Pieśń trzecia
Traducido por Piotr Kochanowski
Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona
Iuż wiatrek cichy, wieiąc na świt rany,Znać dawał, że się iutrzenka ruszała,Która, tym czasem, w różą przeplatanyWieniec swą złotą głowę ubierała.Każdy ochotnie, we zbroię ubrany,Ruszał się, kiedy ogromna zabrzmiałaTrąba y w głośne bębny uderzano.Zaczem się woysku ruszyć roskazano.
Roztropny Hetman umie ich sprawować,Słodkie wędzidło ochocie obiera:Łatwiey szaloną Wisłę nakierować,Kiedy swe wszytkie wody w kupę zbiera;Łatwiey wiatr wstrącić, łatwiey go hamować,Gdy Krępak z lasów wysokich odziera.Kto za kim iść ma w drodze — ukazuie,Sam wszystkich w hufce dzieli y szykuie.
Tak spiesznie iadą, że się im tak zdało,Iakoby sobie skrzydła przyprawili;Iuż się też słońce do południa miało,W którey więc bywa naygorętszey chwili,Kiedy się Święte Miasto pokazało,Mało co daley, niźli w równey mili.Wszyscy wesołe krzyki wypuszczaią,A Ieruzalem pożądne witaią.
Tak pospolicie żeglarze bywali,Którzy czas długi, przez morskie bałwany,Pod cudzem niebem, tam y sam, pływaliPrzez różne wiatrów szalonych odmiany —Kiedy nakoniec, nędzni, oglądaliMiłą oyczyznę y dom pożądany,Wzaiem go sobie palcem ukazuią,Y przeszłych więcey niewczasów nie czuią.
Kiedy się tak w nich serdeczna krzewiłaRadość y szczęścia dalszego otucha,Po niey w nabożne myśli nastąpiła— Pełna pokory Bogu miłey — skrucha.A bez wątpienia sama to sprawiłaŁaska Świętego w twardych serca Ducha:Nie śmie wzrok śmiele patrzyć upłakany,Tam, kędy odniósł Bóg śmiertelne rany.
Ciche wzdychanie, słowa przerywane.Łzy a łykanie tylko słyszeć było;Iako więc czynią, którzy zfrasowaneSerca swe maią — y zaraz im miło.Taki dźwięk czynią lasy rozdymaneOd wolnych wiatrów y kiedy ruszyłoZ nienagła morze ciche wałów słonych,O skałę, albo o brzeg odtrąconych.
Pierwszy wodzowie idą nogą bosą,Co widząc drudzy, także też czynili;Y kit y pierza u czapek nie niosą,Iedwab y świetne stroie porzucili.O odpuszczenie grzechów Boga proszą,Serca y myśli górne poniżyli,A ieśli z płaczu które słowo gwałtemMógą przemówić — mówią takim kształtem:
„Tuś na tem mieyscu raczył, Wieczny Panie,Krew swą przelewać, tuś raczył omdlewać,A ia, o grzeszny, teraz patrząc na nieNiegodnem okiem, nie mam łez wylewać?O wielka złości, o zapamiętanie!Czegóż się więcey po tobie spodziewać,Kamienne serce, ieśli się nie ruszysz,Ieśli się teraz od żalu nie kruszysz?“
Na ten czas w mieście, co z naywyższey wieże,Co wszytkie strony z góry odkrywała,Ieden kurzawy z daleka postrzeże,Która się, iako chmura iaka, zdała;Właśnie tak, gdy się na deszcz wielki bierze,Błyskawica się po niey przebiegała.Lecz blask, który z zbróy świetnych wyskakował,Konie y ludzie potem ukazował.
Ten pocznie wołać: „O iaki z kurzawy,O iaki z prochu obłok widzę z góry!Iako naypręcey mieycie się do sprawy,Straży zawodźcie, opatruycie mury,Iuż teraz inszey nie trzeba zabawy;Podnoście wałów, zaprawuycie dziury,Patrzcie, iaki tam proch idzie do nieba,Nieprzyiaciel to, do zbróy się mieć trzeba!“
Niespodziewaną wszyscy zięci trwogą,Lękliwa biała płeć, ludzie podeszli,Bogom oddaiąc oyczyznę ubogą,Do swoich meszkit małe dzieci nieśli.A ci, co duży y co się bić mogą,Pod chorągiew się y do bębnów zeszli.Co żywo — do bram bieży, mosty wzwodzi,A król sam wszystkich z pilnością obchodzi.
To sporządziwszy, nic się tam nie bawił.Ale na wieżę szedł, którą uczonyTak budowniczy przy bramie postawił,Że z niey na wszytkie widać było strony.Po Erminią ztąd zaraz wyprawił,Którą był przyiął litością ruszonyDo siebie na dwór, kiedy iey dobytoAntyochiey y oyca zabito.
W tem iuż Klorynda była wyiechała,A za nią hufiec iazdy szedł nie mały,A żeby nazad łacny odwrót miała,Argant iey czekał w bramie między wały.Wszystkiem ochoty swoiem dodawała,Ukazuiąc twarz y swóy wzrok zuchwały.„Dziś się nam — prawi — trzeba dobrze stawić,Y na początku co dobrego sprawić.“
Ledwie te słowa do nich wymówiła,Kiedy się stroną rota ukazała,Co stado owiec y bydła pędziłaY do obozu nazad się wracała.Na rączem koniu zaraz poskoczyła,Y z rotmistrzem się — co w przód szedł — potkała:Gard był rotmistrzem, człowiek wielkiey siły,Lecz iego siły małe ku niey były.
Zbiła go z konia na pierwszem potkaniu,Co y poganie y naszy widzieli;Że się im w onem pierwszem harcowaniuZdarzyło dobrze — za szczęście to mieli.Tak mężnie naszych w onem uganianiuGromiła, że się oprzeć ani śmieli,Co raz to barziey z swemi nacierała,Y może tak rzec, że na nich iechała.
Tak nasi korzyść zdobytą stracili,Co im sromoty więcey przyczyniło.Toli na wzgórek sprawą ustąpili,Gdzie iakokolwiek mieysce ich broniło.Goffred w tym kinie: niechay ich posiliTankred — co iemu słyszeć było miło,Iako więc piorun wypada z obłoku,Tak na nich natarł y przyskoczył z boku.
Drzewo tak złożył y tak potem toczyłSwem dzielnem koniem Tankred pomieniony,Że król rozumiał, gdy go z wieże zoczył,Że to był rycerz iakiś doświadczony.Y Erminiey pytał — kiedy skoczył —Co z nim patrzała na utarczki ony:„Tyś chrześciany często widywała,Y podobnobyś y tego poznała.“
Nic Erminia nie odpowiedziałaNa to, o co iey na ten czas pytano,Ale westchnęła y tylko płakała,Miasto słów, których od niey wyglądano.Wprawdzie płacz w sobie potężnie trzymała,Lecz nie tak przedsię, aby nie doyźrzano,Kiedy niepełne westchnienie puściłaY bawełnicę łzami omoczyła.
Potem tak rzecze, skrytą pokrywaiącMiłość zmyśloney płaszczem nienawiści:„Miałabym go znać, kiedy podieżdżaiącPod mury — choć nań nacierali wszyscy —Mordował moich, w przykop przyganiaiąc,Więźnie y wielkie często brał korzyści.Ach iako bije! Iego rany zgołaNie zleczą czary, ani żadne zioła.
Tankred mu dzieją; gdzieżbym to tak byłaSzczęśliwa kiedy, żebym go dostała.Ale — żebym się nad nim napastwiła —Żywegobym go raczey rada miała.“Taką iey mowę obracało siłaInaczey, niźli ona rozumiała.Z płaczem zmieszała te ostatnie słowa,Srogiem zagrzana ogniem białagłowa.
A w tem Klorynda, widząc przeciw sobieWe wszytkim biegu rzeźwiego ionaka,Skoczyła także z drzewem w oney dobie,Chcąc go ugodzić w gębę nieboraka.Trafili się w łeb y skruszyli obieDrzewa; iey się sznur zerwał u szyszakaY spadł iey z głowy na ziemię, że potemBłysnęła twarzą y warkoczem złotem.
Oczy się, iako słońce, rozświeciłyWdzięczne, chocia się była rozgniwała:Cóż? kiedyby się do śmiechu skłoniły,Cóż? kiedyby w nich łaskę ukazała.Nie stóy Tankredzie: onci to wzrok miły,Ona twarz piękna, coć się podobała,Kiedyś ią znalazł z trafunku u zdroiu,Po zbyt gorącem upragniony znoiu.
Tankred — co przedtym nie był na to dbały,Iaką tarcz miała, w iakiey była zbroi —Poznawszy ią w twarz teraz, skamieniałyY iako martwy, w ziemię wryty stoi.Ona naciera, on — na inszych śmiały —Iey się obrazić, iey się ranić boi.Na inszych siecze, na nię żadnym kształtemNiechce, chocia go ona goni gwałtem.
Nie bije wzaiem rycerz uderzony,Y nie tak się iey ostrey szable chroni,Iako, śmiertelnym grotem przerażony,Iey piękney twarzy pilnuie w pogoni.Mówi sam z sobą: „Otom nie raniony,Chocia mam ciężkie razy od iey broni,Ale te cięcia, które wypadaiąZ iey piękney twarzy, w serce ugadzaią.“
Nakoniec na to skłonił myśl wątpliwą,Aby nie umarł miłośnik nieznany;Chce prosić, żeby nie była tak mściwąNad tym, co iey iest więzień y poddany.„Ty — prawi — któraś tak nielutościwą,Że mnie samemu tylko daiesz rany,Wyiedź kęs od swych, tam się skosztuiemy,Tam się — który z nas mężnieyszy — dowiemy.“
Skoro Klorynda tych słów wysłuchała,Na to podanie iego pozwoliła,A że bez hełmu była, nic niedbała.Y tak go z głową odkrytą goniła.Uciekał Tankred, ale go dognała,Y doganiaiąc trochę go raniła.„Stóy — rzecze do niey — pierwey zawrzeć mamyPewne umowy, niźli się potkamy.“
Stanęła zaraz na tę iego mowę,Iemu też miłość dodała śmiałości:„Tę — prawi — ze mną zachoway umowę,Nim dobrowolnie umrę od żałości:Wydrzy mi serce, albo utni głowę,Kiedy mieć nie chcesz nademną litości.Twoie to serce, a ieśli go żywoNie chcesz mieć — niechay umrze, kiedy krzywo.
To serce winno y te piersi krzywy,Przebiy ie mieczem, a toć ich nie bronię;Chceszli też z prętkiey strzelić w nie cięciwy?Y zbroię zdyimę y paisz odsłonię.“Chciał ieszcze daley Tankred nieszczęśliwySkarżyć się, od swych daleko, na stronie;Lecz onę skargę, ono narzekaniePrzerwali ludzie, co przypadli na nie.
Bo nieprzyiaciel od naszych pędzony,Lub chytrze, lubo do prawdy uchodził;Nasz ieden — widząc włos iey rozpleciony,Który po wietrze y tam y sam chodził —Skradł się y przypadł w tył, niepostrzeżony,Aby ią w głowę odkrytą ugodził.Krzyknie nań Tankred srodze wylękniony,Kiedy na nię miecz uyrzał wyniesiony.
Przedsię iey trochę drasnął w koniec głowy,Bo raz był słaby, iako to kwapiony;Iey warkocz złoty taki miał blask nowy,Kilką kropli krwie rumianey zmoczony,Iaki więc miewa kamień rubinowy,Misterną ręką w złoto oprawiony.Roziadł się Tankred y z dobytą broniąZa tym, który ią ranił, szedł w pogonią.
Tamten uciekał, ledwie więc z cięciwyPuszczona strzała tak prędko bieżała.Ta się zdumiała, widząc one dziwy.Lecz daley bieżeć za niemi nie chciała,Ale skoczywszy, swóy lud boiaźliwyY uchodzących nazad nawracała,Czasem naciera, tył podaie czasemY tym fortelem barziey szkodzi naszem:
Równie tak szczwany na puszczy zubr srogi,Kiedy ucieka, wszyscy go psi gonią,A ieśli stanie y obróci rogi,Nie nacieraią y daleko stronią.Dzielna Klorynda broni strzałom drogi,Tarczą za sobą trzymaiąc w pogonią:Od wyciśnionych tak się zasłaniaiąTrzcin Murzynowie, kiedy uciekaią.
Kiedy tak długo, oni uciekaiąc,A nasi goniąc, pod mur podieżdżali:Nieprzyiaciele, swe fortele maiąc,Nazad się zasię zprętka obracali.Y iako znowu, śmiele nacieraiącNa naszych z tyłu y z boku strzelali.A wtem też Argant — na co dawno godził —Naszem na czoło z swoiemi zachodził.
Daleko od swych Argant się wysadził,Chcąc się sam potkać naprzód przed wszystkiemi,Pierwszy, w którego kopiią zawadził,Został y z koniem obalon na ziemi.Nikt mu nie zdołał, żaden mu nie radził,Nikt nie porównał z nim między naszemi,A gdzie się z mieczem ogromnem zawinął,Kilka ich razem, rzadko ieden zginął.
Klorynda także mężnie się stawiła,Ardeliona rotmistrza staregoNa obie stronie sztychem przepędziła,Dwu tuż przy sobie synów maiącego;Barzo szkodliwie przez piersi raniłaAlkaliandra, syna co starszego.Polfernus młodszy ledwie uszedł zdrowy,Od ostrey szable mężney białeygłowy.
A kiedy nie mógł Tankred zapędzonyDognać owego, bo miał koń leniwszy:Że się daleko uniósł zagonionyLud iego — uyźrzał wzad się obróciwszy.A widząc, że był zewsząd okrążony,Biegł mu na pomoc konia rozpuściwszy.Za nim poskoczył pułk niezwyciężony,W naygorszych raziech zawsze doświadczony.
O pułku mówię sławnym Dudonowem,
Przed nim w przód Rynald szedł w kirysie nowem,A uroda go sama wydawała,Po białym orle w polu lazurowemErminia go zarazem poznała.Rzecze królowi, co nań patrzył pilnie:„O tem ci, co wiem, powiem nieomylnie“.
Z tem żaden w dziełach nie zrówna Marsowych,Choć mu szesnaście dopiero lat liczą;Kiedyby sześci Goffred miał takowych,Iużby Syrya była niewolniczą,Łatwieby przez miecz państw dostał wschodowych,Y królestw, które z południem graniczą,Sam Nil, choć głowę tak dalego kryie,Pewnieby musiał mieć łańcuch u szyie.
Rynald mu imię. Iego rozgniewaneyRęki się srodze nieprzyiaciel boi;Ten zasię drugi w zbroi smalcowaney,Co się po prostu y statecznie stroi,Dudo iest z Konse, który tey wybraneyRoty iest wodzem, co to za nim stoi:Rycerz to wielki, choć ma zeszłe lata,Siła ten widział, siła zwiedził świata.
To zasię drugi w czarnym złotogłowieGernand, rodzony króla norweyskiego;Ten taką pychę uprządł sobie w głowie.Że w świecie nie masz nadeń zacnieyszego.Z tych dwu zaś tamten, Odoard się zowie,Ta Gildylippa, z dzieła rycerskiegoSławni, lecz ieszcze sławnieyszy z miłości,Y z zobopólney ku sobie szczerości“.
Słuchaiąc król tey Erminiey mowy,Widział, że iego ludzie iuż przegrali,Bo mężny Rynald y Tankred surowyIuż ich z obustron byli rozerwali.Gdy zaś potem pułk natarł Dudonowy,Nikt się nie oparł, wszyscy uciekali.Sam od Rynalda koniem potrącony,Ledwie wstał z ziemie Argant obalony.
Y nie wstałby był po tem uderzeniu,By Rynaldowi koń był nie szwankował;Zaczem mu noga uwięzła w strzemieniuY zmieszkał trochę, niżli iey ratował.Nieprzyiaciel też po tem pogromieniu,Do miasta pod mur rączo ustępował.Sama Klorynda tylko w swey osobie,Z Argantem, wszystkich trzymała w złey dobie.
Y on y ona mężnie y statecznie,Postawaiąc wraz, tak naszych wspierali,Że iako tako mogli uść bespiecznieCi, co do miasta naprzód uciekali.Dudon zaś chciwy, chce szczęścia konieczniePierwszego zażyć, siecze, bije, wali,Raz tylko w łeb ciął mężnego Tygrana,A zdechł zarazem, taka była rana.
Nic nie pomogła zbroia Korbanowi,Ani Halemu szyszak znamienity:Obu od szyie tak ciął ku brzuchowi,Że dusza zaraz wypadła z ielity.Z zawoiem łeb zdiął Alimansorowi,Machomet poległ na wylot przebity.Nakoniec y sam Cyrkaszczyk się boi,Gdzie poyźrzy, widzi iako Dudon broi.
Zgrzyta zębami Argant rozgniewany,Zastanawiał się, lecz czasem uchodził;W tem iakoś przypadł mało spodziewany,Y pod zbroię go koncerzem ugodził;Utopił go w niem, a od oney ranyDudon iuż więcey po świecie nie chodził.Ległeś, niestetyż! rycerzu wybranyY uiął cię sen twardy, nieprzespany.
Trzykroć się wspierał y podnosił oczy,Chcąc co słonecznych zachwycić promieni,Trzykroć upadał; pierwszey zbywa mocy,Polega, blednie y wszystek się mieni.Nakoniec oczy, ciężkiey pełne nocy.Zawarł y poszedł do podziemnych cieni.A Argant, skoro tę robotę sprawił.Biegł wciąż y nic się nad trupem nie bawił.
A chocia zlekka do swych ustępował,Czasem się wracał y naszych wyzywał:„On to miecz, co mi Hetman wasz darował,Daycież mu sprawę, iakom go używał,Y odnieście mu, że go będę chowałY lada iako nie będę go zbywał;Mniemam, że mu to słyszeć będzie miło.Że mi się iem, tak szczęśliwie zdarzyło.
A powiedzcie mu, że y sam skosztuie.Iako iest dobry, iako doświadczony.Y że go prętko sam w boku poczuie,Kiedy w niem także będzie utopiony“.Słysząc to nasi, iako ich szkaluie.Skoczyli za niem śmiele przez zagony.Ale on iuż był ustąpił pod mury,Pod pewną basztę, z którey bito z góry.
Tem, którzy murów wysokich bronili.Drudzy kamienie gęste z dołu nieśliY naszych z łuków wiele poszkodzili,Co byli blisko pod mury podeśli.Tak, nie bez szkody, nazad się wrócili,A Saraceni do swych w miasto weśli;Iuż też y Rynald, próżen oney trwogi,Wstawszy, z pod konia dobył sobie nogi.
Biegł wielkiem pędem, chcąc na CyrkaszczykuZemścić się srogiey śmierci Dudonowey;Krzyknie na swoich, co po pułkownikuW oney przygodzie smętnie stali nowey:„Takli stać tylko darmo macie w szykuA nic nie czynić w żałości takowey?Czemu się wodza naszego nie mściemy?Czemu do murów zaraz nie bieżemy?
Niechay z żelaza, niechay będą z stali,Z basztami iako nawarownieyszemi,By wszyscy, co ich, na nich także stali —Nie będzie Argant bespieczny za niemi.Będą się y tam Saraceni bali;Ia wprzód do szturmu póydę przed wszystkiemi“.To rzekszy, skoczy ku wysokiei ścienie,Niedba na strzały, ognie y kamienie..
Ogromną głowę y oczy gniewliweY straszliwą twarz tam y sam obraca:W nieprzyiaciołach trwożą się lękliweSerca, mniemaią, że iuż mur wywraca.Kiedy tak Rynald swoie szturmu chciweProwadził pod mur, Sygier ie odwracaPrzez którego więc zawsze odprawował,Gdy co ważnego Goffred roskazował.
Ten pocznie wołać: „Barzoście to śmieli,Wrócić się nazad Goffred rozkazuie;Będziecie inszy czas do szturmu mieli,Którego teraz Hetman nie nayduie“.Skoro te iego słowa usłyszeli,Stanęli wszyscy, Rynald się hamuie,Lecz gniewu twarzą nie barzo pokrywa,Hetmana nazbyt ostrożnem nazywa.
Tak nasi nazad ustąpili cało,Bo Saraceni na nieh nie wypadli.Potem umarłe Dudonowe ciało,Cni towarzysze na ramiona kładli,Y do obozu — tak się wszystkiem zdało —Prowadzili ie smętni y pobladli;Temczasem Goffred oględował z góryMieyskie przykopy y wysokie mury.
Ierozolima na dwu górach leży,Które usiadły właśnie przeciw sobie:Iedna z nich wyższa, środkiem wielka bieżyDolina, która dzieli góry obie.Ze trzech stron — na czem niemało należy,Tak ku obronie, iako ku ozdobie —Zbyt przykry przystęp, ale bok północny.Kędy równina, ma mur barzo mocny.
W mieście y krynic y studzien iest wiele,Y lochów ziemnych na deszczowe wody;W polu wód niemasz, trawa, ani zieleNie roście, rzadko gdzie widać ogrody.Wszystko wygore, tak iako w popiele,Drzew niemasz w polu, które czynią chłody,Las tylko ieden widać na półtoryMile od miasta y gęsty y spory.
Na wschód, zkąd ranne wychadzaią zorze,Ma iordanowe wody przeźrzoczyste,Na zachód słońca Międzyziemne MorzeZdaleka widać y brzegi piaszczyste.Przeciw północy Samarya orzeY płodna Bethel, pola rozłożyste.Ku południowi Betleem zaległa,W którei Dziewica niezmazana zległa.
Kiedy tak Hetman mury oględował,Y syońskiego miasta położenie,A z ćwiczonemi ludźmi upatrował,Zkądby łatwieysze było oblężenie —Królowi, który na wieży pilnował,Erminia go, na pierwsze weyźrzeniePoznawszy, palcem ukazała potem:„Onoż się Goffred świeci w płaszczu złotem.
Ten do królestwa właśnie się urodził,Y roskazować y być umie panem;A iest — w co rzadko kto kiedy ugodziłDobrym żołnierzem y dobrym hetmanem.Nie wiem, ktoby go w tey kupie przechodziłY któryby z niem miał być porównanem:Tankred z Rynaldem równo się z nim kładzieW dzielności, ale Raymund tylko w radzie“.
Wtem król na piękną weyźrzał ErminiąY rzekł: „Pomnię go na francuzkim dworze,Kiedy w Paryżu goniwał z kopiją,A nie był ieszcze w słuszney swoiey porze.Iam w ten czas posłem nawiedził Francyą,Gdy król egipski słał mię tam przez morze:Młodzieńczykiem był, a iuż głos był taki,Że z niego miał być wielki człowiek iaki.
Prawdęć mówili! — To kto? co ozdobnyPłaszcz ma na sobie, złotem przetykany,Twarzą y wzrostem barzo mu podobny:Pewnie ktoś zacny między chrześciany?“Ta mu odpowie: „Y to rycerz godny,Baldowin własnem imieniem nazwany,Brat iego własny, co y twarz wydaie,Lecz barziey sprawy y cne obyczaie.
Ten zasię starzec, co to z siwą głową,A zda się, że coś na palcach rachuie,Mądry, ostrożny, Raymundem go zową,W sztukach woiennych nikt go nie celuie.Równego radą y słodką wymowęW woysku mu wszystkiem Hetman nie nayduieTo zaś iest, z kitą u hełmu złotego,Gwilhelm, syn młodszy króla angielskiego.
Gwelf podle niego stoi, urodzonyZ starożytney krwie włoskiego narodu,Z męstwa, z zacności daleko wsławiony,Znam go z postawy y z samego chodu.Ale na wszytkie pilnie patrząc strony,Nie mogę naleść skaźce mego rodu:O Boemundzie mówię okrutniku,Moiey królewskiey krwie prześladowniku“.
Tak Erminia z królem rozmawiała,Który się barzo iey powieścią trwożył:A widząc Goffred, że gdzie przykra skała,Trudnoby szturmem Ieruzalem pożył —W równinie, która północney sięgałaBramy, namioty y obóz położyłY aż do wieże narożney zaymował,Y kto gdzie miał mieć stanie, ukazował.
Trzecią część miasta ledwie obegnało,Y to nie spełna, woysko Goffredowe,Bo niepodobna, aby było miałoWszystko okrążyć koło obozowe.Ale na drogi, któremi czekałoPosiłków iakich, słał ludzie gotowe,Któremi wszystkie gościńce osadził,Gdzieby kto żywność albo lud prowadził.
W tem kazał, aby obóz umocniliWielkiem przykopem, aby tak beł cało,Ieśliby z miasta wycieczkę czynili,Albo też z pola chciał kto natrzeć śmiało.A skoro przykop przy nim wymierzyli,Iechał oglądać Dudonowe ciało,Gdzie zastał pierwszych towarzyszów czoło,Którzy płakali, stoiąc nad nim w koło.
Ci go na mary wysokie włożyli,Groffred, widząc go, żałość swą pokrywał:Twarz niewesołą — tem, co nań patrzyli —Y nie barzo też smętną ukazywał.Tak powiadali, co tam w ten czas byli,Że się nań patrząc długo zamyśliwał;Myśliwszy długo, potem podniósł głowę,Y taką nad niem uczynił przemowę:
„Coć po łzach, naszych? rycerzu wybrany!Ten iest nas wszystkich koniec ostateczny;Tuś umarł, tam wiek żyiesz nieprzetrwany,Z chytrego morza wszedszy w port bespieczny.Iakoś żył, takeś umarł bez przygany,Ty teraz w niebie odpoczynek wiecznyY za pobożność y za twoie cnoty.Za śmierć o wiarę, wieniec bierzesz złoty.
Tam żywiesz wiecznie, a my tu płaczemy,Nie twego, ale nieszczęścia naszego:Y samych siebie lepszą część niesiemyZa tobą, z ześcia żałośni twoiego.Ale ieśli nas ta, którą zowiemyŚmiercią, pozbawi ratunku ziemskiego:Na to mieysce nam, na płacz y frasunekUprosisz w niebie niebieski ratunek.
A iakoś, będąc w tem śmiertelnem ciele,Śmiertelney broni nam gwoli dobywałTak teraz będziesz na nieprzyiaciele,Nie ziemskiey, ale niebieskiey używał.Y iuż cię odtąd twóy będzie w kościeleLud o ratunek, w złych przygodach, wzywałY ślubyć odda, pełen nabożeństwa,Za zdarzone z twey przyczyny zwycięstwa“.
Tak mówił; zatem noc następowałaY iuż wszytek świat pod swe skrzydła kryła,A narzekanie y łzy hamowała,Y w niepamięci słodki żal topiła.Ale Hetmana troska nie puszczałaY snu mu mało, albo nic życzyła:Myśli, skąd tramów na tarany zdobyć,Któremiby mógł Ieruzalem dobyć.
Wstał równo ze dniem, chciał sam iść za ciałem,Które przednieysi wszyscy prowadzili,Gdzie mu z cyprysów przy pagórku małemGrób towarzysze iego postawiliTuż przy obozie; nad niem z okazałemLiściem gałęzie wielka palma chyli —Tam go włożyli, tem czasem śpiewaliKapłani zołtarz y Boga błagali.
Świetne chorągwie między gałęziamiPorozwiiali, dostane w Syryey,Z różnem rynsztunkiem, z różnemi łupami,Których szczęśliwie zdobywał w Persyey;We śrzodku zbroia y z nakolankami,Y z hełmem złotem tkwiała na kopiey,A napis taki na wierzch był włożony:„Tu wielki Dudon leży położony“.
A skoro Goffred pogrzeb ten odprawił,Radził, iakie miał porobić tarany:Cieśle woyskowe do lasa wyprawił,(Przydawszy im lud lekki y przebrany)Który — w dolinach skryty — był obiawiłNaszem Syryiczyk ieden poimany;A ci iechali drzewo wyprawować,Z którego mieli tarany budować.
Ieden drugiego wzaiem napomina,Aby robotę wskok odprawowali:Zaraz się walić głuchy las poczyna,Cedry, cyprysy, topole rąbali.Ten buki twarde y iesiony ścina,Ten wielkie sośnie y iedliny wali;Drudzy wysokie ciosali modrzewie,Drudzy gałęzie ścinali na drzewie.
Świerki y dęby ogromne spadały,Pod same prawie niebo wyniesione,Co się piorunom nie raz opierałyY nic nie dbały na wiatry szalone.Leśne Dryady w pole uciekały,Gwałtem z oyczyzny miłey wypędzone,Ptastwa powietrzne y zwierzęta samyPoopuszczały y gniazda y iamy.
Comentarios
Cargando comentarios…