Akt piąty
Traducido del inglés por Leon Ulrich
Cymbelin
Postumus. Krwawa bielizno, zachowam cię wiecznie;Moja cię wola tak umalowała.Gdyby mąż każdy moim poszedł śladem,Ach, jakże wielu zabiłoby żony,Lepsze od siebie, za drobne usterki!O, mój Pizanio, nie wszystkie rozkazy
Swojego pana dobry pełni sługa:Powinność każe dobre tylko pełnić.Gdybyś chciał, Boże, błędy moje karać,Do tych poleceń życiaby mi brakło,Czasby pokuty miała Imogena,Mnie, godniejszego pomsty, ciosby dotknął.Ale za małe jednych przekroczeniaZ ziemi zabierasz, na miłości dowód,Aby ich zbawić od nowych przekroczeń;Innym dozwalasz grzech popierać grzechem,A każdy nowy od starszego cięższy,Nowym jest szczeblem ziemskich pomyślności.Do twej zabrałeś chwały Imogenę;Niechaj się twoja święta wola spełni,W cierpliwość tylko uzbrój mnie, o Panie!Z rzymską do brzegów tych przybyłem szlachtą,By walczyć przeciw żony mej królestwu.Dość już, Brytanio, żem panią twą zabił;Pokój ci! Dłoń ta rany ci nie zada.O, racz modlitwy mej wysłuchać, Boże!Wszystkie te włoskie przybory odrzucę,Wdzieję wieśniaka brytańskiego odzież,Przeciw tym walcząc, z którymi przybyłem.Za ciebie umrę, droga Imogeno,Której mi pamięć każdą chwilę życiaW śmierć zmienia gorzką. Ubogi, nieznany,Rzucę się śmiało w odmęt niebezpieczeństw,Bez nienawiści ludzkiej ni miłości.Większą dziś światu odwagę pokażę,Niż biedny kubrak spodziewać się każe.Daj mi, o Boże, siłę Leonatów!Na mód twych hańbę pokażę ci, święcie,Cnót więcej w sercu niż blasku na grzbiecie.
Jachimo. Uczucie winy męstwo mi odbiera.Rzuciłem potwarz na ziemi tej panią,A wiatr wiejący nad jej dzielnicami,Jakby na pomstę, siły me unosi;Inaczej bowiem natury wyrzutek,Wiejski ciemięga, w mem własnem rzemiośleJakby nade mną mógł dziś tryumfować?Rycerski honor w ten broniony sposób,Nie jest honorem ale pośmiewiskiem.Jeśli nad chłopem górą tu panowie,Jak chłop ten górą nad Rzymu panami,Albo się mylę, lub wkrótce świat powie,Że my pół-ludźmi, a wy pół-bogami (wychodzi).
Belaryusz. Stój! stój! korzystne tu jest stanowisko;Wąwóz zajęty; nic nam nie zagraża,Jak nasze własne, nikczemne tchórzostwo.Gwideryusz i Arwiragus. Stój! stój! a bij się!
Lucyusz. Uciekaj, chłopcze, ratuj twoje życie!Od przyjaciela przyjaciel tu ginie,I wszędzie nieład wielki, jakby wojnaZ zawiązanemi biegała oczyma.Jachimo. To sprawa nowo przybyłych posiłków.Lucyusz. Potrzeba nagle dziwny obrót wzięła:Pchnijmy rezerwy, lub musim uciekać.
Pan. Przychodzisz z miejsca, gdzie stawiono opór?Postumus. Tak jest. Ty, widzę, od tych, co pierzchnęli.Pan. Prawda.Postumus. Nie myślę robić ci wyrzutów;Wszystko przepadło, gdy Bóg nas wyzwolił.Król już od swoich odcięty był skrzydeł,Już armii naszej środek przełamanyPoszedł w rozsypkę; wszystko się rzuciłoKu ciasnym w górach wąwozom strwożone,Gdy nieprzyjaciel, w gorącej pogoni,Więcej miał ofiar niż ofiarnych nożow;Łakomy rzezi, jednych trupem walił,Niejeden upadł ledwo szablą tknięty,A wielu sama trwoga powaliła.Wkrótce też przejście było zawalone,Trupami z tyłu zabitych żołnierzy,Lub żywym murem tchórzów ocalonychNa wieczną hańbę.Pan. Gdzie wąwóz ten leży?Postumus. Przy placu boju. Sama już naturaDała mu rowy i przedpiersień z trawy.Zrozumiał wagę tego stanowiskaPodeszły wojak, co niedarmo żywiłPrzez długie lata długą siwą brodę,Gdy taką oddał ojczyźnie usługę.Zajął więc wąwóz; przy nim dwóch wyrostków,Których wiekowi nie miecz zakrwawiony,Aleby raczej przystały palcaty,Z twarzą do maski, bielszą niż oblicza,Które zalotność lub skromność osłania.Tam stał i wołał do uciekających:„Sarny brytańskie, nie męże tak giną!Kto kroku cofnie, niech do piekła idzie!
Stójcie! lub będziem dla was Rzymianami!Gdy jak bydlęta śmierci unikacie,Tu was wykłujem jak w jatkach bydlęta!Stójcie! bo dla was jedynym ratunkiemOdwrócić czoła i z wrogiem się spotkać“.Ci trzej, w uczynku jakby trzy tysiące —Gdzie wszystko pierzcha, tam trzech nieulękłychZa armię stoi — jednem stój! stój! słowemA bardziej męstwa szlachetnym przykładem,Zdolnym na lancę kądziel nawet zmienić,Blade oblicza znów krwią ozłocili,Zbudzili czucie wstydu i honoru.Ci, co stchórzyli tylko za przykładem,(Ten zbrodniarz tylko, co pierwszy tył daje),Spojrzeli znowu na rzymskie zastępy,Jak lew na strzelców pogląda oszczepy.Wróg się też wstrzymał, zaczął ustępować,Pierzchnął nakoniec. Jak kurczę uciekałTam, gdzie przed chwilą sunął się jak orzeł;Zwycięzcy krokiem przemierzone pola,Teraz, spłoszony, mierzył jak niewolnik;Nasi zaś tchórze (jak resztki żywnościW długiej podróży), są naszem zbawieniem;Gdy im zwycięstwa odchylono wrota,Ha, z jakim ogniem puścili się w pogońPo trupach, rannych, po karkach przyjaciół,Jakby niesieni falą niewstrzymaną!Z dziesięciu, których wprzód jeden wróg gonił,Każdy dwudziestu trupem teraz ściele;Ten, co przed chwilą bez oporu ginął,Przebiega teraz pola jak pogromca.Pan. Dziwne przemiany! Starzec, dwoje chłopiąt,I ciasny wąwóz!Postumus. O, tylko się nie dziw!Widzę, że wolisz podziwiać, co słyszysz,Niż rodzić dziwy. Czy masz czasem chętkęO tych wypadkach rymy składać śmieszne?Przyjdę ci w pomoc. Jak ci się te zdają:
„Wąwóz i starzec-dziecko a z nim dwoje dzieci,Zbawili Brytańczyków od rzymskiej zamieci“.Pan. O, nie gniewaj się tylko!Postumus. Minąłbym się z celem,Bo kto zmiata przed wrogiem mym jest przyjacielem;Jeśli się przy nim zwykły obyczaj ostoi,Jak od wroga, ucieknie od przyjaźni mojej.Zrobiłeś, widzę, ze mnie wierszokletę.Pan. Gniewasz się? Bądź zdrów! (wychodzi).Postumus. I znowu ucieka!To pan! o zgrozo! być na placu boju,A pytać drugich, co tam za nowiny!Jakby dziś wielu honor swój oddało,By tylko nędzny kadłub swój ocalić!Niejeden zginął, co w tej myśli pierzchnął,A ja, jak w mojej zaklęty niedoli,Nie mogłem znaleźć śmierci na tem polu,Gdziem słyszał jęki i ciosy jej widział.Czy to nie dziwy, że tak szpetny potwórW słodkich się słowach, miękkich kryje łożach,Lub uczt kielichach; tam sług więcej liczy,Niż między nami, co miecz jego nosimWśród bitw zajadłych? Lecz znajdę go przecie.Walczyłem dotąd w sprawie Brytańczyków,Teraz do rzymskich wracam znowu pułków;Nie myślę walczyć, pozwolę się zabraćPierwszemu, co mnie spotka żołdakowi.Za krwi potoki przez Rzymian wylane,Krwawa być musi Brytańczyków zemsta.Śmierć jedna wszystkie moje skończy męki,A nie dbam z której dosięgnie mnie ręki;Dziś dla mnie życie żadnej nie ma ceny,Chcę je poświęcić dla mej Imogeny!
1 Dowód. Dzięki ci, Boże! Lucyusz jeńcem naszym.Mówią, że starzec i jego synowieByli anieli.2 Dowód. Walczył z nimi czwarty,
W chłopskiej siermiędze.1 Dow. I ja tak słyszałem,Ale nie można żadnego z nich znaleźć. —Stój! Kto ty jesteś?Postumus. Żołnierz jestem rzymski,Któryby głowy nie uchylał teraz,Gdyby odpowiedź w swych znalazł kolegach.2 Dow. Bierzcie go! Noga rzymska się nie wymknie,Aby tam zanieść nowiny, powiedzieć,Jakie tu kruki dziobały ich trupy.Chełpi się z czynów, jakby co dostojne,A więc do króla prowadźcie junaka.
1 Stróż. Z tej tu obory nikt się nie wykradnie.Szczyp teraz trawę, jeśli ją tu znajdziesz,2 Stróż. I jeśli znajdziesz potrzebny apetyt. (Wychodzą Stróże).Postumus. Witaj, więzienie, do wolności drogo!Przenoszę los mój nad los podagryka,Co woli jęczeć wśród wiecznych boleści,Niż z rąk lekarza najlepszego — śmierciPrzyjąć lekarstwo i cierpienia skończyć.Sumienie moje! cięższe nosisz pęta,Niż ręce moje albo moje nogi.Daj mi klucz skruchy, Boże miłosierny,Bym wrota wiecznej wolności otworzył!Czy to wystarczy, że za grzech żałuję?Żal dzieci ziemskich gniew ojców łagodzi;Miłosierniejszy jest ojciec niebieski.Jeżeli muszę skruchy akt odprawić,Gdzież lepsze miejsce jak ciemne więzienie,
Nie przymuszone, ale dobrowolne?Na mej wolności zapłatę, o Boże!Nie żądaj więcej nad to, co posiadam,Boś litościwszy od nikczemnych ludzi,Którzy od swego dłużnika bankrutaBiorą ćwierć, szóstą lub dziesiątą cząstkę,A dają resztę, by się znów odgrzebał.Tego nie żądam: zabierz moje życieZa drogie życie mojej Imogeny;Choć mniej jest warte, zawsze to jest życieTwojej potęgi stemplem naznaczone.Ludzie nie ważą każdego pieniążka,I lżejszy biorą przez stempla szacunek;Przyjm, to co daję, boć twój stempel nosi.Jeśli, o Boże! przyjmiesz ten rachunek,Zabierz me życie i skrusz moje pęta.A teraz z tobą, droga Imogeno,W milczeniu będę prowadził rozmowy (usypia).
Sycyliusz. Przestań, Jowiszu, na ziemskie muchyCiskać pioruny z twej dłoni,Sróż się na Marsa, sróż na Junonę,Co cię zazdrością swą goniI zemsty szuka.Syna, któregom nigdy nie widział,Jakież było przewinienie?Zamknąłem oczy, gdy w łonie matkiCzekał na czasów spełnienie.Wszak jesteś ojcem sierót, o panie!Jak ojciec mojej sieroty,Tarczą od niego twoją winieneśOdpierać trosk ziemskich groty.Matka. Ani Lucyna w pomoc mi przyszła,I w ciężkiej skonałam męce;Syn mój z mojego wydarty łona
W swych wrogów płacząc wpadł ręce,Godny litości.Sycyliusz. Łaską natury wyrósł młodzieniecSwoich godny antenatów,I świat mu przyznał, że nieodrodnymBył dziedzicem Leonatów.1 Brat. A gdy nakoniec dojrzał na męża,Jak jest ta ziemia szeroka,Nikt się z nim drugi równać nie ważyłI nikt Imogeny okaNie ściągnął, sądzić zdolnej najlepiej,Gdzie była godność wysoka.Matka. Czemu ułudnym zwiedziony ślubemBył z grodu przodków wyparty,Dzisiaj się tułać musi po świecieOkrutnie z objęć wydartySwej Imogeny?Sycyliusz. Czemuś pozwolił, aby się spotkałZ Jachimem, Italii gadem,Który mu duszę zatruł szlachetnąNiesłusznej zazdrości jadom,I cnotę zdrady zrobiłeś łupem,Bolesnym światu przykładem?2 Brat. Dlatego z cichych wstaliśmy grobówRodzice i ja z mym bratem,My, cośmy legli w obronie krajuNieprzyjacielskim bułatem,By wierność naszą dla TenancyuszaKrwią naszą stwierdzić przed światem.1 Brat. Tak wiernie służył CymbelinowiPostumus we krwi i pocie;Czemuś odroczył, o! królu bogów,Zapłatę należną cnocie,Pozwolił, aby wzór cnót rycerskichCierpiał w wygnania sromocie?Sycyliusz. Otwórz z kryształu okna i spojrzyj,Przestań potężną prawicąNa ród szlachetny, na ród rycerski
Miotać gromów błyskawicą!Matka. Przestań na biedne, niewinne dziecięSpoglądać gniewną źrenicą!Sycyliusz. Z marmurowego wyjrzyj pałacu,Ulżyj, lub w ciężkiej potrzebiePrzed jasny synod bogów OlimpuZaniesiem skargę na ciebie!2 Brat. Ulżyj, lub pójdziem sprawiedliwościW innem domagać się niebie!
Jowisz. Milczcie, nikczemne duchy ziemskie, co zuchwalePrzeciw bogu piorunów miotać skargi śmiecie,Bogu, co na Olimpie w swej potęgi chwaleBłyskawicą i grzmotem strach sieje po świecie!Wróćcie na Elizejskie pola, biedne cienie,Na łąki wiecznych kwiatów okryte dywanem,Bo nie waszą jest troską ludzi przeznaczenie:Ich smutków i radości Jowisz tylko panem.Wybranych tylko moich ciężar trosków gniecie,Bo tem słodszy spoczynek, im cięższa jest praca.Dłoń moja z morza cierpień wasze wyrwie dziecię;Koniec prób się przybliża i szczęście już wraca.Pod gwiazdą moją syn wasz światło ujrzał słońca,I żonę w mej świątyni moją pojął sprawą;Imogena go czeka u prób jego końca,Łzy będą tylko nowych rozkoszy zaprawą.Teraz na piersiach jego połóżcie tę kartę,Wyrok jego przeznaczeń stoi tam wyryty;A skończcie wasze krzyki, bo skargi uparteWywołać mogą płomień gniewu mego skryty.Orle mój, wracaj teraz na Olimpu szczyty!
Sycyliusz. Wśród grzmotów zstąpił, a oddech niebieskiZapach siarczany na około rozlał,I orzeł zleciał, jakby chciał nas deptać.Kiedy powracał do nieba, zostawiłWoń rozkoszniejszą od pól Elizejskich;
Orzeł swe pióra nieśmiertelne muskał,I dziób swój ostrzył, jak jego zwyczajem,Kiedy swojego boga widzi radość.Wszyscy. Dzięki, Jowiszu!Sycyliusz. Bramy marmuroweJuż się zamknęły i bóg już powróciłPod dach swojego domu promienisty.Idźmy szczęśliwi! Idźmy, a bez zwłokiWielkie Jowisza spełnijmy wyroki! (Duchy znikają).Postumus (budząc się). Śnie, byłeś dziadkiem; spłodziłeś mi ojca,Stworzyłeś matkę, dałeś mi dwóch braci!Ale ach! wszystko w jednej znikło chwili!Umarli szybko, jak się urodzili!A jam się zbudził. O, biedni nędzarze,Co rachujecie na potężnych łaskę,Która snem tylko, jak moje marzenie!Lecz nie, niejeden o szczęściu nie marzy,Ani wart szczęścia, a los mu je darzy,Jak mnie dziś zdarzył ten sen złoty, długi,Przez miłosierdzie, nie dla mej zasługi.Jakież to wróżki loch ten nawiedzają?Książka? Jak piękna! o, bodaj nie była,Zwyczajem świata, piękniejsza z okładki,Niż z swojej treści! Różna od dworaków,Bodaj obietnic swoich nie zawiodła!
Jeszcze marzenia, lub niby wyrazy,Które szalony bez myśli powtarza.Z dwóch rzeczy jedna: lub tu myśli niema,Lub rozum ludzki myśli tej nie zgadnie.Do mego życia książka ta podobna,Więc ją zatrzymam choćby przez sympatyę.
Cymbelin. Zrządzeniem bogów tronu mego zbawcy,Stańcie przy boku moim. Ja boleję,Że niema śladu biednego żołnierza,Który tak dzielnie z wrogiem naszym walczył,
Złote kirysy łachmanami wstydził,Tarcze wyprzedzał piersiami nagiemi!Kto mi go znajdzie, ten szczęśliwy będzie,Jeżeli może szczęśliwym go zrobićKrólewska łaska.Belaryusz. Nigdy nie widziałemTyle dzielności w tak biednem stworzeniu,Rycerskich czynów w tym, który z pozoruŻebraka tylko zdał się zapowiadać.Cymbelin. Ni wieści o nim?Pizanio. Darmo go szukanoMiędzy trupami, między żyjącymi:Przepadł bez śladu.Cymbelin. Z wielkim moim żalemJestem dziedzicem należnej mu płacy;Więc ją do waszej dodam; wy jesteścieRamieniem, sercem i mózgiem Brytanii,Która, wyznaję, wam swe życie winna.Czas teraz spytać, skąd tu przybywacie.Belaryusz. Jesteśmy szlachtą w Kambryi urodzoną;Chełpić się z czego więcej zabraniająPrawda i honor; mogę tylko dodać,Żeśmy uczciwi.Cymbelin. Ugnijcie kolana;Na mych rycerzy pasowani wstańcie.Towarzyszami mianuję was mymi,Dodam zaszczyty zasług waszych godne.
Twarze ich, sprawy zwiastują mi ważne.Czemu nasz tryumf z tym witacie smutkiem?Twarz ta Rzymianom dziś tylko przystoi.Korneliusz. Witam cię, królu! Szczęście twe zatrujeMoja wiadomość: królowa umarła.Cymbelin. Komuż wiadomość taka mniej przystoiNiż lekarzowi? A jednak wiem dobrze,Lekarstwo może życie nam przedłużyć,Lecz śmierć, na końcu, weźmie i lekarza.Jakże skończyła?
Korneliusz. Jak żyła — w szaleństwie.Okrutną była dla świata za życia,W śmierci dla siebie była okrutniejszą.To, co wyznała, gdy każesz, powtórzę,A jej niewiasty, jeśli się omylę,Mój błąd naprawią, bo ze łzami w oczachByły przytomne w chwili jej konania.Cymbelin. Opowiedz wszystko.Korneliusz. Naprzód nam wyznała,Że nie kochała nigdy twej osoby,Lecz twoją wielkość; poślubiła godność,Twej królewskości była tylko żoną,Ale się twoją brzydziła osobą.Cymbelin. Ona jedynie wiedzieć o tem mogła.Gdyby przy śmierci tego nie wyznała,Ustom jej własnym wiarybym odmówił.Prowadź rzecz dalej.Korneliusz. Że córka twa, królu,Którą się zdała tak gorąco kochać,W oczach jej była zjadliwym niedźwiadkiem,Żeby jej życie, gdyby uienie ucieczka,Sama zadaną wydarła trucizną.Cymbelin. Czart niezgłębiony! Kto zgadnie kobietę?Czy na tem koniec?Korneliusz. Są rzeczy straszniejsze.Miała dla ciebie śmiertelną truciznę,Co się twem życiem zwolna miała karmić,Żyłkę po żyłce w ciele twem zabijać;Myślą jej było, w tej powolnej śmierci,Czuwaniem, płaczem i pocałunkamiWszystkie potęgi twojej podbić duszy,Uwikłanego w tę matnię nakłonić,Żebyś jej syna za następcę uznał.A kiedy dziwne zniknięcie KlotenaPokrzyżowało wszystkie jej zamiary,Rozpacz bezwstydną duszę jej posiadła:Na przekor niebu i na przekor ludziom,Wyznała wszystko, żałowała tylko,
Że swoich knowań nie mogła dokonać,I w bezpokutnej skonała rozpaczy.Cymbelin. I wy to wszystko słyszałyście także?1 Pani. Wszystko, mój królu.Cymbelin. To nie ócz mych wina,Bo była piękną; ani wina uszu,Które słuchały pochlebstw jej fałszywych;Ni serca, które pozorom wierzyło:Byłoby raczej grzechem jej nie ufać.Lecz, córko moja, ty możesz powiedzieć,Że to szaleństwem z mojej było strony,Które ty swojem stwierdziłaś cierpieniem.Zlituj się, Boże, i napraw me błędy!
Nie po daninę przychodzisz, Kajuszu;Brytańska szabla zdarła traktat stary,Chociaż niejednej kosztem dzielnej duszy.Poległych dzieci, by ojców ukoić,Żądają śmierci wszystkich rzymskich jeńców;Do ich życzenia przychylam się także.Więc się gotujcie na śmierć.Lucyusz. Pomyśl, królu,Jak losy wojny zmienne są na ziemi:Zwycięstwo dał wam szczęśliwy przypadek.Gdyby usiadło na naszych sztandarach,Ze krwią ostygłą po ogniach potrzebyJeńcomby naszym miecz zemsty nie groził.Ale jeżeli bogów taka wola,Jeśli śmierć naszym musi być okupem,Niech i tak będzie: jesteśmy gotowi,Rzymianie, umrzeć śmiercią Rzymian godną,Bo Cezar żyje i resztę obmyśli.Oto jest wszystko, co się do mnie ściąga.Teraz o jedną tylko proszę łaskę:Ten paź mój młody w Brytanii się rodził,Daruj mu życie, przyjm za niego okup.Nigdy pan nie miał wierniejszego sługi.
Wierny i tkliwy jak mamka dla dziecka;Niech swą zasługą me poprze błagania:Pokornej prośby nie odrzucaj, królu.Nigdy nikogo z twoich nie pokrzywdził,Chociaż był wiernym sługą Rzymianina.Ocal go, królu, a krwi mojej nie szczędź.Cymbelin. Twojego pazia widziałem już kiedyś;Nie są mi obce twarzy jego rysy.Chłopcze, spojrzeniem kupiłeś me względy.Jesteś już moim. Sam nie wiem dlaczegoMówię: żyj, chłopcze, a za twoje życie,Nie dziękuj panu twojemu; żyj, chłopcze,Proś Cymbelina, o jaką chcesz łaskę,Byle mnie godną, korzystną dla ciebie,Wszystko otrzymasz, choćbyś nawet prosiłO życie jeńca najszlachetniejszego.Imogena. Pokorne dzięki składam ci, o panie.Lucyusz. Nie żądam, abyś prosił o me życie,Choć wiem, że będziesz prosił dobry paziu.Imogena. Nie, nie, niestety! Są ważniejsze sprawy.Spostrzegam przedmiot jak śmierć dla mnie gorzki:Twe życie niech się, jak może, wywikła.Lucyusz. On ze mnie szydzi, z wzgardą mnie opuszczaKrótkie ten liczy radości godziny,Co wierzy słowu chłopca lub dziewczyny.Ale dlaczego stoi tak zmieszany?Cymbelin. O co chcesz prosić? Kocham cię serdecznie;Namyśl się dobrze, nim żądanie powiesz.Czy znasz człowieka, na którego patrzysz?Chcesz go ocalić? Czy to jest twój krewny,Czy twój przyjaciel?Imogena. To jest rzymski jeniec,Nie bliższy dla mnie krewny, niż ja, królu,Dla ciebie jestem, chociaż, jak twój wasal,Powinowactwa twego jestem bliższy.Cymbelin. Czemu na niego patrzysz tak upornie?Imogena. Racz mi dać, królu, chwilę posłuchania,Wszystko ci powiem.
Cymbelin. O, z całego serca,Będę uważny. Powiedz mi twe imię.Imogena. Fidele, panie.Cymbelin. Jesteś moim paziem,A ja dla ciebie dobrym będę panem.Idźmy na stronę; mów ze mną otwarcie.
Belaryusz. Czyliż to chłopię z martwych nie powstało?Arwirag. Jak ziarnko piasku do ziarnka podobne,Tak on do chłopca o różanych licach,Co u nas umarł, a zwał się Fidele.Co myślisz?Gwider. Tak jest, nasz umarły ożył.Belaryusz. Czekajmy końca. Ani spojrzał na nas.Dziwne są czasem stworzeń podobieństwa.Gdyby to on był, przemówiłby do nas.Gwider. My go jednakże umarłym widzieli.Belaryusz. Cicho, czekajmy.Pizanio (na stronie). To jest moja pani;Gdy ona żyje, mniejsza o świat cały.
Cymbelin. Stań przy mym boku i głośno go pytaj.(Do Jachima). Zbliż się, odpowiedz na pytania chłopca;Bądź tylko szczery, lub, na moje berłoI na mój honor królewski przysięgam,Tortury prawdę od kłamstw twych odwieją.Mów!Imogena. Niech mi szlachcic ten powiedzieć raczy,Skąd ma ten pierścień?Postumus (na stronie). Co jemu do tego?Cymbelin. Odpowiedz, jaką otrzymałeś drogąTen pierścień, który błyszczy na twym palcu?Jachimo. Jeśli nie powiem, męczarnią mi grozisz;Gdy powiem, twoją będzie to męczarnią.Cymbelin. Moją?Jachimo. Rad jestem, że mnie przymusiłeśDo wyznań, które w mych piersiach tajone,Nieustającą były mnie torturą.
Pierścień ten podłą otrzymałem zdradą;Do Leonata niegdyś on należał,Któregoś wygnał, a choć moje słowa,Ciebie, o królu, głębiej niż mnie dotkną,Powiem, że nigdy szlachetniejsze serceNie biło w piersiach pod nieba sklepieniem.Mam mówić dalej?Cymbelin. Całą wyznaj prawdę.Jachimo. Nieporównana córka twoja, panie,(Myśl sama o niej serce mi zakrwawia,Rozdziera duszę), przebacz, królu — mdleję.Cymbelin. Ma córka? Gdzie jest? O, zbierz wszystkie siły;Żyj raczej, póki natura pozwoli,Nimbyś miał umrzeć przed powieści końcem.Zbierz siły, przemów!Jachimo. Niedawnymi czasy,(Przeklęty zegar, co bił tę godzinę!)W Rzymie (niech ziemia pałac ten pochłonie!)Wśród uczty (czemu trucizną nie byłyPotrawy, które do ust moich niosłem!)Dobry Postumus (jak powiem? zbyt dobry,By się w złych ludzi towarzystwo mieszać,A i w najlepszych zebraniu najlepszy),Siedział posępny i słuchał w milczeniuUwielbień włoskim sypanych kochankom;Ich wdziękom, które największego mówcySzczytną wymowę robiły jałową;Kształtom, przy których koślawieć się zdałySmukłe Wenery, Pallady posągi,Choć niedościgłe natury utworom;Postaciom, w których wszystko jest zebrane,Co mąż w kobiecie uwielbia i kocha;Urokom, które jak potężny haczyk,Przez oczy dusze patrzących chwytają —Cymbelin. Stoję na węglach. Do rzeczy, do rzeczy!Jachimo. Zbyt tylko prędko do rzeczy przystąpię,Chyba, że pragniesz co najprędzej cierpieć.Leonat, godny kochanki kochanek,
Przyjął wyzwanie, a nie poniżającTych, które nasze wynosiły słowa,Z całą względnością pewnej siebie cnotySwej nam kochanki odmalował obraz,A gdy słowami w ten obraz wlał duszę,Przechwałki nasze tylko się zdawałyNaszych kucharek śmiesznem uwielbieniem.Jak ogłupieli staliśmy i niemi.Cymbelin. Tylko do rzeczy!Jachimo. Córki twojej czystość,Mówił nam, była tak niepokalana,Że przy niej nawet Dyany marzeniaByły gorące, a ja, nieszczęśliwy,Zacząłem wątpić o jego pochwałach;Poszedłem w zakład (stos złota z mej strony,A z jego strony ten kosztowny kamień,Który na palcu swym nosił dostojnym),Że w jej komnacie miejsce jego zajmęI pierścień wygram honoru jej kosztem.On, godny rycerz, a cnoty jej pewny,Którą sprawdziłem, chętnie przyjął zakład,Jakby go przyjął, choćby w swym pierścieniuNosił karbunkuł z koła Apollina,Bo mógłby nawet przyjąć bez obawy,Gdyby i wozu całego miał wartość.Więc do Brytanii ruszyłem co prędzej;Na dworze twoim widziałeś mnie, królu,Tam mnie twa czysta nauczyła córka,Jak nieskończona istnieje różnicaMiędzy miłością a między rozpustą.Ale gdym stracił nadzieję, nie żądzę,Włoski mój dowcip w waszej tępszej ziemiWynalazł środki podłe lecz skuteczne.Dzięki tym środkom, do Włoch powróciłemZ takim zasobem pozornych dowodów,Że rozum stracił szlachetny Leonat.Wiarę w jej cnotę potrafiłem zabić.Gdym mu opisał obicie komnaty,
Gdy bransoletkę mu tę pokazałem,(Przez jaki fortel z jej ściągniętą ręki!)Gdym znaki ciała tajemne opisał,Musiał uwierzyć, że węzeł czystościPod mojej ręki zerwał się dotknięciem.Potem — dziś nawet zda się, że go widzę —Postumus (występując na przód sceny).Ha, tak jest, widzisz, ty włoski szatanie!O, ja szalony, łatwowierny głupiec,Morderca, złodziej! Niechaj spadną na mnieWszystkie męczarnie w piekle czekająceNa zbrodnie przeszłe, obecne i przyszłe!Dajcie mi stryczek, nóż albo truciznę!Gdzie sprawiedliwy sędzia i trybunał!Najwymyślniejsze każ przynieść tortury,Bo mój uczynek uszlachetnia terazWszystko, czem dotąd brzydzili się ludzie.Jestem Leonat, córki twej zabójca!Nie, podle kłamię, tylko ją kazałemŚwiętokradzkiemu zabić złodziejowi,Nikczemnikowi mniejszemu od siebie.A ona była cnót wszystkich świątynią,Ba! cnotą samą. Plujcie teraz na mnieI kamieniami, błotem mnie obrzućcie,Szczujcie mnie psami; każdy odtąd zbrodniarzNiech się nazywa Postumus Leonat,Bo wszystka zbrodnia lżejsza jest od mojej!O, Imogeno! ty moja królowo!Ty żono moja i życie ty moje!O, Imogeno!Imogena. Uspokój się, panie,Słuchaj mnie —Postumus. Jakto? czy szydzić chcesz ze mnie?Zuchwały paziu, oto płaca twoja!
Pizanio. Przebóg, ratujcie mą i waszą panią!O, Leonacie, nie wprzódy lecz terazWłasną zabiłeś ręką Imogenę.
O pani moja!Cymbelin. Czy świat się przewraca?Postumus. Skąd mi ten zawrót?Pizanio. Zbudź się, pani moja!Cymbelin. Jeśli to ona, to widzę, radościąBóg mnie chce zabić.Pizanio. Budzi się. O, pani!Imogena. Precz z moich oczu, niebezpieczny sługo!Ty mi zadałeś truciznę, oddechemTwym nie zatruwaj książąt obecności.Cymbelin. Głos Imogeny!Pizanio. Niechaj, pani moja,Siarczany ogień z nieba na mnie spadnie,Jeślim nie myślał, dając ci pudełko,Że ci kosztowne wręczyłem lekarstwo,Którem otrzymał z własnych rąk królowej.Cymbelin. Czy nowa zbrodnia?Imogena. To była trucizna.Korneliusz. Ha, zapomniałem, królu, ci powtórzyćJednego jeszcze zeznania królowej,Które niewinność człeka tego stwierdzi.„Jeśli Pizanio, rzekła, da swej pani,Co z mej wziął ręki jak kosztowny kordyał,Tem ją otruje, czem szczura struć można“.Cymbelin. Co się to znaczy?Korneliusz. Często mnie królowaNagliła, bym jej zaprawiał trucizny,Dając za powód, że się chce nauczyć,Jakie ich skutki, na podłych stworzeniach,Na psach lub kotach. Lecz ja, niespokojny,Z obawy jakich myśli niebezpiecznych,Dałem jej proszek, który po zażyciuSiły żywotne zawieszał na chwilę;Lecz odrętwiała natura niebawemDo swej właściwej powracała siły.Czy wzięłaś proszki?Imogena. Tak myślę, przez chwilęByłam umarła.
Belaryusz. Teraz, moje chłopcy,Wszystko jest jasne.Gwider. To nasz jest Fidele!Imogena. Czemu twą ślubną odepchnąłeś żonę?Pomyśl, że stoisz na urwisku skały,I pchnij mnie w przepaść (ściska go).Postumus. Wiś tak, duszo moja,Jak owoc, póki drzewo to nie umrze.Cymbelin. Dziecię, krwi moja, jakto, czy tej scenyJa niemym tylko świadkiem mam pozostać?O, przemów do mnie!Imogena (klęka). Błogosław mi, ojcze!Belaryusz (do Gwid. i Arw.). Nie ganię, żeście kochali to chłopię —Były powody.Cymbelin. Łzy z mych ócz ciekąceNiechaj dla ciebie świętą będą wodą! —Umarła matka twoja, Imogeno.Imogena. Boleję nad tem.Cymbelin. Występna niewiasta!Jej to jest dziełem, że się tutaj, córko,W tak dziwny sposób spotykamy z sobą.Jej syn, nie wiemy, jak i gdzie się podział?Pizanio. Minęła trwoga, powiem teraz prawdę:Gdy pani moja dwór twój opuściła,Kloten z dobytą wleciał do mnie szablą,Śmiercią mi straszną groził zapieniony,Jeśli nie powiem, jaką poszła drogą.Miałem przypadkiem list pana w kieszeni,Ten list go pognał w góry blizko Milford,By jej tam szukać, w pana mego sukniach,Które mu wydać byłem przymuszony.Klął się, że honor pani mojej wydrze.Co potem zaszło, nie umiem powiedzieć.Gwider. Ja skończę powieść: ja go tam zabiłem.Cymbelin. Uchowaj Boże! Nie chciałbym, młodzieńcze,Aby w nagrodę twojej waleczności,Z ust mych surowy wypaść musiał wyrok.Dzielny młodzieńcze, słowa twe odwołaj.
Gwider. Co powiedziałem, królu, to zrobiłem.Cymbelin. To był królewicz.Gwider. Lecz bardzo niedworny,Nic królewskiego w swoich nie miał ustach.Wyzwanie jego w takich było słowach,Że gdyby tak mi morze zaryczało,Morzebym chłostał. Uciąłem mu głowę:Dziękuję Bogu, że tutaj go niema,Aby podobną powieść o mnie prawić.Cymbelin. Żal mi; twój własny potępił cię język.Co prawo każe, wypełnić się musi:Śmierć twoją karą.Imogena. Kadłub ten bez głowy,Za mego męża wzięłam resztki.Cymbelin. Straże,Wiedźcie do turmy związanego więźnia.Belaryusz. Wstrzymaj się, królu! mąż ten wart jest więcejNiż człowiek, który z ręki jego zginął.On swoim rodem jest ci równy, królu,Sam jeden więcej niż Klotenów pułkiUsług ci oddał. (Do Straży) Zostawcie go wolno:Nie do łańcuchów zrodzone te ręce.Cymbelin. Stary żołnierzu, czy chcesz twe zasługiJeszcze należnej pozbawić nagrody,Wściekłość mą budząc? Co! Równy mi rodem?Arwirag. Mówiąc to, zbyt się posunął daleko.Cymbelin. Ty umrzesz za to!Belaryusz. Wszyscy trzej umrzemy,Lecz wprzód dowiodę, że dwóch między namiSą, czem ich moje ogłasza zeznanie.Zmuszony jestem, dzieci, z mojej stronyWyjawić prawdę niebezpieczną dla mnie,Ale, być może, dla was upragnioną.Arwirag. Niebezpieczeństwo twoje jest i naszem.Gwider. Jak dobro nasze, jego także dobrem.Belaryusz. Dobrze więc! Królu, miałeś poddanegoNa twoim dworze, nazwiskiem Belaryusz.Cymbelin. Wiem, był to zdrajca z moich ziem wygnany.
Belaryusz. On się doczekał siwizny tej, królu:Wygnany, prawda; lecz dlaczego zdrajca,Nie wiem.Cymbelin. Hej, straże, precz z nim do więzienia!Od śmierci cały świat cię nie uchowa.Belaryusz. Miarkuj się, królu. Wprzód musisz mi spłacićWszystkie twych synów koszta wychowania,A gdy odbiorę należną mi sumę,Możesz ją potem, królu, skonfiskować.Cymbelin. Za wychowanie synów mych?Belaryusz. Uklękam,Bom za daleko mą posunął śmiałość;Nie wstanę, póki nie wzniosę mych synów;Potem starego ojca nie oszczędzaj.Dwaj ci młodzianie, choć mnie ojcem zowią,Potężny królu, memi dziećmi nie są:To krew jest twoja, z lędźwi twoich wyszli.Cymbelin. Co? Dzieci moje?Belaryusz. Tak jest, dzieci twoje,Tak pewno, jak ty ojca twego synem.Ja, stary Morgan, jestem ten Belaryusz,Którego niegdyś zrobiłeś banitą;Twa samowola była moją zbrodnią,Moją jedyną zdradą, karą moją;Moim występkiem były moje krzywdy.Dwóch królewiczów, bo to dzieci twoje,Przez lat ostatnich dwadzieścia chowałem,Co sam umiałem, tegom ich nauczył,A sam widziałeś, królu, co umieją.Po mem wygnaniu, przez moje namowyWykradła dzieci mamka Eryfila,Którą w zapłatę pojąłem za żonę.Kara przed zdradą, zdradę podszepnęła.Im ci dotkliwszą strata dzieci była,Tem lepiej celu kradzieży dosiągłem.Ale ci teraz wracam twoich synów,A sam dwóch słodkich tracę towarzyszy.Błogosławieństwo z wysokiego nieba
Niechaj na głowy ich spadnie jak rosa!Godni są bowiem cnoty swojej blaskiemNa firmamencie jak dwie błyszczeć gwiazdy.Cymbelin. Płaczesz i mówisz. Przez was trzech oddaneOd słów są twoich dziwniejsze usługi.Straciłem dzieci; gdy je w nich znajduję,Jakżebym synów godniejszych miał żądać?Belaryusz. Lecz słowo jeszcze: to jest twój Gwideryusz,Którego dotąd zwałem Polidorem,A ten mój Kadwal twym jest Arwiragiem.Młodszy, w kosztowny płaszcz był owinięty,Własną królowej haftowany ręką;Płaszcz ten na dowód mogę ci pokazać.Cymbelin. Gwideryusz dziwny nosił znak na szyi,Czerwoną gwiazdkę.Belaryusz. Zobaczysz ten stempelMądrej natury wyciśnięty ręką,Aby o jego świadczyć tożsamości.Cymbelin. Więc mi się troje bliźniąt urodziło?Nie, nigdy matka nie była szczęśliwsząPrzy rozwiązaniu. Błogosław wam, Boże,Gdy z orbit waszych tak dawno wyrwani,Wracacie znowu, aby w nich panować!Lecz ty królestwo tracisz, Imogeno.Imogena. Nie, powiedz raczej: wygrywam dwa światy.O, drodzy bracia, znalazłam was przecie!Wyznajcie tylko, żem prawdomowniejsza:Gdym siostrą była, zwaliście mnie bratem,A ja was braćmi, boście braćmi byli.Cymbelin. Czyście już kiedy spotkali się razem?Arwirag. Tak jest.Gwider. A miłość rosła między nami,Póki się martwym nie zdała nam trupem.Korneliusz. Przez kordyał ręką królowej zaprawny.Cymbelin. Cudowny instynkt! Kiedyż całą powieśćUsłyszę od was? To groźne skrócenie,Zda mi się w dziwne bogate gałęzie,A każdej chciałbym dokładnie się przyjrzeć.
Jak i gdzie żyłaś? Przez jakie wypadkiRzymskiemu służyć przyszło ci jeńcowi?Jak po spotkaniu z braćmi się rozstałaś?Czemu tajemnie dwór mój opuściłaś?I was chcę znowu pytać, jaki powódW zamęt potyczki nagle was wprowadził?I tysiąc innych tłómaczeń wymagaćO waszych losach, o waszych przygodach.Lecz nie po temu ni czas, ani miejsce.Patrzcie, jak Postum zapuścił kotwiceW swą Imogenę; patrzcie, jak z jej źrenicLecą niewinne spojrzeń błyskawice,Na niego, na mnie, braci, na jej pana,Wszystkich radości oblewają falą;We wszystkich widać radości tej odblask.Czas dymem ofiar napełnić świątynie. (Bo Belaryusza).Tyś mi jest bratem i zawsze nim będziesz.Imogena. A moim ojcem. Dzięki twej pomocyMogłam tej szczęsnej doczekać się chwili.Cymbelin. Radością wszystkich serca przepełnionePrócz naszych jeńców; ale szczęście naszeI jeńcy nasi niechaj z nami dzielą.Imogena (do Lucyusza). Jeszcze ci służyć będę, dobry panie.Lucyusz. Bóg ci błogosław!Cymbelin. Zgubiony ten żołnierz,Co tak odważnie walczył z wami razem,Jakąby tego miejsca był ozdobą,Jakiem królewskiej świadectwem wdzięczności!Postumus. Ja tym żołnierzem, jam w chłopskiej siermiędzeWalczył przy boku trzech tych bohaterów.Ubiór zamiarom moim odpowiadał.Że to ja byłem, przyświadcz mi, Jachimo,Jam cię powalił, a mogłem cię zabić.Jachimo (klęka). I znów upadam, a teraz sumienie,Jak wprzód twa siła, zgina mi kolana.O, weź to życie, stokroć ci należne!Lecz weź wprzód pierścień, weź wprzód bransoletkę,Własność księżniczki z wszystkich najwierniejszej.
Postumus. Nie klęcz przede mną, mej nad tobą władzyNa to używam, aby cię ocalić,A mojej zemsty, aby ci przebaczyć.Żyj, a z innymi postępuj uczciwiej!Cymbelin. Szlachetny wyrok: zięć przykład mi daje;Dziś hasłem naszem będzie przebaczenie.Arwirag. Dałeś nam pomoc, jakgdybyś już wiedział,Żeś bratem naszym. Jaka dla mnie radość,Że jesteś bratem!Postumus. Sługą waszym jestem. —Rzymski mój panie, przywołaj wróżbiarza.Widziałem we śnie, jak na swoim orleJowisz rodziny mej otoczon kołemZstąpił widomie do mego więzienia;Gdym się obudził, znalazłem tę kartęNa piersiach moich; lecz treść jej tak ciemna,Że myśli żadnej znaleźć w niej nie mogę.Niech nam swej sztuki twój wróżbiarz da dowód,Wyłoży kartę.Lucyusz. Hola! Filarmonus!Wróżb. Jestem, mój panie.Lucyusz. Czytaj i wytłómacz.
Ty, Leonacie, lwa jesteś szczenięciem,Twego nazwiska wierne tłómaczenie,Bo Leo-natus lwa szczenię się znaczy. (Do Cymbelina).Łagodnem tchnieniem córka twa cnotliwa;W naszym języku jest to mollis aër,A z mollis aër urósł wyraz mulier,Mulier, kobieta (do Postuma), twoja wierna żona,Która, w tej chwili, sprawdzając wyrocznie,Nieznana, ani szukana przez ciebie,
Łagodnem tchnieniem ścisnęła cię, panie.Cymbelin. Jest w tem coś sensu.Wróżb. Ten cedr niebotyczny,To twa królewska postać, Cymbelinie;Twoi synowie, odcięte gałęzie,Przez długie lata dla ciebie umarli,Odżyli teraz i z sędziwym cedremŁączą się znowu; nowe latorośleWróżą Brytanii pokój i obfitość.Cymbelin. Dobrze! Zacznijmy teraz od pokoju.Chociaż zwycięzcy, Kajuszu Lucyuszu,Przyjmujem zwierzchność rzymskiego Cezara,I przyrzekamy zwykły płacić haracz.Jeśli go wprzódy nie chciałem uiścić,Była to rada występnej królowej,Którą, wraz z synem, niebo sprawiedliweSrogo za grzeszną ukarało radę.Wróżb. Niebieskich potęg harmonijne lutnieJuż do naszego stroją się pokoju. (Do Lucyusza).Widzenie moje, którem ci opisałPrzed ciosem bitwy tej ledwo ostygłej,Słowo do słowa sprawdziło się teraz.Bo orzeł rzymski z południa na zachódLeciał i w słońca utonął promieniach,Co nam wróżyło, że orzeł nasz, Cezar,Znów z Cymbelinem zgodzi się promiennym,Który, jak słońce, świeci na zachodzie.Cymbelin. Cześć bogom! Niechaj kłębiące się dymyZ świętych ołtarzy do nozdrza ich lecą!Poddanym naszym pokój ten ogłośmy.Idźmy! Dwóch armii przyjazne chorągwieNiech szumią razem po ludu ulicach.Potem, w świątyni wielkiego JowiszaZawarty pokój stwierdzim uroczyście.Podobny pokój nigdy stron nie zgodził,Nim dłoń z krwi obmył żołnierz, co w krwi brodził.
Comentarios
Cargando comentarios…