Pieśń trzynasta

Traducido por Piotr Kochanowski

Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona

Ale zaledwie w popiół y w perzynyPłomienie wieżę posłały straszliwą;Iako zły Izmen oneyże godzinyRadę w swey głowie naydował złośliwą:Myśląc przekazić, aby leśne czynyDo woyska nie szły — rzecz barzo szkodliwą —Y aby inszey wieże nie robiono,Z któreyby znowu wątły mur tłuczono.

Blisko obozu beł między pustemiLas dolinami, nie przeyrzany okiem,Gęsty, zarosły drzewami wielkiemi,Cień wszędzie czyniąc liściem swem szerokiem.W niem kiedy słońce promieńmi swoiemiNaiaśniey świeci na niebie wysokiem —Iest takie światło, iako iest, gdy wstawaNoc po dniu, lub dzień po nocy nastawa.

A kiedy słońce pod ziemię uchodzi,Mgła w niem ustawna y mrok nieprzeyrzany,Iaki się w piekle ledwie tylko rodzi,Który strach sercu czyni niewytrwany.Tu pasterz swego na paszą nie wodziStada, tu pielgrzym — chyba obłąkany —Dla miłych cieniów nigdy nie wstępuie,Ale go zdala palcem ukazuie.

W niem się z odległych kraiów czarowniceSchodzą, z nocnemi swemi miłośniki,Co obracaią swą postać na nice:Z tego smok, z tego wieprz się stanie dziki,Z tego zaś kozieł — y w pewne księżyce,Przy dźwięku nocney, piekielney muzykiSwe odprawuią przeklęte biesiadyY niepobożne tańce y obiady.

Tak o tem wszyscy mieszkańcy trzymaliY rózgi żadney uciąć w niem nie śmieli,Lecz Chrześcijanie pierwszy w niem rąbali,Y drzewo z niego na tarany mieli.Tu gdy naytwardziey wszyscy ludzie spali,Tak, że y swoi o niem nie wiedzieli;Izmen się stawił y uczynił kołoY skreślił dziwne charaktery wkoło.

Y boso w koło skreślone wstąpiwszy,Szemrał sam z sobą słowa wielkiey mocy;Potem się trzykroć na wschód obróciwszy,Trzykroć na zachód zasię wracał oczyY trzykroć także laską uderzywszy,Którą umarłe z grobów budzi w nocy —Trzy razy ziemię deptał, będąc bosy,Potem wypuścił te straszliwe głosy:

„Wszyscy duchowie, którzy tu mieszkacie,Strąceni z nieba gromy ognistemi,Y co mieszkanie na powietrzu macie,Y niepogody wzbudzacie na ziemiY wy, którzy się piekły opiekacie,Trapiąc złe dusze ogniami wiecznemi —Słuchaycie, y ty co im rozkazuiesz,Y w Acheroncie podziemnym panuiesz!

Wam Izmen ten las wiecznie odkazuie,Wam go oddaie ze wszystkiemi drzewy;Iako duch w ciało wchodzi y wstępuie,Tak y wy wnidźcie w wysokie modrzewy;Niech Chrześcijanin, co się w niem gotuieRąbać — ucieka przed waszemi gniewy“.Tak rzekł y przydał swe bluźnierstwa sprośne,Pobożnem sercom y uszom nieznośne.

Na iego słowa pełne wielkiey trwogi,Noc swe pogodne światło utraciłaY Phebe, iasne zasłoniwszy rogi,Piękną twarz swoię w chmurze utopiła.On znowu woła y głos puszcza srogi;Tak długa zwłoka barzo mu nie miła:„Czego tak długo — powiada — mieszkacie?Czy więtszych klątew odemnie czekacie?

Ieszcze ia na was naydę inszą drogęY potężnieyszych przybiorę pomocy,Nad to wymówić y umiem y mogęImie straszliwe, imie wielkiey mocy,Na które piekła drżą y czuie trwogęZ swoiem Abissem sam Król wieczney nocy“...Chciał daley mówić czarnoksiężnik stary,Lecz poznał, że iuż skutek brały czary.

Ćmami duchowie przyszli niezliczeni:Część tych, którzy się pod ziemią chowaią,Część tych — nie mnieysza, którzy na przestrzeni,Na nieobiętem powietrzu mieszkaią.A szli znienagła y barzo strwożeniZ dekretu, który groźny z nieba maią:Nie być w tey woynie, acz iem w onem czesieNie zakazano w liściu być y w lesie.

Maiąc tak Izmen rzeczy sporządzone.Poszedł do króla z wesołą postawą:„Miey — prawi — królu serce niestrwożone,Masz teraz na się Fortunę łaskawą:Nie mogą iuż być więcey odnowioneNieprzyiacielskie wieże — moią sprawą“.Potem mu wszystko porządkiem powiadałY czarnoksięskie skutki mu wykładał.

Dołożył tego: „Y to wiem, że będzieNie mnieysza pewnie pociecha u ciebie:Wiedz, że Mars z Słońcem nie długo usiędzieY społem we Lwie złączy się na niebie.Zaczem gorąca wielkie będą wszędzie,Rosa ani deszcz ku ludzkiey potrzebieNie spadnie; ale iako gwiazdy tuszą,Niewymówione gorąca bydź muszą.

Gorąca, iakie ledwie przypaleniNazamonowie z Garamanty maią;Te nasi w mieście — kędy chłodnych cieniY wód dostatek — łatwie wytrzymaią;Ale ich w suchem polu położeniNieprzyiaciele słabi nie wytrwaią.Y tak od nieba pierwey okróceni,Od woysk egipskich będą porażeni.

Tak siedząc wygrasz: według moiey rady,Wątpliwych boiów nie trzeba próbować,Ale ieśli cię — iako zwykł — do zwadyBędzie wiódł Argant, chcąc szczęścia kosztować,Ty się nie przeciw, ale iego iadyY wściekłą śmiałość pamiętay hamować.Tak uczyniwszy prętko syte boiuNieprzyiacioły — dostąpisz pokoiu“.

Takiemi słowy czarownik uczonyW królu lepszą myśl i otuchę sprawił,Który po części iuż beł powątlonyMur — taranami wielkiemi — oprawił;Nad to y nowy, z gruntu wywiedzionyNa inszych mieiscach, mniey bespiecznych stawił:Wrzała robota y od niewolnikówY od gęstych rąk mieyskich robotników.

Ale ostrożny Hetman o sposobieDobycia miasta myśląc to naydował,Żeby darmo tłukł mnry,mury, gdzieby sobieWoiennyck wielkich wież nie nabudowałY swe woyskowe cieśle w oney dobiePo drzewo na czyn w lasy wyprawował;Którzy zarówno z świtem wyiechali,Ale dla strachu wzad się powracali.

Iako więc dziecię małe, kiedy w nocyWidzi niezwykłe larwy y maszkary,Ucieka zaraz y zakrywa oczy,Mniemaiąc, że to iakie nocne mary —Tak się ci boią, a z czyieyby mocyBeł na nie on strach [rzecz trudna do wiary]Nie wiedzą, tylko wiedzą, że się boią,A Sfingi w głowie i Chimery stroią.

Lękliwi mistrze w ciesielskiem rzemieśleWróciwszy się, rzecz y słowa mięszali;Ale cokolwiek powiadali cieśle,Śmiali się wszyscy y niedowierzali.Wtem Goffred inszych żołnierzów tam ześle,Którzy się w woysku mężnieyszemi zdali,Którzy ie w lasy zaprowadzić mieli,Ponieważ sami rąbać w niem nie śmieli.

Ci poiechali, kędy źli duchowieStolicę swoię beli założyli,Ale zaledwie przy gęstey dąbrowieStanęli, tak się zaraz potrwożyli.Przedsię szli daley cni bohatyrowie,A swoie strachy śmiałą twarzą kryli,A pomknęli się w gęstwę daley ieszcze,Tam kędy beło zczarowane mieysce.

A wtem powstanie z lasu niesłychanySzum y straszny pisk iadowitey żmiie,Tu słychać, że lew ryczy rozgniewany,Tu niedźwiedź mruczy, tu wilk srogi wyie,Tu morze huczy gęstemi bałwany,Tu woda skały niepożyte biie,Tu trąby słychać, tu straszliwe gromy:Tak wiele dźwięków — dźwięk czynił kryiomy.

Dopiero wszystkiem pobladły iagody,Tak ich strach wewnątrz zmacał wielkooki.Mieysca w nich żadne nie miały wywody,Aby lękliwe daley nieśli kroki.Nakoniec wszyscy uciekli w zawody,A strach ie gonił y chwytał za boki.Potem ieden z nich do Hetmana mowęTaką uczynił y taką obmowę:

„Niech żaden [wszyscy powiedzą to naszy]Tamtego mieysca doiść sobie nie tuszy:Iam gotów przysiąc, że wszystkie w te lasyHurmem się z piekła przeniosły pokusy.Będzie zbyt śmiały, który się ostraszyY kogo boiaźń — idąc w nie — nie ruszy;Chyba nie człowiek będzie mógł tych krzykówY pisków słuchać y gromów y ryków“.

Gdy ten tak mówił, Alkast nielękliwyTrafił się tam beł, mąż nieokrocony:Wściekły, szalony, na śmierć natarczywyY na naygorsze razy odważony:Nie dałby się beł, by naywiętsze dziwyWidział przed sobą, tak beł niestrwożony;Szedłby beł na grom y na ziemie drżenie,Y ieśli ma strach więtszy przyrodzenie.

Śmiał się, trząsł głową: „Ia — prawi — przyrzekęWniść tam bespiecznie, gdzie oni nie śmieią.Y lasu według potrzeby nasiekę,Chcę ia spróbować, co czary umieią.Niech będzie, co chce — pewnie nie uciekę;Niechay się dziwy by naywiętsze dzieią:Niech niedźwiedź mruczy, lew ryczy, wilk wyie,Y w piekło póydę, ieśli się odkryie“.

Tak się tam chlubił y wziął pozwolenieOd Gotyfreda y puścił się w drogę,A skoro weyrzał w one gęste cienie,Usłyszał zwykły szum y zwykłą trwogę,Ale nie przeto iakie wylęknienieCzuie, abo wzad wraca śmiałą nogę.Owszem się z zwykłą śmiałością zapuścił,Ale go ogień wściągnął y nie puścił.

Ogień, z którego — iako iakie mury —Płomienie stoiąc dymami kurzyły,Y nie maiąc wrót, ani żadney dziury,W koło obeszły y lasu broniły.Co więtsze ognie, wyniosłe do gury,Tak iako wielkie wieże wychodziły.W około strzelby y kule ognisteMiały na sobie baszty płomieniste.

O iako wiele dziwów z straszliwemiTwarzami wszędzie na wierzchu wież stoi:Ci krzywo patrzą, ci mieczmi ostremiMachaią w koło w płomienistey zbroi.On ustępuie, iako przed gęstemiLew pogoniami y o się się boi...Y strach go przeiął y w sercu mu został,Który w niem przedtem — iako żyw — nie postał.

Nie postrzegł zaraz, że beł wylękniony,Aż kiedy iuż beł daleko porębyY dziwował się w sobie zamyślony,Z gniewu zgrzytaiąc y ściskaiąc zęby.Potem na stronę odszedł zawstydzony,Ani rozdziewił zasromaney gęby,Ani na ludzie — on przedtem tak hardyWzrok — śmiał bespiecznie podnieść rycerz twardy.

Kilkakroć Hetman po niego wyprawił,Ale nie chcąc przyść na lada co składał;Nakoniec przyszedł, ale nie zabawił,Bo albo milczał, albo sny powiadał.Zrozumiał Hetman, że nie wiele sprawił,Zaczem na on czas więcey go nie badał,Tylko się zdumiał: „Cóż to wżdy za cuda?Czy sen? czy mara? czy iaka obłuda?

Ale ieśli chęć którego uwodzi,Y ieśli który ma z was serce śmiałe.Niech z dobrey woley — ieśli chce — wychodzi,Żebym nowiny mógł mieć doskonałe“.Skoro to wyrzekł, szli rycerze młodziY kusili się o las trzy dni całe,Ale choć wrzkomo co sławnieyszy byli,Wszyscy uciekli y wzad się wrócili.

Tem czasem Tankred iuż beł wstał z chorobyY chował ciało swey miłey zabitey,A choć do końca nie wzmógł oney doby,Y ciężkiey zbroi y przyłbicy kryteyTrudno miał zdołać — iednak dla ozdobySwey y potrzeby iść chce pospolitey,Bo choć beł blady, serce żywe w ciałoY w członki wszystkie czerstwość rozlewało.

Sam tylko milczkiem idzie nieznaiomy,Ani się boi, choć wiatr wielki dmucha,Chocia ziemia drży, choć trzaskaią gromy,Chocia strasznego lwiego ryku słucha.Darmo się w weń wkraść chce strach niewidomyTylko że się w niem serce trochę rucha,Przechodzi iednak y obaczy w lesieOgniste miasto nagle w onem czesie.

Zastanowił się poniekąd wątpliwy,Mówiąc sam z sobą: „Miecz tu nic nie sprawi.Niechże mię pożrą te straszliwe dziwy,Niechże mię ogień żywota pozbawi!Kiedy iest mieysce albo plac uczciwy,Niech każdy zdrowie dla spólnego stawiDobra y niechay frymarczy żywotem,A zażby indziey lepiey go dał potem.

Ale co o mnie każdy mówić będzie,Ieśli się darmo wrócę nazad z drogi?Więc gdzie się Hetman na drzewo zdobędzie,W które tu ten kray wszystek iest ubogi?Y bydź to może, żeśmy wszyscy w błędzie,Y zmyślone to tylko iakieś trwogi“.To mówiąc, w ogień skoczył zapędzony[O wielka śmiałość!], rycerz odważony.

Nie beły namniey ognie te szkodliweY pod zbroią ich nie czuł Tankred śmiały.Lecz ieśli beły płomienie prawdziwe,Trudno tak prętko zmysły poznać miały.Bo nagle ognie zniknęły straszliwe,A na ich mieysce gęste chmury wstały,Które ciemną noc y śniegi przyniosły,Ale y te precz w pułgodziny poszły.

Zdumiały barzo, ale niestrwożonyWielki bohatyr został w one czasyY iuż bespiecznie niezastanowionyKwapione kroki w gęste niesie lasy.Wiatr, pisk, szum morski, ogień nadstawionyY ryk zwierzęcy więcey go nie straszy;Przeszkody żadney daley nie nayduie.Tylko że gęstwa wzrok y chód tamuie.

Nakoniec uyrzał amphiteatrowiPodobny wielki plac w głębokiey ciszy;W niem nachylone stało ku wschodowiDrzewo, co poszło na wonne cyprysy.Tam się bohatyr trochę zastanowi,Widząc w niem znaki y dziwne napisyTakie, iakich więc przed laty używałEgipt, kiedy co taił y zakrywał.

Między znakami niezrozumianemiSyryiskie pismo beło w niem wyryte:„O bohatyrze, któryś sam na ziemiOtworzył śmierci wrota niedobyte —Nie trap nas, prosiem, nie walcz z umarłemi,Odpuść nam, a złóż serce nieużyte.Nie sroż się na tych, którzyć nic nie krzywi:Nie walczą nigdy z umarłemi żywi“.

Taki beł napis. Zaraz Tankred tuszył,Że krótkie słowa skryte miały rzeczy.A wtem wiatr wolny suche liście kruszył,On słucha pilnie, a ma się na pieczy.Potem się z gęstwy głos żałosny ruszył,Y płacz z wzdychaniem iakoby człowieczyY zmieszanego coś z strachu, z żałościWkropił mu w serce y z wnętrzney litości.

Przedsię dobywszy miecza swego chutnie,Uderzy w drzewo co ieno ma mocy;Ale gdzie ieno gałąź którą utnie,Zaraz z uciętey rózgi krew wyskoczy.Znowu się z mieczem wyniesie okrutnie,Znowu tnie, znowu krwie ze pnia utoczy;Patrzy co będzie y hamuie sztychy,A wtem usłyszy z stękaniem głos cichy:

„Nazbyteś na mię — o Tankredzie — srogi,Miey dosyć na tem, [ieśli cię co ruszę]Żeś mię żywota pozbawił — niebogi,Żeś z ciała wygnał nieszczęśliwą duszę.Czemuż wżdy teraz pień sieczesz ubogi,W którem ia nędzna wiecznie mieszkać muszę?Takli za męstwo poczytasz to sobie,Nieprzyiaciołom nie dać pokóy w grobie?!

Iam iest Klorynda y tu mam schowanie.Nie sama tylko, ale inszych wiele,Którzy pod miastem legli — Chrześcijanie;Poganie także [uwierz temu śmiele],Tu w różnych drzewach maią swe mieszkanie,Nie wiem, iako rzec, czy w grobie, czy w ciele:Żywią w gałęziach, a ty iuż poczynaszByć mężobóycą, kiedy ie ucinasz“.

Iako więc chory, kiedy przez sen smokuAbo Chimery obaczy straszliwe,Choć się domyśla, że to w ciemnem mrokuZdadzą się tylko widzenia fałszywe —Boi się przedsię y nie dufa okuY radby nogi powrócił lękliwe:Tak y ten chocia do końca nie wierzy,PrzedcięPrzedsię się boi y okiem wzad mierzy.

Czasem oziębły drży, czasem przezdzięki,Wielki się rycerz zbyt zagrzany znoi,Niewiedzieć iako miecz upuszcza z ręki;Ale namnieysza to w niem, że się boi:Odszedł od siebie, zda mu siąsię, że mękiSłyszy swey miłey y że przed niem stoi;Na wytoczoną krew patrzyć nie może;Zda się, że w sercu ostre nosi noże.

Tak ono serce, które z swey śmiałościY na śmierć samę nigdy nie spuściło,Teraz dla dawney gorącey miłości,Fałszywem larwom zwieść się dopuściło.Potem broń, którą upuścił z litościCoś z oney gęstwy w pole wyrzuciło,Tak, że się musiał wrócić zwyciężonyY w drodze zaś miecz nalazł utracony.

Nie wrócił się wzad, ani w czarowanemLesie chciał więcey mieć dalszą zabawę,Ale się stawił zaraz przed Hetmanem,Uspokoiwszy y myśl y postawę.Y tak przy tłumie powiadał zebranem:„Ia dam o wszystkiem nieomylną sprawę;Prawda to wszystko, co ci powiadaią,Że tam lwi ryczą, że gromy trzaskaią.

Wprzód mi się ognie wielkie ukazały,Które się samy beze drew siliłyY iako mury wysokie się zdały,A pokusy ich straszliwe broniły.Alem ie przeszedł bez urazu całyY nie czułem nic, żeby mię paliły;Po ogniu zima y noc nastąpiłaY zaś się ze dniem pogoda wróciła.

Ale to więtsza, to cud niesłychany:We wszystkich drzewach ludzkie dusze żyią,Głos wydawaią dobrze zrozumiany,Płaczą, wzdychaią, pod skurę się kryią.Za każdem razem krew wychodzi z rany,Ilekroć drzewo sieką, albo biią.Próżno to: serca ia zto nie mam, abyRózgę tam uciąć y znam się, żem słaby“.

Tak mówił Tankred, a Hetman swe myśliRóżnie obracał, co beło lepszego:Czy sam ma iechać, iako sobie myśli,Pokusić lasu oczarowanego?Czy żeby w różne ludzie strony wyśliSzukać y drzewa y czynu inszego?Kiedy tak długo rozmyślał wątpliwy,Przyszedł do niego pustelnik życzliwy.

„Day — prawi — pokoy temu zamysłowi,Będzie kto inszy, co ten las zwoiuie:Iuż niewściągniony okręt ku brzegowiIdzie, iuż złote żagle swe zdyimuie;Iuż wielki rycerz nazad ku domowi,Porwawszy pęta niegodne — kieruie;Y nie daleko iuż czas pożądany,Że z Ieruzalem wyrzucisz pogany“.

Tak Piotr prorockiem duchem obciążonyW poważney mowie rzeczy przyszłe głosił,Co Hetman słysząc — w sercu uniżony,Zdarzenia nieba swem zamysłom prosił.Ale iuż był Rak przyiął upalonySłońce y srogie gorąca przynosił,Które mu cele y woysko psowały,Y żadney pracypracey znieść nie dopuszczały.

Zgasły na niebie gwiazdy dobrotliwe,A same tylko złośliwe panuią,Od których skutki w powietrze szkodliwe,Pełne zarazy śmiertelney wstępuią.Co raz to więtszą pożogi straszliweMoc biorąc, palą y ziemi doymuią.Po dniu złem — zła noc na ludzie przychodzi,Po gorszey nocy — gorszy dzień wychodzi.

Gdy z morza słońce wychodzi, ma kołoOkoło siebie z gęstey pary krwaweY ukazuiąc krwią spluskane czoło,Iawnie daie znać, że iest niełaskawe.Zachodząc, także ma wewnątrz y wkołoCzerwone kropie, straszne y plugawe,Y przykre czyniąc gorąco wytrwaneGrozi, że z więtszem iutro przyidzie rane.

A gdy naywyższey pomknie swego wozu,Schną wielkiem ogniem lasy z swemi drzewy.Rzek nie znać, nigdziey nie trzeba przewozu,Ziemia się pada, zboża idą w plewy;Pola w popioły około obozuSrogie niebieskie obracaią gniewy.Obłoki suche, różnie rozproszoneW płomienie idą y w ognie czerwone.

Niebo podobne czarnemu piecowi,Oko, pozbywszy swoich pociech, mdleie,Zephir przyiemny głęboko ku dnowiPod ziemią się gdzieś kryie i nie wieie;Wiatr tylko dmucha, który południowiPodległy, piaski maurytańskie grzeie,Cięszki, gorący, a co raz skrzydłamiBiie y wolny dech dusi parami.

Ale y słońcem wielkiem zarażonaNoc swoie cienie nie weselsze miałaY swem płomieniem także upalona,Z ognistych mioteł płaszcz sobie utkała.Y ciebie, ziemi nędzna, upragniona,Łakoma Phebe napoić nie chciałaSwą wdzięczną rosą, y darmo iey ziołaProsiły o nię, na pochyłe czoła.

Od niespokoyney sen ucieka nocyY upalone zostawuie cienie.Nie mogą ludzie włudzić go na oczy;Ale naybarziey trapi ich pragnienie,Bo chrześciańskiey boiąc się król mocy.Struł wszytkie wody y żywe strumienieY w koło zdroie pomącił przeirzyste,Wmieszawszy soki y iady nieczyste.

Syloe mały, który ChrześcijanyPrzedtem hoynemi wodami napawał,Teraz ledwie dno zakrył, rozerwanyY tu y owdzie, a zgoła ustawał.Zdało się, że sam Erydan wezbranyNa ich pragnienie małyby zostawałY Nyl, gdy nie chcąc w siedmiu stać odnogach,Zalewa Egipt y bieży po drogach.

Ieśli kto widział przeźroczyste strugi,Między lasami pięknemi płynące,Albo strumienie wolne między smugi,Albo z zapędem z Tatrów spadaiące —Opisuie ie swey żądzey czas długiY wody sobie wymyśla ciekące,Podaiąc pokarm swemu utrapieniuY swoiey męce y swemu pragnieniu.

Członki rycerzów wielkich niezmożoneAni daleką y zbyt przykrą drogą,Ani żelazem ciężkiem obciążone,Ani na większą okrócone trwogą —Teraz tak mdleią słońcem upalone.Że samych siebie udźwignąć, nie mogą —A w ciele ogień niewidomy żyie,Który spiekłą krew w suchych żyłach piie.

One tak dzielne y tak rzeźwe koniePokarmem gardzą, o paszę nie dbaią;Karki wyniosłe y wesołe skronieNa dół schylone — ku ziemi zwieszaią.Na przeszłą sławę żaden nie wspomionie,W pierwszey chciwości do boiu ustaią.Kosztownych rzędów, w których się pyszniły,Nie chcą, drogiemi bończuky wzgardziły.

Pies wierny cierpi ustawiczne tchnienie,O pana nie dba, wszystko mu niemiłoY rozciągniony, na wnętrzne płomienieChwyta wiatr, żeby nie tak go paliło.Y ieśli oddech dało przyrodzenie,Aby się serce gorące chłodziło —Teraz ochłody nie ma, albo mało,Tak barzo ciepłe powietrze zgęstwiało.

Tak ziemia mdlała y tak upaleniLudzie się srogiem gorącem trapiliY iuż z nadzieie ostatniey zrażeni,Do końca beli o sobie zwątpili.Co zdrowszy w kupę często zgromadzeniTak narzekali y głosem mówili:„Na co trwa więcey? czy chce woysko zgubić?Zaprawdę, Groffred ma się z czego chlubić!

Iakiemi mur chce zwyciężyć siłamiNieprzyiacielski? skąd drzewa dostanie?Iawnemi to Bóg znać daie znakami,Że przeciw Niemu nasze tu mieszkanie.On się sam temi nie rusza cudamiY po chwilić nas do szczętu nie zstanieW takie gorąca, iakie tu panuią,Że Murzynowie goręczszych nie czuią.

Nie dba on, że my ludzie zaniedbani,Nikczemne dusze y liche y małe —Pomrzemy marni y odżałowani.Byle on tylko miał swe rządy całe.Takli ta ślepa niestateczna paniOdmienia ludzie y czyni zuchwałe,Że nic nie dbaią, by tylko rządzili,Choćby się w niwecz wszyscy obrócili.

Więc wysławiaią iego cnoty owe:Dobroć, opatrzność, chwalą go z ludzkości,A on o dobro nie dba nic woyskoweY wszystko czyni dla swoiey wielkości.Nam zdroie wyschły; iemu IordanoweWody prowadzą przez dalekie włości,Które z kilką swych zauszników piie,Mieszaiąc w świeże wody małmazyie“.

Tak Francuzowie mówili z inszemi,Ale wódz grecki woienny, któremuPrzykrzył się niewczas: „Tak ia ze wszystkiemiSwemi mam zginąć, nie wiem gwoli czemu?!Niech z Francuzami uporu swoiemiGoffred przypłaca — iuż to wolno iemu!Mnie co do tego?“ Y tak nie żegnaiąc,Wybrał się nocą, cicho uiezdżaiąc.

Skoro odniało y skoro uyrzeli,Że Grek uiechał, drudzy toż myślili:Klotareusa pierwsi uciec chcieli,Y co z Admarem biskupem służyliY inszych siła, co wodzów nie mieli,

Iuż się uiechać ukradkiem zmawiaiąY niektórzy z nich nocą uciekaią.

Widział to Hetman y mógłby był snadnieSkarać ich ostro, okrom wątpliwości,Ale nikt tego tak łatwie nie zgadnie,Iako daleki beł od surowości.Skruszony wewnątrz na kolana padnie,Pełen zupełney wiary y dufności,Ręce y oczy do nieba podnosiY tak gorąco modli się y prosi:

„O Panie, któryś Twoiemu ludowiNa głuchey puszczy słodkie rosy spuściłY dałeś tę moc w on czas Moyżeszowi,Że z twardey skały żywą rzekę puścił —Niechay się y w nas taż łaska odnowi,A ieśliś nas tak dla grzechów opuścił,Do miłosierdzia Twego się bierzemy,Wiesz, że się Twemi rycerzmi zowiemy“.

Gorące modły nie beły leniwe,Ale w lot siekły powietrze y chmury,Y poszły w niebo, tak iako pierzchliweStrzały lekkiemi przyprawione pióry.Przyiął ie wieczny Ociec y życzliweNa swe zastępy puścił oko z guryY rzekł żałuiąc tak wielkiego truduY tak nieznośnych prac swoiego ludu:

„Niebespieczeństwa tak długo cierpianeMoich rycerzów, niech iuż koniec maią;Niech świat y piekła przeciw niem zebraneDotąd iem tylko trudność zadawaią —Niech odtąd wierne rycerstwa wybraneSzczęśliwie wszystkie rzeczy rozczynaią,Niech deszcz, niech wielki ich bohatyr idzie.Niech Egipt rychło ku ich sławie przydzie“.

To rzekszy dał znak, a zatem wysokiNiebieski pałac y gwiazdy zadrżały,Zadrżała ziemia y Abis głębokiY wylękłego oceanu wały;Grzmiały po stronach pełne wód obłokiY nieścigłemi ogniami błyskały.Ludzie wesołe głosy wypuszczaią,Y pożądane nadzieie witaią.

Wtem chmury wstały, nie te, które słońceZ ziemie wyciąga, ale które daiąŁaskawe nieba, kiedy oba końceWielkiego łona pełne wody maią.Noc nagła ciemne rozciąga opońceY cienie wiedzie, co dzień wyganiaią.Deszcz zatem leie, rzeka w pełnem bieguBierze posiłki y wychodzi z brzegu.

Iako gdy lecie deszcz w czasy gorąceSpadnie na zboża y na wyschłe sady —Na brzegu wodne ptactwo świegocąceCzeka y kaczek pierzchliwych gromady,Y rozciągaiąc na dżdże spadaiąceSkrzydła, skubią się, wdzięczney rosie radyY po dolinach, gdzie się wody zbiorą,Ponurzaiąc się, suche pióra piorą:

Tak y ci w ten czas wesołemi głosyDżdże pożądane z radością witali:Wszyscyby radzi, żeby sobie włosy,Nietylko zwierzchnie szaty pomaczali;To ze śkła pili, to niebieskie rosyW przyłbicach nieśli, to się umywali,To pryskaiąc się — czynili igranie,To w cebry brali na dalsze chowanie.

Ale nietylko ludzkie się narodyZ niebieskich darów w on czas weseliły,Ale y ziemia chora bez ochłody,Która iuż beła wszystkiey zbyła siły,W rozpadłe ciało wdzięczne lała wodyY we wnętrzne ie rozsyłała żyły,Y wilgotnością, którey udzielała,Zboża y martwe zioła ożywiała.

Y iako chory lekarskiemi chłodziPierwey trunkami zagrzane wnętrznościY wprzód przyczynę choroby wywodzi,Która suszyła y ciało y kości —Potem nabywa siły y przychodziDo pierwszey krasy y pierwszey młodości,Tak, że iuż przeszłey zapomina stratyY bierze wieniec y zielone szaty.

Wtem deszcz ustaie, słońce występnie,Ale łaskawe wydaie promienieY — iako kiedy kwiecień ustępuie,A may nastaie — cieszy przyrodzenie.Patrzcież! Kto Bogu dobrze usługuie,Mokre z obłoków wywodzi strumienie,Odmienia czasy — iako kiedy trzeba,Zwycięża gwiazdy y gniewliwe nieba.

Comentarios

Cargando comentarios…