Część czwarta — Księga dwunasta — VI

Traducción anónima del francés

Nędznicy

Czy ty pamiętasz owe słodkie chwile,Gdy tacy młodzi byliśmy oboje,Gdyśmy się razem kłopotali tyle,Tylko o miłość i o skromne stroje.

I kiedy licząc twe lata z mojemi,Liczba czterdzieści nam nie wypadała,

I kiedy dla nas dwojga na tej ziemiZima się nawet wiosną wydawała?

Piękne to czasy były! Książka szkolnaByła mi wątkiem, zkąd swą wiedzę snułem,Paryż się bawił — ty w gorset swawolnaWpinałaś śpilkę, o którą się kłułem.

Bez spraw, lecz pełen adwokackiej pychy,Gdym cię prowadził na obiad na Prado,Tak byłaś piękną, że róże kielichyZ dały się zwracać na twoją twarz bladą.

Szept ich słyszałem: „Ona jest przecudną!Włosy powiewne! woń cudna do koła!Skrzydła jej ukryć pod mantylą trudno,Woalka kryje oblicze anioła!“

Błądziłem z tobą, z twą dłonią w mej dłoni,Gdy nas przechodnie zakochanych wzajemSpotkali w jakiej czarownej ustroni,Mówili: „miłość łączy kwiecień z majem.“

Cieniem swym, szczęsnych z wspólnego kochaniaKryła nas miłość, jabłoń Adamowa, —Jeszcze me usta nie dały pytania,Gdy twa odpowiedź już była gotowa.

Szkoła mi była miłosną ustronią,Gdziem śnił o tobie do zmroku od ranka:Tak miłość łączy wszechmocną swą dłoniąDoktorską wiedzę z uczuciem kochanka.

O gęste drzewa! zielone gałązki!Kiedy tasiemką, okryta ich cieniem,Zastępowałaś zgubione podwiązki,Jam niby gwiazdy pochłaniał spojrzeniem.

Czytałem nieraz Platona, — cóż potem?Lepiej niż mędrzec albo wieszcz natchnionyDałaś mi poznać kwiatkiem, włosów splotem,Szczęście niebiańskie i raj wymarzony.

Słuchałem ciebie, byłaś mi oddaną!O gwiazdko moja!... Jakim szczęścia zdrojemZdjąć ci sznurówkę, lub widzieć cię rano,Przeglądającą się w lusterku swojem!

Możnaż zapomnieć te ranki wieczory,Chwile zórz złotych i mroków różanych,Wstążek i kwiatów, muślinu i mory,Szeptów miłosną mową wyszeptanych?

Ogrodem naszym był wazonik kwiatów,Zasłoną w oknie twa spódniczka biała;Jam w fajce wonnych szukał aromatów,Tyś z filiżanki nektary spijała.

Nieszczęścia nasze śmiech w nas obudzały...Zgubione boa, kołnierzyk spalony,Albo ów wielki Szekspir pełen chwałyRaz za kolacją przez nas zastawiony.

Byłem żebrakiem, a tyś chojną była,Ramiona twoje całowałem w locie,Edycja Danta za stół nam służyła,Gdyśmy niedrogie zjadali łakocie.

Ach! gdy raz pierwszy usta moje drżąceZłożyły całus na twem licu miłem,Tyś poprawiała włosy spadające,A jam zbladł cały i w Boga wierzyłem.

Czy ty pamiętasz te rozkosze błogie,Te twe chusteczki podarte na szmaty!...Och! ileż westchnień za te czasy błogiePosłałem w niebo z biegnącemi laty.

Comentarios

Cargando comentarios…