Mnohaja lita
Choć nasz samorząd idzie jak po grudzie,Jednak ja powiem, że się kształcą ludzie,I, że jak kropla deszczu, co przewiercaPokład granitu, wnika zwolna w sercaPosiew swobody, — i mimo podmuchyZawistnych mocy, zapuszcza już w duchyWiośniane kiełki, na ludu ugorze,Gotując Polsce — przyszłe żniwo Boże!
Już dziś ten kmiotek, którym nakształt frygiKręciły Jura Świętego intrygi,Wo imia miahkich, ili twiordych znaków,Każąc mu stronić od braci Polaków; —Już dziś ten kmiotek — powtarzam — co wczoraZawistnem okiem patrzał w stronę „dwora“,Odwraca ucha od podszeptów zdrady,Co pchnąć go chciała w Żeleźniaka ślady,
Żar nienawiści budząc w nim zawziętyI wstaje jakby z snów ciężkich ocknięty. —Patrz! przetarł oczy, spojrzał w lewo, w prawo,I porównywa to, co spostrzegł, z łzawąPiosnką swych nianiek, — i szukając prawdyWidzi, że fałszem go karmiono zawdy,Że go po stepu wodzono rozłogach,I pragnie stanąć dziś na własnych nogach!I patrzcie, jako mimo zdrady trudu,Pozostał zdrowym instynkt tego ludu,Popatrzył w siebie w głąb własnego sercaI spostrzegł, że tam nie mieszka morderca;Gonta-okrutnik — ryzuń-hajdamaka!Że Lach i Rusin to vira odnaka,Odnaka nużda i jedno wesele,Że obu braci wspólne łączą cele,Że im to samo Boże słonko świeci,Jednako ziemia się ta święta kwieci,Co plon im jeden daje — i mogiły,I że łącznemi im pracować siły!
I spojrzał potem w stronę swych SakalówZkąd go zalatał wstrętny płacz szakalówWrzekomo w jego płakany obronie,I widział jako Moksy PisydonieDo jego krzywdy przykładali dłonie,W przymierzu z Niemcem waląc nań to brzemię,Co pracę jego uciska i ziemię; —
l widział jako jego zastupnykiNiby to w imię „wyższej polityki“Na piersiach jego złą ciężący zmorą;Przeniewierzyli mu się każdą porą,Bając mu duby, wmawiając weń zawiść,Której nie czuje; — szczepiąc weń nienawiść,Której on nie zna. — Więc słysząc tę mowę,Kmieć po zwyczaju poskrobał się w głowę,A widząc jakim torem rzeczy idą,Splunął ze wstrętem i rzekł: Szczezaj bido!I zwrócił oczy łzą zamglone w końcuKu stronie pracy, co kroczyła w słońcu,Cicha i skromna, lecz szczera, miłośna,Nie szukająca wrzawy, nie rozgłośna,Mrówczana, skrzętna, nie szczędząca trudu,A której hasłem jedno: „dobro ludu!“ —I patrz jak pełen ufności, ku stronieTej cichej pracy wyciąga swe dłonie, —Jak jej swe serce miłośnie odmyka,Jak ją za swego obiera sternika,Jak ją zapału pełnem sercem wita,Jako jej składa hołd — Mnohaja lita!
— Mnohaja lita! tobie praco cicha,Którą kieruje nie ambitna pycha,Lecz miłość bratnia, co nie szczędzi trudu!Cześć tobie! kluczem tyś do serca ludu,
I ty jedynie, ty jesteś to ziarno,Którego posiew nie przepadnie marno,Lecz na serc ludu pleniąc się ugorze,Zgotuje Polsce — przyszłe żniwo Boże! —
Comentarios
Cargando comentarios…