Akt V

Traducido del inglés por Ignacy Hołowiński

Hamlet

W młodym wieku gdy kochałem,Miłość słodki raj się zdał,Ze zwyczaju czas skracałem,Ach to sobiem za nic miał.

Cezar po śmierci będąc garstką gliny,Może od wiatru klei gdzie szczeliny:Proch ten, przed którym pełzał świat poddany,Dziś od zimowych burz olepia ściany.

Dwór i królowa: kogoż prowadzą?Obrzęd niepełny? pewnie to znaczy,Że samobójczą ręką w rozpaczyŻycia się pozbył. Cóś to wielkiego;Tu się przyczajmy chwilę i patrzmy.

Inneż obrzęda?

Patrz, to LaertesZacny młodzieniec.

Inneż obrzęda?

Wszystko, co było można, zdziałano:Śmierć jéj wątpliwa; gdyby porządkuKróla rozkazem nie tamowano,W niepoświęconym spałaby kątku

Aż do budzącéj trąby anioła;Miasto modlitwy nas sług kościołaGruzby i czerep na nią rzucano:Tu zaś panieński wieniec jéj dano,Kwieciem dziewiczém grób osypano,Wiodąc przy dzwonach w miejsce spoczynku.

Nicże nie można więcéj?

Nie można;Rzecz to niezmiernie byłaby zdrożnaTak profanować zmarłych obrzędy,Jeśli przez ludzkie dla niéjby względyRequiem śpiewać z modły świętemi,Jakie odbiéra dusza pobożnaZeszła w pokoju.

Włóżcież do ziemi, —Ciało jej piękne, niepokalaneW ładny i skromny przejdzie fiołek;Dusza méj siostry, mówię ci, xięże,Będzie do usług Boga aniołek,Twoja zaś wyjąc w przepaściach lęże.

Co, Ofelia w grób się ten chowa?

Kwiecie do kwiecia: bywaj mi zdrowa!Słodka dziewico, nadzieję miałam,Że ty zostaniesz żoną Hamleta;Łożę ci szlubne stroić myślałam,A nie grobowe.

O stokroć biadaNa tę przeklętą głowę niech spada,Która jéj rozum sprawą zbrodnicząTak pomieszała! — Nie sypcie jeszcze,Po raz ostatni niech ją popieszczę: (skacze w grób)Teraz mię żywcem grzebcie z nią społem;Wielką usypcie górę nad dołem,Któraby przeszła Pelion czołem,Jak i Olimpu grzbiet niebotyczny.

Kto to, którego żal emfatycznyW biegu zaklina przez swe rozpaczeGwiazdy wędrowne, tak że stawająJakby rażeni dziwem słuchacze?Otom ja Hamlet Danii xiąże. (skacze w grób)

Czart niech cię porwie: (chwyta go za gardło)

Złe twe modlitwy.Przyjmijże rękę, puszczaj mi szyję,Chociaż nie jestem skłonny do bitwy,Lecz coś strasznego we mnie się kryje,Czego i rozum lękać się każe:Odejmże rękę.

Niech ich rozłączą!

Hamlet mój, Hamlet!

Cóż to, panowie?

Xiąże łaskawy, bądźże spokojny.

O to nie skończę nigdy z nim wojny,Aż do zawarcia powiek na zawsze.

O co, mój synu?

Że mi najdroższa była Ofelka —Dwiestu tysięcy najczulszych braciSumma kochania jaka chce wielka,Mojéj miłości nigdy nie spłaci. —Cózbyś wielkiego dla niéj uczynił?

O Laertesie, on pomieszany.

Niech go, na miłość Boga, wstrzymają.

Cóż, do pioruna! zrobisz do tylaNiepodobnego? Zechcesz-li płakać,Siebie rozszarpać, głodem się męczyć?Rzekę wypijesz, zjész krokodyla?Zrobię to. — Może chcesz tylko jęczéć?Ze mną się wadzić w samym jéj grobie?Lecz się z nią zakop, i ja to zrobię.Prawisz o górach, niech nas przywali

Milion morgów, niechaj się paliSzczyt tej mogiły aż u równika,Przy niéj jak proszek Ossa niech znika!Wściekłym-li będziesz? wściekłym zostanę.

Ach to szaleństwo, ale po chwiliStraszny ten przystęp znów się przesili;Jak gołębica, która wysiadaParę pisklątek, cichym się stanie.

Z jakiéj przyczyny, powiedz mi, panie,Zemnąś się obszedł z taką prostotą?Zawszem cię kochał: lecz mniejsza o to;Herkules niech się jak chce wysila;Na psa kot miauczy, przyjdzie psa chwila.

Proszę, Horacio, miéj go w baczeniu. —

Krzep twą cierpliwość mową wczorajszą;Zaraz przystąpili! ku wypełnieniu. —Nasadź, Gertrudo, nad synem strażę. —Wznieść nad tym grobem pomnik rozkażę; —Wkrótce pokoju chwila nadbieży:Dotąd to wszystko znosić należy.

Dość tego; inną rzecz ci objawię; —Pomnisz-li wszystkie okoliczności?

Pomnę-li, xiąże?

W sercu mém wrzały wewnętrzne burze,Późno w noc było, sen się nie stawił;W łożum się męczył, jak na torturze.Nagle, — ten nagły pomysł mię zbawił. —Wiedz bo, że płochość czasem się nadaTam, gdzie najmędrszy zamiar upada:Z tego się uczym, że boska rękaW postać uczynku sama oblekaJakie bądź pierwsze myśli człowieka. —

Najniezawodniéj.

Z izby wyszedłem,Płaszcz mój żeglarski tyłkom narzucił,Ich po omacku w nocy szukałem;Poszło szczęśliwie; pakiet dostałem;Znowum do mojéj izby powrócił:Smiały bojaźnią pismom otworzył;Kędym królewskie poznał zamachy;Rozkaz wyraźny z mnóstwem dowodów,Że są dla szczęścia dwóch tych narodów

W życiu mém jakieś widma i strachy,Przeto powinni wnet bez przyboru,Bez wyostrzenia nawet toporu,Głowę mi uciąć.

Czyż to podobna?

Pismo przeczytaj, czarne na białém;Żądasz-li wiedziéć, co ja zdziałałem?

Pragnę najmocniéj.

Tak obsaczony wkoło przez zdradę,Nimem do głowy poszedł poradę,Sam się mi zjawił plan już gotowy; —Siadłem skreśliłem list całkiem nowy;Piękniem przepisał: wprzód uważałem,Równie jak nasi wielcy panowie,Ładne pisanie rzeczą tak podłą,Że na umyślnie brzydko bazgrałem;Dziś mię to z wielkiej biedy wywiodło:Żądasz-li wiedziéć co napisałem?

Powiedz mi, xiąże.

Króla zaklęcia z prośbą niezmierną, —Jeśli lenniczką Anglia wierną; —Jeśli, jak palma, kwitnie ich miłość,Jeśli ma pokój w kłosów koronieŁączyć przyjazną krajów zażyłość;I innych kulbak na wszystkie konie, —

To po czytaniu bez odwlekania,Bez najmniejszego w tém roztrząsania,Posłom obydwom łby pousiekać,Nawet na spowiedź chwilki nie czekać.

Jakżeś, mój xiąże, zapieczętował?

Ba, i w téj rzeczy Pan Bóg kierował;Miałem ojcowski sygnet w kieszeni,Na wzór pieczęci duńskiéj zrobiony:Papier złożyłem, jak był złożony:Równiem podpisał, przypieczętował,Włożył na miejsce i nie poznanoMego podrzutka; nazajutz ranoBitwa na morzu; reszta wiadoma.

Tak z Rozenkrancem Guildenstern płyną.

Sprawę tę pełnią nadto radośnie;Wina nie moja, jeśli poginą;Z ich to podłości zguba ich rośnie:Bo niebezpiecznie podłym się wciskaćTam, gdzie pałasze wrogów potężnychLecą w zapale.

Król, co za człowiek!

Czy mię obraził, zwróć sam uwagę;Ojcu śmierć zadał, matce zniewagę;A mnie nadziei tronu pozbawił:Wędkę na moje życie nastawił

Z taką chytrością; czystém sumieniemCzy mu nic może dłoń ta skwitować?Czyby nie było mém potępieniemRak ten natury ludzkiéj zachować,Dla rozkrzewienia złego po świecie?

Ale się wkrótce z Anglii dowie,Co otrzymali jego posłowie.

Wkrótce, lecz jestem panem téj pory,A życie ludzkie wisi na chwilce.Mój przyjacielu, mocno żałuję,Że z Laertesem byłem za skory,Zwłaszcza ze w jego sprawie oglądamObraz méj sprawy: zgodzić się żądam.Ależ na jego żalu peroryWstrzymać nie mogłem gniewu powodzi?

Cicho, mój xiąże; któżto nadchodzi?

Przyjmij Hamlecie dłoń tę odemnie.

Przebacz zdziałaną krzywdę przezemnie;Wspaniałomyślnie przebacz mi, panie.Pewnie słyszałeś, — wszyscy to wiedzą,Że nasłał na mnie Bóg pomieszanie.To co zdziałałem,Choć może serce, honor i grzecznośćW panu oburzyć; ogłaszam szałem.Hamlet nie myślał o twej obrazie:

Hamlet zupełnie nie był przy sobie;A nieprzytomny krzywdę ci zadał,Więc to nie Hamlet, Hamlet zaprzecza.Któż winowajca? Szał: a w tym razie,Hamlet przyjaciel stoi przy tobie;Mamy wspólnego w szale tym wroga.Wobec tu wszystkich przez to zeznanie,Żem złych zamiarów nie chciał; niech, panie,Twoja szlachetność tak mi przebaczy,Jakbym puściwszy strzałę za domem,W brata na drugiéj stronie ugodził.

Tem uśmierzyłeś głos mego serca,To najsilniejsze zemsty narzędzie:Lecz punkt honoru mając na względzie,Zgody dopóty z nami nie będzie,Az doświadczeni honoru sędzieO tym pokoju nie rzekną sami,Że się me imie przezeń nie splami:Dotąd zaś biorę przyjaźń jak przyjaźń,Pańskiém uczuciem wcale nic gardzę.

Chętnie się zgadzam;Będzie braterska walka ta nasza. —Podać mi pałasz!

Dać mi pałasza.

Będę ci niczém, mój Laertesie;W méj niezręczności, w mojej niemocyBłyszczéć, jak gwiazda wśród ciemnéj nocy,Będzie twa zręczność.

Wolneto żarty.

Nie, na prawicę!

Młody Osriku, daj im szablice. —Synu Hamlecie, wiesz o zakładzie?

Wiem, że nie równie zakład zrobiony,Z wielką korzyścią dla mojéj strony.

Nic się nie lękam, obu widziałem: —Lecz się Laertes wydoskonalił,Przeto ci trochę więcéj naddałem.

Pałasz ten ciężki, podaj mi drugi.

Dobry ten dla mnie: równie-li długi?

Równie, mój xiąże. (gotują się do walki)

Podać tu na stół wino i szklanki: —Jeśli raz, lub dwa Hamlet uderzyI trzecim ciosem na cios odpowie,Zagrzmią działami wszystkie te blanki;

Król Hamletowe wypije zdrowie;W kubku tym droższa perła utonie,Jak poprzednicy czteréj królowieW duńskiéj nosili złotéj koronie:Z kotłem niech trąby głoszą armatom,Armaty niebu, a niebo światom,„Teraz król pije Hamleta zdrowie.“ —Zacząć, patrzajcie pilnie, sędziowie.

Zaczniemy, panie.

Dobrze, xiąże (biją się)

Raz!

Nie.

Proszę sądzić.

Uderzył, najniezawodniéj

Dobrze, — jeszcze.

Stójcie na chwilę, podać mi wina:Oto ta perła twoja, Hamlecie,Piję twe zdrowie. — Kubek dla syna!

Piérwéj to skończę, niechaj postoi. (biją się)Otoż i drugi, cóż na to powiész?

Prawda, dotknąłeś.

Wygra nasz syn.

Jak się zadychał! cieknie pot gęście. —Chustkę na synu, otrzyj swe czoło;Pije królowa na twoje szczęście.

Matko łaskawa, —

Nie pij Gertrudo!

Żądam się napie: — proszę darować.

Kubek zatruty; ale zapóźno.

Matko, w téj chwili napić się boję:Potem.

Niech lice obetrę twoje.

Zranię go, królu.

Mnie się nie zdaje.

Jednak sumienie na to powstaje.

Panie, zaczniemy walkę już trzecię:Żartem się bijesz; niech, Laertesie,Męztwo najżywsze razy twe niesie;Lękam się, może masz mię za dziecie.

Mówisz tak! dobrze. (biją się)

Nikt nie uderzył.

Teraz dostałeś!

Niech ich rozdzielą, zbyt zapaleni.

Jeszcze powalczym. (królowa upada)

Ach, na królowę patrzcie!

Krew u obydwóch: — Jakże ci xiąże?

Jak ci, Laertes?Własnąm, jak ptaszek, siatką złapany:W dół, co przezemnie był wykopany,Słusznie upadłem.

Cóz ci, królowo?

We krwi jesteście, przeto zemglała.

Nie, nie, to napój, — Drogi Hamlecie! —Napój ten, napój — jestem otruta. (umiéra)

Zbrodnia! dla Boga! drzwi pozamykać:Szukać gdzie zdrada. (Laertes pada)

Tu, xiąże: jużeś zginął, Hamlecie;Na nic ci wszystkie leki na świecie,Za pół godziny po tobie będzie;Ostre, zatrute zdrady narzędzieTrzymasz w swéj dłoni: własna ma zdradaI mnie zadała śmiertelną ranę;Patrzaj tu leżę, więcéj nie wstanę:Matka istotnie twoja otruta:Więcéj ci mówić nie jestem w stanie; —Król to sprężyna wszystkiego, panie.

Ostrze zatrute! działaj trucizno! (przebija króla)

Zdrada! zdrada!

Brońcie mię, bracia, tyłkom draśnięty.

Masz potępieńcze, zbójco przeklęty!Puhar śmiertelny: — jestże w nim perła?Ruszaj za matką. (król umiéra)

Na to zarobił;Bo tę truciznę sam przysposobił. —Wzajem odpuśćmy sobie, Hamlecie,Zgon mój i ojca niech ci nie cięży,Śmierć twa sumienia niech mi nie gniecie. (umiéra)

Niechaj ci niebo grzech ten przebaczy!Idę za tobą. — Horacio, ginę. —

Żegnam cię matko, biedna królowa! —Dla was pobladłych, drżących słuchaczyI świadków niemych tajną przyczynę,Całéj téj sprawy mogłyby słowaMoje odsłonie, ale nie pora. —Śmierć, jakby żołnierz, ścisła i skoraW aresztowaniu. — Niech i tak będzie: —Umrę, Horacio, ale ty żywyUsprawiedliwisz mnie i mą sprawę.

Tego nie zrobię; duch RzymianinaWięcéj jak duński w sercu mém włada;Dość zatrutego zostało wina.

Jakeś człowiekiem! podaj mi czaszę!W zgonie przyjaciel o to zaklina! —Przebóg, Horacio, więc ja zostawię,Gdy nieodkryta będzie przyczyna,Imie po mojéj śmierci w niesławie?Jeśli nosiłeś w sercu mię kiedy,Wyrzecz się szczęścia śmierci na chwilę,Męcz się w gorzkości świata, choć tyle,Byś me ogłosił dzieje i biedy.

Jakież to słychac wojenne wrzawy?

Młody Fortinbras w tryumfie sławyZ Polski powrócił, i na przybycieAnglii posłów z dział teraz bije.

Konam, Horacio, wzrok mój zagasa:Silna trucizna zjadła mi życie;Z Anglii nowin już nie dożyję;Widzę w przyszłości, że FortinbrasaKrólem obiorą; głos mu xiążęcyDaję przy śmierci. — Jemu mniéj więcéjPowiedz o każdém naszém zdarzeniu,Co pobudzało. — Reszta w milczeniu. (umiéra)

Pękajże teraz serce szlachetne!Wieczne dobranoc, xiąże mój drogi!Niechaj cię chóry aniołów świetneZ pieśnią zawiodą w spoczynek błogi!

Jakieżto słychać bębny tak zbliska?

Gdzież jest ten widok?

Chcesz widowiskaNajsmutniéjszego, najstraszniejszego?Oto znalazłeś widok ten rzadki.

Czy założyła śmierć tu swe jatki?O dumna śmierci! jakaż się czyniUczta w podziemnéj twojéj jaskini,Kiedy tak wiele xiążąt zarazemPadło pod twojém krwawém żelazem?

Widok okropny! — Myśmy przybyliZ naszą nowiną w spóźnionej dobie:Ten nie usłyszy cośmy mu chcieliDonieść że jego wyrok spełnili,Że z Rozenkrancem Guildenstern w grobie:Któż nam za sprawę wdzięczność wydzieli?

Nawetby żyjąc wam nie dziękował,Nigdy ich śmierci nie rozkazował.Kiedy Fortinbras z polskiéj wyprawyZbiegł się z posłami Anglii razemNa ten okropny widok i krwawy;Niechże te ciała waszym rozkazemNa katafalku wyniosłym staną. —Światu odkryję sprawę nieznaną,Jakim sposobem przyszło do tego:Wtedy dla wszystkich staną się głośneCzyny nieludzkie, krwawe i sprośne;Mord nieumyślny, sąd trefunkowy;Gwałtem lub sztuką śmierci sprawione;Chytre podstępy, co omyloneSpadły na samych podstępców głowy;Wszystko to powiem.

O tém wiadomość żądam miéć skorą:Niech znakomitsi wszyscy się zbiorą.Smętnie przyjmuję moją fortunę;Dawnych do tronu praw mi nie zbywa,Z niemi wystąpić dobro me wzywa.

W rzeczy téj właśnie głos tego złożę,Który już nigdy mówić nie może:Róbmy to zaraz, lękać się trzebaWśród poburzonych sprawą tą duchówNowych zamachów, klęsk i rozruchów.

Czterej wodzowie, jakby wojaka,Niechaj Hamleta xięcia wynoszą;Boby największym rycerzom sprostał;Jeśliby dłużéj w życiu pozostał.W jego przechodzie niech o nim głosząMuzyka wojska, wojenne działa. —Przyjąć te ciała: —Oczy przeraża to widowisko!W miejscu nieswojem pobojowisko.Idźmy, niech zagrzmią posępnie działa.

Comentarios

Cargando comentarios…