Pieśń ósma

Traducido por Piotr Kochanowski

Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona

Iuż beły wiatry ucichły szaloneY niepogoda iuż się spokoiła,Iuż y na ziemię y na morze słone,Złote iutrzenka świty prowadziła;Lecz podziemna ćma, która wichry oneWzbudziła, przedsię sztuki swe robiła;Astragor chytry tusząc, że co zyszce,Tak Alekcie, swey mówi towarzyszce:

„Patrzay Alekto, że się tu iuż stawiłY do Goffreda idzie ten, któregoSam Bóg bez chyby nam na złość wybawiłŻywo od miecza Solimanowego;Ten chrześcianom będzie wszystko prawiłO królewicza porażce szwedzkiego,Odkryie wszystko, zaczem ponno oniSłać po Rynalda muszą w tak złey toni.

Początkom trzeba zabiegać, bo z trochySkry skrytey często ognie wielkie były,Idź do chrześcian, zmieszay ich — niech płochyŻołnierz sam na się użyie swey siły:Między Angliki, Szwaycary y WłochyWrzuć ogień, a iad puść im w krew y w żyły,Niechay się wściekłe gniewy w nie wprowadzą,Niechay się sami między sobą wadzą.

Godna ta sprawa rąk y twey roboty,Masz plac panu się naszemu przysłużyć!“Tak rzekł Astragor, a ona ochotyPełna, chce zaraz w oney sprawie służyć;W tem w obóz, między ozdobne namiotyWiechał on rycerz, myśląc kogo użyć,Aby mu przystęp ziednał u Hetmana,Chcąc mu oznaymić śmierć swoiego pana.

Kiedy się pilnie o Hetmanie pytał.Każdy mu namiot iego ukazował;Tam wprowadzony, z ukłonem go witałY, rękę iego uczciwie całował,Potem tak począł: „Kto twe dzieła czytałY wie, iakoś te kraie powoiował —Zdziwi się, bo twa sława, iako trzeba,Od oceana sięga aż do nieba.

Radbym ci beł niósł weselsze nowiny,

„Sweno, szwedzkiego króla syn iedyny,

Chciał być ieden z tych, co do PalestynySzli, dla Chrystusa przypasawszy miecze;Niebezpieczeństwa y ociec ubogi,Iuż zeszły — nie mógł rozwieść mu tey drogi.

Chciał spraw pod tobą nawyknąć marsowych,Tak dobrem mistrzem — y z wielkiey chciwości,Gniewał się na się, że dotąd w domowychSchowany państwach, gnuśniał w nikczemności;Słyszał o wielkich dziełach RynaldowychY sławie ieszcze w niedoszłey młodości;Ta go chęć święta do tey drogi wiodła.Lecz miłość Boża naybarziey go bodła.

Przeto, iako się iedno nagotował,Z przebranem ludem z domu wyszedł w poleY na Tracyą drogę swą kierowałY szedł na wielkie Konstantynopole.Tam cesarz grecki hoynie go częstował,Tam mu poseł twóy powiadał przy stole,Antyochiiey iakoście dostaliY iakoście iey potem dotrzymali.

Iako was beli obiegli Persowie,W mieście z swoiemi woyski tak wielkiemi,Że się tak zdało, że wszystko pogłowieWyszło y ledwie został który w ziemi.Ciebie też w swoiey nie zapomniał mowieY inszych kilku, ale przed inszemiRynalda, iako wykradł się rodzinie,Co potem zrobił y iako dziś słynie.

Powiedział y to, żeście iuż myśliliSzturmem się kusić o syońskie grody,Radząc, abyśmy z niem nie opuściliTey do zwycięstwa tak piękney pogody.Taką zagrzany mową w oney chwiliTak posła twego beł królewic młody,Że sobie z serca przybydź na czas życzyłY nie tylko dni, lecz godziny liczył.

Tak mu się zdało, że mu wymawianoIego nikczemność w cudzem zalecaniu,Y kiedy mu się zatrzymać kazano,Niechciał przestawać na niczyiem zdaniu.Niebespieczeństwo, które przekładano,Za nic sobie ma; a to na świtaniu,To utęskniony w nocy zawsze myśli,Abyśmy na czas do potrzeby przyśli.

Sam się na swą śmierć ukwapliwy bierzeY w nieszczęście nas wielkiem gwałtem ciągnie,Noc mu się zdała bydź nie w swoiey mierze,Nad zwyczay dłuższa y ledwie go wściągnie.Co krótszą drogę sam sobie obierzeY tak skoro się lud do kupy ściągnie,Ruszy się z mieysca, myśląc złe przechodyY niebespieczne przebyć bez swey szkody.

Siłaśmy nędze na drodze użyli.Ale y głody y zasadzki skryte,Y niewczasyśmy wszystkie zwyciężyli,Pogaństwo uszło, albo beło bite.Iużeśmy nazbyt bespiecznemi byliDla szczęścia, które beło znamienite —Kiedyśmy gęste pospinali wozy,— Przy palestyńskiey granicy — w obozy.

Tam ci, co naprzód chodzili — przybiegli,Daiąc znać, że zbróy srogi chrzęst słyszeli,Y że chorągwi nie mało postrzegliY ztąd — że lud beł wielki — rozumieli.Wiele ich beło, co srodze pobledliNa te nowiny y uciekać chcieli;Postaremu się królewic rumieniY ani twarzy, ani głosu mieni.

„Dwie — prawi — mamy przed sobą koronie,Iednę zwycięstwa, drugą męczennictwa:W tamtey nie wątpię, tę włożyć na skroniePragnę, z świętemi pewien uczesnictwa;Y tu nas późny wiek niezapomionie —Y tam dostąpiem wiecznego dziedzictwa.Tu na tem polu świat nasze ozdobyY nasze będzie ukazował groby“.

W tem straży zawiódł y obóz obbieżał.Dzieląc urzędy z pracą między swoieY kazał, aby każdy zbroyno leżał,Sam także z siebie nie zdeymował zbroie.Nocy był ten czas, gdy naybarziey bieżałSen na troskliwe ludzkie niepokoie —Kiedy pogańskie okrzyki i głosyWstały, które szły pod same niebiosy.

Uderzą w larmę; on zaraz wesołoW przód przed inszemi w świetney stanie zbroiY z pięknem okiem okazałe czołoW barwę śmiałości pospolitą stroi.Wnet nas pogaństwo otoczy. Iuż kołoObozu woysko niezliczone stoi,Las gęstych kopiy przeciwko nam stanie,Chmurę strzał na nas wypuszczą, poganie.

W nierówney bitwie — bo przeciw iednemu,Ieśli nie więcey, do dwudziestu było —Siła ich legło, siła po nocnemuCieniu z okrutnych ran z świata schodziło.Oko zakryte pobitych żadnemuUyrzeć nie dało y nie dopuściło,Bo razem szkody y nasze dzielnościNoc okrywała płaszczem swey ciemności.

Iednak królewic tak się ukazował,Że go znać było dobrze, chocia w nocy,Ieśli mu się kto z bliska przypatrowałY iego siłom y sercu y mocy.Gdzie iedno bystry swóy koń nakierował,Gdzie mieczem kinie y gdziekolwiek skoczy —Krew wielka płynie wszędzie w onem czesie,Strach srogi w oczu, a śmierć w ręku niesie.

Aż dotąd, kiedy na świat wychodziłaZłota iutrzenka — ona bitwa trwała;Ale skoro noc dniowi ustąpiła,Która strach gęstych śmierci zakrywałaDopiero światłość niebieska odkryłaY oku woysko zbite ukazała:Po polu gęsty trup leży y małoRycerstwa co iuż naszego zostało.

Sto nas zostało ode dwu tysięcy.Kiedy królewic uyrzał zbite szyki.Ia niewiem, ieśli strwożył się widzęcyPobite pierwsze swoie woiowniki —Nie dał tego znać, tak do swych mówięcy:„Mamy, o bracia, dobre przewodnikiY my za niemi w niebo ich przykłademIdźmy, krwią od nich naznaczonem śladem“.

Y wesół z śmierci, że iuż beła bliska,Niósł piersi pełne niebieskiey ochoty;Nieprzyiaciel nań zewsząd gęste ciskaMiecze, kopiie, strzały, ostre groty.Że nie tylko ta z stali zbroia śliska,Lecz Wulkanowey podobno robotyNie wytrwałaby — tak że iego ciałoSkłóte, iedną się tylko raną zdało.

Nie żywot trzyma, ale niepożytyWęzeł dzielności członki iuż zemdlałe:Kole — sam skłóty y biie — sam zbityY w skłótem ciele serce ieszcze śmiałe.W tem wzrostem wielki, wzrokiem iadowityMąż, maiąc oczy groźne i zuchwałe,Siekł nań tak długo z drugiemi swoiemi,Że naostatek Sweno beł na ziemi.

Poległ, niestetysz! kwiat piękney młodościY nie beł żaden, ktoby go ratował.Wami, droga krwi y szlachetne kości!Świadczę, iakom się na ten czas sprawował:Wzgardziłem żywot y z wielkiey żałościSzedłem na miecze, piersim nadstawowałY by to beło wiecznych losów zdanie,Żem śmierć miał podiąć — zarabiałem na nię.

Iam tylko ieden sam między trupamiŻyw leżał y to tylko też co żywy,Y niewiem, co się potem działo z nami,Tak mi był odiął zmysł mrok nieżyczliwy.Lecz skorom mdłemi przeyrzał kęs oczami,Które był zaćmił cień niepamiętliwy —Noc mi się zdała y że w onem mrokuPłomień się błyszczał zemdlonemu oku.

Nie miał wzrok w ten czas w sobie takiey mocy,Aby beł rzeczy rozeznał widziane;Lecz beł, iak gdy kto raz otworzy oczy,Raz zawrze — w poły czułe, w pół ospane.Osurowiałe rany w zimney nocy,Dopiero bóle czuły niesłychane:Bólu to ieszcze więcey przydawało,Że się na wietrze pod niebem leżało.

W tem, gdy się ona światłość przemykała,Usłyszę iakąś cichą dwu rozmowęY przymknąwszy się podle mnie została,Iam podniósł z strachu ociężałą głowę;Aż w szacie, która do ziemie sięgała,Uyźrzę dwu z ogniem y usłyszę mowę:„Dufay, o synu, Boskiey opatrzności,Ten cię ratuie w twoiey doległości“.

Potem przystąpił y tknąwszy mi głowy,Żegnał mię, w wielką pokorę ubranyY patrząc w niebo, nabożnemi słowyMówił nademną rym niezrozumiany.Y rzekł: „Wstań!“ A ia wstawam zaraz zdrowy,Bólu nie czuię, ani żadney rany,Owszemem się zdał sam w sobie czerstwieyszyY [o cud wielki!] dobrze ochotnieyszy.

Zadziwiłem się y myśli lękliweWierzyć nie chciały onemu cudowi,Aż mi ieden z nich: „Czemu — pry — wątpliweMałowiernemu zmysły rozumowiPoddawasz? Uwierz, my ciało prawdziweNosiem y słudzy sąśmy Iezusowi,Którzyśmy światem wzgardzili obłudnemY tu na mieyscu mieszkamy bezludnem.

Mnie Twórca świata, Miłośnik człowieczyKazał o tobie pilne mieć staranie,Któremu nie dziw wielkie czynić rzeczyPrzez podłe środki, nad ludzkie mniemanie.Ten y to ciało ma na swoiey pieczy,W którem cna dusza miała swe mieszkanieY chce, żeby z nią w iasność obleczoneY w nieśmiertelność beło ziednoczone.

Y żeby mu był grób taki sprawiony,Iaki należy ciału tak zacnemu;Który u świata będzie poważonyY oznaymiony wiekowi późnemu.Poyrzy po gwiazdach, a patrz z prawey stronyNa iednę, słońcu podobną iasnemu:Tać przewodnikiem będzie y pobieżyŻywem promieniem, tam gdzie twóy pan leży“.

W temem obaczył z wielkiem podziwieniem,Że z oney gwiazdy światłość wychodziłaY rościągnionem do ziemie promieniem,Gdzie ciało beło — prosto wymierzyła.Y królewica swem iasnem płomieniemY wszystkie iego rany oświeciła,A potem nagle ode mnie bieżałaY tak, iako krew, wszystka szczerwieniała.

Nie na nos leżał; ale iako żywyMiewał do nieba umysł obrócony:Tak y na on czas — choć martwy — wzrok chciwyDo gwiazd obrócił, na wznak położony;Miecz w iedney pięści ściskaiąc pierzchliwy— Iakoby chciał bić — trzymał wyniesiony,Drugą do piersi nabożnie przykładał,Tak iakoby się za grzechy spowiadał.

Kiedym tak łzami święte kropił rany,Nie bez żałości, nie bez wielkiey męki —Królewicowi miecz mocno trzymany.Z pięści pustelnik wyimował przez dziękiY rzekł mi zatem: „Ten miecz krwią rumiany,Którem dopiero wyiął z mężney ręki,Iest tak hartowny y tak doskonały,Że dawne wieki takiego nie miały.

Bóg w dyamencie wyrok ten wykował:Ponieważ pana utracił pierwszego,Aby w tey stronie darmo nie próżnował,Lecz aby prędko poszedł do drugiego,Któryby w równey sile niem woiował,Ale szczęśliwiey i czasu dłuższegoY niem się pomścił: iego to robota,Nad tem, co Swena pozbawił żywota.

Soliman Swena zabił, w SolimanieTen miecz ma zostać y być utopiony.Przeto zanieś go tam, gdzie chrześcianiePod miastem maią obóz zatoczony.Nie bóy się, abyć w drodze wstręt poganieMieli uczynić z iakieykolwiek strony;Ten, który cię śle, tak cię poprowadzi,Żeć nic przygoda żadna nie zawadzi.

Ten każe, aby od ciebie wiedzieli,Iakoście mężnie z pogany czynili,Iakoście pana pobożnego mieli,Iako dzielnego, iakoście go zbyli —Aby drudzy bydź ochotnieysi chcieliY chętniey zbroye krzyżami znaczyli,A wielkie serca tem ogniem zagrzane,Mnożyły wiarę y krzyże rumiane.

A żebyś wiedział, kto mieczowi temuMa tak dobremu własnem zostać panem:Ten iest Bertoldow mężny syn, któremuNikt nie może bydź w męstwie porównanem.Temu go odday a mów mu, że iemuPomsta należy y że iest obranemOd Boga na to“. Za onemi słowyDo siebie mię zaś obrócił cud nowy.

Tam, kędy beło Swenowowe ciało,Uyrzałem wielki grób wybudowany,Które weń weszło. Iako się to stało —Y oko y zmysł nie wie obłąkany.Ktoś tylko na niem [iako mi się zdało]Z iego wielkich dzieł rym pisał zebrany,A iam wzrok chciwy obrócił do góry,Patrząc na napis y gładkie marmury.

„Tu — mówi starzec — między przyiaciołyMa twego pana ciało odpoczywać,A iego drogi — na niebie z anyołyWiecznego dobra — duch będzie zażywać.Ale ty przestań płakać y wesołyChciey się na lepszą teraz myśl zdobywać,A zostań zemną dzisia w tey gościnie,Dokąd z gwiazdami ciemna noc nie minie“.

Tu starzec zmilknie y potem mię wiedziePo przykrych górach, co mię spracowały;Ażeśmy weśli po zwierzęcem śledzieW straszną iaskinią iedney ostrey skały,Gdzie srodzy wilcy y dzicy niedźwiedzieY lwice z swemi szczenięty mieszkały.Tu z uczniem mieszkał: święta go broniłaNiewinność lepiey, niźli mieczów siła.

Iabłkami tylko, które z lasu bierze,A twardem łożem starzec mię częstował.W tem świt rumiany we złotem ubierzeOgniem pleciony warkocz ukazował.Pustelnicy też wstali na pacierze,amIam też modlitwy swoie odprawował;A potemem ich pożegnał y w drogęPowróciłem tu ukwapliwą nogę“.

Skoro Szwed skończył, Goffred zasmuconyTak mu na iego odpowiedział mowę:„Y ia y wszystek żołnierz — utrapionyMusi być na tę żałosną ponowę:Ponieważ lud wasz mężny i ćwiczonyOd nieprzyiaciół pobity na głowęY wasz pan, iako błyskawica, razemY kazał się y poległ żelazem.

Ale szczęśliwsza to śmierć, niż dostaneWielkie królestwa y bogate księstwaY dawnych wieków dzieie opisane,Większego nad to nie ukażą męstwa.Iuż oni w złote wieńce opasaneUbrali głowy dla swego męczeństwa;Ia wierzę, że tam każdy ukazuieSwe drogie rany y z nich tryumphuie.

A ty, którego Bóg na tey dolinieNędznego świata ieszcze chciał zostawić,Miałbyś oddawszy troski złey godzinie —Lepszey się myśli y weselszey stawić.A co się pytasz o Bertolda synie —Błąka się, ale gdzieby się miał bawić,Niewiem — a ty się strzeż drogi wątpliwey,Aż o niem rzeczy dowiesz się prawdziwey“.

Gdy taka była o Rynaldzie mowa,Wszyscy go barzo w on czas żałowaliY ozwał się ktoś, który rzekł te słowa:„Ato go z woyska niewinnie wygnali“.Wszyscy, iakoby na to beła zmowa,Szwedowi iego dzieła powiadali:Iaki mąż z niego, iako się sprawowałW różnych potrzebach — a Szwed się dziwował.

Gdy tak na ono wszyscy wspominanieMiłość ku memu w sobie pobudzili —Ci, którzy byli szli na picowanie,Do obozu się z pól nazad wrócili;Pędzili woły y stada baranieY różną żywność z sobą prowadzili,Słomy y owsy y bydła dostatek,Tamto dla koni, a to zaś dla iatek.

Ci tę nowinę nieśli nieszczęśliwą,Którą za pewną wszystkim udawali,Że Rynaldowy puklerz y cierpliwąZbroię, krwią świeżą spluskaną — poznali.Zewsząd [bo ktoby rzecz tak żałościwąMógł zakryć] ludzie do nich się zbiegali;Co żywo, o śmierć pyta RynaldowęY zbroyę widzieć chce bobaterowę.

Poznali blachę y u miąższey zbroieZnak zwykły y herb na iego puklerzu,Na którem beł ptak ten, co dzieci swoieDoświadcza słońcem y nie wierzy pierzu.Ten, ilekowiek znaczne były boie,Zawsze widali na wielkiem rycerzu.A teraz z żalem, z gniewem pomieszanem,Widzą go bydź krwią srodze popluskanem.

Kiedy tak różnie po woysku szemranoY tę rzecz sobie rozbierali sami,Roskazał Goffred, aby zawołanoAlpranda, co był nad picownikami.Człek to był dobry — iako powiadano —Prosty, prawdziwy między rotmistrzami.Ten od Hetmana o zbroię pytany,Tak odpowiedział, cnotą zawiązany:

„Ztąd mil dwunastu, przy gościńcu, któryIdzie do Gazy, tuż blisko granice,Równina mała leży, wszedszy w góry,Które obeszły tamte okolice.Srzodkiem nie wielka rzeczka spada z góry.Stoki w niey gęste y żywe krynice,Mieyscami gęstwa y drzewa ozdobne,Zakrytem barzo zasadkom sposobne.

Myśmy tam stada szukali iakiego,Zwłaszcza, że kray beł w pastwiska obfity.A w tem uyrzemy kogoś umarłego,Który tam leżał przy wodzie zabity.Biegli tam wszyscy, bo z herbu zwykłegoZbroię poznali, trup sam beł nakryty;Gdym go chciał odkryć, kiedy go podięto,Tułów beł tylko, a głowę ucięto.

Ręki nie beło prawey, ran miał wiele,Na obie stronie wszystek przebodziony;Przy niem hełm próżny — co orła na czele;Białego niesie — leżał położony.Radbym beł komu, coby o tem cieleSprawę dać umiał. A w tem z iedney stronyObaczę chłopa niedaleko, któryZayrzawszy nas, chciał spiesznie uciec w góry.

Lecz dościgniony y od naszych wziętyTę samę tylko powiadał nowinę,Że wczora, kiedy pasł bydło z chłopięty.Zayrzawszy konnych, skrył się w rakicinę.rokicinę.Ieden z nich trzymał w ręce łep ucięty;A kiedy pilnie patrzał przez krzewinę,Tak mu się zdało, że to był ktoś młodyY nie zarosły y ieszcze bez brody.

Y że go w torbę zaraz potem włożył,Którą do łęku sobie przywięzywał.przywięzował.A naostatku y tego dołożył,Że stróy — że nasi beli — ukazował.Iam zatem zbroię onę z niego złożyłY serdeczniem go, Bóg widzi, żałował.Zbroię tę z sobą przywiozłem, a onoCiało — kazałem, aby pogrzebiono.

Lecz, ieśli to iest Rynaldowe ciało,Inszego pewnie godne było grobu“.A iż Aliprand nadto wiedział mało,Odszedł zarazem z hetmańskiego progu.Goffredowi się przedsię iednak zdałoPytać się pilniey. Ma nadzieię w Bogu,Że się z pewnego znaku o tem sprawiY mężobóyca wrychle się obiawi.

A w tem ciemna noc pod płaszcz rościągnionyŚwiat, iako wielki, wszytek zasłoniła,A zmysł człowieczy słodkiem opoionySnem, odpoczywał y troska się kryła.Ty, Argillanie, ostrą przerażonyStrzałą, sam nie spisz, ale myślisz siła,Oczyć przezdzięki snu nie przypuszczaią,Złośliwe myśli pokoiu nie maią.

Ten zły, zuchwały, nieuhamowanyPrętki, porywczy ręką y ięzykiem,Na brzegu Trentu zrodzony, zchowanyW zwadach, beł nocnem domów naieźnikiem,Potem banitem y z ziemie wygnany,Łupił po drogach y beł rozbóynikiemDotąd, aż woyna w Azyey urosła,Która mu sławę iuż lepszą przyniosła.

Kęs tylko usnął dopiero ku dniowiY to w niem nie beł przyiemnny y miły.Ale podobny sen — paraliżowi,Bo mu iad lała brzydka iędza w żyłyY wnętrznemu coś czyniła zmysłowi,Że mu się myśli snem niespokoiłyY sama mu się wnet potem stawiłaW straszliwey larwie, która go straszyła.

Tułów mu wielki y straszny stawiłaY w oczy kładła — wrzkomo Rynaldowy,W lewey ucięty łep ręce trzymała,Straszny, wybladły, krwawy y surowyMowę mu od krwie ochrapiałą dała,A takie słowa wychodziły z głowy:„Uciekay — prawi — iuż dzień, Argillanie,Cóż? nie widzisz zdrad w niezbożnem Hetmanie?

Mnie zabił — ale choć na to niedbacie —Strzeżcie, abyście do tegoż nie przyśli.Zazdrość go gryzie a wy mu ufacie,Wiedzcie, że y was pozabiiać myśli;Lecz — ieśli chęci co do sławy macieY mężną rękę przy wysokiey myśli —Zostańcie raczey y nie uciekaycie,A krwią tyrańską duszę mą błagaycie.

Ia z tobą będę y we dnie y w nocy,Siłyć y serca będę dodawała“.Tą mową więtszey dodała mu mocyY gniew mu srogiem iadem hartowała.Sen wylękniony iadowite oczyOpuścił, z których wściekłość wynikała;Zbroię oblókszy zaraz się prowadziY Włochy naprzód do kupy gromadzi.

Prowadzi ich tam, kędy beł ogromnySzyszak Rynaldów z zbroią zawieszony —Y w przedsięwzięciu onem nie przełomny,Gniew y głos przedtem wymiata myślony:„Takli nam ten zły naród wiarołomny,Łakomy, pyszny, pychą wyniesiony,Zawsze kłaść będzie — by na niewolniki —Iarzmo na karki, munsztuk na ięzyki?

Takeśmy siedm lat wycierpieli wieleWzgardy, która nas od nieb potykała,Że przez tysiąc lat będzie [rzekę śmiele]Gniewać się o co włoska ziemia miała.A to y Tankred zbił nieprzyiacieleY ziemia mu się cylicka dostała,A Francuzowie pod niem iey dostaliY cudzą zdobycz zdradą otrzymali.

A kiedy się bić, kiedy wyciągaiąCzasy przewagę albo męstwo iakie —Nami naygorszą dziurę zatykaiąY na złe razy idziemy wszelakie;Kiedy zaś zdobycz y łup dzielić maią.Myśmy na stronie y niegodni. TakieNasze korzyści: krew tylko y szkody,A ich tryumphy, sława y nagrody.

Był czas, kiedy nas od nieb potykałyNieznośne krzywdy y lekkości siła,Ale — chocia się barzo wielkie zdały —Teraźnieysza ie małe uczyniła:Zabity Rynald, zgwałcone zostałyPrawa, sława się włoska znieważyła,A przedsię niebo piorunem nie biie?Ziemia ich nie źrze y pod się nie kryie?!

Rynald, obrońca zabit świętey wiary,A dotąd ieszcze został nie zemszczony;Na gołey ziemi — takie iego mary! —Leży zrąbany y niepogrzebiony.Kto sprawcą takiey niezbożney ofiary?A iako ma być [proszę] zataiony?Z włoskiey dzielności urosła przyczyna,Która Goffreda trapi y Baldwina.

Dziwną wam powiem, a powiem prawdziwą,Przysięgam na to żywemu Bogowi:Widziałem iego duszę nieszczęśliwą,Kiedy iuż było ku samemu dniowi.Ach! iaką radę hetmańską zdradliwąPrzeciw naszemu odkrył narodowi!Nie sen powiadam albo iaką marę...Y teraz go mam w oczach — na mą wiarę!

A my co? Czy być pod iego buławąY miłey przedsię zbyć chcemy swobody?Czy przed ręką, krwią niewinną plugawą,Uydziem do piękney Eufratowey wody?Gdziebyśmy rządem dobrem, dobrą sprawąWygnali tamte nikczemne narodyY w kraiach beli obfitych panami,Nie mieszaiąc się więcey z Francuzami.

Idźmyż, niechby krew bez pomsty została,[Ieśli tak chcecie] tak wielkiey osoby;Acz — gdzieby dzielność napierwsze wspomniałaSprawy swey ręki y dawne ozdoby —Nie długoby się ta złość pokarałaY nie trudnoby o takie sposoby,Że krwie niewinney rozlewca — przykłademBełby śmiercią swą tyranom szkaradem.

Ieśli tak będą wasze siły śmiałe,Iako potężne, iako wiele mogą.Ia mu sam wrażę miecz w serce zuchwałe;Wiem, że mi tego y drudzy pomogą“.To skoro wyrzekł, zaraz pułki całeZa Argillanem iedną idą drogą:Wściekła młódź bieży, wszyscy się mieszaią,Do mieczów wszyscy y do zbróy wołaią.

Miecz między niemi — wzgórę wyniesionąRęką — Alekto trzyma, którem siecze;A gniewy wściekłe y nienasyconąKrwie chciwość między gęste roty miecze.Coraz pomyka chmurę niewściągnionąIędza y ostre wszędzie ciska miecze;Z włoskich stanowisk do Szwaycarów poszłaY do Anglików potem się przeniosła.

Insze narody, nie tylko wzbudzonePospolitą się szkodą urażaią,Ale y dawne gniewy umorzoneTeraz się znowu w sercach odnawiaią.Francuzy: harde y niepowściągnione.Chełpliwe, pyszne, chciwe — nazywaią;Nienawiść, która przedtem beła skryta,Teraz wychodzi na wierzch, iadowita.

Tak bywa w garcu, kiedy woda wrzącaWewnątrz bełkoce u zawartey dziuryY nie mogąc się w sobie zmieścić, rącaWylewa na brzeg y drze się do góry.Nie da się tłuszcza zawściągnąć gorąca,Ieśli ią baczny chce hamować który;Tankred z Kamillem y Gwilelm nie byliY insi starsi, co niemi rządzili.

W kupy zmieszane pospólstwa odmienneBieżą y wszyscy na larmę wołaią,Trąby y bębny y insze woienneMuzyki — na krew serca pobudzaią.Gotyfredowi nie barzo przyiemneNowiny to ten, to ów — posyłaią;Baldowin pierwszy przybieży we zbroiY podle niego niestrwożony stoi.

On słysząc na się szczyrą potwarz onę,Do nieba umysł obraca troskliwy:„Ty mię sam, Panie, weźmi w swą obronę,Wiesz, żem na swych krew nie beł nigdy chciwyZdyim iem z błędnego rozumu zasłonęY uśmierz sam w nich gniew tak popędliwy,A iakoś świadom moiey niewinności,Tak ią iem odkryi z twey dobrotliwości“.

Poczuł, że go duch niebieskiey robotyNiezwykły zagrzał y wnątrz go przeymował;Pełen nadzieie y piękney ochotySwą twarz wesołą śmiałością farbował.Na ostre miecze, na wytknione grotyNiewylękniony śmiele następowałY chocia słyszy przegróżki zuchwałe,Idzie y czoło niesie okazałe.

Zbroię zupełną y płaszcz miał na sobieDrogiem iedwabiem wszystek przeszywany,Twarz miał odkrytą y tak szedł w ozdobieNiebieskiey, w straszną powagę ubrany.Kinie buławą y tą w oney dobieTuszy uśmierzyć woysko zagniewane —Tak do nich wyszedł y te mówił słowa,Lecz nie człowiecza zda się iego mowa:

„Zkąd się wziął ten zgiełk? kto go śmie prowadzić?W takiememli to u was poważeniu,Że się na płonnych plotkach chcecie sadzić,Po częstem y tak długiem doświadczeniu?Udawa snadź ktoś, że Goffred chce zdradzićY są ci, so mię maią w podeyrzeniu.Czekacie ponno, abym się sprawował,Albo dowody iakie ukazował?!

Nie da Bóg, aby od takiey sprosnościMiało być imię moie pomazane:Z przeszłem mem życiem broni niewinnościSumienie czyste y niezasromane.A teraz — miasto słuszney surowości —Miłosierdzie wam będzie pokazane,Dla przeszłych zasług, odpuszczam błędowiY waszemu was daię Rynaldowi.

Argillanową krwią będzie omytyGrzech spólny: on sam będzie pokutował,Że was w kupę zwiódł y lud pospolityPrzeciw zwierzchności swoiey pobuntował“.Kiedy to mówił, piorun mu zakrytyStraszney powagi z oczu wyskakował,Tak, że Argillan wylękniony stoiY gniewliwey się iedney twarzy boi.

A drudzy, którzy dopiero zuchwaliWstydu y względu żadnego nie mieli,Ale grozili y srodze łaiali,A miecze we krwi ostre topić chcieli —Teraz słów groźnych z pokorą słuchaliY podnieść oczu ku górze nie śmieli;A Argillana — zaraz po tey mowie —Woyskowi od nich wiedli profosowie.

Taki lew bywa, kiedy naieżonąGrzywą potrząsa y kiedy się sroży;Ieśli ten przydzie, co mu przyrodzonąSrogość okrócił — ogon pod się włożyY pod mistrzową ręką wyniesionąCierpi karanie y surowe grozy;Iuż y paznokci y straszliwey gębyZ wyostrzonemi zapomina zęby.

Tak powiadaią, że w ten czas widzianyBeł przy Goffredzie bohater skrzydlaty,Co przedeń puklerz wystawiał, miedziany(Cud przed dawnemi niesłychany laty!)W ręce miecz goły krwią trzymał spluskany,Która kroplami ściekała na szaty:Podobno to krew z miast y królestw ciekła,Które gniewliwa ręka iego siekła.

Skoro zgiełk ucichł, wszyscy kładli mieczeY z mieczmi zaraz zmiękczone niechęci.Goffred odszedszy, to tam, to sam — mieczeMyśli wątpliwe y pilnie się kręciKilku dni więcey szturmu nie odwleczeY potrzeby ma wszystkie na pamięci;Czasem sam idzie, czasem kogo ześleTam, gdzie tarany gotowali cieśle.

Comentarios

Cargando comentarios…