Talaveyra

Traducido del francés por Zenon Przesmycki

Było to w Talaveyrze Królowej, w Hiszpanii.

Anglicy, przeciw którym byliśmy w kampanii,Zajmowali, wsparłszy się na zamczysku starem,Stok południowy, my zaś stok północny. JaremWzgórki oba i armie były przedzielone.Biliśmy się od rana; przez dymów zasłonęPotworną, co słoniła dwa wojska walczące,Patrzało z niebios brudne, straszne jakieś słońce;Owa gwiazda, co codzień wschodzi i umiera,Wieczna i wiecznie młoda, jako pieśń Homera,To samo słońce, które Achillowi lśniło,Mściło się; na walczących, ogłuszonych siłąStraszną grzmotów armatnich w rozhukania szale,Zlewało niezmiernego światła czarne fale,Oślepiało nas; jakby widoma przestrogaRzucało w dym walk ludzkich wielki promień Boga;Gorzało, królowało; oblewało znojem.

Karol Czwarty ze swoim ministrem Godoy’emWpakowali nam na łeb anglików w czerwieni,Lecz im, którzy też niezbyt są do sierr stworzeni,Było równie gorąco, jak nam. Dzień był parny.Ani źdźbła zieloności; w głębi jaru marny

Gaik sosen z Alepu, jakby za zasłoną,Ukrywał w cieniu strugę nawpół wysuszoną.Jak rzęsy rozdzielają dwie oka powieki,Tak te drzewa, kryjące strumyczek od spieki,Dzieliły oba wzgórza u parowu łona.

Więc, jak gdy nagłe wichry chwycą się w ramiona,Zwarliśmy się, francuzi z anglikami. DziałaPluły ołowiem; czaszki, poszarpane ciała,Wnętrzności, członki wkoło widziano krwawiące,A nad tem polem śmierci płomieniste słońce.

Szable, działa, gadacze, karabiny, piki —To nic, można przywyknąć; ale mieć zwrotnikiNad głową, to zanadto. Pragnienie nas piekło.Stal, ołów to śmierć tylko; pragnienie — to piekło.Słońce, skwar, pot, pragnienie — oh! co za konanie!A jednak spełnialiśmy swe krwawe zadanie.Mordowano się wściekle. Dookoła trupy,Pod nogami walczącej, bezładnej już kupy,Leżały, obojętne, zimne jak marmury.

Wtem ujrzałem ów strumyk śród drzew u stóp góry.Hiszpan krzyknął: caramba! — też go snadź zobaczył.Zbiegłem ku wodzie, nad nią anglik się rozkraczył,A tuż francuz, i drugi, i gromada cała;Klękliśmy kołem, bitwa na chwilę ustała,Na krótko, zresztą; ranni przypełzli po ziemi;Trącono się kaskami krwią ubroczonemi.

— Za wasze zdrowie, rzekłem. Odrzekli: Za wasze! —I wróg wrogom podawał chętnie krwawą czaszę.

Bój straszny znów się zaczął, bez przerwy już teraz,A jam, tonąc w marzeniu, pomyślał, że nierazTylko wodzowie krwawi, posępni ci kaci,Robią z nas ludzi — wrogów, gdyż Bóg stworzył braci.

Comentarios

Cargando comentarios…