Akt V
Traducido del inglés por Leon Ulrich
Król Henryk IV. Część I
Król Henr. Jak krwawe czoło, z za lesistej góry,Podnosi słońce! Na te gniewu znakiDzień zda się blednąc.
Ks. Henr. Wicher południowyZawył jak straszna gniewu tego trąba,A świszcząc głucho po drżących drzew liściach,Dzień zapowiada groźny i burzliwy.Król Henr. To niechaj płacze nad zwyciężonymi,Bo dla zwycięzców niema dnia żałoby.
To lord Worcester. Smutno mi, milordzie,Że się w tak cierpkich schodzimy warunkach.Zawiodłeś moje najdroższe nadzieje,Zmusiłeś rzucić miękki płaszcz pokoju,A twardą stalą stare członki ścisnąć:To źle, milordzie, to źle z twojej strony.Co mi przynosisz? Czy myślą jest twojąRozwiązać znowu węzeł szpetnej wojny,I krążyć znowu po ładu orbicie,Z której tak czyste rzucałeś przód światło,Nie być, jak teraz, mglistym meteorem,ZwastunemZwiastunem trwogi i klęsk przyszłych czasów?Worcest. Słuchaj mnie, panie. Co do mnie, wyznaję,Chętniebym wieczór mojego żywotaW domowej ciszy spokojnie chciał spędzić;Nie ja szukałem dnia tego rozterek.Król Henr. Nie ty szukałeś? Skądże nam zaświtał?Falstaff. Bunt był na drodze, znalazł go w przejeździe.Ks. Henr. Cicho, papugo.Worcest. Spodobało ci sięOdwrócić twojej łaskawości oczyOde mnie, panie, i od mego domu,Choć, niech mi będzie przypomnieć ci wolno,Pierwszych, najdroższych miałeś w nas przyjaciół.Dla ciebie, królu, za czasów Ryszarda,Laskę urzędu mego potrzaskałem,Dzień i noc biegłem, by się z tobą spotkać,Ażeby twoją ucałować rękę,Choć jeszcze wtedy nie byłeś mi równyAni fortuną, ni siłą, ni wpływem.Ja cię powiodłem, mój brat i syn jego
Do twego domu, na burzliwych czasówNiebezpieczeństwa wystawiając piersi.Ty nam przysiągłeś — było to w Doncaster —Że nie chcesz walić władzy istniejącej,Lecz się domagać o swoje dziedzictwo,Księstwo Lancaster, po Janie z Gandawy,I na to pomoc przyrzekliśmy naszą.Lecz wkrótce szczęścia deszcz spadł na twą głowę,Spadła ulewa siły i wielkości.Nasze zabiegi, króla nieobecność,Rozpustnych czasów mnogie nadużycia,Pamięć na krzywdy, które wycierpiałeś,Przeciwne wiatry, co tak długo królaW nieszczęsnej wojnie irlandzkiej trzymały,Że cała Anglia w śmierć jego wierzyła,Rój ten pomyślnych dla ciebie wypadkówMyśl ci podsunął, abyś dał się prosićO sterów rządu schwycenie w twą rękę;Z myśli ci wyszła przysięga w Doncaster.Karmiony przez nas tak nam zapłaciłeś,Jak płód niewdzięczny kukułki wróblowi,Zburzyłeś gniazdo nasze; karm’ cię naszaTak utuczyła, iż wkrótce do ciebieMiłość się nasza zbliżyć nie ważyłaZ obawy, abyś nas także nie połknął.Żeby nie zginąć, zmusiłeś nas, królu,Śpiesznem ulecieć skrzydłem z przed twych oczu,I opór stawić, tą wzmocnionym bronią.Którą ukułeś sam na siebie, panie,Przez twoje groźby, twą niesprawiedliwość,Przez pogwałcenie wszystkich twoich przysiąg,Danych w poranku twego przedsięwzięcia.Król Henr. Wiem dobrze, wszystkie te spisane żalePo rogach ulic kazaliście głosić,I z ambon czytać, by pięknym lampasemOzdobić waszą buntowniczą szatę,Schlebiać chwiejności biednych malkontentów,Którzy z radością zacierają ręce,
Gdy ich doleci wieść jakich zaburzeń.Nigdy żadnemu nie brakło buntowiNa farbach pstrzących spraw jego brudotę,Ni na żebrakach przymuszonych głodemWzdychać do chwili nieładu i wojny.Ks. Henr. Jeżeli oręż sprawę tę ma sądzić,Niejedna dusza z dwóch walecznych armijDrogo zapłaci za nasze rozterki.W mojem imieniu powiedz synowcowi,Że książę Walii, jak świat cały, wielbiHenryka Percy. Na moje nadzieje!(Obecną tylko wyłączając sprawę)Dziś nie oddycha na szerokiej ziemiSzlachcic dzielniejszy, śmielszy, lub ognistszy,Zdolniejszy chwałę swych pomnożyć czasów.Co do mnie znowu, ze wstydem wyznaję,Byłem niewierny rycerstwa nakazom,I wiem, że taki sąd jego jest o mnie.W obliczu jednak króla, mego ojca,Szczęśliwy, sławą że on mię przewyższa,Aby oszczędzić krwi drogiej dwóch armij,Oświadczam moją wolę i gotowośćDo pojedyńczej w szrankach z nim rozprawy.Król Henr. I jam gotowy na ten los cię stawić,Choć tego wzbrania względów nieskończoność. —Lecz nie, Worcester, nie; ja lud mój kocham,Tych nawet kocham, którzy ułudzeniW sprawie synowca twego broń chwycili.Jeśli chcą przyjąć łaski mej ofiarę,Tak on, jak oni, jak ty i jak każdy,Będziecie znowu mymi przyjaciółmi,Ja waszym będę. Więc bez zwłoki czasu,Idź, słowa moje powtórz synowcowi,Jego ostatnią przynieś mi odpowiedź.Jeśli uparty nie myśli ustąpić,Zemsta i kara są na me rozkazy,I powinności, gdy trzeba, dopełnią.
Idź, odpowiedzią nie kłopocz mnie teraz:Piękną ofiarę przyjmcie z roztropnością.
Ks. Henr. Lecz jej nie przyjmą, głowę za to stawiam.Douglas i Henryk z dobytym orężemZ ziemią się całą gotowi są mierzyć.Król Henr. Niech każdy zajmie swoje stanowisko,Bo gdy odmówią, uderzym natychmiast,A dobrej sprawie niech Bóg błogosławi!
Worcest. Nie, synowcowi nie możem powtórzyćWspaniałomyślnych królewskich przyrzeczeń.Vernon. Trzebaby jednak.Worcest. To będzie nam zgubą.Podobnaż, aby król słowa dotrzymał,W sercu nam chował miłości uczucie?W ciągłem nas będzie trzymał podejrzeniu,I stare grzechy skarci w nowym błędzie.Nieufność jego ócz mu doda tysiąc,Bo zdradzie człowiek ufa jak lisowi,Co choć pieszczony, choć ułaskawiony,Swoich pradziadów chytrości nie zabył.Oblicza wyraz smutny czy wesołyZawsze nam na złe wytłómaczą widze;Będziem jak woły na tuczy w oborze,Tym śmierci bliższe, im lepiej karmione.Błędów synowca może być wymówkąMłodości ogień, krwi jego gorącość,Przezwiska nawet jego sam przywilej,Szalony Hotspur, sługa swych kaprysów.Wszystkie więc jego spadną przewinieniaNa ojca jego i na moją głowę;My go chowali, z nas przewrotność czerpał;Wszystkiego twórcy, zapłacim za wszystko.Tak więc, kuzynie, na wszelki przypadek,Niech Henryk nie wie o króla ofiarach.Vernon. Powiedz co zechcesz, ja wszystko potwierdzę.Właśnie nadchodzi.
Hotspur. Mój stryj widzę wrócił.Puśćcie swobodnie lorda Westmoreland.Co za nowiny?Worcest. Król nam bitwą grozi.
Douglas. Poślijmy wyzew przez Westmorelanda.Hotspur. Lordzie Douglasie, daj mu to zlecenie.Douglas. Chętnie podobne przyjmuję poselstwo (wychodzi).Worcest. W królewskiem sercu nie ma miłosierdzia.Hotspur. Czyś prosił o nie? Uchowaj cię Boże!Worcest. Nasze mu krzywdy, jego wiarołomstwoSkromniem wyłożył, on przed nami broniłKrzywoprzysięstwem swe krzywoprzysięstwo.Buntownikami, zdrajcami nas mieni,I ostrzem miecza hydne to nazwiskoSkarcić przyrzeka. (Wraca Douglas).Douglas. Do broni! do broni!Groźnem wyzwanie w twarz Henryka rzucił,Które mu poniósł hrabia Westmoreland:Trudno, by teraz zwlekał jeszcze atak.Worcest. W obliczu króla, młody książę WaliiDo pojedynku wyzwał cię, synowcze.Hotspur. Bodaj na głowach naszych spór ten leżał!O gdyby dzisiaj nikt się nie zadyszałPrócz mnie jednego i Henryka z Monmouth!Powiedz mi, powiedz treść jego wyzwania;Czy tchnęło wzgardą?Worcest. Nie, na moją duszę.Nigdy do boju na śmierć albo życieW skromniejszej mowie nie słyszałem wyzwań.Mógłbyś pomyśleć, że brat brata wołałNa próbę szabli, rycerską zabawę.Dzielności twojej sprawiedliwość oddał,Chwałę twą głosił książęcym językiem,Twe rozpowiadał czyny jak kronika,Wyżej cię stawił nad swoje pochwały,Które nie mogły zrównać twej dzielności.Potem, z prawdziwie książęcą godnością,Z rumieńcem wstydu sam mówił o sobie,Swą pustą młodość z taką gromił sztuką,Że zdał się razem uczniem być i mistrzem.Tu się zatrzymał. Ja zaś dodać muszę:Jeśli on zazdrość tego dnia przeżyje,
Nigdy świetniejszej nie miała nadzieiAnglia w rozpusty jego skrytej fałdach.Hotspur. Widzę, kuzynie, że się rozkochałeśW jego szaleństwach. Co do mnie, w mem życiuO rozpustniejszym nie słyszałem księciu.Niech jak chce będzie; zanim noc zapadnie,Tak go żołnierskiem mem ścisnę ramieniem,Że od uścisku w oczach mu się zaćmi.Do broni teraz! A was, przyjaciele,A was, żołnierze, silniej do potrzebyNiech powinności zapali uczucie,Niż słowa moje, w których niećwiczonyDarmobym pragnął krew waszą rozognić.
Posłaniec. Z tym listem, panie, wysłany przybyłem.Hotspur. Nie mogę teraz czytać tego listu. —Panowie, krótkie żywota są chwile,Ale je spędzić w gnuśnej bezczynności,Krótkość ta tylko zbyt byłaby długą,Chociażby żywot na skazówce siedział,I dobiegł kresów swych z godziny końcem.Jeśli przeżyjem, królów będziem deptać;Jeśli zginiemy, możnaż piękniej ginąćJak w książąt gronie? nasze też sumienieZgryzoty nie zna, bo świętą jest wojna,Gdy sprawiedliwość broń daje do ręki.
Posłaniec. Gotowość! król się z pośpiechem posuwa.Hotspur. Dzięki mu, że mi przeciął w środku mowy,Bo nie jest mojem wymowa rzemiosłem.Lecz jeszcze słowo: niech każdy z nas walczyCo mu sił stanie. Ja szabli dobywam.A hart jej ostrza dzisiaj pomalujęKrwią bohatera najszlachetniejszego,Którego spotkam śród groźnych hazardówWściekłej rozprawy. — Percy! Esperance!Naprzód! — Niech trąby ozwą się krzykliwe,Przy ich odgłosie dajmy sobie uścisk,
Bo niebo mogę przeciw ziemi stawić,Że z nas niejeden po raz już ostatniSwej uprzejmości dowód nam ten daje.
Blunt. Jakie twe imię? Dlaczego mi w bojuDrogę zabiegasz? Jakiej chwały szukaszNa mojej głowie?Douglas. Wiedz, zowię się Douglas,A tak za tobą gonię śród potyczki,Słyszałem bowiem, że ty królem jesteś.Blunt. Słyszałeś prawdę.Douglas. Twoje podobieństwoDrogo już dzisiaj lord Stafford zapłacił,Ta szabla moja za ciebie, Henryku,Jego skarciła; ten los ciebie czeka,Jeżeli jeńcem nie uznasz się moim.Blunt. Nie na to, dumny rodziłem się Szkocie,Bym się poddawał; znajdziesz we mnie króla,Zdolnego pomścić śmierć lorda Stafforda.
Hotspur. Douglasie, gdybyś pod Holmedon walczyłZ taką dzielnością, nie mój byłby tryumf.Douglas. Skończone wszystko i wszystko wygrane;Widzisz, król Henryk bez życia tam leży.Hotspur. Gdzie?Douglas. Tu.Hotspur. To Henryk? Mylisz się Douglasie,Twarz tę znam dobrze, dzielny to był rycerz,Blunt jego imię, a jak król był zbrojny.Douglas. Gdziekolwiek poszła, duszy twojej wszędzieNiech głupiec wiecznym będzie towarzyszem:Drogo kupiłeś tytuł pożyczony,
Czemuś powiedział mi, że byłeś królem?Hotspur. Niejeden nosi królewską dziś zbroję.Douglas. To miecz ten wszystkie zbroje te pozmiata;Sztuka po sztuce, jego garderobęBędę mordował, aż samego spotkam.Hotspur. Rzućmy się w odmęt; hufców naszych męstwoNa stronę naszą przechyli zwycięstwo. (Wychodzą).
Król Henr. Odejdź, Henryku, twa krew płynie strugą.Janie z Lancaster, bądź mu towarzyszem.Ks. Jan. I ja przód muszę krwi mej trochę wylać.Ks. Henr. Pokaż się królu, twoja nieobecnośćPrzyjaciół twoich może niepokoić.Król Henr. Wracam do boju. Lordzie Westmoreland,Prowadź Henryka do jego namiotu.Westmor. Więc pozwól, książę, niech cię odprowadzę.Ks. Henr. Mnie? Twej pomocy nie trzeba mi wcale.Uchowaj Boże, by małe draśnięcieWygnało księcia Walii z placu boju,Gdzie szlachtę naszą w krwi depczą kopyta,A buntownicy w mordach tryumfują!Ks. Jan. Westmorelandzie, czas darmo tracimy;Idźmy, gdzie nasza wzywa nas powinność.
Ks. Henr. Bóg świadkiem, żeś mnie oszukał, Lancastrze,Nie przypuszczałem w tobie tej dzielności.
Przódy jak brata kochałem cię, Janie,Teraz cię kocham jak mą własną duszę.Król Henr. Widziałem, jak się starł na szablę z Percym;Ani myślałem, że taki wyrostekW takiej rozprawie tak dzielnie się sprawi.Ks. Henr. Wszystkim nam dzieciuch ten dodaje męstwa.
Douglas. Nowy król! Rosną niby hydry głowy.Ja jestem Douglas dla wszystkich fatalny,Którzy na zbroi noszą te kolory.Kto jesteś, króla co przyjąłeś rolę?Król Henr. Jestem król Henryk; boleję Douglasie,Że tyle cieniów króla napotkałeśA nie samego króla. Dwóch mam synów,Którzy szukają ciebie i Percego;Lecz gdy szczęśliwy los cię tu sprowadził,Zmierzę się z tobą; miej się ku obronie.Douglas. Boję się, żebyś nowym nie był cieniem,Chociaż, wyznaję, królewską masz postać.Ktokolwiek jesteś, wiem, że jesteś moim;A to jest sposób, w jaki cię zwyciężę.
Ks. Henr. Nikczemny Szkocie, podnieś teraz głowę,Albo jej nigdy więcej nie podniesiesz!Męstwo Stafforda, Blunta i ShirleyaDłoń mą natęża. Jestem książę Walii,Co nigdy jeszcze daremno nie groził,Nie obiecywał bez chęci wypłaty.
Śmiało, mój królu! W jakim jesteś stanie?Posiłków żąda sir Mikołaj Gawsey,Żąda ich Clifton; lecę do Cliftona.Król Henr. Czekaj, Henryku, choć na chwilę wytchnij.Stracone dobre imię odzyskałeś,A w taką porę przynosząc mi pomoc,Dowiodłeś, że ci drogie jest me życie.Ks. Henr. Kto ci powiedział, żem twej śmierci pragnął,Bóg widzi, czarną kalał mnie potwarzą.
Gdyby tak było, nie mógłżem zostawićRęki Douglasa wzniesionej nad tobą?Wszak to był sposób równie niewątpliwy,Jak wszystkie świata całego trucizny,A syna twego od zdrady uwalniał.Król Henr. Śpiesz do Cliftona, ja poniosę pomocMikołajowi Gawsey.
Hotspur. Jeśli nie błądzę, jesteś Harry Monmouth.Ks. Henr. Mówisz, jakgdybym chciał me imię taić.Hotspur. Ja jestem Harry Percy.Ks. Henr. To przed sobąWidzę dzielnego herszta buntowników.Ja jestem książę Walii; nie myśl, Percy,Byś dłużej chwalą mógł się ze mną dzielić:Dwie gwiazd nie mogą jedną krążyć sferą,I Anglii trudno dwa znieść królowania:Henryka Percy i książęcia Walii.Hotspur. Znosić je wkrótce ustanie potrzeba:Śmierci jednego wybiła godzina.Dalby Bóg, aby twoje teraz imięTak głośne było śród bojów jak moje!Ks. Henr. Nim się rozstaniem głośniejszem je zrobię.Wszystkie honoru pączki z twego hełmuZbiorę na wieniec dla mojego czoła.Hotspur. Nie mogę dłużej przechwałek tych słuchać. (Walczą).
Falstaff. Dobra odpowiedź, Henrysiu. Dalejże go! Henrysiu.To nie przelewki, możesz mi wierzyć.
Hotspur. Henryku, młodość wydarłeś mi moją!Łatwiej kruchego zniósłbym życia stratę,Niż chwałę twoją na mnie zarobioną;Myśl ta boleśniej duszę moją rani,Niż oręż ciało: ale ludzkie myśliNiewolnicami są ludzkiego życia,A ludzkie życie igraszką jest czasu,
I czas, pan świata, koniec swój mieć musi.Mógłbym prorocze słowa teraz wyrzec,Lecz zimna śmierci dłoń język mi wiąże.Nie, Percy, jesteś tylko prochu garstką,Strawą — (umiera).Ks. Henr. Robaków, mój waleczny Percy.Żegnam cię wielkie bohatera serce!Jak się ściągnęłaś dumo źle utkana!Dopóki dusza w tem mieszkała ciele,Królestwo ciasną było mu siedzibą,Dwa teraz kroki najpodlejszej ziemiDosyć dla niego. Ziemia ta co dźwigaTwe ciało, nie ma żyjącego mężaTwojej dzielności. Percy, gdybyś jeszczeNa mych uwielbień czuły był oznaki,W swoich uczuciach mniej byłbym wylany.Twarz porąbaną pozwól mi osłonić;Przez wzgląd na ciebie sam sobie dziękujęZa tę oddaną usługę przyjaźni.Bądź zdrów! Do nieba chwałę twoją zabierz!Hańba niech twoja w grobie twym śpi z tobą,Ale nagrobek twój niech o niej milczy!
Stara znajomość! Toż wszystko to ciałoTrochę żywota nie mogło utrzymać?Bądź zdrów, mój Jasiu! Łatwiejby mi byłoStracić lepszego od ciebie człowieka.Twoja utrata ciężkąby mi była,Gdybym się szczerze w pustocie zakochał.Śmierć dziś tłustszego nie zwaliła zwierza,Choć niejednego lepszego rycerza.Nim cię w grób złożę balsamowanego,Śpij na krwi łożu, przy boku Percego (wychodzi).
Król Henr. Taka to zawsze na bunt spada kara.Lordzie Worcester, pośle przeniewierczy,Przez twoje usta wszystkim wam posłałemMe przebaczenie, łaskę, miłość moją,A tyś słów moich przekręcił znaczenie,Twego synowca ufność oszukałeś.Trzech z mojej strony zabitych rycerzy,I hrabia jeden, i tysiące innychTejby godziny cieszyło się życiem,Gdybyś jak dobry poniósł chrześcijaninPoselstwo moje armii buntowników.
Worcest. Szedłem za radą mego bezpieczeństwa,A jestem gotów znieść wszystko cierpliwie,Co na mnie spadnie konieczności prawem.Król Henr. Niech zaraz giną Vernon i Worcester;O losie innych później postanowim.
Jaki stan boju?Ks. Henr. Szlachetny Szkot Douglas,Widząc zwycięstwo na naszych sztandarach,Gdy Percy poległ, gdy jego żołnierzeNa skrzydłach trwogi z placu uchodzili,Odwrócił konia i w śpiesznej ucieczceSpadając z góry tak ciężko się potłukł,Że się w pogoni naszych dostał ręce.Teraz w namiocie moim jeńcem leży,A ja cię błagam o łaskę tę, królu,Bym mógł osobą jego rozporządzić.Król Henr. Z całego serca.Ks. Henr. Idź, bracie mój Janie,Bądź szlachetnego poselstwa heroldem,Śpiesz, Douglasowi w mem powiedz imieniu,Że bez okupu wolność mu powracam.Dzielności jego ślad na hełmach naszychDał mi naukę, jak szanować męstwoŻyjące w piersiach wrogów nawet naszych.Król Henr. Teraz rozdzielić hufce nam wypadnie:Z Westmorelandem ty, synu mój Janie,Ku Yorkowi co śpieszniej pociągniesz,Gdzie Northumberland i Scroop arcybiskupZbierają siły i bronić się myślą.Z tobą, Henryku, do Walii pociągnę,Na Glendowera i hrabiego Marchii.Daj Bóg podobne zwycięstwo nad nimi,A bunt ucichnie na całej tej ziemi;Niech przód do pochew nie wrócą pałasze,Póki z rąk wrogów nie wydrzem co nasze. (Wychodzą).
Comentarios
Cargando comentarios…