VI
Wydostawszy się z Bastylji, Gringoire biegł ulicą Św. Antoniego, jak koń z uwięzi zerwany. Gdy dopadł do bramy Baudoyer, skierował się naprost ku kamiennemu krzyżowi, wznoszącemu się pośrodku placyku, jakby już zdala śród ciemności dostrzegł postać męską czarno ubraną i zakapturzoną, siedzącą na stopniach krzyża. — Czy to ty, mistrzu? — spytał Gringoire. Postać się podniosła. — A, męko piekielna! W ukropie mię kąpiesz Gringoire. Oto strażnik z wieży Ś‑go Gerwazego odkrzyczał pół do drugiej z północka. — Ba! nie moja w tem wina — sarknął Gringoire — lecz wina czat kasztelańskich i króla Jegomości. Oto żem wymknął chwacko. Wciąż chybiam szubienicy. Takie już me przeznaczenie! — Chybiasz wszystkiego — wtrącił drugi — Lecz spieszmy. Masz hasło? — Wyobraź sobie mistrzu, widziałem króla. Od niego idę. Rajtuzy nosi kałamajkowe. Istna awantura. Kądzielo ty rozpaplana! i cóż mi do twoich awantur? Czy masz hasło opryszków? — Mam. Nie lękaj się mistrzu. Płomyk obrączkowy! — Dobrze. Inaczejbyśmy nie dotarli do kościoła. Wszystkie dokoła ulice przecięte. Szczęściem, hołota napotkała zdaje się na opór. Być może, że staniemy jeszcze na czas. — Tak mistrzu. Ale jak wejdziemy do Notre‑Dame? — Mam klucz od wież. — A jak z tamtąd wyjdziemy? — Z tyłu klasztoru znajduje się furtka wychodząca na Wygon, a ztamtąd jest wyjście ku rzece. Wziąłem z sobą klucz i łódź u brzegu uwiązałem tego rana. — Alem się gracko wywinął z pod szubienicy! — począł znów Gringoire. — Nie marudź że! Idźmy! — przerwał drugi. Obaj szybkiemi kroki skierowali się w stronę Grodu.
Comentarios
Cargando comentarios…