Widma (Hugo, 1849)

Traducido del francés por Bruno Kiciński

Luenga es su noche, y cerradosEstan sus ojos pesados.Noc jéj długa i zamknioneSą jéj oczy obciążone.

Ilużto młodych dziéwcząt widziałem już zgon?Taki jest wyrok losu; grób musi miéć plon.Pod ostrzem kosy muszą padać trawy,Śród balów, tańców, śród pustéj zabawy,Musi róże warzyć śron.

Musi zdroju w dolinie wyczerpać się bieg,Musi błysk, oka mgnieniem, oznaczać swój wiek;I kwiecień, mroźnych nieskąpy powiewów,Musi gwiaździste kwiaty zrywać z krzewów,Kwiaty, — wonny wiosny śnieg.

To nazywamy życiem. Po dniu, sina noc,Po wszystkiém, ocucenie boskie lub piekielne;Do wielkiéj uczty siada biesiadników moc,Ale wielu opróżnia swe miejsce weselne,I przed końcem jéj schodzi w ustronie śmiertelne.

Iluż ja zgon widziałem? Jedna z mlékiem krew,Druga samych aniołów rozumiała śpiéw.Inna słaba, jéj czoło o dłoń się wspiérało,A jak z krzewu wzlatując, ptaszek zgina krzew,Tak jéj dusza zgięła ciało.

Ta blada, śmierci tylko w swéj rozpaczy wołaI szepcze imie, które nikt złożyć nie zdoła;Druga lekko omdlała jak na lirze dźwięk,Inna, miała, konając, i uśmiéch i wdziękWracającego anioła.

Z kolébki krok zaledwie robiąc do mogiły,Wszystkie żyły jak wątły, jak znikomy kwiat;Jak niewinne gołąbki przeleciały świat;Miłością i dziecinnym wdziękiem go zdobiły,Licząc na wiosny, krótki wątek lat.

Co? Już znikły, już na nich cięży grobów głaz!Tyle istot uroczych odstąpiłoż nas?Tyle zagasłych świateł i liści zwarzonych!Puśćcie mnie! niech, po kwiatach depcząc rozrzuconych,W gęsty zapuszczę się las.

Lube Widma! Gdy boru obéjmie mnie cień,Marząc, was słyszę i rozmawiam z wami,Was odsłania i kryje wątpliwy tu dzień.A przez gęste gałęzie, pomiędzy liściami,Wasze zjawienie oczy moje mami.

Duch mój jest bratem tych nadobnych cieni;Jużeśmy i nad życie i nad grób wzniesieni.To je wiodę, to skrzydła przybrawszy jak brat,Z niémi umarły, bujam po nadziemskiéj przestrzeni;To one, ze mną żyjąc, zdobią mi ten świat.

Uczę się myśli moje na ich sposób snuć;Wtedy widzę je, widzę, wołają mnie: pójdź!Tworząc koło na grobie tańczą lube cienie,Wtém je zwolna stopniowe osłania zaćmienie,I ja zaczynam znowu jak na jawie czuć.

Jedna zwłaszcza, aniołek, najmilsza z Hiszpanek,Białe ręce, pierś wzdęta niewinném westchnieniem,Oko czarne Kreolki, iskrzące wejrzeniem;I ten wdzięk niepojęty, ten świéżości wianek,Co skroń piętnastoletnią uwieńcza promieniem.

Nie z miłości umarła. Jeszcze do téj chwili,Jéj trosk, jéj roskosznego nie znała uśmiéchu.Nie napiła się jeszcze w jéj lubym kiélichu;I choć widząc ją, wszyscy: »Jak piękna!« mówili,Żaden jéj nie rzekł po cichu.

Tańce nazbyt lubiła, i to ją zabiło,Świetne, rozkoszne bale zbyt ją czarowały,Dziś jeszcze jéj popioły w grobie drgają miło,Kiedy w pogodnéj nocy tańczy obłok białyW tarczy księżyca wspaniałéj.

Tańce nazbyt lubiła. Nim nadeszło święto,Trzy dni o nich marzyła i trzy noce razem;A muzyka, tancerze, czarowną ponętą,Napełniały i we śnie duszę jéj zajętąUciech, wzruszeń i wrzawy zmięszanym obrazem;

Potém perły, klejnoty, drogie naszyjniki,I przepaski morowe w cieniach się mieniące,I tkanki wiotsze niźli pszczół skrzydełka drżące,Cudne wstążki napełnić mogące koszyki,I kwiaty pałac zapłacić mogące.

Ledwie się bal rozpoczął, pełna ognia, wdzięku,Już tam jest, wachlarz lekko szeleści w jéj ręku;Miłą wonnością kwiaty tchną w jéj lśniących włosach,A serce jéj, w wesołym rozwija się dźwięku,Wraz z orkiestrą o stu głosach.

Roskosz patrzéć, jak w lekkim ulata poskoku;Złote blaszki w spódniczce migając się trzęsą,Iskrzą się oczy czarne pod czarniejszą rzęsą,Jakby podwójna gwiazdka jaśniejąca oku,W fałdach ciemnego obłoku.

Wszystko w niéj było tańcém, śmiéchem i pustotą,Dziécię, umiało nawet władać nad zgryzotą;Bo nie zawsze na balu z serca smutek znika,Jak w nim szpeci się kurzem jedwabna tunika,Tak i rozrywka tęschnotą.

Lecz nasza piękność, walca porwana krążeniem,Wirem leci, powraca, nieoddycha prawie,Upojona kwiatami, miłych tonów brzmieniem;Jarzącém się w złocistych lustrach oświéceniem,W wrzawie stąpań, w głosów wrzawie.

Co za szczęście na balu wyskoczyć ochoczym!Czując w hucznéj zabawie pomnożone zmysły,Niewiedząc czy w powietrzu, w obłoku się toczym,Czy pod naszémi stopy szczątki ziemi prysły,Czyli kręte fale tłoczym.

Ale jéj trzeba było z budzącą się zorząOdjéżdżać, brać aż w progu płaszczyk atłasowy,Wtedy częstokroć przejął dreszcz tancerkę hożą,Gdy po nagiém ramieniu, śliznął się niezdrowyPoranku powiéw lodowy.

Jak, po wesołym balu, smutny dzień przypada!Żegnajcie stroje, tańce i dziecinne żarty,Po miłym śpiéwie kaszel przybywa uparty,W miejsce różowych uciech, stąpa febra blada,Żywe oko się zapada.

Zgasła w piętnastym roku, w świéżości ozdobie!Zgasła! po wyjściu z balu jątrząc wszystkich żal,I matce obłąkanéj córkę wrócił bal;Chyba na to, by strojną śmierć zabrała sobie,Dla uśpienia w zimnym grobie.

Przed chwilą, na myśl balu, jeszcze się uśmiécha,I stroje do przyszłego przysposabia już;Bo śmierć tak niespodzianie do grobu ją spycha,Że zdobiący ją w tańcu bukiet świéżych róż;Aż na trumnie jéj usycha.

Biédna matka! Jéj tylko poświęcała życie;Tak troskliwie ten wątły hodowała krzew!Okiem miłości na jéj patrząc się rozwicie,Tyle nocy czuwała, gdy płaczące dziécię,W kolébce usypiał śpiéw.

Cóz z tego? już na zawsze zakończyła dni!Martwa, robaków pastwa, sina w ziemi spi,A jeśli w noc pogodną ocuci ją kiedyBal umarłych, i zerwie z grobu, w którym tkwi, —Już przy niéj nie matka wtedy,

Lecz widmo z dzikim śmiéchem przy źwierciedle siędzie,I na smutny bal strojąc, zawoła: już czas!Wszystkie palce skościałe wyciągnąwszy wraz,Długie włosy dziéwczęcia, w sploty składać będzie;Ziębiąc usta uściskiem tak zimnym jak głaz.

Wiedzie drżącą, gdzie zwykle umarli hasali,I gdzie na nią powietrza oczekiwał chór;Gdy księżyc płaski, blady, przeziérał z za chmur,A mléczna nocy tęcza, kolorem opali,Frędzle obłoków malowała w dali.

Wy, którym bal z uśmiéchem roskosz tylko wróży,Pomnijcie na Hiszpankę zgasłą w wieku kwiecie,I jéj służyło zdrowie, jak wam dzisiaj służy,I ona używała, jak wy użyć chcecie,Wdzięków, uciech, miłości, tych trzech życia róży.

Z zabaw w zabawy lecąc, zmamiona urokiem,Do cudnego bukielu kolory dobiéra,Nagle śmierć niespodzianym odziéwa ją mrokiem;Tak Ofelia bystrym porwana potokiem,Zrywając kwiaty, umiéra.

Comentarios

Cargando comentarios…