Sen Booza

Traducido del francés por Antoni Pietkiewicz

Legł Booz na spoczynek, znój otarłszy z czoła;Dzień cały pracowicie spędził na swym łanie,Później na zwykłem miejscu uczynił posłanie,I spał, brogami zboża otoczon dokoła.

Starzec ten, miał dostatkiem żyta i pszenicy,Ale choć bogacz, cnotę miłował jedynie:Nie było błota w wodzie u niego przy młynie,Nie było piekła w ogniu u niego w kuźnicy.

Włos brody srebrną strugą na piersi mu spływał;Snopa swego nie wiązał zawistnie i chciwie;Gdy ujrzał jaką biedną kłosiarkę na niwie,— „Rzucajcie kłos umyślnie!“ sługom nakazywał.

Mąż ten prawy, szedł z dala od ścieżki pochyłéj,Cnotą swoją, jak szatą śnieżystą okryty;A zawsze w stronę biednych lejąc zdrój obfity,Brogi jego jak studnie okoliczne były.

Gospodarny, oszczędny, a jednak był hojny;Dobry dla swej czeladki, o los krewnych dbały;Chętniej nań, niż na młodzież niewiasty patrzały,Bo młodzian tylko piękny — a starzec dostojny.

Starzec, który ku źródłu pierwotnemu kroczy,Wita byt wiecznotrwały, a żegna dni zmienne;I w oku jego światło jaśnieje promienne:Młodzież zasię, ma ogniem gorejące oczy.

Uśpiły więc Booza słodkie, nocne wczasy,Przy brogach, jak zwaliska sterczących, lub skały;W koło śpiących żniwiarzy gromadki szarzały...A działo się to w dawne, w bardzo dawne czasy.

Lud Izraelski wóczaswówczas wiodła sędziów ręka:Ziemia, gdzie w koczownicze zbiegłszy się gromadyCzłowiek z trwogą spoglądał na olbrzymów ślady,Z potopu była jeszcze wilgotna i miękka.

Booz tedy w namiocie legł zamknąwszy oczy,I zasnął, jak spał Jakób, spała Judyt wdowa;

Aż oto niebios bramy rozwarłszy, JehowaNa siwą głowę starca, spuścił sen proroczy.

Sen był taki: jakoby Boozowi z łonaDąb wyrasta, pod niebios wysokie sklepienia,Po nim, długim łańcuchem idą pokolenia,Król śpiewa u podnóża — Bóg na szczycie kona.

I szeptał głosem duszy Booz zadziwiony:— „Jak to? być że to może? ze mnie to się zrodzi?Ósmy dziesiątek liczba lat moich przechodzi,A Bóg mi nie dał synów, i nie mam już żony!

Dawno już ta, co ze mną dzieliła me łoże,Dla Twojego, rzuciła dom mój, Wielki Boże!Choć związaniśmy dotąd niby dwa ogniwa,Ja na poły umarły — ona na pół żywa.

Nowe plemię mam wydać? Któż uwierzyć zdoła?Stać się ojcem rodziny, w mojej że to mocy?W młodości, człeku jutrznia jaśnieje wesoła,I jak z boju zwycięzca — dzień wychodzi z nocy.

Lecz starzec, jako w zimie brzoza stoi drzący!Na me życie samotne, wdowie, zmierzch już pada;Dusza moja do grobu już się chyli rada,Jak się chyli ku wodzie w znoju wół pragnący.“

Tak mówił Booz, szczęsny sennemi zachwyty,Oczy we śnie tonące zwracając ku Panu;U stóp swoich nie czuje róży cedr Libanu:On nie czuł u stóp swoich przypadłej kobiéty.

Bo gdy używał wczasu, Rut MoabitankaLegia u nóg Booza, trwożnem zdjęta drżeniem,Czekając, rychło jasnym, cudownym promieniemMrok jej przeczuć, rozproszy błogi brzask poranka.

Lecz Booz o niewieście nic nie wiedział wcale,Nie wiedziała Rut czego sam Bóg żądał po niéj:Powietrze było pełne słodkiej kwiatów woni,I rzeźwy oddech nocy owiewał Galgalę.

A cienie uroczyste, weselno-godowe,Drżały pewno aniołów niewidzialnych lotem,Bo raz w raz, po pod ciemnym niebiosów namiotem,Coś migało, jak gdyby skrzydła lazurowe.

A z oddechem śpiącego Booza mieszałySzmer głuchy, między mchami szeleszczące zdroje,Natura w onczas była w całej krasie swojéj,Wzgórza stały przybrane w wieniec lilji biały.

Booz spał... Rut w zadumie tonęła. Na niwieZcicha brzmiały grzechotki pasącej się trzody;

Ku ziemi się chyliło niebo dobrotliwie,A w ciszy, lwy bezpieczne z jaskiń szły do wody.

I Ur i Jerydamet leżały w uśpieniu,Gwiazdy kwitły na ciemnem, niezgłębionem niebie;Nów wąziuchny, iskrzący, śród tych kwiatów cieniuPołyskał na zachodzie. Rut pytała siebie —

Okiem mdlejącem patrząc z pod swojej zasłony:Jaki Bóg, jaki żniwiarz wieczno trwałych plonów,Tak niedbale porzucił schodząc z swych zagonów,Na ściernisku gwiazdzistem — ten swój sierp złocony.

Comentarios

Cargando comentarios…