Tom I — VI
Tak poetycznie używszy dnia całego, Emil z lekkiem i czystem sumieniem poszedł według zwyczaju do Doliny Szwajcarskiej.Było to dla niego rozkoszne miejsce: miał pełno znajomych, kręcił się około pięknych pań, miał swoje własne sercowe sprawy, a zresztą wyobrażał sobie, że się poświęca dla Januarego.Oktawia siedziała przy jednym z bocznych stolików, w gronie znajomych, jak zawsze strojna, piękna, ożywiona. Emil wkrótce, za pomocą zręcznego manewru, zdobył sobie przy niej miejsce, i korzystając z tego, że muzyka głuszyła rozmowę, rozpoczął ją półgłosem.— Czy nie ma tu pani Halskiej? — zapytał.Pytanie to było więcej poufałe niż zręczne; świadczyło, iż Emil brał tak do serca interesa Januarego, że gotów był dla niego swoje własne poświęcić.Oktawia spojrzała na niego pół seryo, pół szyderczo.— Dlaczego mnie pan o to pytasz?Te słowa przywołały Emila do porządku; zrobił ten nieokreślony ruch ramion i piersi, znamionujący zadowolenie miłości własnej, a wspólny, niestety, zarówno mężczyznom, jak niektórym okazom domowego ptactwa.— Patrząc na panią odparł, — modelujęc– odparł, modelując głos i spojrzenie — nie powinienbym pytać o nikogo...— Czy sądzisz pan przypadkiem, że jestem zazdrosną.— Pani! Byłbym najszczęśliwszy...— Nie jesteś pan bynajmniej najszczęśliwszy.— Więc z kolei pozwól mi pani zapytać: czemu nie raczyłaś mi odpowiedzieć?Oktawia spojrzała na niego poważnie.— Bo ta kobieta obchodzi mnie bardzo.— Strzeż się pani! gotówbym pomyśleć, że lękasz się ją narazić na...— Na złośliwość pańskiego języka!.. to prawda.— Dziękuję pani.— Za co? złośliwość wcale dowcipem nie jest; nie miałam bynajmniej zamiaru powiedzieć panu komplementu.— Wiem, że gdybyś to pani uczyniła, to jedynie przypadkiem.— Nie rachuj pan na podobny przypadek.— Szalony chyba rachuje na szczęście; niezasłużony przecież czasem z niego korzysta.Słowa te wyrzekł tajemniczo z namiętnym odcieniem w głosie, który pokryty został hucznym akordem orkiestry. Przez chwilę nie można było schwytać żadnego dźwięku z ich rozmowy.Gdy znowu ciche piano pozwoliło dosłyszeć zamieniane wyrazy, Oktawia pytała Emila:— Dlaczego pytałeś pan o moją wczorajszą towarzyszkę?— Mógłbym powiedzieć, że wszystko, co obchodzi panią, obchodzi i mnie także. Ale widzę, że się już śmiejesz.Rzeczywiście białe ząbki Oktawii, ukazywały się pomiędzy różowemi wargami.— Więc nacóż to mówić? Bądź pan szczerym, jeśli to być może.— A więc dobrze: przyjaciółka pani dokazała cudu...— Miałeś pan być szczerym.— Jestem nim, przysięgam. Przyjaciółka pani podbiła najdumniejsze serce, jakie uderzało kiedykolwiek.Oktawia śmiać się przestała.— O pani Halskiej — wyrzekła stanowczo — wołałabym nie mówić w ten sposób; nie ma ona nic wspólnego z podbijaniem serc i t. p.— Dlaczego jesteś pani więcej niedowierzającą dla drugich, niżeli...Nie domówił zaczętego zdania, ale łatwo je było doczytać w wesołem, prawie figlarnem spojrzeniu, jakiem obrzucał młodą kobietę.— Tak impertyrtenckie pytanie — wyrzekła — nie zasługuje na odpowiedź; jednakże okażę się wspaniałomyślną.— Jak zawsze — zawołał.I znać było, że miał ochotę złożyć pocałunek na białej ręce, która, uzbrojona wachlarzem, przesuwała się przed nim.— Jak czasem — poprawiła go z uśmiechem. — A więc słuchaj pan. Są kobiety ostrożne i obrachowane, które znają grę życia i nie rzucają w nią lekkomyślnie stawki, większej niż ta, jaką wygrać mogą, słowem: posiadają monetę obiegową, równą tej, jaką mają wszyscy. Są inne, rozrzutne i wspaniałomyślne, co słowom zachowują pierwotne znaczenie. Takie pozostawione powinny być w spokoju. Nie macie ich czem zdobyć, ani opłacić.— Czy jesteś pani tego pewną? — wyrzekł.Stawiał jej zuchwałe pytanie. Nie zastanowiła się nad niem i mówiła dalej:— Szczęściem także, takie są niedostępne pokusom.— W takim razie możesz być pani o nie spokojna; jeżeli są niedostępne pokusom, nie lękają się napaści, nie potrzebują też obrony.— Zresztą — wyrzekła — są kobiety szczęśliwe, których życie zamknąć się może w domowych ścianach, które znajdują przy własnem ognisku wszystko to, czego pragnąć mogą.— Czy to ma znaczyć, że przyjaciółka pani jest szczęśliwą?— Tak... jest szczęśliwą; a gdyby nią nie była nawet, nie rzuciłaby nigdy swego losu na hazardy sercowych zawikłań.— Dodatek nie potrzebny. Czyż pani nie wiesz, iż w dobrej logice jedna przyczyna jest lepszą od dwóch.Nie podniosła tego argumentu, którego widać rozumiała znaczenie.— Zachodzi tylko pytanie — mówił po chwili fejletonista, nie odbierając odpowiedzi — czy można być kiedy tak pewnym szczęścia kobiety, by zaręczyć, że w szczęściu jej nie ma tak maleńkiej szpary, by się nią mógł wślizgnąć wąż kusiciel.Oktawia wzruszyła ramionami.— Kusiciel coś pana bardzo obchodzi. Ostrzegam, że to napróżno.— Gdybym był na jego miejscu, to zaręczenie nie zraziłoby mnie bynajmniej.— Czemu?— Jestem ze szkoły sceptyków; wątpię o wszystkich i o wszystkiem.— Tylko nie o sobie.— Dobre wyobrażenie o sobie jest elementarną zasadą polityki...— Zarozumialców — dorzuciła szybko.— Zgoda na zarozumialców, jeżeli tylko potrafi pani oznaczyć linię graniczną, dzielącą zarozumienie od tej pewności siebie, będącej, jak twierdzą, znamieniem wyższości. Co do mnie, przyznaję z pokorą, nie mogłem odnaleźć jej nigdy.— Jakto? nie wynalazłeś pan jeszcze tak prostej rzeczy? Wiadomo, że linię demarkacyjną, o której pan mówisz, stanowi powodzenie.— Masz pani słuszność — wyrzekł — muszę przyznać, że znasz pani grę życia.Spojrzała mu w oczy. Wzrok jej był poważny, choć usta uśmiechały się, może z nawyknienia, może z innej jakiej przyczyny. Uśmiech ten zdawał się mówić: Czemżebym była, gdybym jej nie znała.Ale nie zformułował się on wyraźniejszem słowem. Oktawia wiedziała, iż milczenie bywa także potęgą i że szalony jedynie pokazuje jawnie grę swoją.I znowu słychać było dźwięki muzyki, głuszące szmery rozmów, wznoszące się zewsząd.— Doprawdy — zaczęła znowu Oktawia — ciekawość mnie bierze, kto jest ten uprzywilejowany?— Więc przyznajesz pani przynajmniej, że jesteś ciekawą.— Naturalnie, do przymiotów przyznaję się zawsze; bo wszakże świat dzisiejszy zdjął z ciekawości wiekową klątwę; nie jest to już ów brzydki szczebel do piekła, ale matka wiedzy, początek mądrości.Patrzała na niego wyzywającemi oczyma, w których migotały iskierki dowcipu, na tle głębszych, nieokreślonych uczuć.— Odmalowałaś mi pani swoją przyjaciółkę; pozwól mi z kolei mówić o moim przyjacielu.— Ależ ja nie broniłam panu tego nigdy; przeciwnie, pański przyjaciel dał niezaprzeczony dowód wykwintnego smaku.— Tego ja przyznać nie mogę — wyrzekł z czułą galanteryą fejletonista.— Mówmy lepiej o pańskim przyjacielu.Emil podniósł w górę brwi, jak to miał zwyczaj czynić, ile razy zabierał się coś osobliwie znaczącego powiedzieć, przesunął ręką po czole, zatopił ją w kędzierzawych włosach, jakby tym ruchem skupiał rozpierzchłe myśli, i po tym teatralnym wstępie, dobrze znanym przez całe literackie kółko, wśród którego żył, wyrzekł, wlepiając oczy w Oktawię.— Ten, o którym mówię, nie jest zwyczajnym człowiekiem: młody jeszcze, zasłużył wiedzą, pracą, talentem na uznanie ogólne; imię jego wszyscy bez wyjątku wymawiają z poszanowaniem; nosi głowę wysoko i ma do tego prawo, a serce jego jest tak dumne, że nigdy nie uderzyło dotąd dla żadnej kobiety.Oczekiwał wrażenia, jakie sądził, iż przemowa jego uczynić powinna. Ale Oktawia nie oceniła jej należycie i pozwoliła sobie zrobić uwagę:— Dumne serca są często zimnemi sercami.— Widzę, że nie znasz pani Januarego.— January! więc to on! — zawołała, uderzona imieniem, którego rozgłos przechodził po za literackie koła.— Tak pani, to on — odparł z należytem namaszczeniem fejletonista.Oktawia namyślała się chwilkę, potem spojrzała na Emila poważnym wzrokiem.— Czy wiesz pan? — wyrzekła — ja sądzę, iż największem nieszczęściem kobiety byłoby spotkać na drodze swojego życia podobną indywidualność i pokochać ją.— Dlaczego? — zawołał Emil gorąco — January jest prawy, szlachetny.— Alboż ja temu przeczę — przerwała, kiwając głową z właściwym sobie przenikliwym uśmiechem. — Tylko cnoty ludzkie, niestety... tylko cnoty ludzkie bywają częstokroć w życiu daleko szkodliwsze od wad. Dla kobiety, któraby miała nieszczęście kochać Januarego, lękałabym się właśnie tych cnót nieszczęsnych.— Prawdziwie oryginalne zdanie — szepnął fejletonista, notując je w myśli. — Ale, przez litość dla mego przyjaciela, wytłumacz je pani.— Czyż pan nie rozumiesz, że prawość przeszkadza pewnym ustępstwom i ugodom pomiędzy sumieniem własnem a sumieniem ogólnem... kiedy te znajdują się w rozdźwięku; że duma broni od popełniania tych codziennych fałszów, tych podłostek powszednich, za pomocą których jedynie utrzymać się można w pewnych nienormalnych położeniach; a wreszcie, że szlachetność jest to najzbytkowniejszy z przymiotów ludzkich i uchodzi tylko tym, co pod każdym względem panują nad światem? Szlachetnym nie może być byle kto, szlachetnym nie można być byle kiedy. Jest to jeden z najniebezpieczniejszych szkopułów życia. I dlatego, gdyby moja przyjaciółka mogła być dostępną pokusie i gdyby pytała mnie o radę, stanęłabym na waszej drodze. Możecie być tego pewni.Powstała, mówiąc to, jak gdyby pilno jej było zamiary w czyn wprowadzić. Orkiestra kończyła właśnie jakiś numer programatu.— O pani! — szepnął fejletonista — czy sama dla siebie byłabyś tak ostrożną?— Powiedziałam panu, co trzymam o przymiotach ludzkich — odparła z uśmiechem — jeśli uważasz pan moje zasady za niezaszczytne dla siebie, to trudno. Zmienić ich nie mogę.— Uważam, że jesteś pani równie złośliwą, jak dowcipną, równie zręczną jak piękną, i że kocham cię do szaleństwa.Te ostatnie słowa rzucił jej w ucho, korzystając z zamieszania, sprawionego pożegnaniem. Oktawia wraz z towarzystwem swojem opuszczała Dolinę.
Comentarios
Cargando comentarios…