Prolog
Traducido por Jan Andrzej Morsztyn
Amyntas
Ktoby rzekł, żeby pod człowieczym strojemI pod wieśniackim wystrychnioną krojemPasterską płachtą, miałby być bóg jaki,A bóg nie leśny, bóg nie ladajaki,Albo z tych bożków porządku niższego;Ale niebieski, i ten, nad którego
Słuszniejszego-byś snadź nie znalazł w niebie.Który Marsowi krwawéj po potrzebieWydziera pałasz, widły Neptunowi,Co ziemią wstrząsa, nawet JowiszowiWielkiemu śmiele piorun z ręku bierze.W takiéj postaci i w takim ubierzeZ wielką-by swego poznała trudnościąSyna bogini, co włada miłością.Ja-m od niéj uciekł, i musząc uchodzićTak się ukrywam; bo téż chce przewodzićI do tego mnie ciągnie i niewoli,Żebym swą bronią władał po jéj woli.A jak to płocha górnomyślna żona,Kiedy ja niżéj pocznę patrzać, onaTylko mię w pyszne pałace, w koronyWpycha i w dwory, i tam niedoświadczonyKunszt méj potęgi pokazować radzi;A w młodszéj braciéj mojéj i czeladziDozwala lasów, i nad pasterskiemiPastwić się sercy niepolerownemi.Jażem nie dsieciędziecię, ani żaczek prawy,Chociaż mam i twarz dziecinną i sprawy!Chcę sobą rządzić i iść po swéj woli,Bo mnie, nie onéj, co ją pawnie boli,Łuk złoty za część działu przysądzono,I wszechmocnéj się pochodnie zwierzono.Dlategoż często, nie przed jéj rządami,Bo tych nie słucham, ale przed prośbami,Które u syna siła wywódz mogą,Nieraz uciekam, i często w ubogąUchodzę chatkę, i często się lasemGęstym ukradam, a ona tymczasemSzpieguje pilno, i z wielkiéj teskniceWoła, zwabiając na swe obietnice:
Dam temu, kto mi syna wyda megoPocałowanie, abo coś milszego.Jakobym ja téż za taką wygodę,Że mię zamilczy, nie mógł dać w nagrodęPocałowania, abo coś milszego.To wiem przynajmniéj, że dziewczęta z megoPocałowania doznają lubościWięcéj, jeśli się ja znam na miłości,Który-m jest miłość; i tak po próżnicySzuka chytrego w cudzéj tajemnicy.Ażeby się jéj prace tym przydałoI by mię znamię jakie nie wydało,Po który m-by mię mogła zejść w téj zgubie,Złożyłem łuczek, skrzydełka i łubie.Alem tu przecie nie przyszedł bez broni;Pochodnią-m zmienił w laskę: téj nie schroniNikt się wyrytym płomieniom ognistym.A taż strzała jest, chociaż nie złocistymBłyska żeleścem, hartu niebieskiego,I miłość zaraz wprowadza w rannego.To ja dziś zranię niezleczoną ranąSerce złéj dziewki, nad którą z DyanąSnadź okrutniejsza żadna nie poluje.I niemniejszy mi postrzał dziś poczujeSylvia (takie imię jest téj panny),Niż ten, którym jest nie dopiéro rannyAmyntas w ten czas, gdy młodzi obojeSpólnie przechadzki, spólnie łowy swojeOdprawowali. Ażeby mi byłaZacniejsza) sprawa, chcę, żeby zmiękczyła
Litość to serce, w którym się zamknęłaOstra poczciwość i mróz, którym zdjęłaSrogość te piersi i panieńska pycha.Dopiéro w ten czas rzucę strzałę z cicha!Więc, zebym więcéj miał czasu do tego,Wmieszam się w tańce koła pasterskiego,Których tam widzę siła powieńczonychI na doroczny kiermasz zgromadzonych.I tam wyprawię dzieło tak subtelne,Że go i oko nie dojrzy śmiertelne.Dzisiaj w nowy kształt, w nowe obyczajeBędą te prawić o miłości gaje.I znać to będzie, że ja bóstwo swojeSam-em tu przyniósł, nie przez sługi moje.Niewyćwiczone ponapełniam głowyNieznajomemi dowcipy, a słowyGładkiemi dźwięk ich języko osłodzę.Bo ja jednako, gdzieżkolwiek przychodzę,Wszędzie-m jest miłość, jako miedzy panyTak i przy trzodzie i miedzy łachmany,I rożość osób, bogactw, urodzeniaZrównywam według mego rozumienia.To to najwyższa sława, te są cudaNamilsze moje, gdy tak wdzięcznie dudaWiejski z łaski méj zagra na multankach,Jako ćwiczony lutnista przy pankach.Jeśliże matka (która, że tu błądzę,Gniéwa się) tego nie widzi, tak sądzę,Że ona ślepa a nie ja, któregoŚlepy niesłusznie lud ma za ślepego.
Comentarios
Cargando comentarios…