Pieśń iedenasta

Traducido por Piotr Kochanowski

Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona

Iuż chrześciański Hetman w oney dobieDo szturmu się miał wszystkiemi siłamiY o woiennych taranów sposobieCiągnienia pod mur — rozmawiał z mistrzami,Kiedy pustelnik odwiódszy go sobieMówił mu, gdzie dway tylko beli sami:„Iuż masz Hetmanie wszystko, co potrzeba,Lecz nie poczynasz, skąd poczynać trzeba.

Od Boga poczni: pierwey obwołaneWczas pospolite modlitwy być maią;Niech do niebieskich zastępów zebraneRothy, o prośbę za sobą wołaią.Wprzód Duchowieństwo niech idzie ubrane,Niech processye nabożnie śpiewaią,A wy za niemi wodzowie przednieyszy,Żeby z was przykład drudzy brali mnieyszy“.

Ruszył Hetmana pustelnik surowy,Skrucha weń zaraz poczęła wstępować:„O sługo Boży, święte twoie mowy,Chcę — prawi — twoyey rady naśladować.Iuż ia obmyślę porządek woyskowy,A ty się też każ biskupom gotować:Niech kto zarazem do Guilelma bieżyY Ademara, onem to: należy“.

Nazaiutrz wszyscy księża y plebaniDo biskupów się poranu zebraliW przestrony namiot, w którem kapellaniHetmańscy święte msze odprawowali.W białe się mnieyszy ubiory kapłani,W złotogłowowe biskupi ubraliSpięte na piersiach na białe koszule,A głowy nieśli w poważnei infule.

Wprzód sam Piotr idzie y wielki rozwiiaKrzyż na chorągwi, złotem malowaniem,A duchowieństwa długa processyaDwiema rzędami postępuie za niem.Y zlekka rothy y namioty miia,A na przemiany dzieli się śpiewaniem.Guilm z Ademarem, co beli biskupy.Szli naostatku wzdłuż puszczoney kupy.

Potem sam tylko wielki Hetman w tropy,Bez towarzysza szedł za biskupami,A zaś panowie radni w iego stopy,Y pułkownicy pierwszy szli parami.Tak idąc daley wyśli za okopy,A dla obrony woysko szło stronami.Trąby nie słychać, ani ogromnegoBębnu, tylko dźwięk głosu nabożnego.

Ciebie, o Twórco wszelakiego czyna,Ciebie o Synu z Duchem Świętem,Ciebie Czysta Dziewico, Matko Boga SynaProszą o łaskę y pomoc w potrzebie;Y was wodzowie skrzydlatego gmina,Z lotnemi woyski na wysokiem niebie;Y z tem, z którego ręki przeźroczysteWody omyły człowieczeństwo czyste.

Proszą y twardey równego opoce,Która się gruntem Kościołowi staie,Gdzie iego godny Namiestnik — owoceŁaski niebieskiey y teraz rozdaie;Y was, którzyście roznieśli szeroceZiawioną Prawdę na świat w różne kraie;Y tych, którzy ią śmiercią oświadczyli.Y zdrowie dla niey chętnie położyli.

Więc którzy z Pisma Świętego kryniceBłąd potępili piórem i kazaniem;Y Chrystusowey miłey służebnice,Wsławioney części — co lepszey — obraniem;Y was, o Panny, y OblubieniceWiecznego Króla, któreście szły za Niem;Y tych co na miecz, na ogień niedbały,Y srogie męki dla Niego wytrwały.

Tak Świętych wzywał lud nabożny, któryMaiąc za sobą swoie stanowiska,Do Oliwetu prosto ciągnął góry,Co od oliwy dostała przezwiska:Góry na świecie sławney, co na muryMieyskie od wschodu słońca patrzy z bliska,A między nią się a miastem przestronaDolina ciągnie, Jozaphat rzeczona.

Tam szły na on czas y tam kierowałyWoyska śpiewaiąc, a za raney rosyGóry się z lasy zewsząd odzywały,A Echo gęste dawała odgłosy.Y tak się zdało, że się przeciwiałyInszego chóru insze w lesie głosy.Raz Chrystusowe imię, raz MaryeyRozlegało się w głośney armoniey.

Pogaństwo z murów wysokich patrzałoNa niewidane porządki y szyki,Y cicho zrazu z pilnością słuchałoNowey y uszom niezwykłey muzyki.Ale kiedy się dziwować przestało,W niebo straszliwe wypuściło krzykiPełne brzydliwych bluźnierstw, a głębokieDoły się trzęsły y góry wysokie.

Ale bezpiecznie przedsię swe śpiewanieY litanie zaczęte kończyli,Y na pogańskie niedbaiąc wołanie,Ani się nawet ku niem obrócili;Strzały też, które z murów lecą na nie,Nic iem nie szkodzą, bo w puł ćwierci mili,Y tak daleko szły od muru roty,Że mogły kończyć bez wstrętu swe noty.

Potem na wzgórku wielki postawionyDla świętych Ofiar ołtarz ubierali,A białe na niem z tey y z owey stronyW złotych lichtarzach świece zapalali.Wtem Guilm z pierwszego ubioru zwleczony,Inszy wziął na się, który mu podali.Tam chwilę myśląc, rozmyślał y zasięGłosem dziękował y skarżył sam na się.

Dalszy patrzali tylko, ale dźwiękiBliższych kapłańskiey dochodziły mowy;A skoro skończył y odprawił dziękiŚwiętey Ofiary, temi mówił słowy:„Idźcie!“ A wtem kładł z wyciągnioney rękiBłogosławieństwo na schylone głowy.Tak nabożeństwo skoro odprawili,Pierwszą się nazad drogą obrócili.

W obóz wiechawszy, półki się wracałyDo swych stanowisk. Hetman też do swegoNamiotu iechał; którego niemałyHufiec prowadził do progu samego.Insze się zatem rothy roziezdżały;Przednieyszych tylko i grabie staregoZ Tolozy z sobą do stołu prowadził,Tego naywyższey po sobie posadził.

A skoro ieno beło po obiedzieY urzędnicy odeśli stołowi.Goffred przednieyszych na stronę odwiedzie:„Iutrzeyszym — pry — dzień naznaczył szturmowi;Każdy do swego namiotu niech iedzie,A swego czasu będziecie gotowi.Dziś lud obwieśćcie, dziś odpoczywaycie,A iutro w sprawie skoro dzień — czekaycie“.

Odeszli zaraz, a trębacze potemPo wszystkiem woysku tam y sam trąbili,Aby — skoro świat swem iutrzenka złotemOświeci ogniem — po gotowiu byli.Tak onego dnia, częścią myśląc o temCzęść się gotuiąc — ostatek strawili.Aż noc nadeszła y ziemię okryła,Y pokóy na czas z troską uczyniła.

Jeszcze wątpliwe do ludzkiey posługiIutrzenka światło y dzień słała małyY malowane ptastwa swóy sen długiKończyły ieszcze y odpoczywały;Ieszcze zagonów nie orały pługi,Ieszcze się stada do łąk nie wracały —Kiedy na larmę trąby uderzyły,Trzęsły się nieba i larmę głosiły.

Na larmę wszystko woysko w iedney mierzeZgodliwe głosy wypuszczało swoie;Wstanie wtem Goffred, y na się nie bierzeSwoiey zwyczayney na zchwał mocney zbroie,Ale w co lżeyszem woiennem ubierze,Iako się pieszy ubieraią w boie;Gotowy między swoie szedł obozy,A wtem do niego przyszedł grof z Tolozy.

Ten widząc on stróy na Hetmanie nowy,Zrozumiał iego umysł w oney dobieY przystąpiwszy rzekł mu temi słowy:„Przecz zbroie nie masz zwyczayney na sobie?Czemu w hełm zwykły nie ubierzesz głowy?Tę nieopatrzność muszę ganić w tobie,Że tak odkryty do szturmu wychodzisz;Znać, że na sławę barzo podłą godzisz.

Chcesz podobno leść na mur, iako tuszę.Nie chcemy takiey śmiałości od ciebie:Prości żołnierze, mniey potrzebne dusze,Powinni w takiey odważać potrzebie.Ty iżeś Hetman [prawdę mówić muszę]Szanuy się dla nas, ieśli nie dla siebie;Twem zdrowiem prawie wszystko woysko stoi,Przeto mu odpuść, że się o nie boi“.

On na to: „Gdy mi miecz Namiestnik PańskiNa iasney Gurze — Urban przypasował.Żebym niem kraie y naród pogańskiStawszy się Bożem rycerzem — woiował:W tenczasem Bogu nie tylko hetmańskiUrząd sprawować taiemnie ślubował,Ale y ręki tey na woynie użyć,Y ieśli trzeba krwią Mu w szturmie służyć.

Przeto kiedy iuż wszystko rozporządzęY lud do szturmu — iako ma iść — sprawię,Nie wiele ieszcze [moiem zdaniem] zbłądzę,Że się podemknę y pod mury stawię.Bo się sumieniemsumnieniem sam w tey mierze sądzę,Na którem Bogu długu nie zostawię;Uiszczę się rad y ślub obiecanyBędzie Mu przez mię cale zachowany“.

To rzekł, a zaraz dway BulionowieY inszy drudzy przykład z niego brali;Niektórzy także przednieyszy panowie,Tak iako pieszy — lekko się ubrali.Wtem się na murze pogańscy wodzowie,Czuiąc o bliskim szturmie — ukazali,Gdzie się na zachód od pułnocy chyli,Skąd z pola przystęp łatwieyszy baczyli;

Bo miasto na szturm z każdey inszey stronyMało co dbało y beło bespieczne.Tam beł nietyłko żołnierz obróconyY co mężnieysze pospólstwo tameczne,Ale y starych z dziećmi do obronyOstatniey słało szczęście ostateczne.Przy których duższem słabszy y podeśliSiarki przyprawne y kamienie nieśli.

Mur od równiny różnemi broniamiObwarowany dobrze, mniey się boi.Tu z ogromnemi Sułtana piersiamiPo pas z daleka w świetney widać zbroi;Tu Argant między mocnemi basztami,Wielkiemu równy olbrzymowi, stoi —Tam co naywyższey w temże mieyscu wieżeNarożney, mężna bohatyrka strzeże.

Saydak z niey wisi, a na bok cierpliwyZłotem oprawną szablę przypasałaY widać beło — kiedy swóy łuk krzywyZdaleka dziewczą ręką wyciągałaY przyłożywszy strzałę do cięciwy,Nieprzyiacielskich wodzów pilnowała.Tak więc swe strzały niedościgłe okuKrólewna z Delu posyła z obłoku.

Sam król pod mury — laty obciążony —Pieszo od bramy do bramy przebiegaY śle rynsztunki na mur osadzonyY świeżych coraz obrońców dosięgaY lud — miłością miłey przerażonyOyczyzny — słowy tem więcey podżega.A utrapione do kościelnych progówMatki szły wzywać swych omylnych bogów:

„Ty sam, o Panie. Panie sprawiedliwySkrusz francuskiego oszczep rozbóynika.Skłoń ku ludowi Twemu wzrok życzliwy,Obal pod mury Twego przeciwnika“.Tak się modliły, lecz w piekle fałszywyBóg tego nie chciał rozumieć ięzyka.Gdy się tak miało miasto do obrony,Goffred też z drugiey następował strony.

Z wielkiem porządkiem szykował, przebraneW przestronem polu woysko przed namioty,A we dwa rzędy iuż uszykowanePrzeciw murowi obrócił piechoty;We śrzodku kusze y pobudowaneStraszne woienne postawił roboty,Z których kamienie ogromne ciskaią,Y wież y murów oszczepy sięgaią.

Za piechotą iuż ieznych postawiono,Żeby ią we złem razie posilali;Potem w krzykliwe trąby uderzono,A strzelcy zatem wraz następowali.Z woiennych także strzelby wież puszczono,A z muru gęsto poganie spadali:Ten zdechł, ten ranny na dół leci z gury,Coraz mniey maią swych obrońców mury.

W przód Francuzowie pod mury skoczyliZ wielką ochotą z swemi chorągwiami;Y tarcze wszystkie do kupy złożyliY tak ie sobie nieśli nad głowami.Drudzy, aby się kamieniom bronili,Za dębowemi idąc zasłonami,Pod przekopy się coraz podmykali,Aby ie równo z ziemią wyrównali.

Przekopy mieyskie wód w sobie nie miałyY — iako trzeba — suche beły na dnie,A choć się zbytnie głębokie bydź zdały,Ziemia, chrust, kamień wyrównał ie snadnie.Napierwszy głowę odkrył Adrast śmiałyY pod mur z długą drabiną przypadnie,Po którey z wielką przewagą wstępował,Ani go srogi, twardy grad hamował.

Iuż niemal większą szwaycar odważonyPołowicę swey drabiny przechodził,Y choć nań zewsząd bito — niestrwożony,Oślep zaczętey odwagi dowodził;Aż iednem razem w łeb go obalonyZbyt cięszki kamień przez szyszak ugodził.Który go na dół z drabiną obalił:Ten kamień Argant swą ręką nań zwalił.

Nie beł śmiertelny on iego raz cale,Lecz cięszki, k’temu z wysoka spadł z góry;Argant wtem począł wykrzykać zuchwale:„Iuż ieden zleciał, kto polezie wtóry?Nie kryicie się tak za tarcice, aleWyleźcie na świat, wychylcie się z dziury.Przecz z tych drzewianych iam nie wychodzicie?Bo y tam pewnie się nie wysiedzicie!“

Tak wołał Argant, ale na te mowyNamniey nakryci rycerze nie dbaliY pod skupione tarcze kryiąc głowy,Strzały y cięszkie kamienie trzymali.Y wielkie tramy z tarany przez rowyIuż wypełnione — bliżey pomykali,Które na mury, nie bez wielkiey trwogi,Niosą żelazem okowane nogi.

Poganie na te zgromadzone siłyDrzewa z kamieniem cięszkiem powiązanePuścili na dół, które przywaliłyTarczami kryte piechoty przebrane.Te wielką w ludziach szkodę poczyniły,Bo tarcze w trzaski poszły zgruchotane,Y nieiednemu przepadły przez czoło;Ziemia krwią, mózgiem skropiła się w koło.

Iuż Chrześcianie za swemi twierdzamiWięcey nie stali, ani iem dufali,Ale wypadszy śmiele gromadami,W przestrzeni męstwo swe ukazowali.Iedni do gury pośli drabinami,Drudzy ze spodu mury wywracali,Który iuż y wierzch stłuczony wysokiY powątlone ukazował boki.

Y upadłby beł, bo rozkołysanyTram wielki raz mu zadawał śmiertelny,Ale go mężnie lud niespracowanyBronił, miłości swey oyczyzny pełny.Y gdzie go biły rogate tarany,W tem mieyscu z wierzchu miękkie spuszczał wełny,Które gwałtowne bicie przyimowałyY ustępuiąc — razy hamowały.

Gdy się tak na mur lud piął natarczywyY tamta strona mężnie się broniła —Siedmkroć Klorynda wyciągnęła krzywyŁuk swóy i siedmkroć także go spuściła.A ile swych strzał wypchnęła z cięciwy,Tyle ich we krwi w on czas omoczyłaPrzednieyszych wodzów, nie gminu podłego,Strzegąc się — harda — celu niegodnego.

Tyś, o angielski młodszy królewice,Pierwszy beł, któryś dostał od niei rany;Iednoś co głowy z dębowey tarciceWychylił trochę, którąś beł odziany.Przez pancerzowey nity rękawicePrzebił ci rękę prawą bełt pierzany,Tak, żeś ustąpić z placu musiał pręcey,Mniey bólu czuiąc, ale gniewu więcey.

Klotareusa, gdy lazł po drabinie,Pod murem — grabię trafiła z Ambozy;Obiema z piersi przebitych krew płynie,Obu umarłych niesiono w obozy.Kiedy wielkiego tarana na linieRupert wyciągał y spuszczał powrozy —Odniósł w ramieniu strzałę, którey z ciałaCzęść wyrwał, a część z żeleścem została.

Ademarowi, który na te dziłaZ daleka patrzał, trefna się rzecz stała:Właśnie go w czoło z łuku wymierzyła,Y twarz mu hoyną krwią zafarbowałaY rękę, co bełt z rany wywłóczyła,Nowem postrzałem przytknęła do ciała;Tak zacny biskup na woynie z poganyŻywot położył od niewieściey rany.

Palamed nazbyt do sławy się kwapiłY szedł po szczeblach z odwagą na mury,Y iuż wierzch muru rękami obłapiłY nogi dźwignął za sobą do gury;Lecz właśnie wtenczas, gdy się go ułapił,W oko mu siódmy bełt wpadł prętkopióryY tyłem wyszedł. Tak nieborak leży,Przy poimaney umieraiąc wieży.

Tak ta strzelała. Ale inszą stronąZ nowemi czyny Goffred następował,Y co naywyższy przed wysoką bronąIeden postawił y z niego szturmował.Wieża to beła, którą — z drzew złożonąCo namocnieyszych — tak był pobudował,Że szła na kołach y zbroyne dźwigałaY wierzchem z murem wysokiem równała.

Co raz to bliżey, niosąc lud w się wzięty,Woienna wieża pomykała kołaY chciała — iako okręty z okrętyNa morskiey woynie — spiąć się z murem zgoła.Lecz obleżeńcy różne czyniąc wstręty,Sięgaiąc boków y twardego czoła —Oszczepami ią nazad odpychaią,Y koła tłuką y na wierzch ciskaią.

Strzały z obu stron tak gęste leciały,Że nieba beło nie widać przed niemiY trafiało się, że się zaś wracały— Wzad odtrącone — drogami pierwszemi.Iako gdy owoc biie niedordzałyGrad niepogodny — pełno go na ziemi:Tak gęsto w ten czas z muru SaraceniSpadali od strzał, oszczepów, kamieni.

Barziey tam naszy pogany szkodzili,Bo rzadko który u nich w dobrey zbroi;Iuż niemal wszyscy mury opuścili,Każdy się oney srogiey wieże boi.Sam tylko mężny Sułtan w oney chwiliNa murze z kilką co mężnieyszych stoi,Do których Argant z wielkiem tramem bieżyOdpierać gwałtem przystawioney wieży.

Y tak daleko, iako beł tram długi.Trzymał od muru wieżę ludzi pełną;Iuż się Klorynda do teyże posługiZbiegała, w zbroię ubrana zupełną.Wtem lud nasz świeży następuiąc drugi.Ścinał powrozy, co wisiały z wełną,Aby tak mury nagie i odkryteŁatwiey mogły bydź taranami bite.

Wielka ie wieża srodze biła z góry,A odespodku rogate tarany,Że naostatek poczynały muryPrzeyrzyste w sobie ukazować rany.Hetman też iuż beł niedaleko dziuryY następował do stłuczoney ściany,A wszystek wielką tarczą się nakrywał,Którey więc rzadko w inszy czas używał.

Y widział dziurą, kiedy dla obronySoliman złaził y na dół zstępował,Gdzie niebezpieczną — tramy rozwalony —Mur Chrześcianom drogę ukazował.Y że na górze Argant zostawiony,Z Kloryndą przeszcia bronić się gotował.To widząc poczuł serce mężne w sobie,Skacząc z radości wielkiey w oney dobie.

Y do Sygiera mowę obracaiąc,Co za niem inszą tarcz niósł na rzemieniu:„Poday mi — prawi — puklerz, nie mieszkaiąc,Lżeyszy y memu znośnieyszy ramieniu.Chciałbym wpaść pierwszy — ciężko nie dźwigaiąc —Po rozwalonem do miasta kamieniu;Czas iuż, żeby wżdy kiedy co wielkiegoŚwiat widział po mnie y co przeważnego“.

Ledwie to wyrzekł, strzała przyleciałaY nad kolanem nogę mu przebiłaY ostrem żyły żeleźcem porwała.Gdzie ból nawiętszy, y krwią się poiła.Żeś mu, Kloryndo, ranę tę zadała —Tak ich powiada, tak ich twierdzi siła;Y ieśli w ten dzień miasto się nie wzięło,Twoia to sprawa y twoie to dzieło.

Ale iakoby nie czuł oney rany.Nie chce zaniechać rozpoczętey drogiY po kamieniu do dziurawey ścianyBieży y chromey nie szanuie nogi.Lecz prętko potem poczuł, zmordowany,Że nie mógł stąpić y ból cierpiał srogi,Tak że rad nierad musiał ku końcowiPrzedsięwziętemu dać pokóy szturmowi.

Zaczem Guelfowi w on czas rozkazował.[Który do oney także dziury godził],Aby na iego mieysce następował,Aby hetmanił y ludzie przywodził.A sam się zaraz wrócić obiecował,Y że na krótki tylko czas odchodził.Tak na koń lekki odiezdżał wsadzony,Lecz nie tak, aby nie beł obaczony.

Skoro ustąpił Hetman pod namioty,Zarazem woysko znacznie osłabiało;Ale pogaństwu serca y ochotyY siły coraz więcey przybywało.Sam Mars y Szczęście odmiennemi wrotyDo przeciwney wóz strony kierowało:Iuż chrześciańskie miecze iakoś mdleią,Nakoniec dźwięki trąb samych słabieią.

Zgraia pogańska dopiero spędzona,Znowu ochotnie na mury bieżała.Płeć białogłowska — przykładem wzbudzonaCney bohatyrki, na który patrzała —Z ukasanego gęsty kamień łona.Na chrześciańskie rycerze ciskała.Y śmiele ostrey — gołych piersi — broniDla lubych murów oyczystych nie chroni.

A czem się nasi nabarziey strwożyli.A serce wziął lud w mieście oblężony:Y z tey y z tamtey strony obaczyli,Kiedy na ziemię Gwelf padł uderzony.Między tysiącem inszych w oney chwiliNalazł go kamień z muru wyciśniony.W tenże czas właśnie trafiony pociskiemPadł Rynald y beł śmierci barzo bliskiem.

Y Eustacemu także się dostało:Mięso mu w nodze od kości odbitoY takie szczęście woysko w ten czas miało,Że kiedy z muru kamieniami bito,Żadne ciśnienie darmo nie leciało,Lubo raniono, lub kogo zabito.Argant srożeie y szczęściem piianyNa uchodzące woła Chrześciany:

„Ieruzalem to, nie Antyochiia!Nie noc na wasze złodzieystwa łaskawa.Słońce tu teraz iasny dzień rozwiia;Insza tu woyna, insza teraz sprawa.Tak was to prętko chęć do sławy miia?Czynicie sobie do państw cudzych prawa,A terazeście tak rychło ustali.Niewieściuchowie na sławę niedbali!“

Tak mówił y tak gniewem zapalonyGrzał się sam w sobie Cyrkaszczyk zuchwały,Że mu się zdało, że plac otoczonyMurami, iego śmiałości beł mały.Y uczyniwszy z góry krok szalony,[Gdzie obalone — przeszcia pozwalałyMury] wypadał y tak wypadaiąc,Solimanowi przymawiał, wołaiąc:

„Y czas y mieysce Solimanie mamy,Skutkiem — nie słowy — męstwa dokazowaćSam wynidź na mur,za mur, sam się sądzić damy,Komu z nas dzielność będą przypisować“.Tak rzekł y zaraz niedaleko bramyWypadszy dziurą, ięli następować:Ow gniewem, a ten sromotą wzbudzonyY od Arganta w uczciwe ruszony.

Niespodziewanie na nieprzyiacieleWypadszy, oba mężnie się stawili:Tarczy, szyszaków, taranów tak wiele,Drabin nasiekli y ludzi nabili,Że w onem mieyscu [może tak rzec śmiele]Z trupów, zbróy, z drzewa górę uczynili,Którą wysoko podnieśli u dziury,Czyniąc bezpieczne — powątlone mury.

A Chrześcianie, co się ubiegaliPrzez gwałt do piękney murowey korony,Teraz nietylko, żeby o nię dbali,Ale y do swey słabieią obrony.Iuż y woiennych czynów odbiegali,A nieprzyiaciel na lud potrwożonyŚmiele naciera y tłucze tarany,Że się nie zeydą drugi raz do ściany.

Kiedy tak nasi uciekali sprośnie,Y poganie ie przez pole pędzili.Sułtan z Argantem na mieszczany głośnieO prętki ogień wołał w oney chwili.Oba potem dwie zapalone sośnieNieśli do wieże, aby ią palili:Tak więc piekielne siostry z pochodniamiNa świat wychodzą y trzęsą wężami.

Tem czasem Tankred, który z swemi WłochyZdaleka mieyskich wycieczek pilnował,Widząc dwie wielkie zapalone sochy,Y że poganin wieżę opanował —Zawracał nazad na czoło lud płochy,Y z swoiem pułkiem śmiele następowałY tak się potkał, że ci co wygrali,Podawszy tyły znowu uciekali.

Tak Mars odmienne czyniąc dotąd próby,Kierował dyszel u lotnego wozu.Iuż też beł ranny Hetman do tey dobyPrzyprowadzony do swego obozu.Sygier, Baldowin y insze osobyPrzednieysze stały na koło przy łożu.On sam sobie chcąc — imo wszystkich zdanie:Strzałę wyciągnąć — przyłomił ią w ranie.

Ból wielki cierpiał y rozkazał, żebyOkoło strzały radę uczynili.Aby głęboko y według potrzeby,Wyrżnąwszy mięso, ranę otworzyli.„Wróćcie mię — prawi — rychło do potrzeby,Co mayą czynić niechayby czynili“.To mówiąc, nogę wystawił zarazemY kazał ią rżnąć barwierzom żelazem.

Erotym stary który się gdzie brodyErydan swoie prowadzi — uchowałY wszystkie źródła y ciepliczne wodyZnał y rozumiał; ten go opatrował.Beł pisorymem wielkiem będąc młody,Lecz potem tylko Galena pilnowałY porzuciwszy zabawę z Muzami,Leczył choroby śmiertelne z ranami.

Między wszystkiemi płacz beł wielki pany,Którzy widzieli ból i iego męki;On się nie trwoży, a wtem ukasanyDoktor doświadcza swey uczoney ręki.Ale uporney strzały koniec z ranyNie chce się na wierzch ukazać przezdzięki.Czasem kleszczami maca, czasem ziołaKładzie, ale nic nie pomogą zgoła.

Nie zna w swey pracey szczęścia mistrz uczonyY umieiętność iakoś mu nie idzie;Wszyscy on iego ból nieuśmierzonyWidząc, mniemaią, że mu umrzeć przydzie;Ale Stróż Anyoł żalem poruszonyUrwał dyptamu na wysokiey Idzie,Ziela z czerwonem kwiatem dziwney mocy,Y napewnieyszey na rany pomocy.

Przyrodzenie to samo tak sprawiło,Że iest znaiome każdey dzikiey kozie,Kiedy którey w bok żeleźce trafiłoOd rozbóynika strzelca w gęstey łozie.Z tem — chocia sto mil y coś więcey było —We mgnieniu oka Anyoł beł w obozieY wyciśniony sok wlał niewidzianyW kubek z lekarską wodą zgotowany.

Y kęs oleyku z lidyiskiego stokuY wmieszał wonney panaceey ziele;A skoro w ranę starzec wkropił soku,Z swey dobrey woley — co widziało wiele —Wyszło żelazo, że wolnego krokuMógł użyć, bólu nic nie czuiąc w ciele.Krzyknie Erotym, y głosem tak powie:„Nie od mey ręki Hetmanie masz zdrowie!“

„Nie te cię proste uzdrowiły zioła.Cud ia tu iawnie widzę niewątpliwyY wierzę, że Bóg zesłał tu Anyoła,Któryć dał zdrowie y sprawił te dziwy.Wróć się do szturmu“. Goffred strętwiał zgoła,Ale czuiąc się czerstwem — boiu chciwy,Szyszak na głowę, tarcz na ramię włożył,Którą raniony niedawno beł złożył.

Przypadł z obozu pod wysokie mury,Pod tysiąc koni iazdy z niem iechało;Ziemia się trzęsie, a od wielkiey chmury,Wielkiey kurzawy, nieba widać mało.Co raz to lepiey widzieć było z gury,Kiedy się świeże woysko przybliżało.Z strachu lękliwi pobiegli poganie,On wielkiem głosem trzykroć krzyknie na nie.

Swego — po wielkiey części nachyleni —Głos Chrześcianie Hetmana poznaliY wziąwszy serce, znowu poprawieni,Daleko płoche pogaństwo pognali.Sułtan y Argant tylko niestrwożeni.Jeden drugiego lepiey odpieraliY od Tankreda strzegli pilnie dziury,Który szedł gwałtem między zbite mury.

O tych się naprzód cny Hetman uderzył,Wszystek we zbroię złocistą ubranyY wielkiem drzewem Arganta wymierzył,Który stał, broniąc rozwaloney ścieny.ściany.Żadenby temu podobno nie wierzył,Jako był tęgi raz niewytrzymany:Brzmi wielki oszczep, Argant się nie boi.Y śmiele tarczą zasłoniony stoi.

Tarcz się na on gwałt wielki otworzyła,Ale y zbroia razu nie strzymała,Bo rohatyna obiedwie przebiłaY krew łakomie z Cyrkaszczyka ssała.Nie czuie Argant (tak w niem wielka siła)Y ukrwawiony wyrwie oszczep z ciałaY uderzył niem znowu na Hetmana:„Niech się — pry — wróci do swoiego pana“.

Oszczep się z pomstą wzad wracał zarazemY przez powietrze szedł wiadomą drogą,Lecz chybił celu, bo przed onem razemUmknął się Goffred y krok stąpił nogą.A miasto niego, krwie chciwem żelazemRanę dał w gardło Sygierowi srogą.On — że umiera — namniey nie żałuie,Kiedy swoiego pana zastępuie.

Sułtan kamieniem dał w łeb Normandowi,Właśnie na ten czas, kiedy Sygier zginął;Nie mógł wytrzymać tęgiemu razowi.Zatoczywszy się, na ziemię się zwinął.Już też przycięższem beło Goffredowi,Rzadko go który z góry kamień minął,Atoli przedsię, choć z niemałem trudem,Na rozwalinach iuż beł z swoiem ludem

Y zrobiłby beł pewnie co wielkiegoY krwieby beło rozlało się siła,Ale noc z progu wyszła podziemnegoY świat czarnemi skrzydłami okryła.Y na śmiertelne narodu ludzkiegoGniewy, swych cieniów wędzidło włożyła.Tak, że odstąpić musiał od tei sprawy:Taki miał w on czas koniec on dzień krwawy.

Lecz niż odstąpił [co wielka w hetmanie]Kazał nieść nazad w szturmie obrażonych.A potem pilne uczynił staranieKoło woiennych czynów potłuczonych:Wieżę — którey się naibardziey poganieBali, od mistrzów zrobioną uczonych —Nazad prowadzi, chocia naruszonąY w wielu mieyscach barzo powątloną.

Ze złego razu zaraz ią uwodziW bezpieczne mieysce okrom żadney zwłoki;Ale iako łódź na morskiey powodzi,Co pełnem żaglem nurt siecze głęboki,Kiedy bezpieczna do portu przychodzi,O skałę łamie roztrącone boki;Abo więc iako zawodnik ćwiczonyPrzed samem kresem padnie powalony:

Tak właśnie w on czas wieża szwankowała,Gęstem kamieniem barzo potłuczonaY obie zadnie koła połamała,Y iść nie mogła daley — powalona.Ale piechota pod nię stęplowałaTramy, na których legła zawieszona,Aż nauczeni mistrzowie przybyli.Którzy koło niey z pilnością robili.

Surowie cieślom Goffred rozkazował,Aby przededniem koła zgotowali;Potem po drogach straży zostawowałY ludzie, którzy wieże pilnowali.Tem czasem król mur zbity oprawował,Y słyszeć beło, iako się mieszali,Bo w mieście tysiąc pochodni świeciło,Od których niemal wszystko widzieć było.

Comentarios

Cargando comentarios…