Poezye wschodnie — całość

Traducido del francés por Bruno Kiciński

Wybór poezyj pomniejszych Wiktora Hugo

Czy widzisz jak przeciąga chmura zaczerniona?To blada, to jaskrawa, to świetna jak łóna,To martwa jak lato skwarne.Błyszczą się na tle nocy jakieś ognie krwawe,Kotłują się po brzegach dymu kłęby czarne,Słychać jak pożarów wrzawę.

Skądże ta chmura? z nieba, z morza, czy z wulkanu,Tenże-to wóz ognisty, którym grzeszne PanuPo gwiazdach rozwożą duchy?Jéj łono tajemniczym będące zamętem,Skądże to szarpią błysków szalone wybuchy,Jak długiego węża skrętem?

Morze, i wszędzie morze; fale, jeszcze fale,Ptak, który się nad niémi zapędził zuchwale,Próżno chce przebyć to morze.Bo bałwan, coraz nowym bałwanem zepchnięty,Po nad natłoczonémi toczy się odmęty,I głębie bezdenne orze.

Niekiedy wielka ryba z nozdrzy wodę tryska,I pod wodę płynąca srébrem skrzel połyska,Modrym ogona ogromem.Morze kołysze falą jak runami trzody;A pas miedziany wciąga, krążąc nad poziomem,Błękit nieba w błękit wody.

— Czy osuszyć to morze? rzekł obłok z płomienia,— Nie. — Odlata słuchając Wszechmocnego tchnienia.

W zielonych wzgórkach nadbrzeżePatrzy w wód zwierciadło świeże,Wznoszą pieśń pełną ochotyBawołów zbrojni pasterze.Łowców, rybaków ród śmiałyKoczuje tu, a ich strzałyZ błyskawicą by igrały,Ich te żłoby, te namioty.

Codzień indziéj te rodzinyZdrowém powietrzem się nęcą,Ich dzieci, ich dziarskie syny,I hoże tańczą dziewczynyNad brzegiem, koło ogniska,Które wiatr wzdyma lub ściska.Ich tańca niewidząc z bliska,Rzekłbyś, że duchy się kręcą.

Tak piękne jak noc w pogodęZ twarzą jak heban dziewice,W lśniącéj miedzi swą urodęPrzeglądają, żywe, młode;Inne pod namiot się chronią,I tam z pełnych wymion roniąBiałe mléko, czarną dłoniąCiągnąc wielblądów samice.

W słonéj kąpią się otchłaniPłci zmięszane w jednym tłumie,Skądże ludzie ci nieznani?Nikt powiedzieć nam nie umie.Brzmią chrapliwie ich cymbały,Na ten odgłos konie rżały,Brzęk i rżenie się zmięszałyW Oceanu hucznym szumie.

Chmura chwilę w powietrzu zatrzymać się chce.»Czy tu?« — Nikt nie objawił kto jéj odrzekł: »Nie.«

Egipt! ubrany w kłosy złociste i kwiaty,Wskazał pole upstrzone jak dywan bogaty.Za płaszczyznami płaszczyzny.Wrzący piasek z południa, przestrzeń wód z północyChcą sobie wydrzéć Egipt; on świetny i żyznyZ dwóch mórz urąga się mocy.

Trzy góry, twór człowieka, sięgały obłokuMarmurowym trójwęgłem — i taiły okuStopy popiołem zasute.Szły do złocistych piasków od ostrego szczytuRozszérzając się stopnie potwórne z granituNa krok dwusążniowy kute.

Sfinx różowy, — z marmurów zielonych Bogini,Strzegły ich, i tym powiek nie mogły płomiennePrzymrużyć wichry z pustyni.Nawy széroką piersią do portu wpływały;Siedząc olbrzymie miasto nad morskiémi wałyMyło w nich stopy kamienne.

Zdala zabójczém tchnieniem ryczał semun dziki,Chrzęszczały łuski tarte o białe kamykiPod krokodylów brzuchami.Wźniosły się jednym tryskiem siwe obeliski, —I jak tygrysia skóra żółty, wpływał bliskiNil nakrapiany wyspami.

Król gwiazd szedł na spoczynek, a morze w pogodzieTen krąg z żywego złota odbijało w wodzie, —Tę świata naszego duszę!Błysły śród świetnéj fali i na krwawém niebieDwa słońca, jak dwóch królów, idących do siebiePrzyjaźne zawrzéć sojusze.

— Gdzież się zatrzymać? — spytał głos idący z chmury— Szukaj!... i aż Taboru zatrzęsły się góry.

Piasek i piasek znowu,Straszne, głuche pustyniePotworów tu obłowuKto uszedł, w zaspach ginie.Tu nic nie stoi stale,Gdy ryknie wiatr zuchwale,Wnet gnany jakby faleGrzbiet gór piaszczystych płynie.

W tém miejscu sępów żyruBrzmi czasem głos nieznany,Od Membry i OfiruPrzechodzą karawany.Wzrok ściga ich ciekawie,Gdy orszak ciągnie żwawiePo wrzących piasków lawieJakby wąż nakrapiany.

Bóg martwe te pustyniePod władzę swę wziąść raczył,On środek téj dziedzinie,On krańce jéj oznaczył!Mgłę zawsze widziéć możemNad wrzącém jej przestworzem,Lecz tylko nad tém morzemZ popiołów piana płynie.

»Czyż tę pustynię w morze zmienić?« chmura bada —»Daléj!« tak jéj głos drugi z nieba odpowiada. —

Jak ogromna, śród morza, stércząca opoka,Lub nawał wież okropném zwalonych wstrząśnieniem,Tak Babel pusta, széroka.Zadziwiający świadek nicości człowieka,Tłumiąc światło księżyca, okrywa z dalekaCztéry góry swoim cieniem.

Nurzał się gmach zwalony w głębokich przestrzeniach,A huragany w jego więzione sklepieniachWydawały dziwne tony.Niegdyś blisko ród ludzki gwarzył; mury swémiMiała kiedyś roztoczyć Babel w koło ziemiZakręt niczém niezmierzony. —

Jéj schody miały dumnie wzbić się do zenitu,A do nich, wielkie góry bokiem swym z granituStopni tylko dostarczały.Na dawnych szczytach, szczyty natłaczane, nowe,Piramidalnéj wieży przykrywając głowęNieustannie przybywały.

Mniejszémi się wydając zdala od jaszczurów,Boasy, krokodyle widzialne z tych murówŚród brył olbrzymich zaległy.W zbyt obszérnym zakresie ginące, zastępyPalm włosistych, co czoła owéj wieży strzegły,Zdają się jakby ziół kępy.

Koło rozpadlin muru dziki zwiérz się czaił,Śród słupów i pilastrów na placu obszernymGęsty las cieniem zagaił.Rudych orłów i sępów roje bez ustankuNoc i dzień przy otwartym krążyły krużganku,Jakby przy celu niezmiernym.

— Czy to mam zniszczyć? chmura zadaje pytanie,— Leć! — I dokądże jeszcze unosisz mnie Panie!

Widok dwóch obcych grodów przed oczy nam stawa.Piętra kładąc na piętrach wzbiły się w obłoki,Teraz widać je śpiące śród nocnéj pomroki,Usnął ich lud, i Bogi, i wozy, i wrzawa;Pokładły się jak bracia na jedno nadbrzeże;Księżycem odkreślony cień, kąpie ich wieże.W różnych przedmiotów tłoku może dostrzedz okoWodociąg, schody, słupy z podstawą széroką,

Wydęte kapitele. Tu w niekształtném gronieGmach kopuły dźwigają granitowe słonie.Tam kolosy patrzące w potwory źle sprzęgłe,Pełzające i z związków ohydnych wylęgłe.Tam w kwiatach sad na śmiałych wiszący arkadach,W nim księżyc srébrną szarfę rzuca po kaskadach.W świątyni wykładanéj drogiémi flizami,Sto bałwanów z jaspisu grozi byków łbami;Sufity z jednéj tafli nakrywają sale,A w nich głów kolosalnych nie podnosząc wcale,Czuwają patrząc w siebie i zasiadłszy w gronieBogi z spiżu, wspiérając o kolana dłonie.Te stopnie, te pałace, te przechody tajne,W których wszędzie postaci straszą nadzwyczajne;Ten most, wodociąg, łuki, te wieże okrągłe,Męczą wzrok przez zakrętów przeglądanie ciągłe.Na niebie tak te gmachy posępne stérczały,Jak w morzu stérczéć zwykły przylądki skały.Tłok przedmiotów okrytych ciemności ogromem! —Iskrzyło się gwiazdami niebo nad poziomem,I przez tysiączne przerwy stojącéj osłonki,Świéciło jak z pomiędzy tła czarnéj koronki.Grody piekielne! W żądzach niepowściągłe plemię!Tam z każdą chwilą nowa roskosz się uśmiécha,Tajemnicę nieczystą kryje każda strzecha,I jakby wrzód podwójny bezecniły ziemię.

Spało wszystko! Nad obu miast przestrzenią całąTylko niekiedy blade światło się migało.

Lampy rozpusty w samém zatleniu tłumione,Gasnące ognie biesiad bez ładu rzucone.Róg ulic cienie zmniejszał, bo go księżyc zbielił,I tak zbielony w wodzie strumienia odstrzelił.Kto wié, czyli wątpliwie nie był dosłyszany,Szmér złączonych uścisków i oddech zmięszany.Kiedy dwa bratnie grody po dzienném znużeniu,Gwarzyły spoczywając w lubém uściśnieniu,A wiatr wzdychając w chłodzie świeżéj Sykomorry,Tchnący wonią z Sodomy spieszył do Gomorry,Na ówczas-to przemijał obłok zaczerniony,»Tu kres!« ozwał się z nieba głos w niém utajony.

Grzmi chmura i pryska,Z niéj płomień wytryska,I boki jéj rwie.Siarczysta z nim fala,Na przepaść się zwala,Na mury się drze,I tocząc się lawą,Odbija jaskrawoNa białém ich tle.

Gomorro! Sodomo!Palącąż się słomąPokryty wasz gród?

Ta chmura płomienna,To kara niezmiennaNa grzeszny wasz lud.Z jéj paszczy szerokiéj,To na was potokiTych siarczystych wód!

Ten lud dni swe przeżył,Co wczoraj nie wierzył,Że może być Bóg!Ich domy w proch poszły.Ich wozy nie doszły,Wskazanych im dróg.W ulicach płomienieSpłynęły w strumienie,Któż przebrnąć je mógł?

Na wzniosły szczyt wieży,Strwożony tłum bieży,W niéj schronić się chcą.Gdy inni tam zbiegli,Snem wiecznym już legli,I zmarli choć śpią.Tak mrówki co siły,I na mur pochyłyZa żérem się pną.

Lecz któż uciéc zdoła,Kiedy Bóg do kołaOgniem, gromem dżdży?

Mosty w proch rozściéra,Duchy w pędzie zbiéra,Jakby popiół czczy.Wszystko niszczy w huku,Aż na szarym brukuSzczątek dachu tkwi.

Rosnąc żar wszechmocny,Ziemi ubiór nocnyZ czarnych odjął krep.Jasny jak blask zorzy,Przelatuje skorzéjNiż rumak ze step.Haniebne bożyszcze,Spadłszy w ogni zgliszczeSkręca z spiżu łeb.

Grzmi potok niezmierny,Na lud ten niewiernyZwala baszty z wież,Różowo-zielona,Fala rozogniona,Wzdęta wzdłuż i wszérz,Mur powleka wrzącą,Emaliją lśniącą,Z swych siarczystych leż.

Głazy z mogił wali,Agat, porfir pali,Jakby suchy wrzos;

Z marmuru wzniesiona,Statua Nabona,Łamie się jak kłos.Twór snycerzy dumny,Ozdobne kolumny,Płoną jak drew stos.

Magów tłum zebrany,Niosąc bóstw bałwany,Na góry się piął.Próżno król ofiary,Próżno jakieś czary,Przy potoku wszczął;Wnet potok kościoły,W płomieniste poły,Swoich ogni wziął.

Daléj gmach porywa,W którym się ukrywaNatłoczony lud.Tam wyspę kamienną,Swą falą płomienną,Ściąga w głębię wód.Ona z razu płynie,Potém tając ginie,Jak od słońca lód.

Do wrzącego brzega,Nadkapłan przybiega;Ofiary nieść chcą;

I z niego ofiara!Tli mu się tyjara,Jak przez palne szkło;Wznosi rękę do niéj,Ta przylgła na skroni,I płonie wraz z nią.

Lud piérzcha ze drżeniem,Bo oczy płomieniemOślepione ma;Pcha się do bram miasta;Lecz w niém trwoga wzrasta,Gdy się próżno pcha;Przeklęci! pobladli,Myślą że już wpadli,Aż do piekieł dna.

Jak śród ciemnego lochu wstaje więzień stary,By świadkiem być stracenia skazanéj ofiary,Tak miano widziéć Babel wspólnicę miast obu,Patrzącą się w ich stronę z nad gór swego grobu.Słyszano w czasie trwania tajemnego cudu,Łoskot, który świat cały przestrachem ocucił,Tak okropny iż nawet spokojność zakłóciłŻyjącego pod ziemią Głuchoniemych ludu.

Ogień był bez litości! Żaden z potępionych,Nie mógł uciéc z tych murów zwęglonych, zwapnionych,A jednak ręce składali do góry,I ci co się w ostatnim żegnali uścisku,Pytali się z jakiego Boga to nacisku,Spłynął Wulkan na ich mury.

Widząc oni ten ogień żywy, ogień boski,Czynili nadaremnie, w ukryciu się troski,Umiał Wszechmocny dosiądz za złe sprawy!Wzywali bogów swoich, lecz karzącym gromemPadały nieme bogi; — okiem niewidomém,Kamienném, leli łzy z lawy.

Już wszystko wrzącym, krętym spalone tumanem,Znikło. Tak człowiek z grodem jak i zboże z łanem,Wszystko Bóg w koło karząco wyplenił;Z obu grodów nie stało nic o swojéj mocy,Wiatr nieznany wiejący owéj strasznéj nocy,Nawet gór postać odmienił.

Palma co tém powietrzem płonącém oddycha,Czuje jak liść jéj żółknie, jak gałęź usycha.

Odjął jéj świéżość płomień zatraty,Dawno miast obu nié ma. Przeszłości źwierciadłoJezioro, na wygasłych szczątkach się zapadło;I dymi jak gdyby z huty.

O horror! horror! horror!— SHAKSPEARE. Macbeth. —

Turcy tam prześli. Wszystko w gruzach i żałobie!Chio! Wyspa z win sławna, już tylko w téj dobieJest dziką, bezludną skałą.Chio! któréj pałace, nadbrzeża i bory,Odbijały się w morzu, gdy w ciepłe wieczoryMłodzieży grono skakało. —

Wszystko pustynią. Lecz nie! Gdzie stérczą zwaliska,Stoi chłopczyk. Z błękitnych oczu łza mu błyska,Głowa jego pochylona.Greckie to było dziécię. Przy nim tylko stałaJedyna towarzyszka jego róża biała,W pustoszeniu pominiona.

O biédne dziécię! Stopę nagą krew mu broczy,Niestety! By osuszyć z łez twe piękne oczy,Które mają błękit nieba,Żeby ten zachmurzony błękit rozweselić,Żeby mu błyskawicy radości udzielić,Powiédz chłopcze, co ci trzeba?

Żeby to czoło, które przygniotło cierpienie,Podnieść, żeby w wesołe ułożyć pierścienie,Dotąd żelazem zuchwaleNietknięte jasne włosy, które dziś niechcącyPo białéj twojéj szyi spadają niedbale,Jak liść na wiérzbie płaczącéj?

Cóż chcesz? Czemże rozproszę twój smutek ponury?Chceszże, bym ci czarowny zerwał kwiatek któryRośnie nad studnią w Iranie?Czy chcesz owocu tuby, tego drzew Olbrzyma,Który pod swoim cieniem taką przestrzeń trzyma,Że koń rok lecąc ledwie z niéj się wydostanie?

Może ten leśny ptaszek, którego śpiewaniéMilsze jest niż oboje, niźli lutni granie?Może on zmiękczy twój ból? —Cóż ci dać? kwiatek, owoc, czy cudnego ptaka? —»Bracie! — Była odpowiédź greckiego chłopaka, —»Daj mi prochu! daj mi kul!« —

Słyszano śpiéw ptaków, takharmonijny jak poezya.

SADY W GULISTANIE.

Gdybym nie była w więzieniu,Tobym lubiła te strony;Morze płynące w milczeniu,Łan kukurydzą zżółcony.Gdyby nie było w tym krajuTego dzikiego zwyczaju,Że pod murami SerajuMiecz Spahów błyska się w cieniu.

Nie jestem córką TataraAby mnie strzegła niewiara,

Eunuchy czarne i stareStroiły moję gitarę.W téj, z któréj pochodzę ziemiWolno pogadać z młodémi,I w wieczór potańczyć z niémi,I przyjąć serc ich ofiarę.

Jednak są piękne te strony:Bo nawet w zimowéj porzePrzez okno śniég, ani śronyI mróz dosięgnąć nie może.Dészcz ciepły rzeźwi śród lata,Zielona muszka skrzydlataJak żywy szmaragd przelata,Świécąc się w trawie zielonéj.

Smyrna jak Księżna opływa,Pyszniąc się złotem swych wieży,A letnia pora szczęśliwaLedwie ją chwilę odbieży; —Jak z wiosny błogiego daruBłyszczy się bukiet z puharu,Tak tu z morskiego obszaruLśni się archipelag świéży.

Gdy słońce, blask siejąc złoty,Powietrze obdarza ciszą,Lubię te pstre ich namioty,Co się na słoniach kołyszą;

Lubię ich domki ozdobneDziecinnym cackom podobne,I te wieżyczki ich drobne,Z których chorągiewki wiszą.

W téj czarodziéjskiéj dolinie,Zdaje mi się słyszéć głosy,Których wdzięk z pustyni płynie,I wzbija się pod niebiosy,A Jenijuszów tysiąceNiebiańskim, głosem wtórzące,Nucą harmonije brzmiące,Których brzmienie nie zaginie.

Dla mnie ma wdzięki uroczeNad miastem minaret biały,Gdy na nim bocian klekocze;Lubię krynicy kryształy,Która w cieniu palmy tonie;Lubię słodko tchnące wonie,Które nieraz w to ustronieCiche wiatry przywiéwały.

Dla mnie wtedy błoga dola,Gdy się na łóże z mchu rzucęI dumkę hiszpańską nucę,A rówiennic mych swawolaRóżne wymyśla zabawy,I, w tańcu tłocząc murawy,Tworzy z siebie okrąg żwawyPod okręgiem parasola.

Lecz najbardziéj wtedym radaSiedziéć i dumać siedzący,Gdy wietrzyk błogo wiejącyPod wieczór do mnie się skrada.Gdy się przyglądam w swobodzie,Jak niebo skrzy się w pogodzie,A blady księżyc po wodzieSwój srebrny wachlarz rozkłada.

Księżyc świécił pogodnie igrając po fali,Okno przecież otwarte miły chłód przyjmuje;Patrzy Sułtanka, morze łamiące się w dali,Czarne wysepki brzeżkiem srebrzystym haftuje.

Z Sułtanki ręki brzmiąca wypada gitara.Słucha pilnie, dźwięk głuchy obija się głucho,Tureckiéjże-to nawy szum uderza ucho?Greckiż-to Archipelag porze łódź Tatara?

Może kormoran nurka daje o téj porze,A woda, jak perłami, z skrzydeł mu ocieka,Może to straszą Diwy złowieszcze zdaleka,I z nadmorskich wież baszty obalają w morze.

Cóż-to zakłóca głębię pod samym Serajem?Nie kormoran to czarny, nie zbujała fala,Nie kamień, który z wieży w wodę się obala,Ani wiosła takt biją żeglarzy zwyczajem.

To ciężkie worki spadły. W nich jęk słychać w dali,Ktoby za niemi nurty zwiedziéć był ciekawy,Ruszające się ludzkie dostrzegłby postawy.....Księżyc świécił pogodnie igrając po fali. —

E come i gru van cantando lor-lai,Facendo in aer di se lunga riga;Cosi vid’io venir traendo guaiOmbre portale d’alla detta briga.— DANTE. —A jak ciągną zdaleka trukając żórawie,Długi w powietrzu tworząc z siebie sznur,Tak ja duchy jęczące widziałem na jawieNa skrzydłach burzy pędzone śród chmur.

LudWsiI gródJuż spi —I wałCo grzmiałŚród skałTeż spi.

W téj ustroniCoś oddycha, —To noc cichaTchnienie roni;Taki ruchŁechce słuch,Gdy się duchOgnia broni.

Głośniejszy tropięBrzęk jakby dzwonka,Skacząc w galopieKarzeł tak brząka.To sobie gwiźnie,To się prześliźniePo wód płaszczyźnie,Na jednéj stopie.

Co raz bliższy dźwiękOdbił się od boru,Jak gdyby z klasztoruSmutnych dzwonów jęk;Jakby tłumu głos,Spadał raz, znów rosł,To milkł, to się wzniósł,Jak śpiéwanie chóru.

Słychać już Diwy złe.Biada! Straszny ich wrzask;Gdy lampy gaśnie blask,Pod schody skryjmy się;Poręczy cień po ścianie,Suwa się niespodzianie;Ah! gdzież on przecież stanie,Na półap aż się pnie. —

Tłum Diwów pędzi jak grzmot,Kręcą się wirem i świszczą;Cisy podruzgał ich lot,Jak drewka w ogniu tak piszczą.Lecąc ich zastęp ponury,W ciemne przestrzenie natury,Ma podobieństwo do chmury,Z któréj łona błyski łyszczą.

Zbliżają się; zasuńmy drzwiNa rygle i tęgie zapory,Niech ohydne nie wchodzą miUpiorów i smoków potwory;Coś zarykło na górze tam,Pewnie z zamku wyrwał się tram;Łoskoczą zawiasy u bram,Coś stuka jak w młynie stępory.

Huczy piekielne wycie i płacz,Krzyczy rój Diwów wiatrem zagnany,Pewnie nad domem siadł i gnie ściany;Boże łaskawy! wspiérać mnie racz;Dom mój się wstrząsł i jak żywy drga,Rzekłbyś, iż wiatr wywróci go z dna;Jak zawierucha liść suchy gna,Tak burza miota Diwów tumany.

Proroku! jeśli jest w twéj mocy,Zbaw mnie od tych szatanów nocy,A pójdę wdzięcznością natchniony,Bić tobie w meczecie pokłony!Połóż koniec piekielnéj stypie,Zgaś ich oddech co iskry sypie,Niech szyby okien próżno sypie,Rój Diwów zjadliwémi szpony.

Odszedł przecie huczny tłum,A z nim zwolna znika szum,Już przecie nogami w mojeBić zaprzestali podwoje;Lecz w powietrzu jeszcze dźwięk,Jeszcze słychać kajdan brzęk,I pobliskich lasów jęk,Gdzie dmą ogniem Diwów roje.

Ich huczny lot i zwinny,Ich skrzydeł szmer ustaje,Tak, że się uchu zdajeGłos słyszéć coraz inny.Nie jedenby go rad,Brać za szarańczy spad,Lub za bijący gradNa ołowiane rynny.

Dziwaczne syllaby,Wydają te brzmienia,Tak w róg, gdy ArabyZatrąbią z niechcenia;Brzmią dźwięki pieszczące,Po wodzie, po łące,A dziécię marząceMa złote marzenia.

Grobowe Diwy,Płód śmierci chciwy,Krok niosąc rączo,W cieniach się łączą,Szemrzą ich roje,Jak ciche zdrojeCo nurty swojeW doliny sączą.

Brzmieniem onémPrzygłuszoném,Jest-to prądFali w ląd,Jest-to wszczęty,Paciérz świętéj,Żalem tkniętéj,Za straconym.

Już czas!W swą mocMa nasWziąć noc.RykKrzykZnikłŻgasł.Zgasł.

Modliłażeś się tego wieczora,Desdemono?— SZEKSPIR. —

Cóż to — wam, bracia kochani?Tak wyglądacie troskaniJakby lampa na uboczu,Dziki wzrok wam błyszczy z oczu.Czy was dręczy żal ukryty,Że tak każdy przerażony?Na w pół z pochwy wydobyty,Błyska sztylet utajony.

Wyznaj! czyś nie podniosła dziś twojéj zasłony?

Wracałam, bracia, z kąpieli,Z kąpieli, bracia, wracałamZasłoniona, bo się bałam,By mnie Gaury nie widzieli.Żar szedł z nieba nieskończony —Jadąc z wolna, przy meczecie,W najczystszéj myśli na świecieUchyliłam méj zasłony.

Przechodził wtedy człowiek, miał kaftan zielony. —

Być może, lecz na me życiePrzysięgam, nie było grzéchu.Cóż to po cichu mówicie?Mówicie z sobą po cichu?Czyż wam krwi koniecznie trzeba?Nie widział mnie nikt bez zasłony;Chcecież wy zabić, o nieba!Kobiétę i bez obrony?

Słońce miało dziś w wieczór jakiś blask czerwony.

Ah! drodzy bracia przebaczcie!Cofnijcie wyrok za-ostry,Ah! ten raz darować raczcie,Dla kochającéj was siostry.Okrutni! już się krwią broczySztylet we mnie utopiony,Już i na gasnące oczySpadł mrok śmiertelnéj zasłony.

Téj przynajmniéj nie zdołasz uchylić zasłony.

Wietrzyk z słońcem na jéj czołoCień liści rzucał wesoło. —— ALFRED DE VIGNY. —

Sara z swéj gnuśności radaSama siadaNa huśtawce z lekkiéj maty,I kołysze się przy stokuMiłym oku,W świéżym sadzie, strojnym w kwiaty.

A ta wątła jéj kołyskaW wodzie błyskaWspólnie z obrazem dziewicy,Co kąpiąc się, to przymila,To się schylaDla przéjrzenia się w krynicy.

Tylekroć jéj łódka drżącaZdrój zamąca,Ilekroć się w górę wzbija —Po zmąceniu, w krótkim czasiePrzegląda sięDrobna nóźka, biała szyja.

Trwożną stopą dziéwczę młodeBije w wodę,Która marszczy się w obwody.Płoni się jéj stopka śnieżna,A lubieżnaŚmieje się z zbyt zimnéj wody.

Skryj się tutaj za drzewinę —Za godzinę,Możesz się przyjrzéć jak ona,Z łaźni, z niewinną odwagą,Wyjdzie nago,Na krzyż składając ramiona.

Słońcem jest świetném w pogodę.Dziéwczę młode,Kiedy wychodzi z kąpieli,Gdy na wiatr wszedłszy drży cała,I nieśmiałaPatrzy, by jéj nie dojrzeli.

Oto w liściach się ukrywa,Bystra, żywa,Zważa na każde ruszenie,Cała jak granat się żarzy,Na swéj twarzyUczuwszy... muszki dotknienie.

Wszystko widać, co dla świata,Kryje szata.W błękicie jéj ślicznych oczu,Błyszczy spojrzenie cudowne,Gwiazdce równe,Skrzącéj się w nieba przezroczu.

Ociérana kropla z ciała,Tak ściékałaJak lekki dészczyk z topoli.Jak gdyby Sułtanka któraPerły z sznura,Rozrzuciła ze swawoli.

Igrając sobie niedbaleSara wcaleNie myśli kończyć zabawki,Tylko się huśta leniwa,I tak śpiéwa,Z rozkołysanej huśtawki:

«Gdybym była kapudankąLub Sułtanką,Brałabym ja woni sutoZ ambry, na kąpiele ranne,Mając wannę,Z żółtych marmurów wykutą.

«Miałabym hamak jedwabny,Giętki, zgrabny,A na przypadek omdlenia,Miękką sofę, z któréj wonnośćWzbudza skłonnośćI coraz nowe pragnienia. —

Huśtałabym się do góryPrawie w chmury,I w rzéce mogłabym pływaćBez trwogi każdego czasu,A nikt z lasu,Nie śmiałby mnie wypatrywać.

Chyba, że na karku czyjaSwędzi szyja,Lub swe życie ma za marne,Bo tu mieczem hajduk błyska;Patrzą zbliskaI straszą Eunuchy czarne.

Spoczywałabym powoliDo méj woliŁoże mając puchem słane;A na stopniach by sandałyMoje stałyRubinami wyszywane.»

Sara marząc jak Sułtanka,Tak od rankaBuja nad stokiem strumyka,I młoda, pusta dziewczynaZapominaŻe dzionek na skrzydłach źnika.

Woda z kąpiącéj się płyniePo darninieI z huśtawki się rozpryskaNa koszulkę fałdowaną,Kołysaną,Którą wietrzyk z krzaku ciska,

Jéj rówienniczki wesołoZ wsi w okołoTymczasem wyszły już w pole;Ich tłum, jak chmura skrzydlataTak przelataRozliczne robiąc swawole.

Każda przechodząc przy SarzeTym ją karzeWyrzutem i urąganiem:«To mi dziewczyna leniwaCo w dzień żniwaTak ociąga się z ubraniem.«

Obejmij, piękna dziewczyno,Szyję mą twémi ramiony.HAFIZ.

Żywéj Hiszpance Joannie,Swawolącéj nieustannie,Sułtan Achmet rzekł raz sam:— Wiész, najdroższa moja perło!Że za Mekkę, moje berło,A ciebie, za Mekkę dam.

»Chrześcjaninem zostań Panie!A nagrodę za kochanieW uściśnieniach znajdziesz mych.

Miałbyś wtedy serce moje,Dziś się zbrodni spełnić boję;Mniejbym dbała już o grzéch.«

— »Na te perły, co w łańcuchu,Na szyi bielszéj od puchuLśnią się, przysiądz Tobie chcę,Że ja uznam twego Boga,Gdy sznur pereł, moja droga!Za różaniec oddasz mnie.«

Gdy w tym szczęśliwym kraju nic ci nie wesoło,Ani śród pszennych łanów, ani w palmy cieniu,W obfitości i spocznieniu;Choć się na głos twój miły wznosi pierś młodzieńczaSiostr naszych, których w wieczór kręcące się kołoTańcem nadbrzeże uwieńcza,

Żegnaj biały wędrowcze! Sama, o cię w trwodze,Bystrookiego konia tobiem osiodłała,By cię nie rzucił o głazy na drodze.Ziemię kopytem kopie, a krzyż jego młodyZwięzły, stoczysty, lśniący jest jak czarna skała,Wygładzona prądem wody.

Ty wędrujesz bez końca; lepiéjby ci byłoByć z tych liczby, co radzi za kres horyzontuWidziéć swoję chatkę miłą.A szczęśliwi z szczupłego swojego zakątu,Siedząc w wieczór przed domem, chcieliby za gwiazdy,Choć myślą odbywać jazdy. —

Gdybyś był chciał młodzieńcze, to z nas która możeChętnieby z tobą w chatce podzieliła łoże,Klęcząc służyćby ci chciała,Lubym by ciebie śpiéwem do snu kołysała,I strzegłaby śpiącego od much uprzykrzonych,Wachlarzem z liści zielonych.

Jedziesz! Sam w noc czy we dnie, a rumak twój dziki,Pędem twarde po drodze tratując kamyki,Skier tuman podkową sypie.O dzidy twojéj ostrze, po macku drą swojeSkrzydła, ślepo-lecące ku umarłych stypie,Potępionych duchów roje.

Gdy ci z powrotem wieś tę widziéć się zażąda,Przez ów wzgórek podobny do grzbietu wielblądawielbłądaPrzychodź, tam stoi cicha moja chata.Nad nią wznosi się strzecha jakby ul kończata,Drzwi tylko w niéj są jedne, a światło w nią wglądaOd strony, z któréj jaskółka przylata.

Jeśli nie masz być więcéj, wspomnij niepowrotnyO dziewczętach pustyni, których głos uroczy,Których cię taniec zachwycał ochoczy.Piękny, biały wędrowcze! ty ptaszku przelotny!Poświęć nam czułe westchnienie,Bo możeś i nie jednéj zostawił wspomnienie.

Bądź więc zdrów, stroń od słońca, co płonącą strzałąZłoci skronie miedziane, a pali płeć białą.Nieprzebytą Arabję niech twój krok omija,Starą wróżkę, co niby ledwie stąpać zdoła,I tych, co w wieczór, końcem zaklętego kijaW piasku okréślają koła.

Zdradziecka jak woda.— SZEKSPIR. —

Dla ciebie, piękna żydówko!Dość ofiar padło w haremie.Czyż ma każde twoje słówko,Jak piorun niszczący ziemię,Ściągać w koléj nieszczęść brzemię?

Odpocznij, młoda kochanko!Przebacz gromadce niewinnéj,Już cię mianuję Sułtanką,Lecz przestań, za każdą wzmianką;Co noc chciéć ofiary innéj.

Gdy tkliwiéj na mnie spoglądasz,I siadasz mi na kolana,Myślę, dziewczyno kochana!Że znów głowy jakiéj żądaszW zazdrości nieubłagana.

Czegóż się twarz twoja płoni?Z chwałą wyszłaś z każdéj walki,Więc niepomnij na rywalki,Wszak róża, kwiatom na błoniRosnąc i kwitnąc nie broni.

Wszak żyję dla ciebie, w tobie!Niech cię nieobchodzi wcale,Choćby sto kobiét w téj dobie,W wrzącéj miłości zapaleTęschne rozwodziło żale.

Niech próżne życzenia roszczą,Niech tobie zazdroszczą skrycie,Niech tobie zawsze zazdroszczą.Wszak stoisz na chwały szczycie,Dzielisz mój tron, moje życie.

Ciebie czci lud méj stolicy,Stambuł hołd ci składać bieży,Stambuł, którego sto wieży.Tak przegląda w fali świéżéj,Jakby flota na kotwicy.

W czerwony turban przybrani,Ciebie słuchają jak Pani,Nie twych rywalek, spahowieDo swych koni przywiązani,Jak do swych wioseł majtkowie.

Twój jest Cypr słynny przed laty,Bassora, Trebizond, twoje;Fez w złoty piasek bogaty,I Messul, gdzie oba światyZamieniają płody swoje. —

Twoim jest Smyrny gród nowy,Tak biało w morzu odbity;I Ganges, postrach na wdowy,I Dunaj z pięcią koryty,W otchłani morskiéj ukryty.

Cóż cię ma obéjść Greczynka,Albo czerkaska dziewica,Lub bystrooka murzynka,Co jakby młoda tygrzyca,Tak się roskoszą zachwyca..

Możeż ci być niebezpieczna,Pierś z hebanu, lub skroń mleczna?Tyś nie śniada, ani biała,Bo się zdaje, że słonecznaJasność swój ci blask nadała.

Nieprzyzywaj więcéj burzySułtanko! na niskie kwiaty.Skromnie szczęścia twego użyj,Za każdą łzę niechciéj dłużejWywoływać nowéj straty.

O uciechach myśl bez szału,Ciesz się tém co z łaski niebaI z natury masz udziału...Sułtanom sułtanek trzebaJak pereł do puginału.

Comentarios

Cargando comentarios…