Pieśń piętnasta
Traducido por Piotr Kochanowski
Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona
Iuż też dzień piękny wiódł z morza życzliwyPromień y ludzi wołał do roboty,Kiedy wyszedszy z pokoiu, szedziwyStarzec niósł kartę, rózgę, puklerz złoty.„Czas wam — pry — w drogę, pierwey niż skwapliwyDzień wyńdzie na świat przestrzeńszemi wroty;Weźcie to, na com wam dał obietnicę,Tem macie pożyć chytrą czarownicę“.
Iuż byli miękkie zostawili pierze,Niźli on przyszedł y iuż beli wstaliY w szaty, które rabiaią płatnerze,Swe pracowite członki ubierali.A temże śladem wzad mężni rycerzeSzli, który przedtem pod ziemią deptali.A kiedy weszli w bystrey rzeki łoże,Żegnał ich: „Idźcież y prowadź was Boże!“
Bierze ich rzeka w swoie wielkie łono,Woda ich na wierzch wynosi bez szkody;Równie tak, iako gdy drzewo wrzucono,Znowu ie na wierzch wyrzucaią wody.Niesie ich rzeka y poyrzą, a onoPani poważney y piękney urody,Co ich miała wieść przez słone powodzi,Iuż pogotowiu czeka w krzywey łodzi.
Czoło włosami kryte wystawiła,Postawę miała złożoną z ludzkości,A kiedy piękne oko otworzyła,Ciskała z niego szczere życzliwości.W modro-czerwony płaszcz się ustroiła,Który wydawał tysiąc odmienności.Że wszędzie, gdzie nań poyrzysz, w każdey dobieZda się inakszy y niezgodny w sobie.
Takie więc gołąb miłością ruszonyU malowaney nosi pióra szyie:Z sobą niezgodny y z różnych złożonyBarw, przeciw słońcu, blask od niego biie.Czasem się tak zda, że smarag zielony,Czasem, że rubin zapalony kryie,A czasem społem miesza farby obieY oczy cieszy w stokrotnem sposobie.
„Wnidź — pry — z tem drugiem, rycerzu cnotliwyW łódź, co bespieczne morskie siecze wody,Którey każdy wiatr musi bydź szczęśliwy,Którey łaskawe wszystkie niepogody.Wam mię oddawa Twórca dobrotliwyZa przewodnika przez głębokie brody“.Tak białagłowa rycerzom mówiła,Y do brzegu się z łodzią przybliżyła.
Skoro w łódź siedli, ona wziąwszy wiosła,Odepchnęła się zarazem od brzegu,Y rozciągnąwszy złoty żagiel — poszłaY trzymaiąc ster,sztyr, pilnowała biegu.Rzeka spotrzebęz potrzebę wód miała y niosłaŁódź, w on czas ze dżdżu wezbrawszy w zabiegu;Aczby ta mogła, dla swoiey lekkości,Iść po namielszey wodzie bez trudności.
Pędzi wiatr żagiel złotem przetykanyNad przyrodzenie, nad wszystkie zwyczaie;Około łodzi widać siwe pianyWoda za niemi bita, szum wydaie.A wtem na słone wiezdżaią bałwany,Kędy ciekąca woda iuż ustaie.Y tak się w wielki ocean wmięszała,Że ani wiedzieć, kędy się podziała.
Ledwie niebieska łódź wielkiego łonaZaburzonego morza zachwyciła:Iako nawałność zaraz uśmierzonaZeszła y chmury pogoda spędziła;Woda w wysokie góry ułożonaSpadła y tylko grzbiet kędzierzawiła;Niebo się w barwę tak piękną ubrało,Że się pięknieyszem nigdy nie widziało.
Na wschód — zadaiąc morzu ciężkie razy,Od Askalony w lewo kierowałaY iuż obfitey blisko beła Gazy,[Gdzie przedtem swóy port stara Gaza miała,Ale uroszwszy potem z cudzey skazy,Miastem bogatem y możnem została].Po brzegach ludzi tak wiele chodziło,Że ledwie piasku więcey na nich było.
Z łodzi rycerze widzą gęste konieY niezliczone po polu namiotyY to tam, to sam z brony y ku broniePrzemiiaiące iezdy y piechoty;Widzą po piaskach wielbłądy y słonieWielkie woienne niosące robotyY z portów nawy na morze wysłane,Y na kotwicach drugie uwiązane
Iedni na maszty wielkie żagle wlekli.Drudzy ostremi robili wiosłami;A morze, które raz wraz iemi siekli,Y stąd y zowąd toczyło pianami.Wtem Pani rzecze: „Choć poganie wściekliY brzeg y morze zakryli woyskami,Przedsię nie wszystek — możny król zgromadziłIeszcze nie wszystek lud swoy tu sprowadził.
Płodnemu tylko bliskich EgiptowiZebrał do kupy, inszych czekać myśli;Bo ci, co siedzą przeciw południowi,Y ku wschodowi — ieszcze tu nie przyśli.Przeto ia tuszę, że się ku domowiWróciemy z drogi naszey pierwey, niźliDo Palestyny z woyski się wybierzeSam, albo kogo hetmanem obierze.
Iako bespiecznie insze ptastwa miiaOrzeł, y leci pod samem obłokiemY pod słońce się tak wysoko wzbiia,Że go naybystrszem próżno doyrzeć okiem:Tak się łódź właśnie niebieska uwiiaMiędzy okręty po morzu głębokiem;Ani się żadney obawia pogoniey,Ginie iem z oczu, próżno myślie o niey.
We mgnieniu oka z Rufią się zrównała,Która na pierwszem z Egiptu nocleguW Syryey leży; ztamtąd kierowałaDo zbyt niepłodney Rynocery brzegu.Potem wysokiey góry doiechała,Wydaney w morze, niespuszczaiąc z biegu,Którey gniewliwa woda nogi myie,Co Pompeiego kości w sobie kryie.
Do żyzney daley bieży DamiatyY widzi, iako siedmiorakie rogiNil ukazuiąc, śle trybut bogatyOceanowi przez wielkie odnogi.Y miasto, które zbudował przed latyGrekom wódz grecki — y mało co z drogiFar, który wprzód beł obeszły wodamiWysep, a teraz złączył się z brzegami.
Rhodu y Krety nie doiezdża wziętey,Ale gorącey trzyma się Afryki,Nad morzem żyzney, wewnątrz mało żęteyPrze suchy piasek y straszny zwierz dzikiWięc ku Cyrenie bieży samopiętey,Puszcza precz piękney brzegi Marmaryki;Y Tolomitę y cichą miiaiąLietę, o którey siła ludzie baią.
Iako nadaley — zawżdy podeyrzanąŻeglarzom — miia Więtszą Syrtę śliską,Y głowę w morze daleko wydanąWielkiey Iudeki y z nią Magrę bliską.Miia Trypolim pyszno budowaną,Y co przeciw niey leży — Maltę niską.Potem Aldzerbę z Mnieyszemi SyrtamiWzad zostawuie y z Lotofagami.
Widzi y Tunis, co ma otoczonyBrzeg swego morza górami wielkiemi;Tunis bogaty, pierwszy z każdey stronyMiędzy wszytkiemi miasty lybiyskiemi,W bok syciliyski wysep ma zielony,Y Lilibeum z rózgamirogami ostremi.Tu Pani palcem rycerzom skazała,Kędy budowna Karthago leżała;
Leży Karthago y ledwie zostaiąZnaki iey siły y dawney możności;Miasta y wielkie państwa umieraią,Nakrywa piasek pompy y wielkości.A ludzie nędzni na swóy się gniewaiąKoniec y swey się wstydzą śmiertelności.Potem budowną Bizertę widzieli,Po drugiey stronie Sardynią mieli.
Przebiegli brzegi, kędy NumidowieBłędni mieszkali y po teyże stronieBudzę i Algier, gdzie morscy zbóycowieMaią swe gniazda; stamtąd ku OronieY Tyngitanie, gdzie krokodylowieY lwi się rodzą y okrutne słonie:Tamten dziś Fessą, tę Marok nazwaną;Potem kęs daley ku Granacie staną.
Iuż się o słupy Alcydy oparłaŁódź, gdzie ocean między ziemię wchodzi,Co bywszy iedną, w poły się rozdarła,[Ieśli się wierzyć historykom godzi].Potem się woda gwałtem tędy wdarła,Ztąd Kalpę, ztamtąd Abilę podchodzi,Gdzie ciasne morze dzieli z HiszpanamiLibią; tak się świat mieni wiekami.
Czwarty kroć słońce na świat wychodziło,Iako się beli od brzegu odbili,A w port — bo tego potrzeby nie było,Do tego czasu ieszcze nie wstąpili.Przeszedszy morze, kędy się ścieśniło,W niezamierzone dopiero wchodzili.Ieśli tam wielkie, gdzie ie ziemia zwiera,Cóż tam, gdzie ono ziemię w się zawiera?!
Iuż ani Gady zbyt obfitey, aniInszych dwu widać; ziemia zuciekała.Brzegów nie widzą rycerze wybrani.Niebo — wód, woda nieba dotykała.Wtem Ubald rzecze: „Powiedz piękna Pani,Coś na tak wielkie morze zaiechała,Ieśli tu z świata naszego bywaiąY ieśli ludzie — gdzie iedziem — mieszkaią?“
Ona im: „Skoro Alcyd pokóy sprawił,Pobił hiszpańskie y libiyskie dziwyY świat wasz przebiegł — tu się iuż zabawił,Nic chcąc się puścić w ocean wątpliwy.Y słupy wielkie ręką swą postawił,Kresy na śmiałość y na dowcip chciwy;Ale te kresy przezeń zamierzone,Od Ulissesa beły znieważone.
On ie minąwszy, pierwszy w kruchey łodziWszedł w otwartego oceanu brody.Ale się biegłość niezawsze przygodzi:Zginął pożarty od łakomey wody —Y czego u was nie wiedzą — powodziTe skryły ciało y iego przygody.A ieśli też tam kogo wiatr obrócił,Abo tam zginął, abo się nie wrócił.
Nieznane wielkie morze y nieznaneMa niezliczone państwa, wyspy, kraie;Ale są także od ludzi mieszkane,Y ziemia żyzne dawa urodzaieY iako u was w zagony orane,Mocy się także słoneczney dostaie“.Powtórzy Ubald: „ Y to dziwna sprawa,Cóż tam za wiara y iakie są prawa?“
Ona zaś na to: „Różne są ustawy,Różne ięzyki, różne stroie maią;Ci ziemię, ci zaś zwierz chwalą plugawy,Ci gwiazdom, a ci słońcu się kłaniaią.Są y ci, którzy obrzydłe potrawyNa stoły kładą y ludzie iadaią;A zgoła wszyscy, co za Kalpą siedzą,Grubi, okrutni, o Bogu nie wiedzą“.
Ubald zaś na to: „Y to wielka strata!Takli Bóg, co swe odkrył światło wszędzie,Tę tak przestroną, tak wielką część świataWiecznie podobno zostawi w swem błędzie“.Odpowie Pani: „Za krótkie tu lataWiara Piotrowa wprowadzona będzie;Ani tak zawsze będziecie dalecyOd siebie, choć to niepodobne rzeczy.
Przydzie czas, kiedy słupy AlcydoweBaykami będą między żeglarzami;A wielkie morza y królestwa nowe,Bez imion teraz — wsławią między wami.Y ieden okręt to koło światoweObieży swemi śmiałemi żaglami,Y tak do słońca podobny prętkiego,Zmierzy to koło okręgu ziemskiego.
Pierwszy, wielkiego godny pisoryma,Ligurczyk póydzie w nieznaiome wody.Nie sprawi tego niewytrwana zima,Ani wiatr srogi, ani niepogody,Ani dalekie y wątpliwe klima.Y insze cięszkie na morzu przygody.Aby ten umysł iego tak wspaniałyUtrzymać groźby ciasney Kalpy miały.
Ty, o Gołębiu napierwszy — wysokiSwóy maszt nowemu ukażesz Polowi;Że chód sto skrzydeł, choć ma wzrok stookiWieść ledwie twemu wydoła lotowi.Niech Bacha niesie z Alcydem w obłoki,O tobie dosyć przyszłemu wiekowi,Że trochę dotknie. Ta trocha odkryieWieczney pamięci godne historyie“.
Tak mówi; a łódź słone wały porze,A sztyr na zachód w biegu obracała.Y iako przed nią dzień zapada w morze,Y iako za nią wychodzi, widziała.Y właśnie w ten czas, kiedy złote zorzePiękna iutrzenka światu ukazała.Czarnawą górę z daleka uyrzeli,Która obłoki ostrą głową dzieli.
Uyrzeli daley, gdy się przybliżyłaŁódź daley pod nię y zginęły chmury:Że śrzodek miąższy miała, wierzch ostrzyła.Na kształt piramid. Z niewidomey dziuryW niebo gęstemi dymami kurzyła,Iakie widamy u Sykulskiey góry.Która tę własność, to ma przyrodzenie,Że w dzień dym puszcza, a w nocy płomienie.
Potem mniey przykre y mniey niebu krzyweGóry y piękne wyspy podiechali,Które wiek dawny nazywał szczęśliwe,Y za pewną rzecz tak to udawali,Że iem tak niebo beło przyiaźliwe,Że zboża — pola, choć ich nie orali,Y przez się grona dawały maciceY niesprawione rodziły winnice;
Że tam nie chybią — iako żywo — kłosy,Że z dębów cieką dobrowolne miody,Że Zephir tylko wieie, że w roskoszyBogate, zawżdy zielone ogrody;Że przykrość latu odeymuią rosy,Że w naygorętsze czasy zawżdy chłody;Że tam być pola Elizyiskie maią,Gdzie dobre dusze po śmierci mieszkaią.
Tam Pani bieży: „Iuż — prawi — nie cknicie,Niedługo koniec drogi mieć będziecie.Wyspy od szczęścia nazwane widzicie,O których baiek moc na waszem świecie.Prawda, że żyzne — iako więc słyszycie,Ale wieść przedsię więcey o nich plecie“.To mówiąc, wprzód się do tey przybliżała,Co się z dziesiąci pierwsza ukazała.
Wtem Karzeł wstanie y rzecze do Paniey:„Ieśli, o Pani, nic nie omieszkamy,Uchwyć się ziemie y posadź nas na niey;Niechay te kraie nieznane poznamy.Niech — iak się to tu wszystko rodzi raniey,Wiarę ich, stroie — inszem powiadamy.Miła rzecz, kiedy będę odpoczywałPo przeszłych trudach, rzec: y iam tam bywał“.
Ona zaś na to: „Rycerzu waleczny,Serca to wasze wspaniałe sprawuią;Ale cóż potem? kiedy wyrok wiecznyY nieodmienne nieba zakazuią;Y czas nie przyszedł ieszcze ostatecznyOdkrycia świata, który obiecuią.Ani możecie zanieść taiemniceOceanowey za wasze granice.
Wam, z łaski Swoiey, Bóg nad przyrodzenieDał prześć te wody — nikomu inszemu;Y zdiąć z wielkiego rycerza więzienie,Y przywrócić go światowi tamtemu.Przestańcież na tem, bo dalsze myślenie,Upór iest, Bogu przeciwny Samemu“.On umilkł, a wtem pierwsza się zniżałaWyspa, a druga wierzch ukazowała.
Potem widzieli, że się ku wschodowiW rząd rozciągniene wszystkie nachyliły,Y w odległości iednakiey placowiDawały mieysce, gdzie morze wpuściły.Kiedy patrzyli pilnie ku brzegowi,W siedmiu się ludzie y domy odkryły;Bo trzy są puste y zwierzęta samyMaią w nich tylko swe gniazda y iamy.
Brzeg w iedney pustey, ze dwiema rogamiDaleko w morze wchodzi zakrzywiony;Y kryiąc w sobie okryte góramiSzerokie łono — port czyni przestrony.Góra nad portem z tyłu się z wałamiBiie, a przodek w port ma obrócony,A ztąd y zowąd dwie wysokie skałyBłędnem żeglarzom znak ukazowały.
Woda pod niemi spokoyna milczała,Ku morzu z góry ciemny las wychodzi;W śrzodku się wielka iaskinia udała,Którą płot z bluszczu samorodny grodzi.Tu kotew żadna nigdy nie trzymała,Powróz nie wiązał spracowaney łodzi.Na tak ustronne mieysce wysiadałaNiebieska Pani y żagle zbierała.
„Patrzaycie — prawi — ono pałac leżyNa wierzchu góry pyszno budowany;Tam w próżnowaniu na wysokiey wieży,Chrystusów rycerz siedzi poimany.Iutro — wszak wiecie co na tem należy —Idźcie tam, skoro wznidzie dzień rumiany.Iutra czekaycie: to dla tey przyczyny,Że są szczęśliwsze poranne godziny.
Dziś ieszcze, póki dnia staie iasnego,Wysokiey góry przywitacie progi“.Oni wtem wodza żegnali swoiego,Y przedsięwziętey chwycili się drogi.Równina beła y trudu żadnegoNiespracowane nic nie czuły nogi;Lecz kiedy koniec mieli swego chodu,Ieszcze daleko beło do zachodu.
Widzą wierzch góry trudno dostąpiony,Dla nierównych skał y ostrych kamieni,Y że po stronach wszędzie na niey śrzony,Y śniegi, a wierzch tylko się zieleni.Przy siwey brodzie, z kwiecia uplecionyWłos niesie — y lód liliey nie mieni,Y róża kwitnie z wielkiem podziwieniem;Tak czary maią moc nad przyrodzeniem.
Oba pod górą zakryli się w lesie,Przyszłey, iutrzeyszey czekaiąc roboty.Potem uyrzawszy, że iuż na świat niesieZ wielkiego morza słońce promień złoty.Na przykrą górę poszli w onem czesie.Wzaiemnie sobie dodaiąc ochoty;Ale pod górą zarazem u drogiZastąpił im smok straszliwy y srogi.
Łuską nakryty łeb y wielkie czubyY szyię gniewem nadętą wyciągnął,A brzuch rozwlokły y ogon zbyt gruby,Tam, gdzie mieli iść — na drodze rozciągnął;To w się sam wchodził, to wielkie przegubyWydawał y sam za sobą się ciągnął.Tak się wielki smok przeciwko niem strożył,Darmo się iednak y bez skutku srożył.
Iuż Karzeł miecza dobywał od boku,Ale go Ubald uchwycił zarazem:„Cóż, chcesz zwyciężyć okrutnego smokuŚmiertelną ręką, śmiertelnem żelazem?!“A sam pomknąwszy śmiele podeń kroku,Rózgą nań machnął, aż on iednem razemUciekaiąc w las, z drogi ustępuie,Y wolne w górę przeszcie zostawuie.
Ale kęs wyższey lew ryczał straszliwyY wyostrzone ukazował zęby,Bił się po bokach, wzrok obracał krzywy,Ięzyk wywieszał z rozdziewioney gęby;Grzbiet naieżony y u wielkiey grzywyPodnosił straszne y kosmate kłęby.Lecz y ten, skoro złotą rózgę zoczył.Do łasa w stronę wylękniony skoczył.
Kończą swą drogę rycerze, lecz nowąZawadę znowu w pół góry zastaią:Zwierze drapieżne, które różnie zową.Różny głos, postać y różny chód maią;Wszystkie co sroższe, co między nilowąWodą y wielkiem Atlantem mieszkaią,Y co się lęgą w hercyniyskiem lesie,Tam się do kupy zbiegły w onem czesie.
Ale na ono straszne zgromadzenieLibiyskich zwierzów rycerze nie dbali;Owszem [iaki cud!] na małe machnienieSrodzy dziwowie zaraz uciekali.Y na samy wierzch przez ostre kamienie,Iuż bez zawady żadney wstępowali,Okrom, że śliskie y nierówne skały,Strudzone nogi czasem hamowały.
A kiedy trudne przebyli przeszkody,Y przez śrzeżogi y śniegi przeleźli,Zastali lato y piękne pogodyZ wielką równiną, skoro na wierzch wleźli.Tamże wdzięcznemi y miłemi chłody,Wonno wieiące Zephiry naleźli,Y wiatr przyiemny, który nieprzestanyZawżdy tam wieie y nie ma odmiany.
Nie tak iako tu, kędy niestatecznyTo znóy, to zimno, to iasno, to chmury;Lecz tam dzień zawżdy pogodny, bespieczny,Y nie zna nigdy mgły wierzch piękney góry.Cień drzewa zawżdy wydawaią wiecznyY zioła zapach y kwiecie purpury.Pałac nad pięknem ieziorem wysoki,Dalekie wszędzie posyła widoki.
A iż po przykrey i skalistey oneyGrórze się beli rycerze strudzili.Iuż po równinie wolno szli zieloney,Y postawaiąc drogę swą kończyli.A wtem piękny zdróy, który upragnioneyŻądzy do siebie wabił, obaczyli;Który z obfitey żyły wody ciskałY na co bliższe zioła wkoło pryskał.
Potem się wody różnemi ścieszkamiDo głębokiego przykopu schodziły,Y idąc chłodem, nakryte cieniami,Z drzew swoich brzegów wdzięczny dźwięk czyniły,Tak przeźroczyste, że pod kryształamiSwemi, kamienia drobnego nie kryły.Brzegi obadwa trawą się odziałyMiędzy drzewami, które razem stały.
„Ano Zdróy Śmiechu! dla Boga miiaywaZrzódła, skrytemi napuszczone iady.Tu upragnione żądze swe trzymaywa,Tu niebespieczne puszczaywa obiady;Przed łagodnemi uszy zatykaywaPieśniami, które zabiyayą rady“.Wtem daley poszli, kędy się szerzyłaWoda, y wielkie iezioro czyniła.
Tam potrawami nakryte drogiemiStoły na brzegu gotowe czekały.A dwie nadobne dziewczynie przed niemiBespiecznie sobie po wodzie igrały:To sobie twarzy rękoma prętkiemiPryskały wzaiem, to się wyścigały;Czasem szły nurkiem y nagle ginęły,Czasem pospołu po wierzchu płynęły.
Choć beli twardzi, przedsię się zmiękczyliObay rycerze y podszedszy blisko;Długo na piękne pławaczki patrzyli,Kiedy swe lube kończyły igrzysko.Wtem pełne piersi iedna w oney chwili,Y pod piersiami insze członki niskoUkaże — y to, co wzrokowi miło.Dalsze swem rąbkiem iezioro zakryło.
Iako iutrzenka prowadząc świt rany,Z morza zmaczane ukazuie włosy,Lub iako na świat urodzona z pianyOceanowey, szła matka roskoszyTaka ta beła y tak włos piianyY pełny mokrey ukazała rosy.Potem poyrzawszy w kupę się ściskała,Zmyślaiąc, że ich dopiero uyrzała.
Y włosy, które w róg ieden zwinioneNa czele beły, nagle rozuściła;rozpuściła;Temi — bo beły długie y zgęstwione,Swe alabastry miękkie zasłoniła.Zbiegło iem piękne widzieniewidzenie stracone,Lecz ta pięknieysza, co ie iem straciła.Tak y włosami y wodą odzianaObróciła się do nich zasromana.
Razem się śmiała, razem się sromała,A śmiech beł w sromie daleko pięknieyszy;Srom także w śmiechu, którem farbowałaPiękne iagody, zdał się bydź wdzięcznieyszy.Potem tak z niemi łagodnie gadała,Żeby się zmiękczył y naynieludczeyszy:„Fortunni ludzie, którem tu życzliweNieba wniść dały, w te kraie szczęśliwe!
Tu iest port wieczny trudów tego świata,Tu odpoczynek. Tu tak żyć będziecie,Iako wiek złoty za dawnego lata,Żył sobie wolny y mieszkał na świecie.Składaycie zbroie, naymnieysza to strata,Iuż ich tu więcey nie potrzebuiecie;Porzućcie miecze, bespieczni całości,Iużeście teraz rycerze miłości.
Pole waszego boiu odtąd będzie,Lub miękka trawa, lub usłane łoże.My was powiedziem do tey, co tu wszędzieWłada y wieczne szczęście wam dać może.Ta was postawi w swych wybranych rzędzie,A sama do swych nagród wam pomoże,Ale brud pierwey omyicie w tey wodzie,Y po przeszłem kęs pośniadaycie głodzie“.
Tak iedna rzekła. A druga na onyPowaby, zgodnem pozwalała okiem.Iako się zgadza z dźwiękiem głośney stronyTaniec, to rączem to leniwem krokiem.Ale rycerze maią swe obronyY strzegą, aby y mową y wzrokiemIch łagodności do serca nie przyszły,Y same tylko zwierzchnie cieszą zmysły.
A ieśli też zmysł czasem ubłaganyWpuścił co wewnątrz łagodney słodkości,Rozum zarazem w baczenie ubrany,Odcinał żądze, umarzał chciwości.Tak y ten y ów szedł nieoszukanyDaley na pałac. A te obcych gościNie mogąc pożyć, w wodę się wnurzyły,Żałosne bardzo, że nic nie sprawiły.
Comentarios
Cargando comentarios…