Sara w kąpieli
Traducido del francés por Bruno Kiciński
Wietrzyk z słońcem na jéj czołoCień liści rzucał wesoło. —— ALFRED DE VIGNY. —
Sara z swéj gnuśności radaSama siadaNa huśtawce z lekkiéj maty,I kołysze się przy stokuMiłym oku,W świéżym sadzie, strojnym w kwiaty.
A ta wątła jéj kołyskaW wodzie błyskaWspólnie z obrazem dziewicy,Co kąpiąc się, to przymila,To się schylaDla przéjrzenia się w krynicy.
Tylekroć jéj łódka drżącaZdrój zamąca,Ilekroć się w górę wzbija —Po zmąceniu, w krótkim czasiePrzegląda sięDrobna nóźka, biała szyja.
Trwożną stopą dziéwczę młodeBije w wodę,Która marszczy się w obwody.Płoni się jéj stopka śnieżna,A lubieżnaŚmieje się z zbyt zimnéj wody.
Skryj się tutaj za drzewinę —Za godzinę,Możesz się przyjrzéć jak ona,Z łaźni, z niewinną odwagą,Wyjdzie nago,Na krzyż składając ramiona.
Słońcem jest świetném w pogodę.Dziéwczę młode,Kiedy wychodzi z kąpieli,Gdy na wiatr wszedłszy drży cała,I nieśmiałaPatrzy, by jéj nie dojrzeli.
Oto w liściach się ukrywa,Bystra, żywa,Zważa na każde ruszenie,Cała jak granat się żarzy,Na swéj twarzyUczuwszy... muszki dotknienie.
Wszystko widać, co dla świata,Kryje szata.W błękicie jéj ślicznych oczu,Błyszczy spojrzenie cudowne,Gwiazdce równe,Skrzącéj się w nieba przezroczu.
Ociérana kropla z ciała,Tak ściékałaJak lekki dészczyk z topoli.Jak gdyby Sułtanka któraPerły z sznura,Rozrzuciła ze swawoli.
Igrając sobie niedbaleSara wcaleNie myśli kończyć zabawki,Tylko się huśta leniwa,I tak śpiéwa,Z rozkołysanej huśtawki:
«Gdybym była kapudankąLub Sułtanką,Brałabym ja woni sutoZ ambry, na kąpiele ranne,Mając wannę,Z żółtych marmurów wykutą.
«Miałabym hamak jedwabny,Giętki, zgrabny,A na przypadek omdlenia,Miękką sofę, z któréj wonnośćWzbudza skłonnośćI coraz nowe pragnienia. —
Huśtałabym się do góryPrawie w chmury,I w rzéce mogłabym pływaćBez trwogi każdego czasu,A nikt z lasu,Nie śmiałby mnie wypatrywać.
Chyba, że na karku czyjaSwędzi szyja,Lub swe życie ma za marne,Bo tu mieczem hajduk błyska;Patrzą zbliskaI straszą Eunuchy czarne.
Spoczywałabym powoliDo méj woliŁoże mając puchem słane;A na stopniach by sandałyMoje stałyRubinami wyszywane.»
Sara marząc jak Sułtanka,Tak od rankaBuja nad stokiem strumyka,I młoda, pusta dziewczynaZapominaŻe dzionek na skrzydłach źnika.
Woda z kąpiącéj się płyniePo darninieI z huśtawki się rozpryskaNa koszulkę fałdowaną,Kołysaną,Którą wietrzyk z krzaku ciska,
Jéj rówienniczki wesołoZ wsi w okołoTymczasem wyszły już w pole;Ich tłum, jak chmura skrzydlataTak przelataRozliczne robiąc swawole.
Każda przechodząc przy SarzeTym ją karzeWyrzutem i urąganiem:«To mi dziewczyna leniwaCo w dzień żniwaTak ociąga się z ubraniem.«
Comentarios
Cargando comentarios…