Pieśń ośmnasta
Traducido por Piotr Kochanowski
Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona
Gdy przyszedł Rynald, gdzie beł zgromadzonyLud przy Hetmanie pod wielkiem namiotem:„Odpuść — rzekł — Panie, żem się mścił, ruszonyW uczciwe — iako wszyscy wiedzą o tem.Iednak zarazem za grzech popełniony.Obaczywszy się, żałowałem potem.Teraz — iakoś chciał, atom ci się stawił,Abym swych przeszłych występków poprawił“.
Zaczem go Groffred obłapił łaskawy,Serce de niego skłoniwszy użyte:„Niechże występki y przeszłe twe sprawyIuż niepamięcią zostaną zakryte.Ale po tobie chcę, miasto poprawy,Abyś — iakoś zwykł — dzieła znamieniteCzynił y pierwsze pokazował męstwo,A z pokus leśnych otrzymał zwycięstwo.
Las, z któregośmy na woienne czynyY drzewo mieli na wielkie tarany,Teraz — nie wiedzieć dla iakiey przyczyny —Wniść weń nie mogą, tak iest zczarowany.Iuż tam nieieden ieździł dla dębiny,A nic nie sprawił. Y dla tego ścianyNieprzyiacielskie dotąd całe stoią;Przeto ty tam idź, gdzie się drudzy boią“.
Tak rzekł. A on się krótko ofiarowałDo każdey pracey, ile go stawało;Ale postawą mężną pokazował,Że siła sprawi, chocia mówi mało.Wtem z towarzystwem dawnem odprawowałWitanie, co się do niego zbiegało:Tam Gwelf, tam Tankred, tam drugie książęta,Tam insze beły przednieysze panięta.
A skoro one wesołe obradyNieraz powtórzył y skończył z przedniemi;Układny, ludzki, szczery, bez przesady,Witał się potem z drugiemi mnieyszemi.Nie mógłby więtszey rycerstwa gromadyMieć koło siebie z głosy życzliwemi,Kiedyby wszystko południe zwoiowałY z podbitego wschodu tryumfował.
Tak otoczony odszedł rycerz młodyKupą przyiaciół, od których sprawionyO leśnych czarach, iem także przygodySwoie powiadał, iako beł proszony.Gdy się rozeszli y żadney przeszkodyNie beło, przyszedł pustelnik uczonyTak mówiąc: „Siłaś, panie, zwiedził świata,Iako nikt więcey od dawnego lata.
O, iakoś Bogu powinien dziękować!On cię z więzienia y z czarów wybawił,Y błędną owcę chcąc zguby uchować,Znowu cię w swoiey owczarni postawił.Y z czego się masz cieszyć y radować:Wtórem cię sprawcą woley swey ustawił.Lecz upętany nie możesz grzechami,Iego wielkich dzieł tykać się rękami.
Bo cię tak bardzo ta marność światowaY ta cielesna sprosność oszpeciła,Żeby cię woda nietylko nilowa,Ale wszystkiego morza nie omyła.Samaby łaska Boża — tem gotowa,Co iey szukaią — z niey cię oczyściła.Przeto pokutuy, a proś odpuszczenia,Y spowiaday się, chceszli oczyszczenia“.
Tak rzekł, a on wprzód w sobie opłakiwałSwe harde gniewy y głupie miłości,Potem mu u nóg klęknąwszy, odkrywałBłędy y pierwszey występki młodości.Wtem go rozgrzeszył: „Iużeś — pry — pozbywałGrzechów y pańskiey dostał życzliwości.Iutro, skoro dzień, idź w górę wesoło,Która obraca na rany wschód czoło.
Tam się módl Bogu y tak czyst na duszy,Ztamtąd do lasu puść się niewątpliwy,Gdzie za pomocą [tak mi serce tuszy]Boską, zwyciężysz wszystkie tamte dziwy.Iedno cię niechay nie łudzą pokusy:Y na śpiewanie y na płacz fałszywy,Na prośby nie dbay, ani miey litości,A idź śmiele w las, bespieczny całości“.
Tak rzekł. A on chce iść za iego zdaniem,Y zwycięstwa się pewnego spodziewaY on dzień y noc różnem rozmyślaniemSam się do przyszłey potrzeby zagrzewa.Potem się zbroią, ieszcze przed świtaniem,Y zwierzchniem, nowem nasuwniem odziewaBarwy foremney — y sam ieden pieszyCicho wychodzi y w drogę się spieszy.
Beł ten czas właśnie, kiedy ieszcze dniowiDo końca placu nocne nie puściłyCienie, ale iuż zorze ku wschodowiY niektóre się gwiazdy rumieniły;Kiedy się puścił ku Oliwetowi,A oczy iego dziwnie go cieszyły,Kiedy na nocne y dzienne ozdobyNieskazitelne, patrzał oney doby.
Myśli: „O, iako wiele w się gromadziPałac niebieski światła tak iasnego!Dzień ma swe wozy, noc złote prowadziGwiazdy y koła miesiąca srebrnego.Przedsię my się w tem nie kochamy radzi,Wszyscy się światła chwytamy ciemnego,A śmiech niewieści płonny z chętnem okiem,Ciągnie za sobą myśl z ułomnem wzrokiem“.
Tak myśląc na wierzch góry wszedł wysokiY tam się modlił wnętrzney pełny skruchy,A myśl gorącą wyniósł nad obłokiY nieomylney modlitwy otuchy:„Ty — przeszły żywot, Panie, bez odwłokiOczyść y porwi grzechów mych łańcuchy!Tyś móy Bóg; niechże twoia łaska samaOdnowi we mnie starego Adama“.
Tak się tam modlił, a wtem promień złotyNiosąc, iutrzenka na świat wychodziła,Która wierzch góry y dziwney robotyZbroię swem światłem rumianem złociłaY na czoło mu y na piersi, lotyWolnemi, wiatry przyiemne puściła,Które mu z piękney iutrzenki — na włosy,Mokrego łona — chłodne trzęsły rosy.
Rosą tą iego szaty pokropione,Podobne przedtem barwą do popiołu.Teraz bladości pierwszey pozbawione,Y bielały się y lśniały pospołu:Tak nocnem zimnem liście pomrożoneOdżywia słońce nadwiędłemu ziołu;Tak wąż na wiosnę weseli się, któryMłodnieie, nowey nabywaiąc skóry.
Sam się odmianie tak nagłey dziwowałY różnie sobie onę rzecz rozwodził.Potem do lasu śmiele następował,Nic się nie trwożąc — y iuż go dochodził,Przyszedszy tam, gdzie każdego hamowałStrach, który z niego na inszych wychodził.Iemu się nie zdał straszny bydź weyrzeniem,Owszem wesoły swoiem gęstem cieniem.
Idzie kęs daley y usłyszy głośnyDźwięk, który błagał, serce przerażaiąc.Strumień żal iakiś wydawał nieznośny,Wiatr między brzegi wzdychał, powiewaiąc.Na wodzie łabędźłabęć narzekał żałośny,A słowik płakał, nieodpoczywaiąc;Śpiewacy, lutnie, brzmiały y organy,Z tak wielu głosów on dźwięk beł zmieszany.
Przeważny rycerz, który tak rozumiał,Że tam bydź iakie straszne huki miały,Słysząc, że wdzięczny wiatr z wód tylko szumiałY głosem pięknem syreny śpiewały —Zastanowił się y bardzo się zdumiał;Potem znienagła krok poniósł wspaniałyY w drodze inszey nie miał iuż przeszkody,Krom piękney rzeki przeźroczystey wody.
Brzegi wonnemi okryte ziołami,Y trawa miękka do siebie wabiła,A rzeka tak się rozdarła rogami,Że las na koło wielki otoczyła,A nietylko go obeszła wodami.Ale go śrzodkiem odnogą dzieliła.Tak las frymarczył, swóy cień y swe chłodyDawaiąc rzece za wilgotne wody.
Patrząc tam brodu rycerz odważony,Uyrzał przed sobą most bogaty, długi,Wszystek ze złota dziwnie urobiony,Który kamienne dźwigały frambugi.Poszedł nań śmiele, ale obalonyUpadł z niem pierwey, niż wszedł na brzeg drugi.Zaczem go woda niosła, pochwyciwszy,Nagle się w bystry potok obróciwszy.
On się obróci y uyrzy powodziWe mgnieniu oka głęboko wezbrane,Z których nurt gęsty odedna wychodzi.Niosąc zakręty na wierzch wymiatane.Lecz go to ieszcze tem bardziey podwodzi,Zwiedzić y przebyć lasy zczarowane;Ale go coraz co nowego wściągnie,Coraz go nowy dziw do siebie ciągnie.
Gdzie stąpi y gdzie ziemię nogą biie,Zdroie y wonne kwiecie wynikaią.Tu kwitną róże, tu białe lilie,Tu zdróy, tu piękne strugi wypadaią;Las wszystek w koło starość dawną kryie,Wszystkie się rózgi wdzięcznie odmładzaią,Miękczeią skóry u drzew, większą liścieZieloność na się bierze oczywiście.
Gałęzie wszystkie z manny miały rosy,Z pod skór obfite miody wychodziły.Y znowu wdzięczne słychać beło głosy,Które słodkością swą dziwnie cieszyły.Z drugiey zaś strony człowiecze odgłosyOdzywały się, ale się taiły:Nie może widzieć gdzie muzyka stoi,Kto instrumenty y kto lutnie stroi.
Widząc to, temu co zmysł pokazował,Za własną prawdę myśl wierzyć nie chciała.Wtem mirt uyrzawszy, z lekka następował,Gdzie w placu wielkiem ścieszka koniec miała.On się swem pięknem wzrostem popisował,Tak że z niem palma żadna nie zrównała;Wierzchem wysokiem mnieysze drzewa trwożył:Zda się, że tam las stolicę założył.
Stanął tam rycerz, bo go druga stronaIeszcze dziwnieyszem cudem przeraziła:Topola sama przez się rozerżnionaOtworzyła brzuch płodny y rodziła;Z którego nimpha pięknie ustroiona,Nimpha dorosła nagle wychodziła;Y sto drzew inszych tymże kształtem rodzi,Sto z nich udatnych pięknych nimph wychodzi.
Iako na scenie, albo malowaneLeśne więc czasem widamy boginieW pięknych koturnach, krótko ukasane,A każda na wiatr warkocze rozwinie:Tak się tu zdały y także ubraneWielkiego lasu córy po krzewinie;Okrom że tamte łuk y sadyaksaydak maią,Te w ręku lutnie y cytry trzymaią.
Wtem wszystkie taniec ięły skakać nowy,Y z samych siebie wieniec uczyniłyY bohatera y wysokiey głowyMirt — za ręce się wziąwszy — otoczyły.Potem wszystkie wraz łagodnemi słowyW słodkiem śpiewaniu, tańcuiąc, mówiły:„Otoś gość wdzięczny przyszedł w te krainy,Naszey królowey kochanku iedyny!
Prawieś tu do niey przyszedł pożądany,Pocieszyć srogiem stroskaną kłopotem.Ten las wprzód ciemny, w żałobę ubrany,[Zgodne z kłopotnem mieszkanie żywotem].Za twoiem przyściem dostawszy odmiany,Patrz, iak odmłodniał“. To tak wszystko o temBeło śpiewanie. Wtem skórę rozdzierałY płodne łono wielki mirt otwierał.
Dawne grubego Sylena zrodzenieDziwne się zdało staremu wiekowi,Lecz bardziey [to iest moie rozumienie]Temu się trzeba dziwować mirtowi,Co z siebie puścił — imo przyrodzenie —Panią, gładkością równą anyołowi.Przypatruie się Rynald oney sprawieY widzi w własney Armidę postawie.
Smętnie mu patrząc y wesoło w oczy.Tysiąc żądz razem w ieden wzrok wmieszała.Potem mu mówi: „Takli cię mam w mocy!Taklim to zbiega swoiego dostała!Po coś się wrócił? czy żebym iuż nocyY dni wesołych z tobą używała?Czy się na niechęć przeciw mnie zdobywasz,Że mi twarz kryiesz, a zbroię odkrywasz?
Czyś nieprzyiaciel, czy przyiaciel? — zgołaSpraw się! Iam wprawdzie złotych nie robiłaDla nieprzyiaciół mostów, anim ziołaY kwiecie dla nich y zdroie puściła.Proszę, zdeym szyszak, nie zakryway czoła,Ieśliś przyiaciel y ieślim ci miła.Złącz usta z usty y piersi z piersiami,Albo przynamniey złączmy się rękami“.
Mówiła daley smętno poglądaiąc,Y wścieldey znaki dawała miłości:Wzdychanie y łzy pospołu mieszaiąc,Świadki swey troski y więlkiey żałości;Tak, żeby beła mogła przerażaiąc,Zmiękczyć kamienie naiwiętszey twardości.Lecz się ostrożny rycerz tem nie ruszy,Dobywa miecza na leśne pokusy.
Chce ciąć w mirt, ona mirt zastępowałaZ okrutnem wrzaskiem: „Postóy, nieużyty!Ach, nie day Boże, abym widzieć miałaSwóy mirt kochany od ciebie zabity.Porzuć, albo więc — bo będę wolała —Wraź miecz Armidzie w piersi iadowity.Inszey nie naydziesz, okrutniku srogi,Do mirtu — chyba przez to serce — drogi“.
On miecz wynosi, niedba nic na czary,Ona zaś w inszą postać się zakryła;Y iako we śnie iedne z drugich maryOdmieniaią się — tak się odmieniła:Członki, twarz miąższą [rzecz trudna do wiary!]Wziąwszy, pierwszą płeć y gładkość zgubiła,Y olbrzymem się dziwnie wielkiem stała,A sto rąk, iako Bryareus, miała.
Pięćdziesiąt tarcz ma y mieczów, któremiGrzmi po powietrzu y ramiony miece;Nimphy też wszystkie, stawszy się srogiemiCyklopy, ostre przypasuią miecze.On się nie boi y razy cięszkiemiMirt, którego mu bronią, bardziey siecze;Ten bity, ięczy właśnie iako żywy...Powietrze brzydkie zasłoniły dziwy.
Spodkiem ziemia drży, nieba zaburzoneZ góry huk srogi na niego puszczaiąWiatry y wichry w kupę zgromadzone,Oczy mu y twarz piaskiem zamiataią.On przedsię serce niesie niestrwożone —Drzewa tak siecze, że wióry padaią.A skoro dąb ściął [bo dąb beł niemały,Choć się mirtem zdał] czary też ustały.
Wiatry ucichły, niebo do pogodyY las się wrócił do stanu pierwszego:Strachu y z czarów sprawioney przeszkodyPróżny — krom strachu swego wrodzonego.Potem próbuie znowu rycerz młody,Ieśli kto broni siec lasu onego;Nakoniec z śmiechem chwilę w mieyscu stoi:„Głupi, kto się was próżne larwy boi!“
Ztamtąd do pięknych namiotów kierował,Gdzie duchem Bożem Piotr wołał sprawiony:„Iuż pewnie wielki rycerz las zwoiował,Iuż się zwycięzca wraca z tamtey strony!“On wtem poważnie zlekka następował,Ozdobnie w białą zbroię obleczony.A orzeł iego blask piórmi srebrnemiNiezwykły ciskał od słońca ku ziemi.
Tam od wszystkiego woyska pożądany,Z gęstemi krzyki przyimował witanie.Y od Hetmana zarazem wezwany,Wielkie od niego miał poszanowanie:„On — prawi — straszny las uczarowany,Tak iako beło twoie rozkazanie,Iużem zwyciężył, iuż do niego mogąLudzie iść śmiele y bespieczną drogą“.
Zaczem zarazem do lasu posianoPo różne drzewo na woienne czyny;A choć pierwszych sztuk dobrze nie umianoZrobić, dla cieślów ladaiakich winy —Teraz kolo nich [iako powiadano]W takiem rzemieśle mistrował iedynyGwilelm Ligurczyk, który beł obranem.Sił chrześciańskich na morzu hetmanem.
Potem od możney armaty spędzony,Ustąpił morza nieprzyiacielowi;A teraz — wszystek z okrętów zwiedziony,Z strzelbą prowadził lud ku obozowi.Ten beł tak swemi kunsztami wsławiony,Że równia nie miał swemu dowcipowi;A stu zaś mnieyszem cieślom rozkazował.Którzy robili to, co wynaydował.
Nie tylko w ten czas kusze przysposobił,Byki, tarany y insze przyprawy,Żeby tak snadniey mocnem ścianom dobiłY mur tem pręcey uczynił dziurawy —Ale y wieżę foremną urobił,Którą dębowe wnątrz spinały ławy,A na wierzch twarde poprzybiiał skóryDla ogniów, które ciskać miano z góry.
Z wielu drzew y sztuk subtelnie spoiona,Iednem się ciałem wielka wieża staie;Z niey balka spodkiem w twarde obleczonaŻelazo, końcem twarde razy daie;Z pośrzodku zaś most — blisko podemkniona —Kładzie na muru ostateczne kraie;A wierzchem mnieysza wieża z niey wychodziY niewymownie nieprzyiaciół szkodzi.
Gdziekolwiek równa droga się nayduie,Bez wielkiey pracey, bez wielkiego trudu,Snadnie na gęstych kołach postępuie,Pełna rynsztunków y zbroynego ludu.Woysko się cieślów prętkości dziwuie,Co żywo bieży do nowego cudu.Potem dwie mnieysze wieże zbudowali,Na które z wielkiey wizerunki brali.
Ale tem czasem nie mogły być tayneTe u ostrożnych roboty poganów,Co straży — murów wysokich zwyczayne —Mogły z swych przeyrzeć baszt do Chrześcianów.Patrzali, kiedy tramy niezwyczayneWieziono w obóz, dla wież y taranów,Y kiedy ie iuż skończono, widzieli;Lecz iakie beły, trudno poznać mieli.
Przeto y oni wzaiem z każdey stronyPrzekopy swoie y wieże mocnili,Y gdzie mur słaby, albo beł zniżony,Tam go z pilnością wielką podnosili,Tusząc, że miał bydź tak pewney obrony,Żeby się naszy darmo oń kusili.Ale się Izmen naybardziey gotował,Y dla bronienia ognie przyprawował.
Miesza z siarkami kliie zaraźliweZ sodomskich iezior; zwiedza błotne brody;Zbiegł y do piekła [tak miał serce mściwe]Y wziął z stygiyskiey także kliiu wody,Z którego ognie porobił straszliwe,Miecące dymy y okrutne smrody:Myśląc, czarownik brzydki, onych czasówZemścić się swoich porąbanych lasów.
Gdy się tak woysko do szturmu z wieżami,A miasto do swych obron gotowało —Nad francuskiemi lecąc namiotami,Nieścignionego gołębia widziało,Który nie siekąc bynaymniey barkamiRozciągnionemi tak, iako się zdało,Szedł po powietrzu — nowy poseł — pióry,Y z obłoków się w miasto spuszczał z góry.
Ale niewiedzieć zkąd się wziąwszy potem,Ogromny sokół drogę mu przeszkodziłY zaraz mu ią swoiem rączem lotemMiędzy obozem y miastem zagrodził;Y nad naywiętszem ścignął go namiotem,Y tak się zdało, że go iuż dochodził,Iuż go paznogciem tylko niedopadnie,On wtem na łono Goffredowi spadnie.
Goffred go broni y w łono przyimuie,Y patrząc pilno [dziw mało słychany!]Pod iednem skrzydłem u niego nayduieList między pierzem nicią uwiązany.Weźmie go w ręce y odpieczętuieY czyta krótko w te słowa pisany:„Hetman egyptski śle AladynowiPokłon y zdrowie, żydostwa królowi.
Nie bóy się królu, a miey się na pieczyY do dnia się dzierż nadaley piątego,Y nieomylney bądź pewien odsieczyIerozolimie — od woyska moiego“.Takie zawierał opisane rzeczyCharakterami pisma pogańskiego,List powierzony lotnemu posłowi:Zwykły beł w ten czas ten sposób wschodowi.
Potem gołębia Hetman przestrzeżonyPuścił, który się pierwszemi drogami,[Źle posłużywszy panu], w swoie stronyZe złemi nie chciał wrócić nowinami.Wtem zgromadzoney radzie nalezionyList czyta, mówiąc: „To widzicie sami,Iako nas Bóg ma w swoiey opatrzności,Posyłaiąc nam takie wiadomości.
Przeto nam czasu daremnem mieszkaniemNie trzeba tracić. Bądźcie iuż gotowi;Chcę szturm za pierwszem miescmiejsc złych wyrównaniemPołudniowemu wrychle dać murowi.Trudna rzecz wprawdzie, ale moiem zdaniemNie niepodobna, bom się sam mieyscowiPrzypatrzył; ktemu mur ubespieczonyMieyscem, mniey stamtąd musi mieć obrony.
Ty chcę — Raymundzie, abyś swe taranyZ tamtego boku pod mury prowadził;Móy od północney bramy lud przebranyCiągnąć się będzie; iużem tak uradził,Aby poganin stamtąd oszukany.Boiąc się szturmu — ludzie tam gromadził.Wtem moia wielka wieża w onem czesiePomknie się daley y woynę podniesie.poniesie.
W tenże czas właśnie z trzecią — abyś wiedział —Wieżą Kamillu póydziesz, następuiąc“.Raymund wtem — który po Goffredzie siedział,Sam sobie w głowie tę sprawę rachuiąc,Powie: „Tak Hetman radę swą powiedział,Że się nic przydać, nic nie może uiąć.To tylko, żeby na pogańskie szlakiBeł wyprawiony ostrożny szpieg iaki;
Któryby pewney o woyska tamtegoLiczbie, zamysłach, dostał wiadomości“.Ozwał się Tankred: „Mam ia tu iednegoCoby się na to zszedł krom wątpliwości,Lekkiego na dziw, dowcipu wielkiego,Śmiałego, ale ostrożney śmiałości;Różne ięzyki pogańskie rozumie,Chód y głos zmyślić y postawę umie“.
On będąc zaraz na on czas wezwanemY zrozumiawszy czego po niem chcieli,Rozśmiał się, wesół stoiąc przed Hetmanem,Y rzekł: „W drodze mię wnet będziecie mieli;Niedługo szpiegiem będę niepoznanem,Tam kędy będą obozem leżeli;W biały dzień wnidę między ich namioty,Policzę iezdy, policzę piechoty.
Co za ludzie są, y iako ich wiele,Y iako dobrzy — nieomylnie powiem;Co ich wódz myśli, co nieprzyiacieleDaley chcą czynić — wszystkiego się dowiem“.Tak Wafryn w on czas tuszył sobie śmiele,Y zwykły ubiór zrzuciwszy z obowiem,Delią długą wdział pogańskiem stroiem,Y głowę białem opasał zawoiem.
Łuk wziął syryiski y przyprawne w pierzeStrzały, a ludzie mu się dziwowali;Cudze ięzyki tak wymawiał szczyrze,Że się zdumieli ci, co go słuchali.Egiptczyk w Memphim y Feniyczyk w TyrzePo mowieby go beli nie poznali.Koń miał tak rączy, że piasku po ziemiLedwie się tykał nogami prętkiemi.
Wtem — niż trzeci dzień przyszedł, FrancuzowiePrzeciwko murom drogi naprawili,Umieiętni też iuż beli mistrzowieSwoich woiennych czynów dokończyli,Bo na to beli dani przystawowie,Aby y we dnie y w nocy robili.Nic nie przeszkadza, nic iem iuż nie wadzi,Ostatnichby sił próbowali radzi.
W dobrey beł Hetman zwycięstwa otusze,On dzień przed szturmem modlitwą się bawiłY aby wszyscy nakarmili duszeChlebem niebieskim — surowo ustawił.Potem woienne tarany y kusze,Tam gdzie ich zażyć nie myślił — postawił;A oszukani poganie mniemaią,Że szturm przypuścić na mocny mur maią.
Skoro ciemności czarney przyszły nocy,Indziey się sroga wieża przetoczyłaY tam stanęła, gdzie mur mnieyszey mocy,Y gdzie obrona dobrze słabsza była.Kamillowa też, mnieysza, od północyZ pagórku patrząc poganom groziłaY Raymund także swoię iuż prowadziłY od zachodu pod mur ią podsadził.
Ale skoro świt wyszedł, prowadzonyOd złotey zorze w swey zwykłey ozdobie,Gdzie indziey postrzegł poganin strwożonyOgromney wieże y zwątpił o sobie,Tem więcey, kiedy z tey y z owey stronyWprzód niewidziane uyrzał wieże obieY wielką liczbę kusz narychtowanych,Taranów srogich, byków zakowanych.
Zaczem obrony swoie gęste na nieNieprzyiaciele ztamtąd przenosiliNa tamto mieysce, kędy ChrześciianieW nocy ogromną wieżę podsadzili.Lecz dobry Hetman pomniąc, że poganieMiastu na odsiecz w drogę się puścili.Dwiema Rubertom mówił y Gwelfowi:„Bądźcie swą iezdą — powiada — gotowi.
Y strzeżcie tego, gdy z ludem sprawionemPóydę na on mur, co to mniey wyniosły,Aby nie przyszły — szturmem zabawionem —W tył roty iakie y woyny nie niosły.Zatem piechoty pędem niewściągnionemWe troie pod mur rozdzielone poszły.Król też ze wszech stron lud uszykowanyZastawił, w świetną zbroię sam ubrany.
Tak obciążony sam z sobąsobą y latyOdwykły dawno temu ciężarowi,W on dzień się w zbroię y w szyszak bogatyUbrał y stanął przeciw Raymundowi.Soliman przeciw Goffredowi, a tyByłeś Argancie przeciw Kamillowi,Z którem beł Tankred, rad że miał w tey dobieNieprzyiaciela swego przeciw sobie.
Poczęli strzelcy strzelać iadowite,Śmiertelnem iadem napuszczone strzały,Od których niebo tak beło zakryte,Że się tak zdało, że ściemniał dzień biały.Ale się przedsię bardziey mury biteY cięższych razów z wież ogromnych bały,Co srogie kule ciskały na bramyY w końcach stalą okowane tramy.
Ieśli się komu kamieniem dostanie,Członki y blachy tak się na niem kruszą,Że ciała żadna postać nie zostanie;Nie tylko zaraz traci żywot z duszą,Co gorsza — postrzał nie zostawa w ranie,Ale potężną wyciśniony kuszą,Idąc na wylot, w ciele się nie bawiY wypadszy, śmierć po sobie zostawi.
Ale poganie na tak srogie razyNie dbaiąc, z murów mężnie się bronili:Płótna krzywemi uięte żelazy,Y wory wełną natkane spuścili.Ustępuiące nalazszy przekazy,Nie szkodzi postrzał y wnet się wysili;Sami, gdzie pod mur lud podchodzi bliski,Kamienie walą y lotne pociski.
Lecz naszy przedsię wszelkie zwyciężaią[Idąc ze trzech stron do szturmu] zawadyY postępuiąc, złożone dźwigaiąTarcze nad sobą, na lecące grady;Drudzy do murów wieże pomykaią,Któreby mosty przystawiły rady:Iuż ie spuszczaią, iuż y taran srogiemGrozi obitem twardą stalą rogiem.
Rynald tem czasem na mur nie naciera:Lada przewagę za sromotę srogąSobie rozumie; a zgoła się zdzieraIść pospolitą z podłem gminem drogą,Y patrząc daley, zwątpioną obieraY taką, którą iść drudzy nie mogą.O mur naywyższy, który stał spokoiem,Pokusić się chce swem osobnem boiem.
Y obrócił się do tych, co zmarłemuPosłuszni beli cnemu Dudonowi,Mówiąc: „O hańba wielka, ieśli temuDopuściemy stać w pokoiu murowi.Nagorsze razy — bespieczne śmiałemu,Wszystko dobremu równo rycerzowi,Tam śmiele pódźmy y tam sie udaymy,A tarcze spięte nad sobą trzymaymy“.
Ruszeni iego przykładem y słowy,W kupę do niego zarazem się zeszliY dach drzewiany, podług iego mowy,Z tarczy złożyli y nad sobą nieśliY wielkiem pędem — kryiąc podeń głowy,Z wielką odwagą pod mury podeszli;Sklep ziednoczony wszystko strzyma snadnie,Kamienie, drzewa y to, co nań spadnie.
Rynald napierwszy ze spodku wypadał,O dwustu szczebli z wysoką drabinąY tak ią dobrze iedną ręką władał,Iako wiatr włada pospolicie trzciną.Deszcz nań kamienny ustawicznie spadał,Drzewo, oszczepy, czego się dowiną,Z góry na niego ciskaią; on śmieleIdzie na mury, na nieprzyiaciele.
Z gęstych pocisków góry ułożone,Na tarczy niosąc, namniey się nie wzdryga;Y iedną ręką mury uchwyconeTrzyma, a drugą tarcz nad głową dźwiga.Sercem, przykładem iego przychęconeInsze go rączo towarzystwo ściga;Drabiny także na mury stawiaią,Lecz różne męstwo, różne szczęście maią.
Ten spadł zepchniony, ten zabity leży;On coraz lezie wyższemi szczeblamiY tak wysoko iuż iest, że przy wieżyChwyta się muru obiema rękami.Dopiero hurmem pogaństwo nań bieży,Spycha go na dół długiemi drągami;Ale się trzyma tak mocno, że gwałtemZbić go nie mogą na dół żadnem kształtem.
Odpiera mężnie, daley postępuie,Y iako palma na ciężar się sili,Tak y on więtsze męstwo ukazuieY siłę więtszą, im nań barziey bili;Tramy, kamienie y co go hamuie,Wszystko zwycięża mężnie w oney chwili.Iuż na mur wskoczył, iuż go — stoiąc na niemBespiecznem czyni, tem co idą za niem.
Szwankuiącemu Eustacyuszowi,Pod którem szczeble w końcu się złamały,Ściągnąwszy mężną rękę ku dołowiPomógł, że na mur przedsię dolazł cały.Ale gdzie indziey różne HetmanowiY niebespieczne rzeczy się przydały;Gdzie się nietylko ludzie bili sami,Ale y sztuki woienne z sztukami.
Na murze beł świerk wielki postawiany,Który wprzód masztem u okrętu bywał,Na którem wielki, poprzek zawieszonyTram okowany stalą — odpoczywałY wzad miąższemi linami ciągniony,Y popuszczony, mocnych wież dobywał;Y to się wracał, to zaś drugiem razemTłukł ie twardem łbem okrytem żelazem.
Tak Chrześciańską wieżę pędem srogiemW on czas uderzył ieden raz y drugi,Że zakowanem potłuczona rogiem,Gwoździami zbite rospuściła fugi.Nadbladło wewnątrz żołnierzom ubogiem,Ale wskok z wieże drąg wyparli długiZ kosami, które liny ucinały,Które wielki tram u masztu trzymały.
Iako kiedy więc od góry odwaliWiek sztukę skały, lub wiatry szalone,Cokolwiek zaymie — stłucze y obali,Y las, y domy, y bydło zamknione:Tak w ten czas właśnie tram okrutny waliLudzie, rynsztunki, wierzchy potłuczone.Wieża wysoka kilkakroć zadrżała,Trzęsły się mury y ziemia huczała.
Idzie, zwycięscazwyciężca dałeydaley ukwapliwyY mniema, że iuż opanował mury;Ale dopiero płomień y smrodliwyDym — nieprzyiaciel puścił nań do gury.Nigdy Mongibel takiem zaraźliwyŚmierdzącem ogniem nie kurzy z swey dziury;Nigdy indyiskie niebo w letnie czasyTak smrodliwemi parami nie straszy.
Race ogniste y wieńce, płomienieTe czarne, a te iako krew puszczaią;Oddech — smród, wzrok — dym, słuch odbiera grzmienie.Ognie się coraz szerzey rościągaią;Ogromney wieże surowe rzemienieŹle bronią, iuż się skurczone padaią.Y gdzieby z nieba w tem razie nie miałaWcześney pomocy, wszystkaby zgorzała.
Ale odważny Hetman w oney chwili,Nic nie strwożony na mieyscu zostawa;Y tem, co ognie wodami gasiliOchoty słowy, y serca dodawa.Tak Chrześcianie swey wieże bronili,Ale nakoniec wody iem nie stawa.Aż iednem razem wiatr powstawszy srogi,Na swoie sprawce obrócił pożogi.
Ogień od wiatru poszedł obrócony,Na płótna, które podnieśli poganieY suche czyny y miękkie obronyZrze, że ich szczętu w krotce nie zostanie.O wielki wodzu, od Boga strzeżony,O Bogu miły, pobożny Hetmanie!Tobie posłuszne niebo y życzliwyWiatr idzie na dźwięk twey trąby krzykliwy.
Lecz Izmen widząc, że się za wiatramiPrzeciwko niemu udały płomienie;Chce niezbożnemi swemi naukamiPrzymusić gwałtem wiatr y przyrodzenie.Y między dwiema na murze wiedmamiStraszliwy, w czarne ubrany odzienie,Stał — Plutonowi podobny srogiemu,Między iędzami dwiema stoiącemu.
Iuż czarnoksiężnik począł beł ponurySzemrać swe klątwy zwykłemi sposoby;Iuż się powietrze mięszało y w chmurySzło słońce z pierwszey złupione ozdoby;Wtem kamień wielki, co beł częścią guryWypchniony z wieże wypadł oney dobyY tak ugodził, że wszystkich zarazemRozcisnął kości y krew iednem razem.
Po powietrzu się trzy niezbożne głowyW tak drobne sztuki tam y sam rozniosły:Iako więc drobno suchy, lub surowyIęczmień trą młyńskie naciśnione osły.Tak zostawuiąc wesoły PhebowiPromień, do piekła brzydkie dusze poszłyNa wieczne męki, w podziemne ciemności.Wyknicie z tego, ludzie, pobożności!
Wtem wieża, z wiatru maiąc swą obronę,Tak, że iey ognie namniey nie szkodziły,Tak się pod mieyską podsadziła bronę,Że mogła na mur most zrzucić pochyły.Ale Soliman przypadł w tamtę stronę,Y wąską ścieszkę siekł ze wszystkiey siłyY odciąłby ią pewnie beł, by byłaNagle się druga wieża nie odkryła.
Ta po powietrzu szła y na przestrzeni,Stoiąc, budynki przenosiła wyzsze.Tu się dopiero zlękli Saraceni,Widząc, że miasto dobrze beło nizsze.Lecz sułtan śmiały, choć nań grad kamieniSpada, w swem mieyscu zostawa — y blizszeLudzie przychęca do mężney obronyY chce most gwałtem odciąć przystawiony.
W ten czas Archanyoł Michał niewidzianyOd inszych, dał się widzieć Goffredowi,Niebieskiem na bok mieczem przypasany,Światłem iasnemu podobny słońcowi:„Ato — pry — iaż dzień przyszedł pożądany,Iuż czas z niewoley wyniść Syonowi!Podnieś Goffredzie, podnieś wzgórę oczy,Patrz, iako gęste z nieba masz pomocy:
Woysk nieśmiertelnych zebrane gromadyMasz na powietrzu w niebieskiey ozdobie;A iać śmiertelnych zmysłów twych zawadyZdiymę z źrzenice, w cudownem sposobie,Ze nagie duchy, krom żadney przysady,Będziesz mógł widzieć w ich własney osobieY chwilę zniesiesz — zakrytych obłokiemAnyelskich twarzy blask — śmiertelnem okiem.
Patrz na tych, którzy beli RycerzamiChrystusowemi, a teraz są w niebie;Iako się biią z pogany y z wamiChcą być koniecznie w tak zacney potrzebie.Tam gdzie się mięsza kurzawa z dymami,Gdzie gęste trupy leżą podle siebie.Ugon się biie y — gdzie pilniey strzeżePoganin — gwałtem mocne tłucze wieże.
Tam patrzay, iako Dudon w świetney zbroiPodsadza ognie pod północną bronę,Stawia drabiny na mury, a twoiBieżą za iego powodem w tę stronę.Ten zasię, który na pagórku stoi,A ma kapłańską na włosach koronę,Biskup iest Admar; patrzay iako [prawi]Y teraz żegna y lud błogosławi.
Podnieś wzrok wyższeywyzszej na powietrze, kędyAnyołów poczet stoi niezliczony!“On oczu wzniozwszy, widział, że stał wszędyLotnych rycerzów zastęp uskrzydlony:Trzy pułki beły, a pułk we trzy rzędy,Każdy się kołem ciągnął rozdzielony;Koła zaś zwierzchnie bardziey się szerzyły,Lecz wnętrzne mnieysze y ściśleysze były.
Tu schylił blaskiem zwyciężone oczy,Y zaś ie podniósł, ale w małey chwiliZniknęło wszystko. Potem do swych skoczy,Którzy iuż wszędzie pogaństwo pędzili.Wprzód Rynald skoczył do miasta ochoczy,Potem co śmielszy za niem się puścili.Nie mieszka daley Hetman y wiernemuBierze chorągiew z ręku chorążemu.
Y bieży na most, ale mu się śmiałySoliman mężnie wpół drogi zastawił.Wielkiemu męstwu, polem iest plac mały,Który dwu wielkich rycerzów zabawił.Krzyknie na swoich Soliman zuchwały:„Ia tu chcę umrzeć, abym was wybawił;Wy podcinaycie most ostrem żelazemMnie w tył, a ia niech zginę tu zarazem!“
Ale obaczył, że Rynald straszliwyRozgromionemu dogrzewał ludowi.„A ia co? Mam — pry — polec tu zelżywy,Y marnie, na śmiech nieprzyiacielowi?!“Tak myśląc nowe obrony, leniwyZostawiał wolne przeście Hetmanowi.Ten nań naciera y świętą na murzeChorągiew stawia wytknioną ku gurze.
Ona z zwycięstwa harda, złote krzyżeNiezliczonemi kołami rozwiia.Zda się, że w nię wiatr nabożniey dmie, y żeSłońce blask od niey iaśnieyszy odbiia.Strzała y kula z twardey lana spiże,Abo wzad idzie, abo ią wciąż miia.Zda się, że Syon swem wierzchem wesołemPokłon iey czyni y biie iey czołem.
Wtem znak zwycięstwa y swoiey obradyWszystkie krzyk srogi hufce wypuściły;Y bliskie góry y przyległe sadyOstatnie dźwięki często powtórzyły.W tenże czas Tankred wszystkie zbił zawady,Które ze wszystkiey Argant czynił siły;Iuż y on swóy most do muru przystawił,Y krzyże na niem swe także postawił.
Lecz na południe, gdzie grabia z TolozeBił się szedziwy z palestyńskiem panem,Swoiey Gaskończyk dostawić nie możeWieże do miasta. Z trudem niesłychanemSili się barzo, ale nie pomoże,Bo tam król z ludem pilnuie przebranem.A chocia tam mur słabszy beł, w obronyWoienne zaś beł lepiey opatrzony.
Więc barziey, niźli gdzie indziey wściągałyWieżę w tem mieyscu niesposobne drogi;Y nie tak wiele dowcipy umiały,Aby złe mieysce nie trudniło nogi.A wtem gaskońskie hufce usłyszały,Y ci, co muru bronili — krzyk srogi;Stąd grabia poznał y król w Palestynie,Że miasto beło wzięte ku równinie.
Rynald zawoła y swoich przywodzi:„Miasto — pry — wzięte y iuż zwyciężoneDotąd się trzyma? masz, o piękna młodzi,Pole do męstwa ieszcze zostawione!“Ale król ztamtąd nakoniec uchodzi,Widząc, że tam iuż obrony zwątpiono;Y ku mocnemu udał się zamkowi,Tusząc, że tam ma wytrzymać szturmowi.
Wtem wszystko woysko w miasto iuż wchodziło,Nie tylko przez mur, ale y bramami.To co mu iedno wstręt iaki czyniło,Lub zbito, lubo spalono ogniami.Strach, narzekanie, wszędzie się szerzyło,A miecz gniewliwy karmił się śmierciami;Krew ciepła bieży strumieniem y kupyŹle żywych leie y pobite trupy.
Comentarios
Cargando comentarios…