Akt IV

Traducido por Jan Andrzej Morsztyn

Amyntas

Daphnida.Bodaj to nieba sprawiły życzliwe,Żeby tak każde nieszczęście fałszyweTwoje bywało, jako były wieści,Któremi nas płacz postrachał niewieści.Ja-m cię dopiero za umarłą miała,Tak mi Nerina śmierć twą opisała,A ty, Sylvio, chwała Bogu, zdrowa.Ach! bodaj była nie przerzekła słowaI była niema, a ten chudak głuchy!

Sylvia.Wierz mi, że mało już było otuchyO zdrowiu moim i nie bez przyczynyTe się postrachy wszczęły u Neryny.

Daphnida.Mogła wżdy myślić; ale i te trwogiI co się wdało w takowy raz srogiI jakoś z niego wyszła, chciéj powiedziéć.

Sylvia.Tak się to działo, ponieważ chcesz wiedziéć:Bieżąc za wilkiem, tak-em w las głębokiZabiegła, że gdy przyszło błędne krokiNazad powracać, straciwszy ślad jego,Nie mogłam trafić do miejsca pierwszego.I tak obłowu próżno niosąc władzę,Kiedy po gęstwie i ścieżkami błądzę,

Postrzegłam tego wilka i poznałaPo strzale, która za uchem tkwiałaZ mego postrzału; a on z inszych wieląŚcierw jakiś dziki z paszczękami dzielą.I on mię postrzegł i jakoby chciwyPomsty za ranę od mojéj cięciwy,Rzucił się na mię z paszczęką zjuszoną.Ja-m téż dostała i ręką ćwiczonąCisnęłam oszczep. Ty wiesz, jako wieluPrzechodzę w téj grze, jeśli chybiam celu?A przecie w ten czas, choć zbliska rzucony,Nie słuchał ręki oszczep ustalony,I lubo w szczęściu, lubo w ręce wina,Rany nie odniósł wilk, ale drzewina.A on tym wściekléj, najeżywszy siwyŁupież, do mnie się brał i tak mi krzywyŁuk mój ubieżał, że, nie mając broni,Przyszło uciekać; ja wprzód, on w pogoniTuż za mną idzie. W takowéj przygodzie,Gdy zbieram prędko nogi na odwodzie,O włos mię własna chusta nie zdradziła,Bo się od włosów po powietrzu wiła,Zawadziwszy się na krzaku chrapawym.Czuję, że mię coś węzłem niełaskawymTrzyma za głowę; ale że o zdrowieIdzie, dodaję i nogom i głowie,Choć z bólem, mocy, i tak z onéj siłyWraz się i chusta i włosy rozwiły,I tam została; a mnie strach, co oczyZwyczajny miewa, dodał nóg ochoczy.I tak mnie bez wszéj poganiał zabawy,Żem uszła, wilka pozbawiwszy strawy.P oym do domu idąc już bez trwogi,Z tobą się, siostro, potkała w półdrogi;Ale zmieniono i dziwno mi było,Czemu cię moje potkanie trwożyło?

Daphnida.Już-ci ty żyjesz, chwała Bogu, ale...

Sylvia.Cóż ale? albo tak się gniewasz caleNa moje zdrowie, że-ć żal, żem ja żywa?

Daphnida.Radam, żeś zdrowa, ale siła krzywa!I jako to mię cieszy, żeś na woli,Tak mię cudza śmierć frasuje i boli.

Sylvia..A czyjaż to śmierć?

Daphnida.Amynty nędznego!

Sylvia.Ach, przebóg! jakoż umarł?

Daphnida.Nie wiem tego.I to niepewnie wiem, czyli umarł, czyli,Czyli żyw. Tak, wierzę, że mię nie omyliTa moja bojaźń...

Sylvia.A jakaż przyczynaTéj śmierci?

Daphnida.Sama śmierci twéj nowina.

Sylvia.Nie rozumiem cię...

Daphnida.Jako powziął smutnyI uwierzył mu (?) twój koniec okrutny,Żeś zginąć miała od zwierza na lesie,Pewnie mu to śmierć niechybną przyniesie!

Sylvia.Jako moje śmierć udano fałszywie,Tak snadź i jego. Obaczysz, że żywie!Boć nam ten żywot słodki, i kto w głowieMa rozum, woli, niż śmierć, dobre zdrowie.

Daphnida.Ach! nie wiesz jeszcze, czy nie chcesz dać wiary,Co może w sercu zawzięty bez miaryOgień miłości, w sercu, które czujeLudzkość i z niéj się nie cale wyzuje,Jak twe kamienne; bo gdybyś wierzyła,Wzdybyś miłością tego nie gardziła,Który cię nad zmysł, jako świadczyć muszę,I nad swe zdrowie kocha i nad duszę.Ale ja wierzę i wiem, bom widziałaW ten czas, gdyś sroga przed nim uciekała —

A uciekałaś okrutna w téj dobie,Kiedyś go miała przycisnąć ku sobie —Widziałam, mówię, że w ten czas zarazemOstrym chciał piersi przepędzić żelazem.I to chciał szczyrze, co tak siłą ruszył,Że i zanadrze krwią i suknie zjuszył.I gdybym była nie skoczyła rzéskoI nie zraziła, pewnie to igrzyskoTakby był skończył, żeby własną sprawąSerce był przebił, które niełaskawąOstrością swoją wprzód-eś ty przebiła.Ale-ć ta miła ranka próbą byłaDalszéj rozpaczy zwątpionéj stałości!I snadź ta rana, co nie doszła kości,Na to jest tylko tak zadana zrazu,Że wolną drogę pokaże żelazu.

Sylvia.Nową rzecz słyszę.

Daphnida.Widziałam zaś potem,Z jakim się o twéj dowiedział kłopotemFałszywéj śmierci, i jako go siłyOdbiegły wszytkie; i jak się wróciły,Tak zaraz bieżał zjadły i szalonyStracić ten żywot od ciebie wzgardzony.I już gdzieś leży bez pulsów i tchnienia.

Sylvia.I wierzysz temu?

Daphnida.Niémasz w tym wątpienia.

Sylvia.Ach! czemu-żeś się po nim nie puściłaI tak żałosnéj straty nie zbroniła?Pódźmy, szukajmy, bo jeśli dla srogiéjŚmierci méj chciał się zbawić dusze drogiéj,Toć za tym zdrowiem i szczęsnym powrotemZdrów być powinien, witać się z żywotem.

Daphnida.Goniłam ja go, ale takim skokiemBieżał, żem ścignąć nie mogła i wzrokiem.Jakoż go szukać, bo kędy nie wiemy?

Sylvia.Ach! zabiję się, kiedy nie znajdziemy,I sam przyczyną będzie iobie śmierci!

Daphnida.Pewnie cię, sroga, frasuje i wierci,Że-ć twojéj śmierci i sławy i dziéłaJegoż właściwa ręka zazdrościła;I snadź-byś sama wolała przez dzięki,Żeby od twojéj legł okrutnéj ręki.I stąd ci jego tak niemiła strata,Że nie z swéj sprawy skończył i zszedł z świata,Ale pociesz się; jakkolwiek umiera,Twoja go srogość sama w grób zawiera.Dla ciebie kona; wie to każdy i ja;Przez ręce twoje miłość go zabija!

Sylvia.Ach! zabijasz mię! ach, ten żal niemały,W który mię ta śmierć i te słowa wdały,Pomnaża pamięć mojéj surowości,Którą-m ja słowem chrzciła poczciwości.Jakoż i była, ale nazbyt mściwaI jadowita i nielutościwa.Teraz to wiozę i nie w czas to czujęI przeszłych swoich postępków żałuję.

Daphnida.Cóż to ja słyszę i jakie to dziwy,Że cię taki wzgląd rusza lutościwy?Co to ja widzę? Sylvia łzy leje?I pyszna dziewka dla kogoś boleje?Ale ten twój płacz czy płacz to miłości?

Sylvia.Nie miłości, nie, ale płacz litości.

Daphnida.Posiłek-to jéj; tak za sobą chodzą,Jak po błyskaniu pioruny nadchodzą.

Chór.I owszem, kiedy miłość w sercu cichaChce się wkraść pannom, z których ją wypycha

Poczciwość, w ten czas w litości ubierzeI w kształcie skruchy, który na się bierze,Ukradkiem, zdradą i niejawnym szykiemPod jéj się u nich rozgaszcza płaszczykiem.

Daphnida.Miłości-to płacz, bo sowito ciecze.Milczysz, Sylvia, już cię miłość piecze.Kochasz, lecz niewczas; ciężko-ć okrutnicy,Że kochasz, ale kochasz po próżnicy.Pojzrzy, Amynta, jaką miłość karęZa znieważoną zesłała twą wiarę.Tyś, jako pszczoła (która żyć przestanie,Żądło wpuściwszy i swój w cudzéj ranieŻywot zostawia), przez ostatnią sprawęMiłości twojéj i śmierci postawęTo serce przebił i miłości skruszył,Któregoś żywą usługą nie ruszył.Och! jeśli kędy blisko zawieszonyW powietrzu błądzisz, duch z ciała zwleczony,Pojzrzy, Amynta, na téj łzy, i niemiPociesz trosk swoich, któreś czuł na ziemi.Kochałeś, póki żył, a zaś jak sobieSkróciłeś życia, kochają się w tobie.I tak się to-ć zda, że boskie wyrokiPo śmierci u niéj naznaczyły wzrokiŁaskawsze i że ona tak trzymała,Że-ć za krew tylko łaskę przedać miała.Dałeś jéj tedy dostatnią zapłatę,Kupiwszy miłość jéj za zdrowia stratę.

Chór.Droga zapłata temu, co zapłacił,I ten, co przedał, tym się nie zbogacił.

Sylvia.O! bodaj jego żywot na odmianyZa miłość moje mógł mi być oddany!I owszem-bym ja za onego życieMogłabym swoje dać zdrowie sowicie.

Daphnida.Nierychłoś mądra, próżno dobrotliwa,Kiedy-ć pożytku stąd nic nie przybywa.

Ergast.Tak mam i serce żalem napełnioneI zmysły nowym przypadkiem strapione,Że co usłyszę, gdzie obrócę oczy,Słuch mi nowy strach, wzrok żałość przytoczy.

Chór.Cóż tak smętnego z sobą też przynosi,Co żal swój słowy i postawą głosi?

Ergast.Śmierć wam godnego pasterza przynoszę,Amynty, mówię.

Sylvia.Ach! co mówi, proszę!

Ergast.On zacny pasterz, jeśli kto tuteczny!On tak przyjemny, udatny i grzeczny,On, z którym Nimfy i leśne DryadyI mądre Muzy bawiły się rady,Umarł, zerwany w kwieciu swéj młodości,A jeszcze jaką śmiercią, o żałości!

Chór.Powiedz nam wszytko, prosimy, że i myNasze lamenty z twojemi złączymy,Płacząc miłego, wziętego przed latyPasterza, i w nim spólnéj naszéj straty.

Sylvia.Nie śmiem się przymknąć ku takiéj nowinie,Słuchać, co słyszeć przecie nie ominie.Okrutne serce! ach! serce z opoki,Czego się lękasz? Pomkni rącze krokiPrzeciw tym nożom, które w cię te słowaI słuszna skarga wrazić jest gotowa!Tu ty się pokaż, jeśli cię nie zranią.Słusznie cię, słusznie z zbytnich hartów ganią.Pasterzu! ja-ć téż przychodzę po częściPomagać żalu i słusznéj boleści.Jakoż mię barziéj, niż mniemasz, obchodzi,Barziéj dolega, niż się wierząc godzi.

Ja ten żal biorę, jako sobie winny,A ty go nie taj i bądź w tym uczynny.

Ergast.Wierzę-ć, o Nimfo, bo i ten chudzina,Niż mu ostatnia zamknęła godzinaGodne żyć usta, przy samym wytchnieniuW tym skończył żywot i mowę imieniu.

Daphnida.Zaczni-że tedy; wszytek orszak prosi.

Ergast.Byłem na ten czas tam, gdzie się podnosiNasza równina w pozorne pagórki,Gdziem znaczne stawiał na zające sznurki,Kiedy Amyntas przebiegał, lecz taki,Że widome niósł poruszenia znaki.Twarz była insza i krok pomieszanyI wszytek pełen niezwykłéj odmiany.Bieżałem za nim, gdzie on dogonionyRzekł mi: „Ergaście, uczyń mi przysługę,Pódź ze mną za tę z gór bieżącą strugę,A bądź mi świadkiem jednéj mojéj sprawy;Ale wprzód na cię, jeśliś to łaskawy,I na twą wiarę wkładam węzeł tęgiPewnych obietnic i świętéj przysięgi:Że i zdaleka staniesz i przeszkodyŻadnéj nie wniesiesz do téj — to przygody“.Ja (bo któżby był kiedy sobie wróżył,Że się w nim umysł taki wściekły srożył?)Mówiąc, jako chciał, za nim słowo w słowo,Zaprzysiągłem się strasznie i surowo,Wzywając bogów, których my pasterzeNad wiejskich ludzi boimy się szczerze.Po téj przysiędze spiesznie postępował,A ja-m téż za nim téj ścieżki pilnował;A żeśmy przyszli tam, gdzie przykre skały,Nasze się pola ku niebu wydałyI gdzie się góra najwyższa być zdałaI nieprzystępną przepaścią przerwała.

Tuśmy stanęli, a mnie z téj uboczyTak przykréj aż mrok poszedł jakiś w oczy.I cofnąłem się, ale on wesołyI z méj bojaźni z uśmiechem napołySzydząc, pomknął się jakoby z igrzyskiemNa samę krawędź i, na brzegu śliskiemStojąc, tak mi rzekł: „O gdyby, o gdybyWedług méj woli działo się, bez chybyWilków drapieżnych zwoływałbym, żebyNakarmili mną wygłodniałe gęby.I by tak łatwo było o paszczękiZwierzęce, jako o śmierć z swojéj rękiI o przepaści, tębym obrał sobieŚmierć, która mnie już umorzyła w tobie,Kochana dziewko, żeby jedneż wrotaI sposób śmierci puścił nas z żywota,I żeby kości moje rozwleczoneTak były, jako członki twe pieszczone.Lecz że mi zwierza długo czekać i wy,Nieba, trzymacie żywot nieszczęśliwy,Już się téj śmierci trzymać nie zaszkodzi,Która odmianę prędkością nagrodzi,Idę za tobą jak najśpieszniéj mogęI towarzystwa-ć, Sylvio, pomogę,Jeśli-ć się tylko nie uprzykrzę i tym.Jakoż zdałbym się być w szczęściu sowitymI umierałbym bez wszelkiéj ciężkości,Gdybym był pewien, że z mojéj stałościCieszyć się będziesz za moim przybyciem,I żeś skończyła gniew twój oraz z życiem.Sylvio! witaj! Już idę za tobą!“To rzekszy, rzucił tak potężnie sobą,Że głową na dół leciał miedzy skały,A ja-m na górze został skamieniały.

Daphnida.Ach, przebóg!

Sylvia.Ach! ach!

Chór.A ty alboś drzemał,Żeś go od spadku takiego nie wstrzymał?Czyli-ć przysięga dana przeszkodziła?

Ergast.Nie to, i taby była ustąpiła,Boć też podobno nie ma w takim razieByć i przysięga sama na przekazie.Ale gdym postrzegł, co myślał teskliwy,Skoczyłem k’niemu zaraz nieleniwy.Jednak nieszczęście obu nas tak chciało,Że mi się tylko porwać go dostałoZa bawełnicę, którą miał u pasa.A ta, jak słaba na ciężar zawiasa,Wagą i pędem ciała rzuconegoZerwana, pana zdradziła swojego.

Chór.A ciało kędy?

Ergast.Nie wiem i nie chciałemPatrząc tam na dół i strasznym podziałemSkruszonych członków trapić wzrok żałosny.Ciało tam w sztukach.

Chór.O, przypadku sprośny!

Sylvia.Ach! jużeś teraz z kamienia, Sylvija,Kiedy cię powieść taka nie zabija!Jego zabiła śmierć moja fałszywa,Co nim gardziłam a ja-m jeszcze żywa.Choć już prawdziwa śmierć tego pożyła,Któremu-m milsza nad ten żywot była,Ale-ć żyć nie chcę, i jeśli odrazuŻal mię nie zniesie, zlecę to żelazu,Albo téj chustce, co nie bez przyczynyNie poszła z panem w tamte rozwaliny,Ale została mścić się krzywdy jego,Mścić śmierci jego i zabójstwa mego.Nieszczęsna chustko! niech cię nie obchodzi,Że z tobą trochę zabójca pochodzi

Pana twojego, bo cię nie z kochaniaTrzyma, lecz żebyś była i karaniaI pomsty śrzodkiem! Ach! bodajbym byłaW świętéj miłości z twym Amyntą żyła!Lecz że już trudno, więc za twą pomocąChociaż pod wieczną złączę się z nim nocą.

Chór.Nie trap się zbytnie, znać i on to czajęI barziéj szczęście, niż ciebie winuje.

Sylvia.Czegóż płaczecie, żałośni słuchacze?Jeśli mnie, niech mię nikt, proszę, nie płacze.Niegodnam łezki, niegodnam litości,Bom w sercu nigdy nie miała téj gości.Jeśli Amynty, znak-to żalu słaby,Któremu same wydołają baby.I ty, Daphnido, jeśli dla mnie toczyszTe łzy, któremi i me serce moczysz,Przestań ich; raczéj ostatniéj usługiPomóż mi, proszę, żeby mię kto drugiW tym nie uprzedził, żebym pochowałaNieszczęsne członki i ostatki ciała.Ta sama sprawa, lubo żałobliwa,Rękę mi jeszcze od śmierci wstrzymywa.Niech mu tę serce nagrodę oddawaZa miłość jego, gdyż inszéj nie stawa.A choć okrutna ręka nie jest godnąNa oczy jego sypać ziemię chłodną,Choć mu się krzywda stanie i w pogrzebieI że taż ręka zabiła i grzebie,Wiem jednak, że mu ten postępek miłyBędzie i będzie wdzięczen téj mogiły.Kocha on we mnie (jako to przy skokuŚmiertelnym dał znać) i w podziemnym mroku.

Daphnida.Ja-ć z tobą pójdę, gdzie się chcesz obrócić,Ale ty nie myśl życia sobie skrócić.

Sylvia.Dotąd-em złości méj żyła i sobie;Ostatek daję dni moich żałobie

Po wiernym słudze, i tak będę żyła,Póki go moja nie zawrze mogiła.Ale nic dłużéj nie bawiąc pod niebem,Oraz to skończę żywot mój z pogrzebem.Pasterzu, powiedz, gdzie ten padół bieżyI gdzie to ciało roztrącone leży?

Ergast.Tą się spuść ścieżką, a za małą chwilęDojdziesz.

Daphnida.Wiem ja, jeśli się nie mylę.

Sylvia.Boże was żegnaj, a na wieczne czasy,Pasterze, łąki, rzeki, pola, lasy.

Chór.Tak nas ta żegna, jakoby koniecznieRozstać się z nami umyśliła wiecznie.

Chór.Co śmierć rozwiąże, to miłość skrępuje.Téj strzała z kosy tamtéj tryumfuje.Różne ich dzieła: śmierć ludzie kaleczy,A miłość leczy.Miłość przyczyną niezmyślonéj zgody,Niebieskie ziemi przywraca pogody,Który, kto pilen życzliwéj przestrogi,Równa się z bogi,Których ta miłość sprowadza na ziemię,Powinowacąc z niemi ludzkie plemię.Skąd sam Jupiter do lichego domuWchodzi bez gromu.Ty sam, Kupido, uniżasz i bogiI podłe wznosisz pod niebiosa progi,Że się z ziemskiemi ziemskie przy twéj pieczyRównają rzeczy.

Comentarios

Cargando comentarios…