Pieśń dziesiąta

Traducido por Piotr Kochanowski

Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona

To mówiąc ieszcze, blisko siebie zoczył,Że koń ku niemu bieżał obłąkany;Poimawszy go, zarazem nań wskoczył,Chocia y ranny y beł spracowany.Hełm na niem pierzem ogromnem nie toczyłY kity pozbeł, wszystek porąbany,Zwierzchnią dołomę, którą miał na zbroi,Pokłóto na niem, że za nic nie stoi.

Iako uchodzi szczwany od oboryY kryie się wilk z okrzykiem pędzony,A choć w brzuch głodny włożył obrok sporyY choć się ledwie wlecze obkarmiony,Przedsię na gębie znać dawne przemory:Ssie krew y ięzyk trzyma wywieszony —Tak y on w ten czas szedł po onem boiu,Od głodów krwawych nie maiąc pokoiu.

Przez gęste hufce, przez nieprzyiacieleSzczęście go iego bespiecznie uwodzi:Leci strzał, mieczów y grotów tak wiele,On przedsię zdrowy na koniec przechodzi.Y tak nieznany w drogę idzie śmiele,Gościniec miia, ścieszkami uchodzi;A rozbieraiąc swe przygody sobie,Różny brał przed się rozmysł w oney dobie.

Y namyślił się potem ku końcowi,Do Egiptu się udać bogategoY przyszłey woyny pomagać królowiY znowu skusić Marsa surowego.Tak umyśliwszy, prosto ku NilowiPuścił się, wodza nie maiąc żadnego;Wiadom dróg y sam trafi do piaszczystychPól starodawney Gazy nieprzeyrzystych.

A choć się w bitwie bardzo beł zmordował,Chocia go rany okrutnie bolały —Zbroye y hełmu z siebie nie zdeymował,Ale w niey iechał wszystek on dzień cały.A kiedy Phebus iasny ustępowałY chmury nocne światło wyganiały —Rany powiązał y potem po kęsieOwocu z palmy ręką chorą trzęsie.

Tam nakarmiony daktyły onemi,Radby się przespał, radby się położyłY tak na trawie y na gołey ziemiUkładł się, a tarcz w głowy sobie włożył;Lecz za ranami osurowiałemiBól mu doymował, ból się barzo srożyłDo tego wnętrzni gryźli go sępowie:Żal y gniew w sercu y w strapioney głowie.

A gdy iuż beło cicho z każdey stronyY noc się beła dobrze nachyliła,Przykre kłopoty — trudem zwyciężony —Y troskę uśpił, która go trapiła.Mdły iednak beł sen, którego zasłonyY oko y myśl błędna przechodziła,Atoli usnął y usnąwszy — nowyDźwięk mu taki brzmiał głośny koło głowy:

„Śpisz Solimanie twardo y nie czuiesz!Naspisz się czasu inszego do woley,O tem nie myślisz, ani się frasuiesz,Że twoia dotąd oyczyzna w niewoley —Y bez pogrzebu swego zostawuieszCiała rycerstwa, leżące po roleyY czekasz tu dnia, gdzie tak gęste szlakiY tak świeże są twey sromoty znaki“.

Ocknął się ze snu Soliman słabegoY przebudzony mdłe otworzył oczyY uyźrzał kogoś przed sobą starego,Który o lasce, nie o swey stał mocy.Y z gniewem rzecze do starca onego:„A tyś kto? czemu ludzie budzisz w nocy,Skąd to, że mię masz na tak pilney pieczy?Coć do sromoty y do moich rzeczy?!“

Odpowie starzec na ono łaianie:„Mnie twoie myśli dały wiedzieć nieba,A iż o tobie dawno mam staranie —Twa mię tu własna zagnała potrzeba.A nie gnieway się na mię o to, panie,Żem ci przy mówił: czasem tego trzeba,Bo się tem często w sercach wielkich ludziChciwość do męstwa y do sławy budzi.

A wiedząc, że chcesz do Egiptu iechać —Miey nieomylną przestrogę ode mnie,Żeć lepiey teraz drogi tey zaniechać,Bobyś się tylko zatłukł tam daremnie:Bo król egipski wrychle chce wyiechać,Albo iuż w drodze — a tybyś nikczemnieCzas strawił y nam twoieby się siłyPrzy niem pod ten czas mało przygodziły.

Ale ieśli chcesz, ia temu poradzę,Że cię w dzień biały bez wszelkiey trudności,Do Ieruzalem bespiecznie wprowadzę,Na więtszą sławę, okrom wątpliwości.Na którem mieyscu skoro cię posadzę,Iuż miasto będzie w twoiey opatrznościObrony pewne, dokąd naszych rzeczyKróla Egiptu nie wesprą odsieczy“.

Kiedy tak oney pilnie słuchał mowyHardy Soliman, barzo się dziwowałY zaraz z twarzy złożył gniew surowy,A starcowi się pilnie przypatrował.Potem mu tak rzekł: „Iam oycze gotowy!Wiedź, gdzie chcesz; ia cię będę naśladował.Mnie się ta rada zawżdy uda pręcey,Gdzie niebespieczeństw y trudów iest więcey“.

Chwali go starzec, a iż naziębioneZ wiatru — ból wielki rany mu czyniły,Wódką od niego pewną zakropione,Skórą zakryte, zaraz się goiły.Iuż też Apollo swe wozy złoconeNa świat gotował y zorze schodziły.„Czas — prawi — iechać, iuż drogi odkrywaSłońce y ludzi do zwykłych prac wzywa“.

Y na wóz, który czekał go przy stronie,Wziął podle siebie Solimana potemY długie lece trzymaiąc na łonie,Poganiał biczem zawodniki złotem.Tak rączo biegły nieścignione konie,Że mogły zrównać z prętkich orłów lotem;Tchnęły od biegu y dymem kurzyły,A posrebrzone wędzidła pieniły.

Słuchaycież cudu: wiatr lekki, skupionyObłokiem stanął, z wieikiem podziwieniemY wóz z oboiey okrył w koło strony,Że go nie mogło oko prześć promieniemI tak beł mocno y gęsto ściśniony,Żeby go z proce nie przebił kamieniem,Tylko sami dway obłok — iako trzeba —Widzieli w koło y pogodne nieba.

Skrzywi brwi Sułtan y namarszczy czołaY wozowi się pilnie przypatruie;Że po powietrzu nieścignione kołaLecą w obłoku — barzo się dziwuie.Starzec uyrzawszy, że Soliman zgołaZ onego dziwu ledwie się co czuie —Trącił go y słów kilka mu powiedział,Wezdrgnął się Sułtan y tak odpowiedział:

„O który, gdzie chcesz, przyrodzenie wodziszY cuda czynisz nieznane od wieka —Y iako widzę, w skrytych się przechodziszGmachach taiemnych myśli u człowieka,Proszę cię [ieśli rozumem dochodziszY przyszłe rzeczy przeglądasz zdaleka]Powiedz, co nieba Azyey przeyrzały?Iaki te woyny koniec będą miały?

Ale, niech pierwey wiem, iako cię zowąY iako cuda czynisz tak foremnie,Bo iako się mam sprawić twoią mową,Ieśli nie wyńdzie ta zstrętwiałość zemnie?“Rozśmiał się starzec y zatrzasnął głową:„Iedney wszak rzeczy dowiesz się odemnie:Iam Izmen, magiem swoiem mię ięzykiemSyrowie zowią, wy — czarnoksiężnikiem.

Ale, żebym miał odkryć to, co będzieY tak rozumiesz, że to wiedzieć snadnie —Nie chciey być w takiem Solimanie błędzie,Bo tego człowiek śmiertelny nie zgadnie;Żaden tem swoich kłopotów nie zbędzie.Ratuy się każdy, ieśli co przypadnie,Bo często człowiek swego na tey próbieSzczęścia iest mistrzem y robi ie sobie.

A ty na ognie y miecze prawicęNiezwyciężoną teraz chciey zachować,Którey nie tylko obronić stolicę,

Ale nietrudno, przeszedszy granicę,Trząsnąć Europą y onę zwoyować;Ia dobrze tuszę, ty śmiey; a ia co wiemY co, iakoby przez mgłę widzę — powiem.

Nim stokroć koły rok zbieży lotnemi,Będzie mąż ieden w Azyey panował,Który ią dzieły ozdobi wielkiemiY w płodnem będzie Egipcie królowałY w pokoiu rząd uczyni w swey ziemi,Kiedy się zdarzy, że będzie próżnowałY kiedy wytchnie od woienney chwile;Ten chrześeiańskiey cięszki będzie sile.

Y źle nabyte państwo y kradzionyŁup gwałtem wydrze mocą swoiey broniTak, że ostatków — wodą otoczonyWysep y morze ledwie mu obroni.Ten ze krwie twoiey ma być urodzony!“Soliman na to wzrok wesoły skłoni:„Szczęśliwy — prawi — że mu to gotuieNiebo!“ Część zayrzy, a część się raduie.

Dołożył tego: „Niech się szczęście stawi,Lub źle, lub dobrze, na mnie nie utyie!Moie mię serce y ta ręka sprawiNiezwyciężonem, póki dusza żyie.Pierwey swóy zwykły miesiąc bieg zostawi,Pierwey go chybi, niźli mię pożyie!“To mówiąc, wszystek aż do samych kości,Płomieniem spłonął ognistey śmiałości.

Tak rozmawiaiąc, przyśli lotnem wozemNad chrześciańskie prawie stanowiska,Gdzie pełne trupów pod samem obozemPola widzieli y poboiowiska.Zmartwiał od żalu, ciężkiem tleniony mrozem,Na gęste trupy Sułtan patrząc z bliskaY na leżące swoie między niemi,Przedtem — tak straszne — chorągwie po ziemi.

A twarz y piersi zwycięzcę deptali,Iego rycerzów, którzy w bitwie legliY nieszczęśliwe trupy odzierali,A różni na łup zewsząd ludzie biegli;Drudzy znaiomych przyiaciół chowaliY ciała miłych towarzyszów grzebli;Drudzy na kupy Araby włóczyliI iednem ogniem z Turki ie palili.

Westchnął Soliman y miecz, iak szalony,Porwał y z wozu skoczyć się gotował,Ale nań krzyknął czarownik uczony,Y wielkiem gwałtem ledwie go hamował.A skoro usiadł, wóz niedoścignionyIzmen do góry, co wyżey, kierował;Y tak szli chwilę kołami lotnemi,Aż chrześciański obóz beł za niemi.

Potem wysiedli oba z wozu, który— Nie wiedzieć iako — zniknął ich wzrokowi;Okryci płaszczem niewidomey chmury,Szli ku wielkiemu pieszo Syonowi;A kiedy przyszli do schodzistey gury,Tam gdzie obraca tył ku zachodowi —Iuż nie szedł więcey czarnoksiężnik, aleZastanowił się przy niewstępney skale.

Tam miał iaskinią wielką, kamień żywy,Którą wykował król ieden bogaty,Weszcie w nie gęste zakryły pokrzywy,Bo tam dawnemi nie chodzono laty.Odrzuci zielsko Izmen ukwapliwyY ukasaney zatknie za pas szatyY iedną ręką maca, gdzie co wadzi,A drugą — króla mężnego prowadzi.

Rzecze mu Sułtan: „A to co za drogi?Kraść mię gdzieś wiedziesz tem podziemnem piecem?Byś beł dopuścił — inszą bez tey trwogi,Mogłem ią sobie uczynić tem mieczem“.On na to: „Godna ta droga twey nogi,Z dawnych lat śladem nie bita człowieczem,Którą król Herod chodził z swemi pany,On król tak wielki y tak zawołany.

Ten ią wykował, gdy mu wszystkie zgołaWierzgnęły beły co przednieysze domyY aż od wieże — którą od sokoła,Sokolą zwano — przez ten dół kryiomyDo zbyt dawnego iednego kościoła,Często, kiedy chciał, chodził niewidomy;Tędy lud zbroyny do miasta przywodził,Tędy sam z niego za mury wychodził.

Ale na świecie żaden człowiek żywyNiewie tey drogi, okrom mnie samego;Tędy doydziemy tam, kędy wątpliwyKról rady zbiera do pałacu swego.Który, niż trzeba, więcey boiaźliwy,Trwoży się barzo z nieszczęścia przeszłego.Tyś na czas przyszedł, ale wytrway małoY milcz, aż kiedy mnie się będzie zdało“.

Skoro to wyrzekł, pierwszy zamysł niemiY w ciemną iamę wielki Sułtan wchodzi;On go omacnie, mrokiem gęstych cieni.Wziąwszy za rękę po świadomu wodzi.Pierwey zgarbieni i szli pochyleni,Ale iaskinia co raz się rozwodzi,Że potem łatwie doszli połowice— Y wolno idąc — podziemney ciemnice.

W tem drzwi uchylił odiąwszy zaporyY wiódł go Izmen po niezwykłem wschodzie,Gdzie świecił promień mały y niespory,Spadaiąc z góry sparą w cienkiem schodzie.Tam z końca iamy wyszedł Sułtan skoryY z przewodnikiem na wysokiem grodzieStanął na sali, gdzie na świetnem tronieSiedział król w złotem płaszczu y w koronie.

Z obłoku patrzą oni dway mężowie,A ich [iaki cud] wszyscy nie widzieli,Oni zaś wszystko — y słowo po słowieTak iako trzeba, obadwa słyszeli.Król naprzód począł: „Zaprawdę, synowie.Dzienieśmy wczora nieszczęśliwy mieli,Ten nam powątlił y pomieszał rzeczy,Sama nadzieia w egipskiey odsieczy.

Ale widzicie, co się z nami dzieieW tak niebespiecznem y w tak krótkiem czesie,Egipskie barzo daleko nadzieie,Przeto niech każdy radę na to niesie“.W tem szmer cichy wstał, iako kiedy wieieWolny wiatr y szum w gęstem czyni lesie,Ale szmer ucichł, kiedy wstawszy z ławyCyrkaszczyk począł mówić do tey sprawy:

„Zawżdy, o królu, są odmienne niebaY szczęcie różnie koło swe prowadzi,Lecz o to pytasz, na co nie potrzebaNaszego zdania: żaden tu nie radzi.W samych nam sobie mieć nadzieię trzeba,Bo się na sobie samo męstwo sadzi;W to się ubierzmy, zdrowia odżałuymyY nie więcey ie, niż trzeba, miłuymy.

Nie mówię, aby wątpliwa bydź miałaPomoc z Egiptu w czasy teraźnieysze,Bo obietnica, która się wam dałaY te posiłki będą napewnieysze;Alebym zaś rad, żeby się obrałaW niektórych y myśl y serce mężnieysze,Żeby z ręku swych zwycięstwa czekali,A na cudzą się pomoc nie spuszczali“.

Więcey nie mówił Argant pomieniony,Iako ten, który pewny beł wygraney —Po niem poważny Orkan z drugiey stronyWstał, urodzony ze krwie zawołaney.Mąż to beł wielki, ale zniewolonyMiłością dzieci y żony kochaney:Znikczemniał barzo, barzo się odmienił,Iakoby nie on — skoro się ożenił“.

Ten tak wotował: „Tey gorącey mowy,O wielki królu, ia nie mogę ganić,Bo śmiałe serce śmiałemi się słowyZnać dawa y z swych występuie granic.A iż — iako zwykł — zagrzał się surowyY niebespieczeństw Argant nie ma za nic,To iemu wolno, bo iako wotuie,Tak rzeczą samą śmiałość ukazuie.

Lecz ty, któremu dawny wiek przynosiWiadomość rzeczy, masz to upatrować,Że ieśli się gdzie Cyrkaszczyk unosi,Trzeba go mądrem rozumem hamowaćY te pomocy, które Egipt głosi,Z niebespieczeństwem równać y zrachować:Ieśli twe — królu — mury wydołaiąTem siłom, które chrześcianie maią.

Mówią [bo na to trzeba odpowiedzieć]Że miasto dobrze opatrzone mamy;Ale zaś u nich, musi to powiedzieć,Gotowość wielka y szturmu czekamy.Tego, co ma bydź — nikt nie może wiedzieć,Ale się słusznie wątpliwych lękamyMarsowych sądów y bać się potrzeba,Że nam nie stanie naostatek chleba.

Wczora, kiedy się nasi w polu bili,Z wielką trudnością — iako się widziało —Bydłaśmy trochę w miasto wprowadziliY za wielkie się to zdarzenie miało;Ale ieśliby dłużey nas trapili,Na tak wielki głód barzoby to mało,A nie odstąpią pewnie, choć posłanyPosiłek przydzie na dzień obiecany.

Cóż — kiedy chybi? ale niech się dzieie.Tak iako sobie wy obiecuiecie,Niech obietnice y staną nadzieie,Niechay odsieczy przyidą, iako chcecie.Kto was w zwycięstwie upewnia — szaleie;Z tem się Hetmanem — Królu — bić będziecieY z temże woyskiem, które pogromiłoTurki, Araby y Persy pobiło.

Sameś, o mężny Argancie, spróbował,Iako są bitni, iako natarczywiY nie raześ iem tył swóy ukazowałY ci z Kloryndą rycerze cnotliwiY ia sam — acz ia nie będę winowałNikogo, bo w tem nie iesteście krzywiY mężnieście się z niemi zawżdy biliY coście mogli, wszystkoście czynili.

A choć mi Argant krzywem grozi okiem,Iam winien zawżdy prawdę mówić wszędzie:Widzę, że lud ten za Boskiem wyrokiemW bogatey panem Palestynie będzie —Y ani woyskiem, ani tem wysokiemWstrąciem go murem, aż miasto osiędzie;To mówię — Bóg wie — z samey powinnościY ku oyczyźnie y panu miłości.

Lepiey trypolski król postąpił sobie,Uprosił pokóy y nie ma tey trwogi,A hardy Sułtan albo dotąd w grobie,Albo mu pęto włożono na nogi,Albo ucieka y błądzi w tey dobie,Wszędzie się kryiąc — wygnaniec ubogi!A mógł część puścić, część cale zachowaćY za trybutem spokoynie panować“.

Tak tam na on czas wątpliwemi słowyNieznacznie Orkan swoię rzecz prowadził,Bo iawnie trybut postąpić gotowyY słać o pokóy — dla strachu nie radził.Nie mógł znieść dłużey Soliman tey mowyY chciał się porwać, iedno obłok wadził —Kiedy rzekł Izmen: „Każesz iuż mgłę spuścić?Czy mu chcesz dłużey wotować dopuścić?“

On na to: „Iam tu gwałtem otoczonyOd twoiey chmury, która mię okryła!“Skoro to wyrzekł, zniknęły zasłonyY mgła się w poły zaraz rozstąpiłaY wyszedł na dzień iasny y przestrony.Kędy się była rada zgromadziła;Tam w straszney twarzy stanął rozgniewanyNa wielkiey sali, nic niespodziewany.

„Iam — pry — iest Sułtan, a kto mu to zadał,Żeby uciekał, ma się tego sprawićY łże, iako pies, ten kto to powiadał!A gotów tego y ręką poprawić:Góry w równinie z gęstych trupów składał,Ze krwie wylaney mógł rzeki zastawić!W nieprzyiacielskiem obozie się biie,Tak to ucieka? y tak się to kryie?

Ieśli się taki naydzie między wamiZdrayca oyczyzny y z tem się odkryie,Że chce odkupić pokóy trybutami —[Odpuść, o królu] wnet pozbędzie szyie!Pierwey się wilcy pogodzą z owcamiY z gołębiami w iednem gniaździe źmiie,Niż chrześciańskie przemierzłe narodyDo iakiey kiedy z nami przydą zgody“.

Kiedy to mówił — trzymał się za krzywąSzablę, a groził iadowitem wzrokiem.Wszyscy umilkli na mowę straszliwąY z wylęknionem na dół pośli okiem.Potem z łaskawszą y nie tak gniewliwąTwarzą — do króla kwapionem szedł krokiem:„Nie trwóż — pry — więcey, wielki królu, sobą,Wielki posiłek, gdy Soliman z tobą“.

Aladyn na to powstawszy ku niemu:„O iakom ci rad, przyiacielu miły!Iuż teraz lepiey [ufam męstwu twemu]Póydą me rzeczy, choć się nachyliły;Ty swe z niewoley — a nie długo temu —Państwo wyzwolisz y stolec pochyłyMóy, da Bóg, wesprzesz“. Zatem się pokwapiłY obiema go rękami obłapił.

Po przywitaniu, między gęstem gminemKról na swóy stołek Sułtana prowadziłY dał mu mieysce pod swem baldekinem,A podle siebie Izmena posadził.A skoro chwilę posiedział z TurczynemY Izmen cicho z niemi się naradził —Klorynda go wprzód witała, więc drudzyPanowie, więc dwór y królewscy słudzy.

Między inszemi witał go też panyOrmus arabski zacny rotmistrz, który —Kiedy się drudzy bili z chrześciany —On przyodziany płaszczem nocney chmury,Niezwykłą drogą lud lekki przebranyZdrowo wprowadził między mieyskie muryY głodne miasto posilił żywnością,Za swą przewagą y za swą dzielnością.

Sam go nie witał Argant y gniewliwyStał nienawiścią dawną przerażony:Iako lew kiedy leży, a straszliwyWzrok miece na te y na owe strony;Orkan też nie śmiał weyrzeć nań lękliwy,Ale wzrok w ziemię wlepił zamyślony.Tak tam na on czas obadwa królowieY oni w radzie zostali panowie.

Goffred tem czasem kończył swe zwycięstwo,Goniąc pogaństwo, które uciekało;To odprawiwszy, swoie grzebł żołnierstwo,Które na placu pobite zostało.Potem obwołał, aby się rycerstwoDo iutrzeyszego szturmu gotowało.O mury swoie boią się poganie,Widząc przyprawy, które czynią na nie.

A iż znał rotę onę niezwalczoną,Co go na on czas w bitwie ratowała,Z miłych przyiaciół swoich zgromadzoną,Które mu była Armida pobrała;Gdzie był y Tankred, którego za bronąMocnego zamku w więzieniu chowała —Sam z pustelnikiem y co z bacznieyszemiZostawszy tylko, tak rozmawiał z niemi:

„Radbym, żebyście teraz powiedzieli,Od tego czasu, iakoście ztąd wyszli,O waszych błędach; iakoście wiedzieliO bitwie, żeście prawie na czas przyszli“.Bespiecznie w oczy poyrzeć mu nie śmieliY wstyd przenikał niewidome myśli,Ale nakoniec angielski powiedziałKrólewic wszystko, gdzie był y co wiedział:

„My wszyscy, cośmy na on czas losamiNie byli w drogę z Armidą obrani,Miłością gładkiey [bo tego przed wamiPróżno przeć mamy] twarzy uwiązani;Szliśmy — niezgodni między sobą sami —Tam gdzie nas chytra prowadziła pani,Miłość y gniewy mnożył w nas niezgodneIey wzrok łaskawy y słowa łagodne.

Przyszliśmy daley, pozbywszy swobody.Tam kędy ognie z nieba spadły żywe,Które sodomskie karały narodyZa wszeteczeństwa y grzechy brzydliwe.Przedtem kray piękny, teraz ciepłe wody,Kliiowatemi błoty zaraźliwe:Ryba w nich żadna — tak mówią — nie żyie,Śmierdzą z niey pary y siarczyste kliie.

Tam iest iezioro, w którem w gęstey wodzieKamień, żelazo y ołów nie tonie,A co dziwnieysza, bez promu, bez łodzie,Znosi po wierzchu y ludzie y konieW środku iest zamek, na który po wzwodzieWchodzą, kiedy kto przydzie ku tey stronie:Tam nas nieszczęsnych z sobą prowadziła,Gdzie beła ogród pyszny uczyniła.

Tam zawżdy nieba świeciły pogodne,Przez cały się rok łąki zieleniały,Między mirtami wesołemi chłodne— Gdzieśkolwiek stąpił — wiatry powiewały.Szum z drzew pachnących sny czynił łagodne,Fontany wody przeyrzyste strzelały,Ptastwo śpiewało, a we śrzodku nowyStał dziwnie piękny pałac marmurowy.

Tu w chłodzie między ziołami wonnemi,Przy ciekącem nas zdroiu posadziła,Gdzie z potrawami wielki stół drogiemiY służbę złotą beła postawiła.Co się nayduie w morzu, co na ziemi,Co na powietrzu y co wymyśliłaUczona kuchnia — to wszystka tam było,A sto nam panien do stołu służyło.

Sama przysmaków do swych dodawałaPotraw, to śmiechem, to mową łaskawą.A niepamięcią długą napawałaBłędne rozmowy, za każdą potrawą.Potem się wrócić obiecawszy, wstałaY wnet zaś przyszła z gniewliwą postawąY w iedney rózgę, w drugiey ręce księgiMaiąc, czytała klątwy y przysięgi.

Czytała; mnie w tem nowa myśl napadła:Na inszy żywot dziwnie się zdobywam,Twarz mi y postać człowieczą ukradła,Wskoczę do rzeki y po wodzie pływam,Oboia ręka y noga w mię wpadła;Niewiedzieć iako — łuską grzbiet okrywam,Daley też więcey nie pamiętam — chyba,Że bywszy człowiek, beła ze mnie ryba.

Y insze także w ryby obróciłaY także ze mną pływali po stawie;Po małey chwili zaś nas postawiłaW człowieczem ciele y w pierwszey postawie.Ale z boiaźni, która w sercu byłaY z dziwu w oney niepodobney sprawie —Y iednogośmy słowa nie mówili,Aż sama do nas rzekła w oney chwili:

„Mniemam, że iuż moc podobno czuiecieMoię nad sobą y nad przyrodzeniem —Y ieśli zechcę, na wieki będziecieW niewoley, wiecznem trapieni więzieniem.Słońca żaden z was nie uyrzy na świecie,Ten będzie drzewem, ten będzie kamieniem,Ten koniem, ten psem, temu przydam skrzydła,A tych zaś w nieme poobracam bydła.

Ci iednak uydą moiemu gniewowi,Którzy mą wiarę y moie obrzędyPrzyimą — y stanąć przeciw GoffredowiY chrześcianom będą winni wszędy“.Każdy się wezdrgnął, tylko RambaldowiPoszło to w posłuch, który na iey błędyPrzystał; ale nas zamknęła w ciemnicySkrytey — na żywot wieczny... niewolnicy!

Wrychle zaś potem Tankreda dostała,Co beł z trafunku przyszedł w tamte strony,Ale nas krótko w więzieniu trzymała— Bo ieślim dobrze o tem beł sprawiony —Króla z Damaszku posłowi nas dała.Który beł po to do niey wyprawiony;Ten nas królowi w pętach y bez broniWiódł egipskiemu w dary, we stu koni.

A iako Bóg chciał, na tey drodze z namiBohater Rynald potkał się z przygody;Który wielkiemi nowemi dziełamiMiędzy różnemi wsławił się narodyY bił się mężnie z naszemi stróżami,Aż ie pogromił. Takeśmy swobodyMiłey — za i ego dzielnością — dostali.A w zbroieśmy się ich poubierali.

Y ia sam y ci wszyscy go widzieli:Znać go po samem złożeniu kopiey,Plotki to, co tu o niem powiedzieli!W tey mierze mowie nie wierzcie niczyiey.Zdrów dobrze y szedł — iakośmy słyszeli —Trzeci dzień temu do AntyochieyY swoię tu gdzieś zbroię ukrwawioną,Od nieprzyiaciół zrzucił posieczoną“.

Tak mówił, a w tem w niebo oczy obiePodniósł pustelnik nabożeństwem tkniony,Nie iednę barwę y twarz miał na sobie:Ieden raz blady, drugi beł czerwony.O, iako się zdał poważny w osobie,Gdy pełny Boga umysł zachwyconyMiędzy Anyoły niósł, gdzie przyszłe rzeczyY wiek potomny poymował człowieczy!

Y głośnieyszemi nad swóy zwyczay słowyPoczął odkrywać przyszłe taiemnice;Wszyscy weń patrzą, uważaiąc nowyGłos y niezwykłe mowy pustelnice:„Żyw — prawi — Rynald! Niewieściey to głowyY Bogu zmierzłey wymysł czarownice;Żywię y niebo iego młode lataChowa dla sławy dostalszey u świata.

Dziecinne to są dopiero roboty,Którym się teraz Azya dziwnie:Widzę go, a on rwie się przez namiotyY niezbożnego cesarza woiuie —Y pod swe skrzydła orzeł iego złotyRzym z Apostolską stolicą przyimuie,Na którą srogi zwierz wyostrzył głodneZęby... A syny ma mieć sobie godne.

Syny po syniech y po wnukach wnuki,Ci bronić będą od cesarzów chciwychPasterzów świętych — z przodków swych nauki,Ratuiąc zawżdy krzywdą obciążliwych.Pomoc niewinnem — te ich będą sztuki,A hardych niszczyć y niesprawiedliwych!Takie maią być ze krwie zacney dzieci,Tak w słońce orzeł esteński wyleci.

Y ieśli wieczne — tak iako potrzeba —Światło Piotrowi otworzyło oczy,Gdzie o Chrystusa bić się będzie trzeba,Tam tryumfalne pióra swe roztoczy;Bo mu to za dar ieden dały niebaY stanie mu zto y serca y mocy...Y Bóg tak chce mieć, aby poń posłano,Y na tak sławną woynę go wezwano“.

Tu zmilkł prorockiem duchem obciążonyMąż święty, ale serce z swych wnętrzności— Choć iuż beł ięzyk niemy y zemdlony —Kładło mu na twarz esteńskie dzielności.Iuż też noc zaszła y płaszcz rościągnionyRozwiła na świat — uszyty z ciemności:Wszyscy spać na swe odchodzili wczasy,Ale pustelnik nie śpi w one czasy.

Comentarios

Cargando comentarios…