Król Henryk IV. Część I — całość

Traducido del inglés por Leon Ulrich

Król Henr. Słabi, z trosk bledzi, pozwólmy na chwilęPrzestraszonemu wytchnąć pokojowi,I zebrać siły do nowych zapasów,Co na dalekich czekają nas brzegach.Nie będzie dłużej ta spragniona ziemiaSwych ust farbować krwią swych własnych dzieci;Już wojna łanów jej nie będzie orać,Ani jej kwiatów rozgniatać kopyto.Czoła, niedawno, jak groźne komety,Choć wszystkie z jednej ulepione gliny,Spotykające się w domowej rzezi,Puszczą się teraz wszystkie jedną drogą,Zgodnie w tych samych ściśnięte szeregach,I brat przestanie na brata nastawać,Ostrze pałasza, jak nóż źle zamknięty,Własnego pana nie będzie kaleczyć.Więc, przyjaciele, myślą jest dziś nasząProwadzić hufce do Chrystusa grobu,Pod krzyża jego zaciągnąć się sztandar.W łonach już matek były wasze dłonieUkształtowane, by wygnać pohańców

Ze Świętej Ziemi, po której stąpałyBłogosławione nogi, które za nas,Tysiąc czterysta lat temu ubiegło,Przybite były do gorzkiego krzyża.Ślub ten przed rokiem zrobiony że spełnię,Na co powtarzać? Nie po tom was zwołał.Westmorelandzie, co postanowionoNa Rady naszej wczorajszem zebraniu,Aby tak drogą przyspieszyć wyprawę?Westmor. Królu mój, kiedy śród gorących rozprawObrachowano część kosztów wyprawy,Niemiłe wieści, przyniesione z Walii,Wstrzymały nagle dalszy sprawy postęp.Tam, gdy Mortimer herfordzki wiódł zaciągNa okrutnego zdrajcę Glendowera,Dostał się w dzikie przeciwnika ręce,Po krwawej rzezi ludzi swych tysiąca.Co rozbestwione walijskie niewiastyNa biednych trupach naszych dokonały,Bez wstydu o tem niepodobna mówić.Król Henr. I, jak się zdaje, wieść o tej porażcePrzerwała sprawę naszej krucyaty.Westmor. Ta wieść i inne podobnej osnowy;Bo i z północy złe przyszły nowiny.Tam, w dzień świętego Krzyża, młody PercyStarł się z walecznym Szkotem ArchibaldemPod Holmedonem. Przez długie godzinyWrzała potyczka krwawa i zażarta,Jak z armat grzmotu wypadało wnosić,Posłaniec bowiem skoczył na rumakaJeszcze w największej walki gorącości,Niepewny, gdzie się zwycięstwo przechyli.Król Henr. Oto sir Walter Blunt, wierny przyjaciel,Przybywa błotem wszystkich dróg zbryzganyKtóre Holmedon od nas przedzielają,Przybywa z wieścią wesołą i dobrą;Douglas pobity. Sir Walter sam widziałWe krwi się własnej kąpiących na placu

Dziesięć tysięcy Szkotów, a rycerzyDwudziestu i dwóch; młody Percy pojmałHrabiego Mordake, najstarszego z synówZwyciężonego Douglasa, a nadtoHrabiów Atholu, Angus, Murray, Menteith,Powiedz, kuzynie, czy łup to nie piękny?Czy to nie pełne honoru zwycięstwo?Westmor. Niejeden książę mógłby się niem szczycić.Król Henr. Ach, mnie twe słowo zasmuca, i robiGrzesznym zazdrości, że takim się synemLord Northumberland może dzisiaj szczycić,Którego chwałę język każdy głosi;To dąb nad całym panujący lasem,Słodkiej fortuny duma i kochanek;Gdy ja, na jego poglądając honor,Widzę na czole mojego HenrykaPlamę niesławy, szaleństw i rozpusty.Ach, gdyby można dowieść, że śród nocyW kolebkach wróżka zmieniła nam dzieci,Nazwała syna jego Plantagenet,A mego Percy! byłbym wtedy ojcemJego Henryka, on ojcem mojego.Lecz precz z tą myślą. — Co myślisz kuzynieO dumie tego młokosa zuchwałej?Toć on pojmanych w tej rozprawie jeńcówDla siebie chowa; mnie kazał oświadczyć,Że mi jednego daje, hrabię Mordake.Westmor. To skutek nauk jego stryja, królu;Worcester zawsze, wszędzie nieprzychylny,Wciąż go podszczuwa, by młodości grzebieńPodniósł zuchwale na króla majestat.Król Henr. Już go wezwałem, aby zdał mi liczbę;Dlatego musim zawiesić na chwilęŚwiętą wyprawę do Jerozolimy.Na przyszłą środę zamiarem jest naszymZwołać, kuzynie, Radę naszą w Windsor;Daj o tem, komu należy wiadomość,Ale co prędzej sam do nas powracaj,

Bo co mi mówić i działać zostaje,Gniew mi objawić teraz nie dozwala.Westmor. Pośpieszę, królu. (Wychodzą).

Poins. Bądź zdrów, mój książę (wychodzi).Ks. Henr. Znam ja was wszystkich; ulegam na chwilęWszystkim szaleństwom waszego próżniactwa;Będę w tem słońca tylko naśladowcą,Które pozwala zaraźliwym chmuromGasić przed światem swe piękne oblicze,Dlatego tylko, żeby, kiedy zechce,Szarpiąc mgły brudną i szpetną oponę,Co się zdawała blaski jego tłumić,Wypłynąć znowu w swej całej jasnościI większe dziwy w śmiertelnikach budzie.Gdyby dnie wszystkie roku były świętem,Zabawa nudną byłaby jak praca;Lecz że jest rzadkie, jest też upragnione,Bo tylko miłe, co nie jest powszednie.I ja! gdy rzucę rozpustny ten żywot,Gdy dług zapłacę choć nie obiecany,Im wyższy będę nad me obietnice,

Tym będę większym dla ludzi podziwem.Jak jasny metal na tle pobrukanem,Poprawa moja błyszcząc na mych błędach,Potężniej ludzkie ciągnąć będzie oczy,Niźli jaśniejsza cnota bez kontrastu.Błądzę, lecz błąd mój zasługą się stanie,Gdy go odkupię, a niespodziewanie (wychodzi).

Król Henr. Krew ma zbyt zimna, zbyt była spokojnaNa obelg tyle niezdolna się wzburzyć;Wy to odgadli, dlatego z ufnościąNadużywacie cierpliwości mojej;Ale, wierzajcie, królem odtąd będę,Potężnym, groźnym, nie jak przód, łaskawym,Jak puchy miękki, gładki jak oliwa,Straciłem prawo do poszanowania,Które oddaje dumny dumnym tylko.Worcest. Dom nasz, mój królu, mało zasługujeNa twej potęgi chłostę, tej potęgi,Której naszemi pomogliśmy dłońmiTak w górę strzelić.Northumb.  Królu —Król Henr.  Worcesterze,Odejdź, bo z twego spojrzenia wyglądaNiebezpieczeństwo i nieposłuszeństwo,Śmiałość postawy twej nazbyt stanowcza,Aby majestat znosić mógł cierpliwieSwojego sługi zuchwałe wejrzenia.Odejdź; gdy twojej rady albo rękiBędzie nam trzeba, poślemy po ciebie.

(Do Northumb.) Chciałeś coś mówić,

Northumb.  Tak jest, dobry panie.Jeńców w królewskiem żądanych imieniu,Których mój Henryk pod Holmedon pojmał,Nie tak stanowczo odmówił, jak mylnieWaszej królewskiej mości doniesiono.Nie syn mój, królu, złość tylko lub zazdrośćWinne się stały tego uchybienia.Hotspur. Nie odmówiłem żadnych jeńców, panie;Lecz pomnę, kiedy po skończeniu bitwy,Gdym się spragniony wściekłością i trudemNa mieczu oparł, bez sił, bez tchu prawie,Przybywa panek, świeży, wymuskany,Czysty pan młody; broda podstrzyżonaJakby po żniwach rżysko wyglądała;A jak modniarka wyperfumowany,W dwóch palcach trzymał puszkę z wonnym proszkiem.Którą czasami do nosa przysuwał,Odsuwał czasem, a nos, jakby z gniewu,Zaczynał kichać przy każdem zbliżeniu.Wciąż się uśmiechał i wciąż coś szczebiotał.Kiedy żołnierze trupów przenosili,Nieokrzesanych gburów dał im nazwę,Że się ważyli brudne, brzydkie cielskaNieść między jego szlachectwem a wiatrem.W świątecznych słowach, z damską wybrednościąO to i owo pytał, w końcu żądałMych jeńców w imię króla Jegomości.Ja, od ran oschłych cały rozbolały,Męką i tego fircyka paplaniemOdarty z resztek mojej cierpliwości,Niedbale niewiem co odpowiedziałem,Że dam lub nie dam; bom prawie oszalałNa widok tego pachnącego gaszka,Co prawił jakby dama z fraucymeruO działach, bębnach, ranach — Boże odpuść!Mówił, że pierwszem na świecie lekarstwemJest spermaceta na wnętrzne obrazy;Że wielka, bardzo wielka była szkoda,

Iż ludzie z ziemi wnętrzności niewinnychUmieli dobyć tę brzydką saletrę,Co tyle pięknych zabiła wyrostkówNikczemną zdradą; na dobitkę dodał,Że gdyby nie te paskudne armaty,I on sam nawet żołnierzemby został.Na to paplanie bez sensu i szyku,Jak już mówiłem, królu, wybąknąłemJakąś wątpliwą, niepewną odpowiedź;A teraz błagam, niech ten raport jegoNie staje, jako groźne oskarżenie,Między mą wiarą, a twym majestatem.Blunt. Okoliczności biorąc na uwagę,Co Henryk Percy mógł wtedy powiedziećTakiej osobie, w tem miejscu i czasie,Słusznie pogrzebać można w zapomnieniu.Nie chciej więc, królu, pamięci tej budzićNa jego krzywdę, gdy dziś odwołuje,Co w uniesieniu mógł wtedy powiedzieć.Król Henr. On jednak zawsze jeńców mi odmawia,Kładzie warunek, że z naszej szkatułyOkup za jego szalonego szwagra,Za Mortimera na stół wyliczymy,Który, przysięgam, z umysłu prowadziłNa rzeź swe hufce w bitwie z Grlendowerem,Tym czarownikiem groźnym, a przeklętym,Którego córkę, jak nam doniesiono,Niedawno hrabia Marchii wziął za żonę.Na wykup zdrajcy mamże skarb wypróżniać?Za zdradę płacić? traktować z lennikiem,Który przez zbrodnię z swoich praw się wyzuł?Niech z głodu ginie na jałowych górach.Mym przyjacielem nigdy ten nie będzie,Czyj język grosza jednego zażądaNa buntownika, Mortimera, wykup.Hotspur. Na buntownika! Nie, mościwy królu,Nigdy Mortimer buntownikiem nie był;W dłoń nieprzyjaciół los wojny go wydał.

Że prawdę mówię, niech poświadczą rany,Wymowne rany, które w boju odniósłNad trzciniastymi Sewerny brzegami,Kiedy sam na sam, szabla przeciw szabli,Całą godzinę walecznie się mierzyłZ swym zapaśnikiem, wielkim Glendowerom.Za spólną zgodą trzykroć spoczywali,Trzykroć się wodą chłodzili Sewerny,Która ich krwawym widokiem przelękła,Z trwogą uciekła między trzciny drżące,I pływające ukryła swe splotyW jaskiniach brzegu uczerwienionegoKrwią nieulękłych dwóch dzielnych szermierzy.Nigdy przegniła, nikczemna obłudaSztuk swych śmiertelną nie osłania raną,Nigdy Mortimer zdrajca, dobrowolnieTylu śmiertelnych nie odniósłby ciosów:Niechże dziś o bunt nikt go nie potwarza.Król Henr. Percy, kłamliwe powieści mi prawisz.On z Glendowerem nigdy się nie mierzył;Ja ci to mówię; szedłby równie chętnieZ dyabłem na rękę jak z nieprzyjacielemTak niebezpiecznym jak Owen Glendower.Wstydź się, wstydź, Percy. Niechże odtąd więcejNie słyszę twoich słów za Mortimerem.Pojmanych jeńców przyślij mi co prędzej,Jeżeli nie chcesz odebrać ode mnieWieści niemiłych. — Lordzie Northumberland,Razem ci z synem odjechać pozwalam. —Przyślij mi jeńców, lub usłyszysz o mnie.

Hotspur. Nie wydam, choćby i sam dyabeł przyszedłI ryczał o nich. W trop za nim pobiegnę,I to mu powiem; ulżyć muszę sercu,Chociażby nawet kosztem mojej głowy.Northumb. Pijanyś gniewem? Zatrzymaj się chwilę;Twój stryj przychodzi (wchodzi Worcestcr).

Hotspur.  Co? nie mówić więcejO Mortimerze? Będę o nim mówił.Niech miłosierdzia dusza ma nie znajdzie,Jeśli natychmiast nie pójdę go spotkać;Z mych żył ostatnią krwi wyleję kroplę,By Mortimera podnieść zdeptanego,Wznieść tak wysoko jak ten król niewdzięczny,Usług nie pomny, przegniły Bolingbroke.Northumb. Król synowcowi twemu zmysły odjął.Worcest. Kto go tak ubódł w mej nieobecności?Hotspur. Mych wszystkich jeńców wymaga odemnie;A gdym raz jeszcze o wykupie wspomniałMojego szwagra, twarz jego pobladła,Zabójczem okiem spojrzał w me oblicze,Drżący na samą wzmiankę Mortimera.Worcest. Ganić go trudno: wszakże MortimeraNajbliższym tronu dziedzicem ogłosiłZmarły król Ryszard.Northumb.  Jego proklamacyąI ja słyszałem, gdy król nieszczęśliwy(Odpuść nam Boże krzywdy jego wszystkie!)Na tę wyprawę Irlandzką wyruszył,Z której wracając, z swojego był tronuStrącony naprzód, wnet zamordowany.Worcest. Za śmierć tę imię nasze, jak świat wielki,Jest celem gorzkich wyrzutów i hańby.Hotspur. Poczekaj; mówisz, że wówczas król RyszardOgłosił brata mego MortimeraTronu dziedzicem?Northumb.  Tak jest, sam słyszałem.Hotspur. To króla, jego kuzyna, nie ganię,Że go na pustych zamorzyć chciał górach;Lecz wy, co własną ubraliście rękąW złotą koronę głowę niewdzięcznika,Coście splamili czyste wasze imięZnakiem morderstwa dla jego miłości,Jak świata znosić możecie przekleństwo,Za jego podłe uchodzić narzędzie,

Za szubienicę, stryczek, kata nawet?Przebaczcie, jeśli tak nisko zstępuję,By wam pokazać, jaką teraz godnośćPod tym przewrotnym piastujecie królem.O hańbo! mająż szeptać dzisiaj ludzie,Mająż kroniki czasom głosić przyszłym,Że męże waszej zacności, potęgi,Jak wy, obadwa, do tak grzesznej sprawyWciągnąć się dali? (Odpuść wam to Boże)!Żeby Ryszarda, wonną różę, wyrwać,A cierń zaszczepić — tego Bolingbroka?Dodadząż ludzie, na większą ohydę,Że oszukanych z pogardą odepchnąłTen, dla którego srom ten podjęliście?Nie! jest czas jeszcze, by grzechy okupić,By wasz wygnany przywołać znów honor,Stracony świata odzyskać szacunek,Pomścić szyderstwa, obelgi i wzgardęNa dumnym królu, który dniem i nocąRozmyśla, jakby dług wam przynależnyMógł wam najczystszą krwią zapłacić waszą.Mojem więc zdaniem —Worcest.  Dość tego, kuzynie.Teraz tajemną otworzę wam księgę,A waszej bystrej odczytam niechęciRzecz wielkiej wagi, niebezpieczeństw pełną,A hazardowną, jak przejście potoku,Wezbraną falą ryczącego w głębiach,Po wiotkim moście przerzuconej dzidy.Hotspur. Jeśli most pęknie — tońmy lub przepłyńmy!Z wschodu na zachód ślej niebezpieczeństwa,Byle im drogę z południa na północKrzyżował honor, niech w zapasy idą;Krew wre goręcej gdy lwa rozbudzimy,Niż kiedy w krzakach ruszymy zająca.Northumb. Wielkich przedsięwzięć lotna wyobraźniaZa cierpliwości granice go pędzi.Hotspur. Przez Boga, myślę, że skok to nie trudny

Z księżyca rogów, jasny uszczknąć honor,Lub w głębokościach zanurzyć się morza,Do których żadna nie dosięgła sonda,Za włosy honor wyciągnąć tonący,Byleby zbawca, jeden, bez rywala,Sam mógł się ubrać w czynu swego chwałę.Precz! precz mi tylko z chwałą połowiczną!Worcest. Roje przywidzeń snują mu się w głowie,Nie widzi tylko, co widzieć należy. —Dobry kuzynie, posłuchaj mnie chwilę.Hotspur. Przebacz.Worcest.  Ci sami jeńcy twoi, Szkoci —Hotspur. Zatrzymam wszystkich, jak Bóg jest na niebie!Jednego nawet nie dostanie Szkota,Choć jeden mógłby duszę jego zbawić.Zatrzymam wszystkich, na dłoń tę przysięgam.Worcest. Gniew cię unosi, nie chcesz mnie wysłuchać.Jeńców zatrzymasz —Hotspur.  To jak słońce jasne.Tak więc wykupić nie chce Mortimera,O Mortimerze mówić mi zabrania;Ale go znajdę w śnie pogrążonego,I wrzasnę w uszy śpiącego: Mortimer!Nauczę szpaka jedynego słowa:Mortimer! petem poślę mu go w darze,Aby mu ciągle gniew jego odświeżał.Worcest. Kuzynie, słuchaj, jedno tylko słowo.Hotspur. Odtąd jedyną myślą moją będzieDręczyć i męczyć tego Bolingbroka,I księcia Walii, pysznego junaka.Gdybym nie myślał, że nie miły ojcu,Któryby chętnie szkodę jego widział,Sambym go otruł w jakim kuflu piwa.Worcest. Bądź zdrów, kuzynie, będę z tobą mówił,Gdy będziesz w lepszym humorze słuchania.Northumb. Z językiem osy, głupcze niecierpliwy,Niewieścich gniewów buchasz uniesieniem,Głuchy na słowa, jeśli nie są twoje.

Hotspur. Bo widzisz jestem, jak rózgą chłostany,Bity pokrzywą, mrówek kłuty rojem,Gdy słyszę o tym nędznym polityku,O Bolingbroku. Za Ryszarda czasów —Jak zwiecie miejsce? — niech dyabeł je bierzeGdzieś tam w Gloucestershire, gdzie siedział ten dudek,Stryj jego York, gdzie moje kolanoPrzed Bolingbrokiem zgiąłem po raz pierwszy,Gdy razem z wami wrócił z Ravenspurgha.Northumb. W zamku Berklejskim.Hotspur.  Tak jest, prawda, w Berkley.Jak cukrowane, jak mnogie pokłonyTen pies łaszący bił wtedy przede mną!„Gdy dziecko, jego fortuna, wyrośnie“;„Miły Henryku i drogi kuzynie“;Niech dyabeł porwie takie kuzynostwo!Odpuść mi Boże! — Teraz, dobry stryjuPraw mi twą powieść, ja moją skończyłem.Northumb. Jeśliś nie skończył, rozpocznij na nowo,Mamy czas czekać.Hotspur.  Skończyłem, na honor.Worcest. Więc znowu wracam do twych jeńców szkockich.Puść ich natychmiast wolno, bez okupu;Syna Douglasa użyj za narzędzieZaciągów w Szkocyi; mam powody myśleć,Że rzecz ta żadnych nie dozna trudności,I te niebawem na piśmie ci prześlę. (Do North.).Gdy syn twój w Szkocyi sprawą się tą zajmie,Staraj się wcisnąć tajemnie do sercaUkochanego przez wszystkich prałata,Arcybiskupa —Hotspur.  Yorku, nie prawda?Worcest. Zgadłeś. Głęboką zbudziła w nim żałośćŚmierć jego brata, lorda Scroop, w Bristolu.Wszystko co mówię nie czczym jest domysłem,Nie przywidzeniem; wszystko, jestem pewny,Ukartowane, dobrze obmyślone,Czeka jedynie na dobrą sposobność,

Aby wybuchnąć.Hotspur.  Ha, na trop już wpadłem.Na honor, wszystko cudownie się plecie.Northumb. Zawsze ty charty spuszczasz, nim zwierz ruszy.Hotspur. Trudno wymyśleć coś doskonalszego.A więc zastępy z Yorku i SzkocyiDo Mortimera pociągną, nie prawda?Worcest. Tak jest.Hotspur.  Przysięgam, plan rzadkiej mądrości.Worcest. Ważne powody pośpiech nakazują.By głowę podnieść, nim głowy nam spadną.Pomimo wszelkiej potulności naszejZawsze król naszym dłużnikiem się czuje,Przypuszcza, że się sądzim pokrzywdzeni,Czeka też pory, by nas pokwitować.Patrzcie, już zaczął swej łaski obliczeOdwracać od nas.Hotspur.  Prawda, zaczął, zaczął,Musim się pomścić.Worcest.  Żegnam cię kuzynie.Nim co rozpoczniesz, na listy me czekaj;Doniosę, kiedy chwila czynu przyjdzie,A przyjdzie wkrótce. Tajemnie się udamDo Glendowera i lorda Mortimer,Tam ty i Douglas i nasze zaciągi,Wedle mych planów, szczęsnie się zejdziecie,By silną dłonią naszą wznieść fortunę,Która się dzisiaj chwieje niebezpiecznie.Northumb. Bądź zdrów! Mam ufność, że rzecz pójdzie dobrze.Hotspur. Żegnam cię stryju. Wzdycham do godziny,Gdy bojem zagrzmią góry i doliny (wychodzą).

Lady P. Dlaczego, mężu, zawsześ tak samotny?Com przewiniła, że od dwóch tygodniJestem wygnanką łożnicy Henryka?Powiedz, mój drogi, co ci odebrałoZłoty sen, radość dawną i apetyt?Czemu wlepione twoje oczy w ziemię,A gdyś samotny co dgrania twe znaczą?Czemu rumieniec z twojej uciekł twarzy?Czemuś me skarby, me do ciebie prawa,Przeklętym smutkom i marzeniom oddał?W śnie twoim lekkim czuwałam nad tobą;O wojnie krwawej w marzeniu mruczałeś,Rozhulanego zataczałeś konia,Wołałeś: śmiało! naprzód! rozprawiałeśO oblężeniach, wycieczkach, odwrocie,O palisadach, twierdzach, parapetach,

O bazyliszkach, działach, szmigownicach,Wykupie jeńców, ginących rycerzach,O wszystkich bitwy zażartej przygodach.Tak dusza twoja zaciekła się w boju,Tak we śnie twoją miotała istnością,Że pot wystąpił kroplami na czołoJak bańki wody na wezbrane fale.Twoje oblicze dziwnie się kurczyło,Jak twarz człowieka, co oddech wstrzymujeW zbytnim pośpiechu. Co wszystko to znaczy?Mąż mój wyplątany w ważną jakąś sprawę;Muszę ją wiedzieć, lub już mnie nie kocha.Hotspur. Hola! (Wchodzi sługa).Czy Gilliams wyjechał z pakietem?Sługa. Wyjechał panie, godzina już temu.Hotspur. Czy Butler z końmi wrócił od szeryfa?Sługa. Właśnie jednego przyprowadził konia.Hotspur. Z podstrzyżonemi uszami deresza?Sługa. Tak jest.Hotspur.  Ten deresz tronem moim będzie.Wraz go dosiędę. Naprzód! Esperance!Niech go do parku Butler przyprowadzi.

Lady P. Słuchaj mnie, mężu.Hotspur.  Co mówić chcesz, żono?Lady P. Co cię z własnego domu tak unosi?Hotspur. Mój koń, kochanie.Lady P.  Drogi postrzeleńcze,Łasica mniej ma od ciebie kaprysów.Lecz muszę, muszę sprawę twoją wiedzieć,Muszę. Henryku. Bardzo się obawiam,Że brat mój swoich praw chce poszukiwać,I pewno teraz wzywa cię na pomoc.Jeśli tam pójdziesz —

Hotspur.  Piechotą, kochanie,Daleka podróż zbytby mnie zmęczyła.Lady P. No, no, papużko, dość tego, a terazOdpowiedz jasno na moje pytania.Jeśli mi całej nie wyjawisz prawdy,Małym ci palec gotowa jest złamać.Hotspur. Skończmy, figlarko. Ja, kochać cię, Kasiu?Ja cię nie kocham, ja nie dbam o ciebie,Bo to nie pora w lalki się dziś bawić,Albo harcować na pocałowania;Krwi dzisiaj trzeba, czaszek potrzaskanych.O Boże, koń mój! — Co chciałaś powiedzieć?Lady P. Więc mnie nie kochasz? nie kochasz, na prawdę?To i nie kochaj. Odkąd mnie nie kochasz,I ja też nie chcę samej siebie kochać.Więc mnie nie kochasz? Powiedz mi, Henryku,Czy mi to mówisz na prawdę, czy żartem?Hotspur. Chodź, jeśli chcesz mnie na koniu zobaczyć,A raz na koniu, przysięgnę ci, Kasiu,Że nieskończenie kocham cię. Lecz słuchaj:Nie chcę na przyszłość, abyś mnie pytała,Dokąd wyruszam i dlaczego jadę.Gdzie muszę, muszę. Aby raz rzecz skończyć,Dziś, dobra Kasiu opuścić cię muszę.Wiem, żeś roztropna, lecz nie roztropniejszaOd żony Percy Henryka; wytrwała,Kobieta jednak; co do tajemnicy,Wiem, że od ciebie skrytszej znaleźć trudno.I o tem silnie jestem przekonany,Że czego nie wiesz, tego nie wygadasz,I, dobra Kasiu, o tyle ci ufam.Lady P. O tyle tylko?Hotspur.  Ani na cal więcej.Lecz słuchaj Kasiu, gdzie ja, ty pojedziesz;Ja, dzisiaj wieczór, a ty, jutro rano;Czy dość ci na tem?Lady P.  Gdzie mus, trudny opór.

Mortimer. To przyrzeczenia piękne, ludzie pewni;Taki początek piękną wróży przyszłość.

Hotspur. Lordzie Mortimer, kuzynie Glendower,Zasiądźcie, proszę.A ty, mój stryju — a tam do szatana,Mapym zapomniał.Glendow.  Nie, mam ją pod ręką.Siądź, Percy, dobry kuzynie Hotspurze;Ilekroć imię to Lancaster wspomni,Twarz jego blednie, i z ciężkiem westchnieniemŻyczy ci, żebyś w niebie teraz siedział.Hotspur. A ty znów w piekle, ilekroć usłyszyGroźne nazwisko Owena Glendower.Glendow. Ganić go trudno; kiedy się rodziłem,Cały firmament był jakby w płomieniach,A ziemi nawet silne podwaliny,Jakby tchórz jaki, ze strachu się trzęsły.Hotspur. Jakby się trzęsły, gdyby o tej porzeKocica matki twojej się kociła,Nie ty się rodził.Glendow.  Mówię, ziemia drżała,Gdym na świat przyszedł.Hotspur.  A więc ja ci powiem:Nie była ziemia jednej ze mną myśli,Skoro przypuszczasz, że drżała ze strachu.Glendow. Gorzało niebo, a ziemia się trzęsła.Hotspur. To ziemia drżała przed nieba ogniami,A nie dlatego, że ty się rodziłeś.Chora natura nieraz dziwnie bucha;Ciężarna ziemia, jak kolkami sparta,W swoich wnętrznościach wiatr trzyma zamknięty,Co się szamocząc i szukając wyjścia,Ziemią, tą biedną staruszką, potrząsa,Wali dzwonnice i mchem kryte wieże.W dzień twych urodzin ziemia, nasza babka,Trzęsła się w takiej choroby napadzie.Glendow. Mało jest ludzi, których sprzeciwianieZnosić przywykłem; pozwól więc, kuzynie,Że ci powtórzę, iż w dniu mych urodzinCały firmament był jakby w płomieniach,

Z gór uciekały kozy, przeraźliwieRyczały trzody na przelękłych polach:To były znaki mej nadzwyczajności,A mego życia świadczy bieg, żem nie jestWpisany w rejestr ludzi pospolitych.Gdzie żyje człowiek otoczony faląBijącą brzegi Anglii, Szkocyi, Walii,Który mnie uczniem nazwać swoim może?A jednak syna niewiasty mi pokażZdolnego sprostać mi na trudnej drodzeGłębokich nauk i sztuk tajemniczych?Hotspur. O wiem, wiem, lepiej od ciebie nie mówiNikt po walijsku. Lecz czas już na obiad.Mortimer. Daj pokój, Percy, on gotów oszaleć.Glendow. Z głębin otchłani duchy mogę wołać.Hotspur. I ja to mogę, i lada kto może;Ale czy przyjdą na twoje wołanie?Glendow. Mogę cię nawet nauczyć, kuzynie,Jak rozkazywać dyabłu.Hotspur.  A ja ciebie,Jak upokorzyć dyabła mówiąc prawdę:Więc mów, mów prawdę i dyabła upokorz.Jeśli posiadasz moc dyabła wywołać,Niechże tu przyjdzie, a ja ci przysięgam,Że mam moc stąd go wypędzić ze wstydem.O, póki żyjesz mów prawdę, wstydź dyabła.Mortimer. Skończcie, już dosyć tej czczej gadaniny.Glendow. Trzykroć Bolingbroke chciał czoło mi stawić,Trzykroć u brzegów piasczystej SewernyMusiał swe buty spalić i uciekaćPrzez grad i słotę.Hotspur.  Przez słotę bez butów?Jakże u dyabła febry tam nie dostał?Glendow. Spojrzcie na mapę; czy mamy te ziemieWedle układów na troje rozdzielić?Mortimer. Archidiakon skreślił już na karcieTrzy równe działy: dla mnie, tę część AngliiOd Trent i Sewern na wschód i południe;

Walia, na zachód od Sewerny brzegów,I cały żyzny rozłóg w tych granicachBędzie własnością Owena Glendower;Wszystko nakoniec co od Trent na północ,Do ciebie, drogi kuzynie, należy.Wygotowany już w trzech kopiach kontraktMamy nawzajem opatrzyć w pieczęcie,Co nam nie trudno dzisiaj wieczór skończyć.Jutro ze świtem ja i ty, kuzynie,I lord Worcester wyruszamy razem,Aby, stosownie do dawnej umowy,Spotkać w Shrewsbury i Szkotów zaciągi,I twego ojca. Jeszcze dziś nie gotówMój teść Glendower, jego też nam pomocPrzed tygodniami dwoma nie potrzebna. (Do Glend.)Tymczasem, ojcze, będziesz mógł zgromadzićTwoich lenników, przyjaciół, sąsiadów.Glendow. Prędzej ja do was przyciągnę, panowie,I żony wasze pod moją eskortą,Które ukradkiem musicie dziś rzucić,Jeśli nie chcecie, żeby przy rozstaniuŁez słonych morze z ich ócz popłynęło.Hotspur. Mnie się wydaje, że mniejszą od waszychJest ta część moja na północ od Burton.Patrzcie, jak rzeka w mą się glebę wgryza,Mych ziem najlepszych ogromny półksiężycNa szkodę moją swem odkrawa zgięciem.Tu rzucę tamę, by nowym kanałemLały się prosto srebrne wody Trentu,Wić się przestały jak wąż pośród granic,Gruntów mi moich nie kradły bogatych.Glendow. Wić się przestały? Widzisz, że się wiją,I wić się muszą.Mortimer.  Tak jest, zważaj tylko,Jak się tu ku mnie zwraca na mą szkodę,I z tej tu strony tyle mi zabiera,Co z tamtej twoim odjęła dzielnicom.Worcest. Tama nie wielkim rzucona tu kosztem,

Cały północny odzyskuje cypel,A rzece daje bieg prosty i równy.Hotspur. Tak chcę, tak będzie, a koszta są małe.Glendow. Nie, tak nie będzie.Hotspur.  A kto mi przeszkodzi?Glendow. Ja.Hotspur.  Więc mów, proszę, bym cię nie zrozumiał,Mów po walijsku.Glendow.  Równie jak ty dobrzeI po angielsku mogę się wysłowić,Bo na angielskim dworze się chowałem,I tam niejednę piosneczkę angielskąZ towarzyszeniem harfy ułożyłem,Dodając nowych wdzięków językowi:Przymiot, którego w tobie nie dojrzano.Hotspur. A za to dzięki panu Bogu składam.Wolałbym kotem zostać i miauczećRaczej niż jednym z owych bańdurzystów.Milsze mi brzęki lichtarzy miedzianych,I milsze koło skrzypiące na osi.Nic mię nieznośniej po uszach nie drapie,Jak te mizdrzenia pieśni rymowanych:To chód nierówny kulawego szkapy.Glendow. Odwróćże sobie, skoro chcesz, bieg Trentu.Hotspur. Czy ja dbam o to? Trzykroć tyle ziemiZasłużonemu dam przyjacielowi;Ale pamiętaj, że gdzie o targ chodzi,Dziewiątej części włoska nie ustąpię.Czy akt gotowy? Kiedy odjeżdżamy?Glendow. W pełni jest księżyc; możecie tej nocy.Pośpiech nakazać idę pisarzowi,Napomknąć żonom waszym o odjeździe.Trochę się lękam o córki mej rozum,Tak zakochana w swoim Mortimerze (wychodzi).Mortimer. Wstydź się, kuzynie Percy, jak też możeszTak się mojemu sprzeciwiać teściowi!Hotspur. Ha, trudna rada. Często mnie oburza,Prawiąc historye o krecie i mrówce,

O drzymiącego Merlina proroctwach,O smoku, rybie bez płetw i o gryfieZ obciętem skrzydłem, pierzącym się kruku,Skaczącym kocie, lwie spoczywającym,I tym podobnych bez sensu andronach,Co mi cierpliwość z wiarą odejmują.Czy mi uwierzysz? toć ostatniej nocyPrzez jakie dziewięć godzin mi wyliczałNazwiska dyabłów, co mu pachołkują.Hm, hm, wołałem, dobrze, ciągnij dalej,Choć nie słuchałem jednego wyrazu.Nudny to człowiek, jak rumak zmęczony,Jak zrzędna żona, a gorszy dalekoNiż dymna izba. Wolę żyć samotnyW jakim wiatraku o serze i czosnku,Niż jeść łakocie w rozkosznej altanie,A przysłuchiwać jego się powieściom.Mortimer. Szlachcic to jednak poważania godny,Nauki pełny, a wtajemniczonyW dziwne sekreta, jako lew waleczny,Wdzięczny, uprzejmy, a pełen szczodroty,Jak w Indyach miny. Mamże ci powiedzieć?On twój charakter tak ceni wysoko,Że gwałt swej własnej naturze zadaje,Gdy się sprzeciwiasz jego humorowi.Wierzaj mi, niema na ziemi człowieka,Coby go drażnić jak ty się odważył,A nie skosztował gniewu jego skutków.Często z nim, błagam, nie chciej tak poczynać.Worcest. To prawda, Percy, zbyt jesteś swawolny.Odkąd tu jesteś, zrobiłeś już dosyć,Aby mu wszelką odebrać cierpliwość.Lecz musisz z tego błędu się poprawić,Który, choć często znaczy wielkość, męstwo,I krwi szlachetność, jak w twojej osobie,To częściej zdradza szorstką popędliwość,Brak wychowania i władzy nad sobą,Dumę, wzgardliwość i zarozumienie.

Z wad tych najmniejsza, w szlachcicu odkryta,Miłość mu ludzką wykrada, a plamęNa wszystkich jego wyciska przymiotach,Która im cały urok ich odbiera.Hotspur. Toż wziąłem lekcyę! daj wam Boże zdrowie!To żony nasze; czas się z nimi żegnać.

Mortimer. Jakaż to męka, że ja po walijsku,A po angielsku ma nie mówi żona!Glendow. Ma córka płacze, nie chce cię opuścić,Chce być żołnierzem, na wojnę iść z tobą.Mortimer. Powiedz jej ojcze, że z ciotką mą, Percy,Pośpieszy za mną pod twoją eskortą.

Giendow. Uparta dziewka, ani chce ustąpić;Żadna perswazya nic u niej nie wskóra.

Mortimer. Rozumiem piękny spojrzeń twoich język,Z tych wzdętych niebios płynące wyrazyRozumiem dobrze, gdybym się nie wstydził,W tymże języku dałbym ci odpowiedź.

Rozumiem także twe pocałowania,Tak jak ty moje; tkliwa to rozmowa;Lecz nie dam sobie chwili wypoczynku.Póki się twojej nie nauczę mowy;Twój język bowiem tym walijskim dźwiękomDaje piosneczek harmonijnych urok,W letniej altanie, przez piękną królowę,Nuconych wdzięcznie przy odgłosie lutni.Glendow. Jeśli ty miękniesz, ona oszaleje.

Mortimer. Ach, na to jestem wcielonym nieukiem.Glendow. Chce, żebyś usiadł na miękkiem sitowiu,Twe drogie czoło na łonie jej złożył,Ona zanuci pieśń, ci ulubioną,Na twe powieki boga snu przywoła,

Rozkoszną ciężkość po krwi twej rozleje,I tak czuwanie ze snem ci popląta,Jak poplątana ciemność jest ze światłemGodziną przody, nim u wschodu bramy,W złotych przyborach, ogniste rumakiPodróż rozpoczną po niebieskich szlakach.Mortimer. Z całego serca, siądę, będę słuchał;Tymczasem, myślę, akt będzie spisany.Glendow. Siądź, a muzyka co ma ci przygrywać,Wisi w powietrzu stąd o mil tysiące,Lecz wraz przybędzie; siadaj więc i słuchaj.

Król Henr. Ustąpcie teraz, bo z książęciem WaliiChwilę prywatnej rozmowy mieć pragnę;Nie opuszczajcie jednak murów zamku,Bo was niedługo będę potrzebował.

Nie wiem, za jakie ciężkie moje grzechyBóg w tajemniczych rozrządził wyrokach,Że z krwi się mojej zrodziła ma chłosta.Bieg twego życia wierzyć mnie przymusza,

Że cię jedynie niebo naznaczyłoNa zemsty rózgę za me przewinienia;Inaczej bowiem nizkie namiętności,Nikczemne, podłe, rozpustne zachcianki,Marne rozkosze i nieokrzesanychKoło przyjaciół, w które sam się wplotłeś,Z twej krwi wielkością mogłyżby iść w parze,Stawać do równi z książęcem twem sercem?Ks. Henr. Jakżebym pragnął, miłościwy panie,Tak wszystkie wady me usprawiedliwić,Jak mi nie trudno będzie się oczyścićZ mnogich oskarżeń na mnie zaniesionych.Pozwól mi tylko na względność twą liczyć,Gdy fałsz niejednej wykażę powieści,Którą w królewskie szepce nieraz uchoPodły nowiniarz, z lizusa uśmiechem,Pozwól rachować na twe przebaczenie,Gdy szczerym żalem pewne błędy wyznam,W które się młodość moja zabłąkała.Król Henr. Odpuść ci Boże! lecz dziwić się muszę,Jak twe zapędy mogły się odstrychnąćOd przodków twoich szczytnego polotu.Twe miejsce w Radzie straciłeś prostactwem,I brat twój młodszy zastąpić cię musiał.Wszystkie już prawie postradałeś sercaMojego dworu i krwi mojej książąt;Wszystkie nadzieje o twojej przyszłościZmarniały dawno; każdy mój poddanyProroczym duchem upadek twój widzi.Gdybym tak szczodry był w mej zażyłości,Tak ludzkim oczom się pospolitował,Tak się sromocił gminnem towarzystwem,Opinia, co mi do tronu pomogła,Posiadaczowi zostałaby wierną,W cieniach wygnania do dziś zostawiłaMężem bez wpływu, blasku i znaczenia.Rzadko widziany, każdym moim ruchemBudziłem ludzki podziw jak kometa;

„To on“, wołały matki do swych dzieci;Wszyscy pytali: „kto? gdzie jest Bolingbroke?“Potem uprzejmość wszelką niebum wykradł,Takiej pokory płaszczem się odziałem,Że hołdy wszystkie składały mi serca,Z wszystkich ust głośne witały okrzykiW monarchy nawet mego obecności,To też mój urok świeżość swą zachował,Moja obecność, jak kapłańska szata,Budziła podziw gdzie się pojawiła;Widok mój rzadki, lecz świetny, był świętem,Rzadkością zyskał swoją uroczystość.Z miejsca na miejsce król się wałęsającW kole trefnisiów, których pusty dowcip,Jak chrustu wiązka, gasł zaledwo błysnął,Zużywał swego majestatu dzielność,Godność królewską w błaznów błocie nurzał,Swe wielkie imię szyderstwem ich kalał,Swoją dostojność wydał dobrowolnieNa pastwę żartom i śmiechom swych paziów,Lada wyrostka urągań był celem,A po ulicach wciąż się wałęsając,Ulicznych tłumów stał się też lennikiem,Codzień ich oczy swym widokiem karmił,Wszystkie też miały tego miodu przesyt,Wszystkie uczuły wstręt do tej słodyczy,Której najmniejszy nad mało dodatekDla podniebienia więcej jest niż wiele.Gdy też miał kiedy potrzebę wystąpićBył jak kukułka w czerwcu, choć ją słyszy,Nikt o nią nie dba: naród nań poglądałZ przyzwyczajenia okiem przytępionem,Bez ciekawości natrętnej, bez dziwu,Z jakiem na słońce majestatu patrzy,Co wielbicieli rzadko świeci oczom;Lud nań poglądał źrenicą uśpioną,Na pół zamkniętą, pół senną powieką,Z wyrazem twarzy, z jakim rozgniewany

Na przeciwnika swojego pogląda,Widokiem jego syty, przepełniony.I ty, Henryku, na tę wbiegłeś drogę,Twe przywileje straciłeś książęceW motłochu śmieciach; nie znajdziesz też okaNie znudzonego twym ciągłym widokiem,Tylko me częściej pragnie cię oglądać,Bo i dziś nawet, mimo mojej woli,Przez głupią czułość, ślepe na twe wady.Ks. Henr. Na przyszłość, trzykroć miłościwy panie,Wierzaj mi, będę więcej samym sobą.Król Henr. Jakim dziś jesteś, był podówczas Ryszard,Gdym w Ravenspurghu z Francyi wylądował;Jakim ja wtedy, takim Percy dzisiaj;A na me berło, na moje zbawienie,Do tronu Anglii lepszy on ma tytułNiźli ty, cieniu dziedzica korony;Bo on, bez prawa, bez pozoru prawa,Tłumami zbrojnych zalał nasze pola,Lwiej paszczy stawia nieulękłe czoło,A choć nie więcej jak ty latom dłużny,Podeszłych lordów, wielebnych biskupówNa plac morderczych prowadzi zapasów.Jakiejże chwały nieśmiertelne żniwoZebrał już w boju przeciw Douglasowi,Którego czyny, gorące napady,Którego imię w stu bitwach wsławionePierwszym go z wszystkich zrobiły żołnierzy,Dały mu tytuł pierwszego rycerzaPo wszystkich ziemiach wiary chrześcijańskiej.Trzykroć ten Hotspur, nowy Mars w pieluchach,To dziecię-żołnierz, wielkiego DouglasaNa głowę pobił, raz w niewolę pojmał,Wolność mu wrócił, skojarzył z nim przyjaźń,Tak, że zuchwałym dziś wyzwania głosem,Tronu mojego wstrząsa podwaliny.A ty, co na to? Percy, Northumberland,I arcybiskup wielebny Yorku,

Douglas, Mortimer przymierzem związani,Powstali na mnie; ale co dla ciebie,Podobne wieści? Na co mi się przydaO wrogach mówić do ciebie, Henryku,Który najbliższym moim jesteś wrogiem?Co może pierwszy, w trwodze niewolniczej,W nizkości uczuć, w wybuchach kaprysu,Uderzysz na mnie, jurgieltnik Percego,U stóp się jego czołgając jak kądel,Każdemu jego posłuszny skinieniu,Aby twą całą wyrodność objawić.Ks. Henr. Nie myśl tak, ojcze; nie, nie, tak nie będzie.Niech Bóg przebaczy tym, co potrafiliDo tego stopnia odwrócić ode mnieTwoją przychylność, miłościwy panie!Odkupię wszystko na głowie Percego.Pierwszy bój krwawy da mi moje prawoŚmiało powiedzieć, żem twoim jest synem,Gdy odzież moja krwią się pomaluje,Kiedy twarz moja krwawą maskę włoży,Która omyta hańbę moją zmyje.Dzień mi ten zejdzie, w którym po raz pierwszy,To chwały dziecię, ten Hotspur waleczny,Ten pierwszy rycerz ze wszystkich rycerzy,Z twym zapoznanym Henrykiem się spotka.Na hełmie jego bodaj każdy honorStokroć się zmnożył! bodaj na mej głowieKażda ohyda w dwójnasób się wzmogła!Bo przyjdą czasy, w których ten północyZuchwały młodzik całą swoją chwałęDać musi w zamian za moją niegodność.Panie mój, Percy tylko jest oraczem,Co dla mnie zbiera czynów świetnych plony;Tak ścisłej liczby od niego zarządam,Że każdą chwałę będzie musiał zwrócić,Ludzkich uwielbień choć najmniejszą szczyptę.To, w imię Boga, przyrzekam ci, ojcze;Gdy on w swej łasce da mi się uiścić,

Niech twej dobroci balsam zgoi ranyMej zastarzałej niewstrzemięźliwości;Gdy nie, żywota koniec zrywa wszystko;Jam gotów raczej tysiąc razy umrzeć,Niż śluby moje zgwałcić choć na jotę.Król Henr. To wyrok śmierci buntowników kroci.Hufce ci moje z ufnością powierzam. (Wchodzi Blunt).Co tam nowego? z twych oczu znać pośpiech.Blunt. Pośpiechu żąda sprawa, którą niosę.Mortimer z Szkocyi przysyła nowiny,Że Douglas już się połączył w Shrewsbury,Jedynastego dnia tego miesiąca,Z buntownikami; nigdy większy zastęp,Byle z nich każdy w przedsięwzięciu dotrwał,Ziemi tej burzą nie groził straszniejszą.Król Henr. Dzisiaj wyruszył hrabia Westmoreland,A z nim pociągnął syn mój, Jan z Lancaster,Bo te nowiny są już pięć dni stare.Ty, mój Henryku, w przyszłą środę ruszysz,Ja sam we czwartek; Bridgenorth miejsce zejścia.Henryku, weźmiesz drogę na Gloucestershire.Biorąc na wagę wszystkie nasze sprawy,Upłynie jeszcze jakich dni dwanaście,Nim w Bridgenorth wszystkie skoncentrujem siły.Idźmy! spraw ważność pośpiechu nas uczy,A każda zwłoka wrogów naszych tuczy. ( Wychodzą).

Hotspur. Dobrześ rzeki, Szkocie, i gdyby słów prawdyWiek nasz wykwintny nie brał za pochlebstwo,Takie świadectwo Douglasby odebrał,Że żaden żołnierz w naszych bity czasachRównego jemu obieguby nie miał.Bóg mi jest świadkiem, pochlebiać nie umiem,Z duszy się brzydzę lizusa językiem,Ale nikt w serca mojego głębinachLepszego miejsca niż ty nie zajmuje;Jeśli chcesz, słowa moje weź na próbę.Douglas. O wiem, tyś królem honoru. Co do mnie,Tak potężnego świat ten nie zna męża,Któremu kroku dotrzymaćbym nie śmiał.Hotspur. Dotrzymaj, lordzie, a wnet sprawa naszaSkończy się dobrze. (Wchodzi posłaniec z listami.)Cóż to są za listy?(Do Douglasa) Na teraz tylko dziękować ci mogę.Posłaniec. Przynoszę listy od twojego ojca.Hotspur. Listy od ojca? Czemuż sam nie przyszedł?Posłaniec. Bo sam przyjść nie mógł; w ciężką popadł niemoc.Hotspur. Do kata! jak on czas na niemoc znalazłW tej zawierusze? A kto go zastąpił?Pod czyją wodzą hufce jego ciągną?Posłaniec. Nie ja, lecz list ten myśli jego niesie.Worcest. Czy go o łoże powaliła niemoc?Posłaniec. Nim wyruszyłem, dni już cztery leżał,A w samej chwili mojego odjazduŹle o nim jego tuszyli lekarze.Worcest. Wolałbym, żeby wyzdrowiały sprawyPrzód nim on zapadł. Nigdy jego zdrowie

Nie było dla nas tak drogie jak dzisiaj.Hotspur. Chory! omdlały! Ta jego chorobaNaszych przedsięwzięć krew najlepszą warzy,I do obozu naszego przesiąka.Pisze mi, że to wewnętrzne cierpienia;Że wszystkich na czas pościągać przyjaciółPrzez posłanników było niepodobna,Że mu stosowną nie zdało się rzecząSprawę tak wielką, ważną, niebezpieczną,Z rąk swych wypuszczać, innemu powierzyć;Jednakże śmiałą przesyła nam radę,Aby próbować szczęścia z naszą garstką,Bo niepodobna, mówi, cofnąć kroku,Gdy niewątpliwie już król wie o wszystkiem.Co mówisz na to?Worcest.  Ojca twego słabośćJest paraliżem dla nas.Hotspur.  Ciężką raną,Jakby nam rękę uciął nieprzyjaciel.Lecz nie, na honor, jego nieobecnośćNie jest tak zgubna jakby się zdawało.Bo rozważ tylko, byłożby roztropnieNa jednę kartę skarb nasz cały stawić,I ryzykować całe nasze mienieNa hazard jednej, wątpliwej godziny?Tożbyśmy wrogom naszym pokazaliNaszych nadziei treść całą i duszę,I kresy naszej fortuny ostatnie.Douglas. I ja zupełnie twe podzielam zdanie.Skoro nam odwód zostaje potężny,Śmiało możemy tem co tu szafowaćW nadziei tego, co nam przyszłość chowa.Hotspur. Tam pewny dla nas odwrót i posiłek,Plac zboru, twierdza, bezpieczne schronienie,Jeśli na naszych przedsięwzięć dziewictwoNieszczęście jakie z dyabłem się sprzysięże.Worcest. Wolałbym jednak, by tu był twój ojciec.Nasz plan subtelny nie cierpi rozdziału;

Pomyślą bowiem ludzie nieświadomiPowodów jego tu nieobecności,Że hrabia nasze potępia działaniaPrzez swoją mądrość i wierność królowi.Rozważ, jak zdolne takie przypuszczenieOstudzić zapał naszego stronnictwa,W powątpiewanie sprawę naszą poddać.Wiecie, że pierwsi biorąc się do szabli,Strzedz się musimy od zbytku rozwagi,I szczelnie wszystkie pozatykać szpary,Któremi oko mogłoby rozumuRzucić ciekawe swe na nas spojrzenie.Teraz, twojego ojca nieobecnośćZdziera zasłonę, i w całej nagościNiebezpieczeństwo stawia nieświadomym,O którem przody ani się im śniło.Hotspur. Nazbyt głęboko twoich szukasz wniosków;Ja znów inaczej tłómaczę tę sprawę:Widzę, że ojca mego nieobecnośćBlask rzuca większy na śmiały nasz zamach,Lepsze mniemanie u świata nam jedna,Bo ludzie będą zmuszeni przypuścić,Że jeśli możem bez jego pomocyCałej monarchii śmiałe stawić czoło,To połączeni z jego hufców siłą,Przewrócim wszystko do góry nogami.Wszystko więc jeszcze bezpieczne i całe.Douglas. Jak pragnie serce. Zresztą, w naszej SzkocyiNikt jeszcze słowa: trwoga, nie wymówił.

Hotspur. Mój kuzyn, Vernon! Witamy cię z duszy.Vernon. Daj Boże, aby godne powitaniaWieści me były! Hrabia WestmorelandZ siedmiotysięczną armią na nas ciągnie,Z nim Jan Lancaster.Hotspur.  Nic złego; co więcej?Vernon. Słyszałem także, że i król wyruszył,Że forsownymi śpieszy tu marszami

Na czele hufców licznych i potężnych.Hotspur. I jego także z radością zobaczym.A szybkonogi wartogłów, syn jego,Gdzie Walii książę z swych przyjaciół kołem,Co to drwią z świata?Vernon.  Wszyscy wdziali zbroje,A wymuskani jak sokół, gdy z wiatremZa łupem goni, jak orzeł, co skrzydłaŚwieżo w potoku jasnej wody skąpał;Złote ich zbroje jak obrazy świecą,Jak dzień majowy ich duch pełny ognia,A ich spojrzenia jak lipcowe słońce;Jak stado koźląt swawolnych weseli,Jak młode byki zuchwali i dzicy.Na własne oczy widziałem Henryka,Z hełmem na skroniach, z blachami na nogach,Z błyszczącą szablą w ręku, jak od ziemiNiby skrzydlaty podskoczył Merkury,I dosiadł z taką snadnością rumaka,Jakgdyby anioł z chmur na ziemię zleciał,By na ognistym harcować Pegazie,I świat uczonem zachwycać toczeniem.Hotspur. Skończ, skończ, bo gorsza niż marcowe słońcePochwała twoja febrę z sobą niesie.Niech przyjdą! Przyjdą jak strojne ofiary,Które poświęcim, gorące i krwawe,Ognistookiej dziewicy Palladzie;Na swym ołtarzu zbrojny Mars zasiędzieWe krwi po uszy. Idę konia dosiąść.Polecę na nim i jak piorun spadnęNa księcia Walii, Henryk na Henryka,I koń na konia, z rąk nie puszczę stali,Póki się jeden trupem nie powali.Ach, gdzie Glendower!Vernon.  Jeszcze nie skończyłem.W moim przejeździe słyszałem w Worcester,Ze mu potrzebne dwa jeszcze tygodnie,By siły ściągnął.

Douglas.  To wieść jest najgorszaZ wszystkich poprzednich.Worcest.  Prawda, dźwięk ma zimny.Hotspur. Ile królewskie może liczyć wojsko?Worcest. Jakie trzydzieści tysięcy.Hotspur.  Przypuśćmy,Ze ma czterdzieści; choć na mego ojca,Na Glendowera choć już nie czekamy,Dość sił na wielką potrzebę tu mamy.Dzień sądny blizko; czas stawić im czoło;Gdy ginąć trzeba, to gińmy wesoło.Douglas. Nie mów o śmierci, bo przez sześć miesięcyZ jej się pogróżek śmieję i nic więcej. (Wychodzą).

Hotspur. Atakujemy tej nocy.Worcest.  Nie można.Douglas. To mu zapewni wyższość.Worcest.  Żadnej wcale.

Hotspur. Żadnej? Czy nie wiesz, na posiłki czeka.Worcest. Jak my.Hotspur. Lecz nasze bardzo są wątpliwe,A jego pewne.Worcest.  Dobry mój kuzynie,Usłuchaj rady, jeszcze noc tę czekaj.Vernon. To moje zdanie.Douglas.  Złą dajecie radę:Zimne ją serce i trwoga dyktuje.Vernon. osztem żywota dowieść jestem gotów,Że to są słowa potwarcze, Douglasie.Tam, gdzie prawdziwy woła na mnie honor,Tak jestem głuchy na trwogi podszeptyJak ty, lub inny Szkot dzisiaj żyjący.Kto z nas jest tchórzem, pokaże się, lordzie,Jutro, śród boju.Douglas.  Lub tej jeszcze nocy.Vernon. Zgoda.Hotspur.  Tej nocy, tej nocy, powtarzam.Vernon. To być nie może. Nie pojmuję wcale,Jak doświadczeni tak jak wy rycerzeNie widzą przeszkód wiążących nam dłonie.Część jazdy mego kuzyna VernonaJest w drodze, ledwo co dzisiaj przybyłaJazda twojego stryja Worcestera;Jej ogień, zapał, na pół teraz śpiące,Jej męstwo długim osłabione marszem:Żaden koń nie ma pół swojej dzielności.Hotspur. Konnica wrogów nie w lepszym jest stanie,Ciężką zwątlona drogą prawie cała;Naszej część większa dobrze wypoczęta.Worcest. Królewskie hufce przechodzą nas liczbą.Przez Boga, czekaj aż nadciągnie reszta.

Blunt. Od króla wnioski przynoszę łaskawe:Raczcie poselstwa wysłuchać cierpliwie.Hotspur. Witaj nam, panie! Boga o to proszę,Aby sir Walter stał po naszej stronie!

Niejeden z naszych w swem chowa cię sercu,Lecz i ten nawet z zazdrością poglądaNa twe zasługi, twoje dobre imię,Widząc, że jego uczuć nie podzielasz,Że z wrogów jego stanąłeś drużyną.Blunt. Uchowaj Boże, bym ją miał opuścić,Póki, wychodząc za prawości szranki,Na pomazańca głowę broń wznosicie. —Teraz z mojego iszczę się poselstwa:Król się was pyta o skarg waszych powód;Co was skłoniło, że z łona pokojuWywołujecie niezgody straszydło,A wiernej ziemi dajecie przykładyKrwawej swawoli? Jeśli kiedykolwiekKról pan o waszych zapomniał zasługach,Które, przyznaje, wielkie są i mnogie,Chce, byście wasze objawili żale,A wszystko z lichwą spłaci wam natychmiast;Przytem zupełne ręczy przebaczenieWam, i zbłąkanym przez wasze podszepty.Hotspur. Król zbyt jest dobry i wie, dobrze wiemy,Kiedy przyrzekać, kiedy trzeba płacić.Ojciec mój, stryj mój i ja, na skroń jegoKoronę, którą nosi, włożyliśmy.Kiedy dwadzieścia sześć lat ledwo liczył,Nieznany światu, wzgardzony wygnaniec,Gdy do ojczyzny chyłkiem się przekradał,Ojciec mój dał mu uczciwe przyjęcie,Gdy mu się zaklął, że wraca jedynieO swe się księstwo Lancaster upomnieć,O swe dziedzictwo i błagać o pokój,W uczciwych słowach, ze łzą niewinności.Do głębin serca ojciec mój wzruszonyPomoc mu przyrzekł i słowa dotrzymał.Ledwo ujrzeli państwa baronowie,Że stronę jego trzyma Northumberland,Mały czy wielki, czapkując pokornie,Po wsiach i miastach drogę mu zabiegał,

Czekał na mostach, witał na gościńcach,Składał ofiary, a przysiąg nie szczędził,Swoich dziedziców dawał mu na paziów,Świetnym mu tłumem wszędzie towarzyszył.Wkrótce, gdy poznał swoich sił potęgę,Krok poszedł wyżej nad to, co obiecałMojemu ojcu w krwi swojej ubóstwie,Na pustych, nagich brzegach Ravenspurghu.Niedługo, tak jest! poczyna reformęPewnych edyktów, surowych dekretów,Zbyt uciążliwych dla biednego ludu;Krzyczy na gwałty i płakać się zdajeNad nieszczęściami swej biednej ojczyzny.Tak owinięty w płaszcz sprawiedliwości,Pochwyta! serca, które chciał ułowić,I poszedł dalej; wszystkim faworytomPościnał głowy, których król zostawiłJak namiestników w swej nieobecności,Gdy na irlandzką sam pociągnął wojnę.Blunt. Nie po tom przyszedł, bym się przysłuchiwałTakim powieściom.Hotspur.  Idę więc do rzeczy;Niedługo potem króla z tronu złożył,Niedługo potem życie mu odebrał;Wnet podatkami przeciążył kraj cały;Co gorsza, okiem patrzył obojętnemGdy hrabia Marchii (co byłby mu królem,Gdyby właściciel każdy swoje posiadł)Pojmany jeniec, od dawnego czasu,W Walii daremno na swój czeka wykup;Mnie, śród szczęśliwych zwycięstw upokorzył,Chciał mnie w podstępów swoich chwycić matnię;Mojego stryja z ław Rady swej spędził;Gniewnie mojego ojca z dworu wygnał;Nowe przysięgi po przysięgach łamał,Złe złem naprawiał, na wszystkiego domiarZmusił nas szukać naszego zbawieniaW zbrojnem powstaniu, i przyjrzeć się bliżej

Wartości jego praw, które się zdająZbyt nam wątpliwe, by mogły być trwałe.Blunt. Czy mam królowi ponieść tę odpowiedź?Hotspur. Nie, nie w tych słowach. Naradzim się przody;Ty wróć do króla; jeśli nam zaręczyBezpieczny powrót dla naszego posła,Nasz stryj ze świtem pójdzie mu objawi毹dania nasze. Teraz, bądź nam zdrowy.Blunt. Radzę wam przyjąć, co wam ofiarujeŁaska i dobroć.Hotspur.  Może też przyjmiemy.Blunt. Spraw wielki Boże, by się to ziściło! (Wychodzą).

Arcybisk. W drogę, Michale; z skrzydlatym pośpiechemList ten poniesiesz do lorda Marszałka,Ten do mojego kuzyna, a resztęWręczysz każdemu wedle ich adresu.Gdybyś mógł wiedzieć, jak treść ich jest ważna,Jednejbyś chwili czasu nie zmarnował.Dworz. Treści ich, panie, domyślam się w części.Arcybisk. Bardzo być może. Jutro, mój Michale,Los wojowników’ dziesięciu tysięcyPójdzie na próbę; jutro, pod Shrewsbury,Jak niewątpliwe dochodzą mnie wieści,Król, z silną armią w pośpiechu ściągniętą,Lorda Henryka hufce atakuje.Lękam się bardzo, kochany Michale,Bacząc na niemoc hrabi Northumberland,Którego siły jądrem były związku,Na Glendowera bacząc nieobecność,Którego jakieś wstrzymały proroctwaZ zastępem, wielkiej dla powstańców wagi,Lękam się, żeby do rozprawy z królemSiły Percego nie były za słabe.

Dworz. Nie masz powodów lękać się, mój panie,Wszak jest tam Douglas, jest i lord Mortimer.Arcybisk. Mylisz się bardzo, niema Mortimera.Dworz. Ale jest Mordake, Vernon, Henryk Percy,Jest lord Worcester i tłum dzielnej szlachty.Arcybisk. Wszystko to prawda, lecz i król z swej stronyWybór całego zgromadził królestwa;Z nim książę Walii, z nim jest Jan z Lancaster,Lord Westmoreland, Blunt nieustraszony,Współzawodników dzielnych wielka liczba,Pełnych odwagi, pełnych doświadczenia.Dworz. Bądź pewny, panie, znajdą z kim się mierzyć.Arcybisk. Tak się spodziewam; lecz wolno się trwożyć,I na najgorszy przypadek, pośpieszaj.Jeśli Percemu pośliźnie się noga,Król nie rozpuści wszystkich swych zaciągów,Przody nas tutaj odwiedzić zamierza,O związku bowiem naszym ma wiadomość.Prosta roztropność wzmocnić się nam radzi.Więc śpiesz się. Ja też, bez najmniejszej zwłoki,Rozpiszę listy do innych przyjaciół.Bądź mi zdrów! Śpiesz się, kochany Michale.

Król Henr. Jak krwawe czoło, z za lesistej góry,Podnosi słońce! Na te gniewu znakiDzień zda się blednąc.

Ks. Henr.  Wicher południowyZawył jak straszna gniewu tego trąba,A świszcząc głucho po drżących drzew liściach,Dzień zapowiada groźny i burzliwy.Król Henr. To niechaj płacze nad zwyciężonymi,Bo dla zwycięzców niema dnia żałoby.

To lord Worcester. Smutno mi, milordzie,Że się w tak cierpkich schodzimy warunkach.Zawiodłeś moje najdroższe nadzieje,Zmusiłeś rzucić miękki płaszcz pokoju,A twardą stalą stare członki ścisnąć:To źle, milordzie, to źle z twojej strony.Co mi przynosisz? Czy myślą jest twojąRozwiązać znowu węzeł szpetnej wojny,I krążyć znowu po ładu orbicie,Z której tak czyste rzucałeś przód światło,Nie być, jak teraz, mglistym meteorem,ZwastunemZwiastunem trwogi i klęsk przyszłych czasów?Worcest. Słuchaj mnie, panie. Co do mnie, wyznaję,Chętniebym wieczór mojego żywotaW domowej ciszy spokojnie chciał spędzić;Nie ja szukałem dnia tego rozterek.Król Henr. Nie ty szukałeś? Skądże nam zaświtał?Falstaff. Bunt był na drodze, znalazł go w przejeździe.Ks. Henr. Cicho, papugo.Worcest.  Spodobało ci sięOdwrócić twojej łaskawości oczyOde mnie, panie, i od mego domu,Choć, niech mi będzie przypomnieć ci wolno,Pierwszych, najdroższych miałeś w nas przyjaciół.Dla ciebie, królu, za czasów Ryszarda,Laskę urzędu mego potrzaskałem,Dzień i noc biegłem, by się z tobą spotkać,Ażeby twoją ucałować rękę,Choć jeszcze wtedy nie byłeś mi równyAni fortuną, ni siłą, ni wpływem.Ja cię powiodłem, mój brat i syn jego

Do twego domu, na burzliwych czasówNiebezpieczeństwa wystawiając piersi.Ty nam przysiągłeś — było to w Doncaster —Że nie chcesz walić władzy istniejącej,Lecz się domagać o swoje dziedzictwo,Księstwo Lancaster, po Janie z Gandawy,I na to pomoc przyrzekliśmy naszą.Lecz wkrótce szczęścia deszcz spadł na twą głowę,Spadła ulewa siły i wielkości.Nasze zabiegi, króla nieobecność,Rozpustnych czasów mnogie nadużycia,Pamięć na krzywdy, które wycierpiałeś,Przeciwne wiatry, co tak długo królaW nieszczęsnej wojnie irlandzkiej trzymały,Że cała Anglia w śmierć jego wierzyła,Rój ten pomyślnych dla ciebie wypadkówMyśl ci podsunął, abyś dał się prosićO sterów rządu schwycenie w twą rękę;Z myśli ci wyszła przysięga w Doncaster.Karmiony przez nas tak nam zapłaciłeś,Jak płód niewdzięczny kukułki wróblowi,Zburzyłeś gniazdo nasze; karm’ cię naszaTak utuczyła, iż wkrótce do ciebieMiłość się nasza zbliżyć nie ważyłaZ obawy, abyś nas także nie połknął.Żeby nie zginąć, zmusiłeś nas, królu,Śpiesznem ulecieć skrzydłem z przed twych oczu,I opór stawić, tą wzmocnionym bronią.Którą ukułeś sam na siebie, panie,Przez twoje groźby, twą niesprawiedliwość,Przez pogwałcenie wszystkich twoich przysiąg,Danych w poranku twego przedsięwzięcia.Król Henr. Wiem dobrze, wszystkie te spisane żalePo rogach ulic kazaliście głosić,I z ambon czytać, by pięknym lampasemOzdobić waszą buntowniczą szatę,Schlebiać chwiejności biednych malkontentów,Którzy z radością zacierają ręce,

Gdy ich doleci wieść jakich zaburzeń.Nigdy żadnemu nie brakło buntowiNa farbach pstrzących spraw jego brudotę,Ni na żebrakach przymuszonych głodemWzdychać do chwili nieładu i wojny.Ks. Henr. Jeżeli oręż sprawę tę ma sądzić,Niejedna dusza z dwóch walecznych armijDrogo zapłaci za nasze rozterki.W mojem imieniu powiedz synowcowi,Że książę Walii, jak świat cały, wielbiHenryka Percy. Na moje nadzieje!(Obecną tylko wyłączając sprawę)Dziś nie oddycha na szerokiej ziemiSzlachcic dzielniejszy, śmielszy, lub ognistszy,Zdolniejszy chwałę swych pomnożyć czasów.Co do mnie znowu, ze wstydem wyznaję,Byłem niewierny rycerstwa nakazom,I wiem, że taki sąd jego jest o mnie.W obliczu jednak króla, mego ojca,Szczęśliwy, sławą że on mię przewyższa,Aby oszczędzić krwi drogiej dwóch armij,Oświadczam moją wolę i gotowośćDo pojedyńczej w szrankach z nim rozprawy.Król Henr. I jam gotowy na ten los cię stawić,Choć tego wzbrania względów nieskończoność. —Lecz nie, Worcester, nie; ja lud mój kocham,Tych nawet kocham, którzy ułudzeniW sprawie synowca twego broń chwycili.Jeśli chcą przyjąć łaski mej ofiarę,Tak on, jak oni, jak ty i jak każdy,Będziecie znowu mymi przyjaciółmi,Ja waszym będę. Więc bez zwłoki czasu,Idź, słowa moje powtórz synowcowi,Jego ostatnią przynieś mi odpowiedź.Jeśli uparty nie myśli ustąpić,Zemsta i kara są na me rozkazy,I powinności, gdy trzeba, dopełnią.

Idź, odpowiedzią nie kłopocz mnie teraz:Piękną ofiarę przyjmcie z roztropnością.

Ks. Henr. Lecz jej nie przyjmą, głowę za to stawiam.Douglas i Henryk z dobytym orężemZ ziemią się całą gotowi są mierzyć.Król Henr. Niech każdy zajmie swoje stanowisko,Bo gdy odmówią, uderzym natychmiast,A dobrej sprawie niech Bóg błogosławi!

Worcest. Nie, synowcowi nie możem powtórzyćWspaniałomyślnych królewskich przyrzeczeń.Vernon. Trzebaby jednak.Worcest.  To będzie nam zgubą.Podobnaż, aby król słowa dotrzymał,W sercu nam chował miłości uczucie?W ciągłem nas będzie trzymał podejrzeniu,I stare grzechy skarci w nowym błędzie.Nieufność jego ócz mu doda tysiąc,Bo zdradzie człowiek ufa jak lisowi,Co choć pieszczony, choć ułaskawiony,Swoich pradziadów chytrości nie zabył.Oblicza wyraz smutny czy wesołyZawsze nam na złe wytłómaczą widze;Będziem jak woły na tuczy w oborze,Tym śmierci bliższe, im lepiej karmione.Błędów synowca może być wymówkąMłodości ogień, krwi jego gorącość,Przezwiska nawet jego sam przywilej,Szalony Hotspur, sługa swych kaprysów.Wszystkie więc jego spadną przewinieniaNa ojca jego i na moją głowę;My go chowali, z nas przewrotność czerpał;Wszystkiego twórcy, zapłacim za wszystko.Tak więc, kuzynie, na wszelki przypadek,Niech Henryk nie wie o króla ofiarach.Vernon. Powiedz co zechcesz, ja wszystko potwierdzę.Właśnie nadchodzi.

Hotspur.  Mój stryj widzę wrócił.Puśćcie swobodnie lorda Westmoreland.Co za nowiny?Worcest.  Król nam bitwą grozi.

Douglas. Poślijmy wyzew przez Westmorelanda.Hotspur. Lordzie Douglasie, daj mu to zlecenie.Douglas. Chętnie podobne przyjmuję poselstwo (wychodzi).Worcest. W królewskiem sercu nie ma miłosierdzia.Hotspur. Czyś prosił o nie? Uchowaj cię Boże!Worcest. Nasze mu krzywdy, jego wiarołomstwoSkromniem wyłożył, on przed nami broniłKrzywoprzysięstwem swe krzywoprzysięstwo.Buntownikami, zdrajcami nas mieni,I ostrzem miecza hydne to nazwiskoSkarcić przyrzeka. (Wraca Douglas).Douglas.  Do broni! do broni!Groźnem wyzwanie w twarz Henryka rzucił,Które mu poniósł hrabia Westmoreland:Trudno, by teraz zwlekał jeszcze atak.Worcest. W obliczu króla, młody książę WaliiDo pojedynku wyzwał cię, synowcze.Hotspur. Bodaj na głowach naszych spór ten leżał!O gdyby dzisiaj nikt się nie zadyszałPrócz mnie jednego i Henryka z Monmouth!Powiedz mi, powiedz treść jego wyzwania;Czy tchnęło wzgardą?Worcest.  Nie, na moją duszę.Nigdy do boju na śmierć albo życieW skromniejszej mowie nie słyszałem wyzwań.Mógłbyś pomyśleć, że brat brata wołałNa próbę szabli, rycerską zabawę.Dzielności twojej sprawiedliwość oddał,Chwałę twą głosił książęcym językiem,Twe rozpowiadał czyny jak kronika,Wyżej cię stawił nad swoje pochwały,Które nie mogły zrównać twej dzielności.Potem, z prawdziwie książęcą godnością,Z rumieńcem wstydu sam mówił o sobie,Swą pustą młodość z taką gromił sztuką,Że zdał się razem uczniem być i mistrzem.Tu się zatrzymał. Ja zaś dodać muszę:Jeśli on zazdrość tego dnia przeżyje,

Nigdy świetniejszej nie miała nadzieiAnglia w rozpusty jego skrytej fałdach.Hotspur. Widzę, kuzynie, że się rozkochałeśW jego szaleństwach. Co do mnie, w mem życiuO rozpustniejszym nie słyszałem księciu.Niech jak chce będzie; zanim noc zapadnie,Tak go żołnierskiem mem ścisnę ramieniem,Że od uścisku w oczach mu się zaćmi.Do broni teraz! A was, przyjaciele,A was, żołnierze, silniej do potrzebyNiech powinności zapali uczucie,Niż słowa moje, w których niećwiczonyDarmobym pragnął krew waszą rozognić.

Posłaniec. Z tym listem, panie, wysłany przybyłem.Hotspur. Nie mogę teraz czytać tego listu. —Panowie, krótkie żywota są chwile,Ale je spędzić w gnuśnej bezczynności,Krótkość ta tylko zbyt byłaby długą,Chociażby żywot na skazówce siedział,I dobiegł kresów swych z godziny końcem.Jeśli przeżyjem, królów będziem deptać;Jeśli zginiemy, możnaż piękniej ginąćJak w książąt gronie? nasze też sumienieZgryzoty nie zna, bo świętą jest wojna,Gdy sprawiedliwość broń daje do ręki.

Posłaniec. Gotowość! król się z pośpiechem posuwa.Hotspur. Dzięki mu, że mi przeciął w środku mowy,Bo nie jest mojem wymowa rzemiosłem.Lecz jeszcze słowo: niech każdy z nas walczyCo mu sił stanie. Ja szabli dobywam.A hart jej ostrza dzisiaj pomalujęKrwią bohatera najszlachetniejszego,Którego spotkam śród groźnych hazardówWściekłej rozprawy. — Percy! Esperance!Naprzód! — Niech trąby ozwą się krzykliwe,Przy ich odgłosie dajmy sobie uścisk,

Bo niebo mogę przeciw ziemi stawić,Że z nas niejeden po raz już ostatniSwej uprzejmości dowód nam ten daje.

Blunt. Jakie twe imię? Dlaczego mi w bojuDrogę zabiegasz? Jakiej chwały szukaszNa mojej głowie?Douglas. Wiedz, zowię się Douglas,A tak za tobą gonię śród potyczki,Słyszałem bowiem, że ty królem jesteś.Blunt. Słyszałeś prawdę.Douglas.  Twoje podobieństwoDrogo już dzisiaj lord Stafford zapłacił,Ta szabla moja za ciebie, Henryku,Jego skarciła; ten los ciebie czeka,Jeżeli jeńcem nie uznasz się moim.Blunt. Nie na to, dumny rodziłem się Szkocie,Bym się poddawał; znajdziesz we mnie króla,Zdolnego pomścić śmierć lorda Stafforda.

Hotspur. Douglasie, gdybyś pod Holmedon walczyłZ taką dzielnością, nie mój byłby tryumf.Douglas. Skończone wszystko i wszystko wygrane;Widzisz, król Henryk bez życia tam leży.Hotspur. Gdzie?Douglas. Tu.Hotspur.  To Henryk? Mylisz się Douglasie,Twarz tę znam dobrze, dzielny to był rycerz,Blunt jego imię, a jak król był zbrojny.Douglas. Gdziekolwiek poszła, duszy twojej wszędzieNiech głupiec wiecznym będzie towarzyszem:Drogo kupiłeś tytuł pożyczony,

Czemuś powiedział mi, że byłeś królem?Hotspur. Niejeden nosi królewską dziś zbroję.Douglas. To miecz ten wszystkie zbroje te pozmiata;Sztuka po sztuce, jego garderobęBędę mordował, aż samego spotkam.Hotspur. Rzućmy się w odmęt; hufców naszych męstwoNa stronę naszą przechyli zwycięstwo. (Wychodzą).

Król Henr. Odejdź, Henryku, twa krew płynie strugą.Janie z Lancaster, bądź mu towarzyszem.Ks. Jan. I ja przód muszę krwi mej trochę wylać.Ks. Henr. Pokaż się królu, twoja nieobecnośćPrzyjaciół twoich może niepokoić.Król Henr. Wracam do boju. Lordzie Westmoreland,Prowadź Henryka do jego namiotu.Westmor. Więc pozwól, książę, niech cię odprowadzę.Ks. Henr. Mnie? Twej pomocy nie trzeba mi wcale.Uchowaj Boże, by małe draśnięcieWygnało księcia Walii z placu boju,Gdzie szlachtę naszą w krwi depczą kopyta,A buntownicy w mordach tryumfują!Ks. Jan. Westmorelandzie, czas darmo tracimy;Idźmy, gdzie nasza wzywa nas powinność.

Ks. Henr. Bóg świadkiem, żeś mnie oszukał, Lancastrze,Nie przypuszczałem w tobie tej dzielności.

Przódy jak brata kochałem cię, Janie,Teraz cię kocham jak mą własną duszę.Król Henr. Widziałem, jak się starł na szablę z Percym;Ani myślałem, że taki wyrostekW takiej rozprawie tak dzielnie się sprawi.Ks. Henr. Wszystkim nam dzieciuch ten dodaje męstwa.

Douglas. Nowy król! Rosną niby hydry głowy.Ja jestem Douglas dla wszystkich fatalny,Którzy na zbroi noszą te kolory.Kto jesteś, króla co przyjąłeś rolę?Król Henr. Jestem król Henryk; boleję Douglasie,Że tyle cieniów króla napotkałeśA nie samego króla. Dwóch mam synów,Którzy szukają ciebie i Percego;Lecz gdy szczęśliwy los cię tu sprowadził,Zmierzę się z tobą; miej się ku obronie.Douglas. Boję się, żebyś nowym nie był cieniem,Chociaż, wyznaję, królewską masz postać.Ktokolwiek jesteś, wiem, że jesteś moim;A to jest sposób, w jaki cię zwyciężę.

Ks. Henr. Nikczemny Szkocie, podnieś teraz głowę,Albo jej nigdy więcej nie podniesiesz!Męstwo Stafforda, Blunta i ShirleyaDłoń mą natęża. Jestem książę Walii,Co nigdy jeszcze daremno nie groził,Nie obiecywał bez chęci wypłaty.

Śmiało, mój królu! W jakim jesteś stanie?Posiłków żąda sir Mikołaj Gawsey,Żąda ich Clifton; lecę do Cliftona.Król Henr. Czekaj, Henryku, choć na chwilę wytchnij.Stracone dobre imię odzyskałeś,A w taką porę przynosząc mi pomoc,Dowiodłeś, że ci drogie jest me życie.Ks. Henr. Kto ci powiedział, żem twej śmierci pragnął,Bóg widzi, czarną kalał mnie potwarzą.

Gdyby tak było, nie mógłżem zostawićRęki Douglasa wzniesionej nad tobą?Wszak to był sposób równie niewątpliwy,Jak wszystkie świata całego trucizny,A syna twego od zdrady uwalniał.Król Henr. Śpiesz do Cliftona, ja poniosę pomocMikołajowi Gawsey.

Hotspur. Jeśli nie błądzę, jesteś Harry Monmouth.Ks. Henr. Mówisz, jakgdybym chciał me imię taić.Hotspur. Ja jestem Harry Percy.Ks. Henr.  To przed sobąWidzę dzielnego herszta buntowników.Ja jestem książę Walii; nie myśl, Percy,Byś dłużej chwalą mógł się ze mną dzielić:Dwie gwiazd nie mogą jedną krążyć sferą,I Anglii trudno dwa znieść królowania:Henryka Percy i książęcia Walii.Hotspur. Znosić je wkrótce ustanie potrzeba:Śmierci jednego wybiła godzina.Dalby Bóg, aby twoje teraz imięTak głośne było śród bojów jak moje!Ks. Henr. Nim się rozstaniem głośniejszem je zrobię.Wszystkie honoru pączki z twego hełmuZbiorę na wieniec dla mojego czoła.Hotspur. Nie mogę dłużej przechwałek tych słuchać. (Walczą).

Falstaff. Dobra odpowiedź, Henrysiu. Dalejże go! Henrysiu.To nie przelewki, możesz mi wierzyć.

Hotspur. Henryku, młodość wydarłeś mi moją!Łatwiej kruchego zniósłbym życia stratę,Niż chwałę twoją na mnie zarobioną;Myśl ta boleśniej duszę moją rani,Niż oręż ciało: ale ludzkie myśliNiewolnicami są ludzkiego życia,A ludzkie życie igraszką jest czasu,

I czas, pan świata, koniec swój mieć musi.Mógłbym prorocze słowa teraz wyrzec,Lecz zimna śmierci dłoń język mi wiąże.Nie, Percy, jesteś tylko prochu garstką,Strawą — (umiera).Ks. Henr.  Robaków, mój waleczny Percy.Żegnam cię wielkie bohatera serce!Jak się ściągnęłaś dumo źle utkana!Dopóki dusza w tem mieszkała ciele,Królestwo ciasną było mu siedzibą,Dwa teraz kroki najpodlejszej ziemiDosyć dla niego. Ziemia ta co dźwigaTwe ciało, nie ma żyjącego mężaTwojej dzielności. Percy, gdybyś jeszczeNa mych uwielbień czuły był oznaki,W swoich uczuciach mniej byłbym wylany.Twarz porąbaną pozwól mi osłonić;Przez wzgląd na ciebie sam sobie dziękujęZa tę oddaną usługę przyjaźni.Bądź zdrów! Do nieba chwałę twoją zabierz!Hańba niech twoja w grobie twym śpi z tobą,Ale nagrobek twój niech o niej milczy!

Stara znajomość! Toż wszystko to ciałoTrochę żywota nie mogło utrzymać?Bądź zdrów, mój Jasiu! Łatwiejby mi byłoStracić lepszego od ciebie człowieka.Twoja utrata ciężkąby mi była,Gdybym się szczerze w pustocie zakochał.Śmierć dziś tłustszego nie zwaliła zwierza,Choć niejednego lepszego rycerza.Nim cię w grób złożę balsamowanego,Śpij na krwi łożu, przy boku Percego (wychodzi).

Król Henr. Taka to zawsze na bunt spada kara.Lordzie Worcester, pośle przeniewierczy,Przez twoje usta wszystkim wam posłałemMe przebaczenie, łaskę, miłość moją,A tyś słów moich przekręcił znaczenie,Twego synowca ufność oszukałeś.Trzech z mojej strony zabitych rycerzy,I hrabia jeden, i tysiące innychTejby godziny cieszyło się życiem,Gdybyś jak dobry poniósł chrześcijaninPoselstwo moje armii buntowników.

Worcest. Szedłem za radą mego bezpieczeństwa,A jestem gotów znieść wszystko cierpliwie,Co na mnie spadnie konieczności prawem.Król Henr. Niech zaraz giną Vernon i Worcester;O losie innych później postanowim.

Jaki stan boju?Ks. Henr.  Szlachetny Szkot Douglas,Widząc zwycięstwo na naszych sztandarach,Gdy Percy poległ, gdy jego żołnierzeNa skrzydłach trwogi z placu uchodzili,Odwrócił konia i w śpiesznej ucieczceSpadając z góry tak ciężko się potłukł,Że się w pogoni naszych dostał ręce.Teraz w namiocie moim jeńcem leży,A ja cię błagam o łaskę tę, królu,Bym mógł osobą jego rozporządzić.Król Henr. Z całego serca.Ks. Henr.  Idź, bracie mój Janie,Bądź szlachetnego poselstwa heroldem,Śpiesz, Douglasowi w mem powiedz imieniu,Że bez okupu wolność mu powracam.Dzielności jego ślad na hełmach naszychDał mi naukę, jak szanować męstwoŻyjące w piersiach wrogów nawet naszych.Król Henr. Teraz rozdzielić hufce nam wypadnie:Z Westmorelandem ty, synu mój Janie,Ku Yorkowi co śpieszniej pociągniesz,Gdzie Northumberland i Scroop arcybiskupZbierają siły i bronić się myślą.Z tobą, Henryku, do Walii pociągnę,Na Glendowera i hrabiego Marchii.Daj Bóg podobne zwycięstwo nad nimi,A bunt ucichnie na całej tej ziemi;Niech przód do pochew nie wrócą pałasze,Póki z rąk wrogów nie wydrzem co nasze. (Wychodzą).

Comentarios

Cargando comentarios…