chór.Nie widzieliśmy, jako z miejsca tegoOdszedł był z tobą. Ale po cóż z takiemTrzaskiem go szukasz?
Thyrsis.Bo za pewnym znakiemBoję się, żeby nie zabił sam siebie.
Chór.Miałby się zabić? w jakiejże potrzebie?I któżby mu dał do tego przyczynę?
Thyrsis.Miłość z niełaską, na nich kładę winę.
Chór.Dwaj to potężni są nieprzyjaciele,I gdy się złączą, dokazują wiele.Powiedz wyraźniéj, jak to sprawa była?
Thyrsis.Kochał się w pannie; ona nim gardziła.
Chór.Powiedz obszerniéj, wszak tu blisko bieżyGościniec, którym albo sam nadbieży,Albo, nim twojéj dokończysz powieści,Zasiągniesz o nim od podróżnych wieści.
Thyrsis.Powiem i z chęcią, żeby tak pohanyPostępek słusznéj nie uszedł nagany.Wiedział Amyntas (a ja mu to zjawił,I jam go smutku, niestetyż, nabawił),Że do bliskiego zdroju same idąKąpać się piękna Sylvia z Daphnidą.I tam ode mnie ledwie namówionyPoszedł nie z chęcią i prawie wypchniony.I wzad się wrócić kilka razy kusił.Ale gdyśmy już byli blisko stoku,Usłyszymy głos żałobliwy z boku;Za którym ujzrzym Daphnidę w tym kroku,Która, powłócząc zmordowane stopy,Jak nas postrzegła, krzyknie: pośpieszajcie,Bieżcie i gwałcić Sylvie nie dajcie!Skoczył Amyntas za tym zawołaniemJak niedościgły tygrys, a ja za nim.A obaczymy, przebiegszy chrościnę,Związaną nagą do drzewa dziewczynę.Jéj własny warkocz służył jéj do związkiOkoło drzewa, a pas zasię wąski,Którym przestronne kaszała więc szatyRęce jéj więził, i pomagał stratyPanieństwa; czego (?) nogi były zdjęteNiciami, które dało drzewo kręte.
A przed nią widzim Satyra brzydkiegoŚcisłych tych zwięzków dołączającego.I już o czymsi myślił, chociaż onaBronić się chciała; ale jéj obronaSłaba-by była, gdyby poszła wdługą.A wtym Amyntas z rohatyną długąSkoczył ku niemu; ja też w obie połyNabrałem głazów; skąd on, że był gołyI tak bezbronny uciekł miedzy karcze.Ale Amyntas po onéj utarcze,Obróciwszy się, wlepił oczy chciwieW członki tak nagie, jako urodziwe,Które, jak mleko na sitowiu zsiadłe,Tak drżały i tak były biało zbladłe.I rozpalił się na twarzy a chyżéjSkromnością jednak zastąpiwszy bliżéjRzekł: „Piękna dziewko, przebacz śmiałéj ręce,Że chcąc cię w takiéj poratować męce,Ciała się twego dotyka, okowyNiegodne z włócząc z rąk, i z nóg, i z głowy.I niech to szczęście, na które narażaTen traf człowieka, niech cię nie uraża“.
Chór.Słowa te zmiękczyć mogłyby kamienneSerce.
Thyrsis.One nie, lecz gniewy bezdenneZ wstydem zmieszawszy, twarz w ziemię wnurzyła,I jako mogła pełne piersi kryła:A on tym czasem rozwiązując włosy,W takie pochlebiał twardéj dziewce głosy:„Niegodne zwięzków tych drzewo chropawe,Albo jeśli tak niebo jest łaskawe,Że twoje ostre niegładkie gałęzieW złotym łańcuchu, w srogiéj sieci więzi,
Czym-żeśmy nad cię szczęśliwemi drudzy,Chociaż rozumni Kupidowi słudzy?A wy, nieczułe i bez zmysłu pniaki,Szarpiecie ten włos, i nie wiecie, jakiPotkał was kléjnot“. Tak mówiąc powiteRozwiązał ręce; a tak pracowiteRęce do miłéj roboty przymyka,Że się jéj nie chcąc, a przecie chcąc tyka.Potym się schylił do nóg, ale onaRzekła, poczuwszy, że wolne ramiona:Stój tak, pasterzu, ja sługa Dyanny,I nie tykaj się poświęconéj panny!Już ja rozwiążę sama sobie nogi.
Chór.Także-to w Nimfach panuje jad srogi?Ach niesłuszna to nagroda zaiste,Za służby świeże i tak oczewiste!
Thyrsis.Amyntas jednak i to cicho znosił;Stanął na stronie, i nieśmiały wnosiłWzrok; i sam oczom był swoim przeszkodą,Że się nie pasły tak cudną urodą.Ja-m się był ukrył, alem wszystko z chrostuWidział i krzyknąć chciałem nań po prostu,Że tak stał, jakby wczorajszy, atoliDałem mu pokój, a ona, powoliI z biedą nogi sobie odwikławszy,Słowa nie rzekszy, nie podziękowawszy,Uciekać jako niedościgła łaniPoczęła bez wszéj przyczyny, bo aniChciał jéj dogonić, ani się bać miałaAmynty, skromność którego wiedziała.
Chór.A czemuż przecie uciekła?
Thyrsis.InaczéjJa nie wiem, tylko że wolała raczéjNogom swym, niźli cudzym, być powinnaPomocy.
Chór.I stąd niewdzięczności winna!Ale Amyntas cóż wżdy czynił potym?
Thyrsis.Żadnéj wam sprawy nie umiem dać o tym,Bom ja biegł za nią z takowym umysłem,Żebym jéj zabiegł; ale w gaju ścisłemMinąłem się z nią. Nazad spiesznym krokiemPowróciłem się, ale nad tym stokiemNie zastałem już Amynty; dlategoSerce mi wróży o nim cóżci złego;Bo wprzód, nim się to, com powiedział, stało,Już w nim do życia chęci było mało.
Chór.Zalotników to dawne obyczajeKażdy się morzy i śmierci oddajeA rzadki przecie tak szalony będzie.
Thyrsis.Bodajże nie był Amyntas w tym rzędzie!
Chór.Nie bój się, nie bój.
Thyrsis.Jeżeli nie zginie,Przecie-ć go znajdę; i tu do jaskiniePodróżnéj wstąpię, gdzie on swoje mękiZwykł leczyć dźwiękiem wyćwiczonéj rękiNa dudkach, albo jak dźwięczną fujarą,Kiedy na niéj gra, napełniwszy parą,Że na głos jego toczą się kamienie,I mlekiem bieżą wesołe strumienie,I lasy rosłe, i niski chrost młodySłodkie przez skórę wydawają miody.
Amyntas.Nielutościwa twoja lutość była,Daphnido, gdy mię od śmierci wróciłaI zatrzymała w ręku rohatynę.Bo im ja późniéj dokończę i zginę,
Tym mi cięższa śmierć, im mi dłuższa będzie.Ale ty pocóż trzymasz mię w tym błędzieI czemuż nie chcesz przez różne dowodyOd śmierci odwieść? Nie zysku, lecz szkodyŻyczysz mi, Daphno, kiedy mi żyć radzisz,I ślubujesz to, że mi poradzisz.
Daphnida.Ej, nietrać jeszcze, Amynta, nadzieje,Kiedy uważysz, co się z tobą dzieje.Nic ci się w sprawie twéj nie pogorszyło,Bo nie okrutne serce odpędziłoSylvią w ten czas nagą bez odzienia,Lecz w tym dobrego przymiot przyrodzenia.
Amyntas.To moje zdrowie, nic sobie nie tuszyć,Rozpaczać, ani dać się więcéj ruszyćDobréj otusze, która mię zdradziła.Znowu-by teraz rada ożywiłaW sercu, niestetyż, żebym został żywy!Lecz gorszy nad śmierć żywot nieszczęśliwy!
Daphnida.Żyj i w téj biedzie i doczekaj czasu,Kiedy cię dźwignie miłość z tego kwasu.A doczekasz się pragnionéj nagrodyTego, coś widział w nagiéj dziś u wody.
Amyntas.Ach, tak się szczęściu i miłości zdało,Żem jeszcze cierpiał i ponosił mało;Że mi obrokiem tym oczy napasły,Którego dostać nadzieje zagasły!
Nerina.Ach, ach! już to mam do naszéj dziedzinyPrzynieść ja, roznieść żałosne nowiny?Kiedy się dowiesz, co się z tobą stanie,O swéj Sylviéj, zgrzybiały Montanie,Osierociały ojcze! Ach, niebożęOjcze, którego zwać ojcem nie może!
Daphnida.Słyszę głos smętny!
Amyntas.Słyszę-ć go téż i ja,Ale mię serce wskroś nożem przebija,Bo o Sylviéj z żałością wspomina.Ale któż to jest?
Daphnida.Zda mi się Nerina,Nimfa udatna, niepodłéj gładkościW oczach i twarzy i wdzięcznéj skromności.
Nerina.Przecieć to ojcu wiedziéć! Powiem, żeby, jeśliZostały jakie członki, w kupę znieśli,I gołe kości, jeżeli onych zbywa.Ach! ach! Sylvia! ach! ach! nieszczęśliwa!
Amyntas.Przebóg! cóż mówi?
Nerina.Sylvio, chudzino!
Daphnida.Czemu tak kwilisz i wzdychasz, Nerino?Czemu Sylvią wspominasz żałośnie?
Nerina.Ach, słusznie!
Amyntas.Czuję, że mi w sercu rośnieOstatni upad i dusza się kryjeW zimny lód z strachu. Powiedz, jeśli żyje?
Daphnida.Powiedz już rychło i nie daj się prosić!
Nerina.Już to mam, nędzna, taką stratę głosić?Przyszła Sylvia nago, jako z wody, —Wszak wiesz, czemu tak — do mojéj gospody.Tam insze wdziawszy i szaty i chusty,Prosiła, żebym do bliskiéj zapustyPoszła z nią, kędy na zwierza rzuconeJuż były sieci i już zgromadzone
Nimfy czekały z młodemi pastuchy,Pełne uciesznéj obłowy otuchy.Już miało wywrzéć, aż nad zwyczaj rosłyWilk wypadł z boku; głos wszytek podniosły.On się w las pomknął, a z brzydkiéj paszczękiToczył przez obie krwawą pianę szczęki.Ale Sylvia, miedzy ostrym hukiemZasadziwszy się na przesmyku z łukiemI pociągnąwszy do ucha cięciwy,Postrzeliła go w wierzch łupieża siwy;On przecie w knieje, ona, ostrą dzidęPorwawszy, po nim, a ja za nią idę.
Amyntas.Ach! zły początek! Nie panieńskiéj sprawyRzecz było drażnić zwierz tak niełaskawy!
Nerina.Ja-m za nią poszła, jéj-że prawie tropem,Lecz ona rętszym skoczyła pochopem,Żem pozostała; a gdy w gęstszéj byłaDąbrowie, cale z oczu-m ją zgubiła.Atoli i tę przebiegszy krzewinę,W czarną i pustą zapadłam gęstwinę,Gdziem obaczyła leżący na ziemiJéj pocisk i to, którym-em swojemiRękami włos jéj związała zawicie.A gdy się trwożę i oglądam skrycie,Postrzegam siedmiu wilków, którzy trawęKrwią pokropioną lizali, a strawęJuż byli zjedli i mięso obrane.Gołe leżały kości ogłodane.Znać po nich było, że im głód przyciska,Bo nie postrzegli, chociam była bliska.Że nam tak marnie taka dziewka wzięta!A ja-m też strachem i litością zdjęta,Uciekłam, wziąwszy tę chustę co pręcéj.Toż o Sylviéj nie powiem co więcéj.
Amyntas.Albo to mało? Kości, krwawe szlakiI rańtuch są-to pewne śmierci znaki.
Daphnida.Chwytaj go! Leci! Omdlał chudak, czyliUmarł prawdziwie!
Nerina.Przyjdzie w małéj chwiliDo siebie, bo mu puls na skroniach bijeI serce dycha... Nie bój się, już żyje.
Amyntas.Pókiż mię będziesz, o bólu leniwy,Trapił i póki będę nieszczęśliwyŻył wpośrzód katów i śmiertelnéj męce?Podobno, bólu, spuszczasz to méj ręce!Dobrze, i żebyś nie włóczył się więcéj,Lepiéj mi własna ręka w tym posłuży.Ale ponieważ krwawe zwierza zbrodnieI swój upadek widzę tak dowodnie,Cóż jeszcze czekam i czego się bawię?Ach! zła Daphnido, niechaj ci wystawięTeraz twą litość, którąś mię zawiodła,Kiedyś mój umysł od śmierci rozwiodła.Dochowałaś mię, ale gorszéj śmierci,Która mi serce nad własną śmierć wierci.Słodko mi umrzeć, zginąć było miło,Gdy już żelazo krew z piersi toczyło.Aleś ty rękę ściągnęła i nieba,Którym snadź gwałtem tego było trzeba,Żebym przez lekkie nie poprzedził ranyŻalu, który był od nich zgotowany.Lecz teraz, kiedy przeciwne wywarły,Co było złego w swéj radzie, zawarły;Teraz mi umrzeć już same pozwolą,I ty, Daphnido, pójdziesz za ich wolą.
Daphnida.Wytrwaj, dowiesz się lepiéj w czasie małem.
Amyntas.Ach! nazbyt już wiem i nazbyt słyszałem!
Nerina.Bodajbym była niema bez języka!
Amyntas.Nimfo, proszę cię, niechaj ta podwika,Jedno dziedzictwo po kochanym panie,Żałosny spadek po mnie się zostanie.Niechaj ten próżny łaski jéj zadatekDni moich krótki ozdobi ostatek.Niech ta pamiątka, która w sercu znaczy,Przyczyni więcéj śmiertelnéj rozpaczy!
Nerina.Dałabym, ale na złe się napierasz.
Amyntas.I to mi dobro okrutne wydzierasz?We wszytkim, widzę, szczęście się przeciwi.Niechże téż moim postępkom nie dziwi!Aleć mu prędko wszytkę władzę skrócę.Zostań-że z Bogiem; ja się już nie wrócę.
Daphnida.Postój, Amynta! poczekaj! Już okiemLedwo go dojzrzę, takim bieży skokiem!
Nerina.Próżno go gonić! Zaczym ja téż mogęIść w rozpoczętą do jéj ojca drogę.Ale szkoda go tym żalem obwieścić.Mam-li tak wszędzie nieszczęście dowieścić?
Chór.Niewielki tryumf zjadła śmierć odnosi.Że przyrodzonym biegiem człek umiera.Ale się sławą ulotniejszą wznosiPrzysięgła miłość, albo przyjaźń szczera,Kiedy i na śmierć bez strachu naciera,I dla których więc krwawych młodość płocha.W wojennych dziełach i utarczkach ginie,Téj sławy łacnie dostąpisz, kto kocha.Tu często wygrasz, tam cię śmierć nie minie;Tam rozbój, a tu złoty pokój słynie.A jeśli téż kto gwałtem pragnie bitwy,I w tym Kupido wygodzi mu hojny.Ma téż on swój szyk, ma swoje gonitwy,I nieustawnie lubi wczas spokojny,Czasem nabija i ma się do wojny,Wnosi się w pychę i pod się rad wbijeNieprzyjaciela, kiedy go przemoże,A wsiadanego usta w usta bije.Ale się skończyć ten bój bez krwie może,Gdzie placem bitwy miękko słane łoże.W skok się powadzi i z lada przyczynki,A snadź najbarziéj na to godzi, żebyCzęsto sam a sam zwodził pojedynki.
Dawszy zaś potym raz i drugi gęby,Przymierze stawa i kwita z potrzeby.
Comentarios
Cargando comentarios…