— Księdza! — jęknął chory, z trudem podnosząc powieki. — Głowa mi pęka, co tak huczy?— Morze i zawierucha. Tom poszedł po proboszcza, tylko ich patrzeć.— Ajrysz! Mój wróg, i jakże się zmówimy? Muszę się wyspowiadać, ostatni czas...— Do naszego księdza trzydzieści mil, Fordem w taką śnieżycę nie ujedzie. Telefonowałam po niego, będzie dopiero rano na ósmą, pierwszym pociągiem.— Nie zdąży. Nie doczekam się, umrę niezadługo, czuję to, już mi lodowacieją nogi. Jakże stanę przed strasznym Sądem Pańskim bez rozgrzeszenia? A ona tam czeka na mnie! I nie daruje mi, nie daruje! — Zatargał się w jakiejś okropnej męce nieludzkiego strachu; żółta, porosła siwym mchem twarz pławiła się w śmiertelnych potach, szczękały zęby, a niebieskie, zaszklone łzami oczy latały bezradnie, niby mdlejące motyle.Wybiła dziesiąta; wzmagał się wicher i walił w ściany z taką wściekłością, aż poruszały się w izbie sprzęty, niekiedy gasła świeca, brzęczały szyby, a za oknami wyło jakieś drzewo, niby zwierz, katowany na uwięzi i tłukący się łbem o ścianę. Z głębin nocy, z nieprzeniknionych odmętów ocean huczał niemilknącemi ani na chwilę trąbami huraganów.— Pociąg! — zaszemrał chory, gdyż rozległ się potargany, jęczący dźwięk dzwonu.Wyjrzała bezwiednie oknem; zaśnieżony wąż, miotając krwawemi ślepiami, ginął w kurzawie. Zadrzemała w głębokim bujaczu, stojącym w nogach łóżka. Z trudem niemałym wydobył z cieniów słabnącemi oczami jej twarz jasną, okoloną puszystemi, czarnemi włosami.— Wykapana matka! — Niby oślizgły wąż, wypełzłe skądciś sumienie jęło mu okręcać serce i duszę. — Zmiłuj się, Panie! Miłosierdzia! — wołał z otchłani męki niewysłowionym krzykiem rozpaczy. Zapadał się w nicość, przepadał jakby w nocy bez końca, konał, lecz skonać nie mógł, bo ten ból przypomnienia dźwigał go zpowrotem na jaśnię życia. I znowu leżał bez ruchu, brodząc wylękłemi oczami w ciemnościach, zalegających izbę. Czaiły się w niej straszące widziadła spraw dawnych, ludzi pomartych, słów przebrzmiałych i zapomnianych uczuć. Nie pojmował, skąd się biorą i dlaczego co mgnienie rozpryskują się jak bańki mydlane i znowu się stają, zapełniając sobą jego oczy. Świeca rzucała chwiejne smugi światła, burza waliła w dom, powiewy poruszały obrazami, z których niekiedy majaczyły twarze narodowych bohaterów i świętych; czepiał się tych strzępów rzeczywistości, jak tonący, z rozpaczliwym uporem.Naraz z głębi mieszkania przedarł się daleki, łkający śpiew i naszczekiwania psa.— Marka, wpuść Brysia, i niech się ciotka nie wydziera, nic mi to już nie pomoże — wyrzucił za siebie jakby zapiekłe w złości słowa — Bryś! Bryś! — szepnął pieszczotliwie, ale pies bury i ogromny, niby niedźwiedź, pociągnąwszy nosem, wcisnął ogon pod siebie i poszedł w najciemniejszy kąt. — Widzi śmierć! Ona tu krąży i czeka! Jeszcze chwila i uderzy... i uderzy... — powtarzał coraz ciszej, czepiając się oczami obrazu Częstochowskiej.Dziewczyna, śmiertelnie już wyczerpana, wybuchnęła żałosnym płaczem.— Nie płacz! Zostawię ci tyle dolarów, że będziesz się mogła jeszcze lepiej stroić, niźli twoja matka. Używaj sobie! — smagał ją niemiłosiernie. — Ja się dosyć napracowałem.Dzwonek odezwał się w sieni wraz z tupotami i trzaskiem otwieranych drzwi.Wszedł ksiądz z Panem Jezusem, zrzucił futro, nałożył stułę i siadł przy chorym.Chory chciał się przeżegnać i zastygł z podniesioną ręką; nienawidzili się oddawna; ksiądz zajrzał mu w oczy, zdobywając się na uśmiech współczucia, tamten zaś szepnął:— Umieram. Daj mi rozgrzeszenie! Powiedz mu — zwrócił się do córki.Powtórzyła po angielsku, gdyż nie rozumiał ani słowa po polsku.— Musisz się wyspowiadać, inaczej nie mogę ci dać rozgrzeszenia.— Jakże się będę spowiadał? Nie umiem po angielsku... — jęknął zrozpaczony.— Niech mówi po polsku, a ty mi przetłumaczysz — zdecydował prędko ksiądz.— Jezus Marja! przed córką mam się wyznawać z grzechów?Dziewczyna cofnęła się w przerażeniu, jak przed świętokradztwem.— Niejednego z waszych już w taki sam sposób dysponowałem na śmierć. Cóż poradzić, jak nie można inaczej? Zaczynaj — nalegał, pochylony nad nim; czarny był, suchy, o twarzy jakby wykutej z nieubłagania i surowości. Zatapiał w nim okrągłe, jastrzębie spojrzenia, niby szpony, gotowe do wyrywania z pod serca okrwawionych, najboleśniejszych tajemnic. — Mów prędzej — zmacał mu puls — niewiele ci już pozostaje do życia, ale Bóg doda ci sił, jeszcze zdołasz się wyspowiadać. Otrząśnij się z ziemskiego błota, zanim staniesz przed Panem — głos mu nabrzmiał tkliwością i dobrocią, obtarł mu spocone czoło i poprawił poduszkę.— Mam się spowiadać przy córce! I wyznać się ze wszystkiego? — zabełkotał nieprzytomnie. — Zlituj się nade mną. Powiem wszystko, nic nie utaję, przecież na sąd idę, przecież w tej ostatniej godzinie nie skłamię przed Panem Bogiem. Bóg mnie usłyszy i zrozumie! On widzi mój straszny żal za grzechy! Odpuść mi, daj mi rozgrzeszenie. Jakże ja, ojciec, mogę przed córką! — żebrał, całując go z płaczem po rękach.— Nie wolno mi. Musisz wyznać przede mną. Słyszysz, co się dzieje na świecie? Kto wie, czy to nie djabli tak szturmują po twoją duszę — przeżegnał się prędko. — Ocalę cię, wyrwę cię piekłu, ale mów szczerze. Marka przysięgnie na krzyż, że nie rozgłosi tego, co usłyszy. Czemuś to nie chodził do kościoła? — zaczął, przymuszając dziewczynę tym łagodnym wstępem do tłumaczenia.— Boś go ukradł Polakom, boś wygryzł naszego proboszcza, wygnał nasze siostry, a nasze dzieci przerabiasz na Ajryszów! — odpowiedział bez namysłu.— U spowiedzi nie byłeś od śmierci żony, dlaczego?Chory, jakby uderzony obuchem, zajęczał ciężko, nie mogąc się zdobyć na odpowiedź.— I bardzo źle się z nią obchodziłeś, wiem dużo, więcej, niż ci się zdaje, ale Bóg ci przebaczy, jeśli wyznasz wszystko i będziesz żałował szczerze i głęboko.— Wyjdź, Marka! Nie słuchaj! Cicho! Nie chcę — zakrzyczał głosem przerażenia. — Lepiej mi zdechnąć jak psu! Niech mnie djabli wezmą! Nie! — protestował obłąkańczo.— Zabronię cię pochować w poświęconej ziemi! — groził z ponurą zaciekłością Ajrysz.Padła mu do nóg, błagając za ojcem, ale nie dał się przebłagać i odszedł.Chory zwalił się na poduszki jak kłoda, zdawało się, że już kona. Marka uderzyła w krzyk, zbiegli się domownicy, ciotka zapaloną gromnicę wetknęła mu w rękę i zaczęła głośno odmawiać litanję za konających. Zaszemrały płacze i szlochy. Burza też przycichła, przez okna zajrzała ośnieżona, gwiaździsta noc, tylko ocean huczał, niby organy, swój hymn nieśmiertelnej potęgi.Umierający poruszył się nagle, gromnica wyleciała mu z rąk, uniósł nieco głowę i, powiódłszy trupiemi oczami po wszystkich, wyrzekł zgoła nieswoim głosem.— Precz! Wszyscy! Wszyscy! — powtórzył z mocą niesłychaną, że wprost pouciekali, owładnięci panicznym strachem, jakby przed powstającym z grobu trupem.Doczołgał się przed obraz Częstochowskiej.— Tobie się spowiadam, Panno Święta — rwał z siebie słowa ostatkami sił. — Zabiłem ją! Moja wina, moja męka i moja kara! Musiałem dziecku oszczędzić tej hańby! Nie mogłem się wyznać przy niej! Ale, na świętą mękę Syna Twojego, zmiłuj się nad nieszczęśliwym — modlił się i spowiadał stygnącemi wargami i zamierającem sercem.30 grudnia 1922.
Comentarios
Cargando comentarios…