Król Henryk IV. Część II — całość
Traducido del inglés por Leon Ulrich
Wieść. Otwórzcie uszy; kto chciałby je zatkać,Kiedy Wieść głośna zaczyna swą powieść?Ja to od wschodu do zachodu kresówNa koniu moim, na wiatrach niesiona,Głoszę zaczęte na kuli tej czyny.Na mych językach wieczna jedzie potwarz,Którą we wszystkich ogłaszam narzeczach,Fałszem słuchaczów przepełniając uszy.Pokój oznajmiam, gdy skryta nienawiśćŚwiat z bezpieczeństwa uśmiechami rani.Czyż nie ja sama, nie Wieść, zbiera wojska,Gotuje opór, kiedy rok ciężarnyInnych, nieznanych płodem przeciwnościZdaje się w łonie swem kryć wojny brzemię?Wieść, jest to fletnia, w którą dmucha zazdrość,Lub podejrzenie, albo przypuszczenia;Instrument prosty, z tak łatwem zadęciem,Że hydny potwór o głowach tysiącu,Chwiejne pospólstwo, zagrać na nim może.Lecz potrzebujęż anatomizowaćZnane me ciało pośród mej drużyny?Spytacie teraz, co mnie tu sprowadza?Lecę przed króla Henryka zwycięstwem,
Który na krwawem polu pod ShrewsburyZ wodzem posiekał Hotspura zaciągi,W krwi buntowników pożar buntu zgasił.Lecz co ja robię, prawdę rozgłaszając?Sprawą jest moją roztrąbić po ziemi,Że Henryk Monmouth zwyciężony poległOd krwawej szabli dzielnego Hotspura;Że król, pod wściekłą prawicą Douglasa,Do grobu schylił głowę pomazaną.To rozgłosiłam po wsiach i miasteczkachOd pola zwycięstw króla pod ShrewsburyDo tych toczonych przez robactwo murów,W których Hotspura ojciec, Northumberland,Czeka, udaną złożony chorobą.Poseł za posłem biegnie zadyszany,A każdy niesie tę samą wiadomość,Bo się odemnie każdy jej dowiedział;Każdy mu kłamstwa przynosi słodycze,Stokroć zgubniejsze niż prawdy gorycze.
Lord Bard. Kto bramy strzeże? hola! gdzie jest hrabia?Odźw. Kogoż mam panu memu zameldować?Lord Bard. Powiedz: lord Bardolph czeka tu na niego.Odźw. Hrabia do sadu na przechadzkę wyszedł;Bacz tylko, panie, w bramę zakołatać,Sam ci odpowie. (Wchodzi Northumberland).Lord Bard. Hrabia się przybliża.
Northumb. Co za nowiny? Każda chwila terazMatką być może stanowczych wypadków.Groźne to czasy; wojna, jak koń dziki,Porwała pęta, i wiatrem niesionaWszystko po drodze kopytem rozbija.Lord Bard. Pewne ci wieści przynoszę z Shrewsbury.Northumb. Dobre? Daj Boże!Lord Bard. Nie mogą być lepsze.Sam król śmiertelną w boju odniósł ranę;Twojego syna miecz powalił trupemKsiążęcia Walii; Douglas własną rękąDwóch Bluntów zabił; książę Jan nakoniecI Westmoreland i Stafford w popłochuPierzchnęli z placu; tłusty wieprz Monmoutha,Sir John, twojego syna został jeńcem.O, świat nie widział walki uporczywszej,I o świetniejszem nie słyszał zwycięstwieOd dni Cezara.Northumb. Skąd ta wieść pochodzi?Czy byłeś w boju? Czy wracasz z Shrewsbury?Lord Bard. Mówiłem z mężem, który stamtąd wracał;Szlachcic stateczny, z uczciwego domu,Który mi ręczył za wieści tych prawdę.Northumb. Właśnie powraca dworzanin mój, Travers,Któregom z zamku wyprawił we wtorekPowziąć języka.Lord Bard. Minąłem go w drodze,A więc prócz tego, co odemnie słyszał,Nic on pewnego z sobą nie przynosi.
Northumb. Jakież mi dobre nowiny przynosisz?Travers. Sir John Umfrevile nawrócił mnie z drogiI kazał śpieszyć z wesołą nowiną,A że na lepszym niż ja jechał koniu,Wnet mnie wyprzedził; aż tu w tropy za nim,Bez tchu od pędu, nadlatuje szlachcic,I staje przy mnie, aby dać na chwilęZakrwawionemu wytchnąć rumakowi.
Pytał o drogę do Chester, ja znowuPytałem, jakie wieści są z Shrewsbury,Rzekł, iż powstańców odbiegła fortuna,I że ostroga młodego HenrykaPercy, jest zimna; ledwo to powiedział,Puścił galopem szybkiego rumaka;Schylił się naprzód, uzbrojone piętyWcisnął w robiące boki biednej bestyiPo samo kółko, nie słuchając dłużej,Zdał mi się drogę w swym pożerać pędzie.Northumb. Powtórz: ostroga młodego HenrykaPercy jest zimna? Hotspura jest zimna?Rzekł, iż powstańców odbiegła fortuna?Lord Bard. Słuchaj mnie, hrabio; jeśli syn twój młodyNie wygrał bitwy na polach Shrewsbury,To ja dam w zamian za jedwabny sznurekMoją baronię; nie mówmy już o tem.Northumb. Skądże mógł jednak ów szlachcic na drodzeO naszej klęsce dać mu te szczegóły?Lord Bard. Skąd? pytasz, hrabio; to był jakiś chłystekUciekający na skradzonym koniu;Plótł, co mu ślina przyniosła do gęby.Lecz nowy poseł nowe niesie wieści.
Northumb. Tak, czoło jego jak książki okładkaTragiczną dzieła treść nam zapowiada.Tak brzeg wygląda, na którym mórz faleOkrucieństw swoich zostawiły ślady.Powiedz, Mortonie, czy wracasz z Shrewsbury?Morton. Tak jest; uszedłem z Shrewsbury, milordzie,Gdzie śmierć przywdziała najhydniejszą maskę,Ażeby naszych przerazić stronników.Northumb. A syn mój? brat mój? — Ha, ty drżysz, Mortonie;Lic twoich bladość twoje mi poselstwoLepiej od twego tłómaczy języka.Mąż jak ty. drżący, żalem przygnieciony,
Ze śmiercią w oczach, z boleścią na twarzy,Odchylił w nocy Pryama firanki,By mu powiedzieć, że w płomieniach Troja;Lecz nim rzekł słowo, Pryam płomień widział,Tak i ja teraz widzę śmierć Percego,Nim powieść o niej zacząłeś; chcesz mówić:Tak a tak, syn twój, a brat twój tak walczył,Na wrogów naszych tak dzielny wpadł Douglas;Łakome ucho chcesz męstwem ich sycić,By mi nakoniec śmiertelny cios zadać,Jednem westchnieniem blask ten zgasić cały,Ostatniem słowem: syn, brat, wszystko legło.Morton. Brat twój i Douglas, panie, jeszcze żyją,Ale lord, syn twój —Northumb. Ale syn mój poległ.Ach, jak ma szybki język podejrzenie!Kto się obawia, czego wiedzieć nie chce,Jakby instynktem w cudzem oku czyta,Że się już stało, czego się obawiał.Przemów jednakże, powiedz mi, Mortonie,Że hrabi twego domysły są kłamstwem;Twoja obelga będzie mi słodyczą.Za tę obelgę złotem cię obsypię.Morton. Zbyt wielkim jesteś, bym ci zadał kłamstwo:W twych się przeczuciach nie zmyliłeś, panie.Northumb. Nie mów mi jednak, że Percy zabity.Dziwne wyznanie w oczach twoich czytam;Potrząsasz głową, jakby prawdę wyznaćNiebezpieczeństwem albo grzechem było.Jeśli zabity, powiedz, że zabity;Głosząc śmierć jego, język nie obraża;Ten grzeszy tylko, co potwarza zmarłych,Nie ten, co mówi, że zmarły nie żyje.A jednak pierwszy złych wieści posłaniecNiewdzięcznej służby dla siebie dopełnia;Głos jego odtąd, jakby dzwon pogrzebny,Zgon drogich osób wciąż nam przypomina.Lord Bard. Nie mogę wierzyć, aby syn twój poległ.
Morton. Smutno mi, panie, zmuszać cię do wiaryW to, co widziałem, a czego, Bóg świadkiem,Nie chciałem widzieć; lecz te oczy mojeByły świadkami, jak cały krwią zlanyOdpierał ciosy, omdlałą prawicą,Henryka Monmouth, który, w gniewie wściekłym,Nieulękłego na ziemię powalił,Skąd Percy żywy nie podniósł się więcej.Gdy mąż, co ogniem duszy swej zapalałOstatnich ciurów naszego obozu,Poległ, a wieść ta rozbiegła się wszędzie,Z nim razem naszych najlepszych rycerzySkonała dzielność; bo stal jego sercaPowstańczej armii twardą była zbroją;Bez niego, wszystko zostawione sobieJak ciężki ołów’ bezwładne upadło.Jak pocisk leci tym chyżej, im cięższy,Gdy raz potężną wypchnięty jest siłą,Tak lud, Hotspura śmiercią ociężały,Trwogą ciężkości takie skrzydła przypiął,Że strzała szybciej do celu nie leciJak nasi, niegdyś waleczni żołnierze.Teraz w ucieczce szukający życia.Wtedy Worcester dostał się w niewolę,A krwawy Douglas, którego miecz wściekłyTrzykroć królewskie obalił widziadło,Pierzchł i przykładem swym osłonił hańbęUciekających w popłochu powstańców.Trwoga w ucieczce zwichnęła mu nogi,Padł i zbolały wrogom poszedł w jassyr.Słowem, zwycięstwo król stanowcze odniósł,A Westmoreland i młody LancasterCiągną z pośpiechem przeciw tobie, panie.Na tem się kończy wierna moja powieść.Northumb. Starczy mi czasu, aby płakać po nich.Jest lek w truciźnie; te gorzkie nowiny,Które zdrowemu niemocby przyniosły,Choremu w części przywróciły zdrowie.
Łazarz, którego członki febrą słabeGną się pod życiem jak wiotkie zawiasy,Nagle, jak ogień, rwie się w paroksyzmieZ rąk swoich stróżów; tak i moje członkiSłabe cierpieniem, w paroksyzmie żaluW trójnasób dawne odzyskują siły.Precz więc odemnie, kulo niedołężna!Stalowe dzisiaj trzeba rękawiceNa dłoń tę wsunąć; precz, chorych zawoje!Zbyt słabą głowy jesteście obroną,W którą zwycięstwem syty godzi książę.Żelazem teraz uwieńczcie mi skronie!Niech przyjdą teraz najstraszniejsze chwile,Jakie wymyśleć mogą czas i zemsta,Z Northumberlanda mierzyć się wściekłością!Niech teraz niebo pocałuje ziemię!Ręka natury niechaj nie wstrzymujeŚluz potopowych! niech skona porządek!Niechaj przestanie świat ten być teatrem,Na którym wojna wlecze się powoli;Ale niech wszystkie serca jedno czuciePierworodnego owładnie Kaina!By tam, gdzie wszyscy krwi zarówno łakną,Mordercza scena prędzej się skończyła,A ciemność wszystkich spólnym była grobem!Travers. Zbytnia namiętność zabija cię, panie.Lord Bard. Nie rób rozbratu, hrabio, z roztropnością.Morton. Zdrowie twe, panie, jedyną jest tarcząStronników, sprawie twojej poświęconych,A zdrowie twoje nie zdoła wytrzymaćTak gwałtownego uniesień wybuchu.Obrachowałeś wprzód wojny hazardy,Zliczyłeś wprzódy wszystkie jej następstwa,Nim rzekłeś, panie: dobądźmy oręża!Przewidywałeś, że w ciosów podzialeSyn twój szlachetny mógł poledz śród boju,Że nad przepaścią szedł po ostrzu miecza,Gdzie upaść łatwiej, niż brzegu dosięgnąć;
Wiedziałeś, panie, że i jego ciałoPodległe ranom; że go wielka duszaW odmęt największych pogna niebezpieczeństw;Wyrzekłeś jednak: idź naprzód, mój synu!Żadna z tych wielkich nie zdołała obawNa chwilę ugiąć twoich postanowień.Co się więc stało, co wojna spłodziła.Jestże czem więcej, niż co stać się mogło?Lord Bard. I nam zarówno, twych planów stronnikomNie było tajno, żeśmy się puściliNa niebezpieczeństw rozhukane morze,Gdzie było dziesięć razy łatwiej zginąć,Niż wyjść bez skazy; to nas nie wstrzymało,Bo wszystkie względy na niebezpieczeństwoTłumiły w sercach tryumfu korzyści.I dziś raz jeszcze, fortuny rozbitki,Próbujmy szczęścia; stawmy, bez wahania,Na jedną kartę majątki i życie.Morton. A czas już wielki. Prócz tego, słyszałem,(A za nowiny śmiem ręczyć prawdziwość)Że arcybiskup Yorku już wyruszyłZ potężną armią; a on, dobry panie,Podwójnym węzłem stronników swych trzyma.Twój syn jedynie wiódł do boju ciała,Jakby cień tylko i pozory mężów;Słowo: bunt bowiem swym wpływem złowrogimOd czynów ciała dzieliło ich dusze;Bili się wprawdzie, lecz z musu, niechętni,Jak chory pije niemiłe lekarstwo;Po naszej stronie tylko szable były;Ale ich dusze słowo: bunt zmroziłoJak ryby w stawie; teraz arcybiskup,Co było buntem, na religię zmienia,Bo zdaniem ludzi, w myślach swoich święty,Ciągnie za sobą dusze ich i ciała,Bunt swój uświęca krwią króla RyszardaZ kamieni zamku Pomfret zeskrobaną;Swą sprawę z nieba na ziemię sprowadza;
Mówi, że stanął w wyspy tej obronie,Krwią obryzganej, prawie konającejPod Bolingbroka żelazną prawicą;Biegną też za nim potężni i słabi.Northumb. Wiedziałem o tem, lecz obecna boleśćMyśl o tem w mojej zatarła pamięci.Lecz idźmy teraz wspólnie się naradzićO naszych środkach zbawienia i zemsty.Wyprawmy gońców, gdzie są przyjaciele:Tak ich jest mało, a trzeba tak wiele! (Wychodzą).
Arcybisk. Stan nasz wam znany, znane nasze środki,Proszę was teraz, powiedzcie otwarcie,Co wam się zdaje o naszych nadziejach.Lordzie marszałku, objaw nam myśl twoją.Mowbray. Uznaję słuszność naszego powstania;Lecz dokładniejszych pragnąłbym objaśnień,Jak potrafimy z tem, co jest pod rękąWyruszyć w pole, mężnie stawić czołoPotężnej armii pod króla sztandarem.Hastings. Koło dwudziestu i pięciu tysięcyWyborowego liczym dziś żołnierza,Przytem z pewnością możemy rachować
Na silną pomoc hrabi Northumberland,Którego pali krwawej zemsty ogień!Bardolph. Lordzie Hastingsie, pytanie jest teraz,Czy te dwadzieścia pięć tysięcy wojskaMogą się oprzeć bez Northumberlanda.Hastings. Mogą z nim razem.Bardolph. Na tem stoi wszystko.Jeśli bez niego jesteśmy za słabi,Zbyt się daleko nie możem posuwać,Póki się z nami hrabia nie połączy.W sprawie tak ważnej, wszelkie przypuszczenia,Wszelkie nadzieje niepewnych posiłkówDo naszych rachub nie powinny wchodzić.Arcybisk. Słuszna uwaga; to właśnie zgubiłoW shrewsburskiej bitwie młodego Hotspura.Bardolph. To, bez wątpienia. Karmił się nadzieją,Obietnicami posiłków oddychał,Łudził się przyjściem urojonej siły,Mniejszej od jego i najmniejszej myśli;Więc uniesiony skrzydłem wyobraźni,Szalonym tylko dozwolonej głowom,Powiódł swe hufce na rzeź niewątpliwą,I skoczył w przepaść z zamkniętą źrenicą.Hastings. Nie szkodzi jednak do wojennych rachubPrawdopodobne wprowadzać nadzieje.Bardolph. I bardzo, jeśli cały wojny zasób,Jeżeli cała zwycięstwa podstawaNadzieją tylko żyje, jak te pączki,Które w zaraniu wiosny drzewa stroją,Bo czy z nich kiedy owoc się wywiąże,Mniej jest nadziei, niż słusznej obawy,Że je przed czasem mroźne zwarzą wiatry.Kto chce budować, najprzód grunt obejrzy,Potem plan zrobi, a gdy już zobaczyKształt domu, koszta budowli obliczy,A gdy nad jego zdadzą mu się możność.Nowy plan z mniejszym zakreśla przepychem,Albo się całkiem wyrzeka budynku.
Tym bardziej w sprawie tak wielkich rozmiarów,Gdy prawie chcemy obalić królestwo,A na ruinach wybudować nowo,Grunt musim poznać, plan bacznie rozważyć,Dopiero silne kopać fundamenta,Radzić się znawców, obliczyć zasoby,Czy zdolne pokryć wszystkie dzieła koszta;Inaczej, siły nasze na papierzeImiona ludzi za ludzi nam dadzą;Będziem jak człowiek, co dom zaczął wznosićNad swoją możność, a w połowie pracyWstrzymać się musiał i kosztowne muryNa łup zostawić łzom chmur wędrujących,Na pośmiewisko wiatrom twardej zimy.Hastings. A więc przypuśćmy, że nasze nadziejeW porodzie umrą, choć pięknie poczęte,Że jeden żołnierz w pomoc nam nie przyjdzie.To i tak jeszcze z tem, co teraz mamy,Na równi z królem możemy się mierzyć.Bardolph. Co? król dwadzieścia pięć tylko tysięcyRachuje zbrojnych?Hastings. Przeciw nam, przynajmniej,A raczej nawet i tylu ich nie ma.W burzliwych czasach musiał swoje hufceNa trzy rozdzielić; jeden korpus poszedłNa Glendowera; przeciw Francyi drugi,A trzeci na nas z konieczności ciągnie.Widzisz, król osłabł na trzy rozkrojony;Kufer też jego dźwięk wydaje głuchyCzczości i nędzy.Arcybisk. Nie możem się lękać,Aby pościągał rozpierzchnięte siły,Na nas jedynie całą napadł siłą.Hastings. E, bądź spokojny! a gdyby to zrobił,Swojeby tyły bez obrony wydałGlendowerowi i francuskim pułkom,Trop w trop za jego ciągnącym śladami.Bardolph. Kto, jak się zdaje, przeciw nam dowodzi?
Hastings. Książe Lancaster z hrabią Westmoreland;Do Walii ciągnie król z Henrykiem Monmouth;Lecz się nie mogłem z pewnością dowiedzieć,Komu powierzył wojnę przeciw Francyi.Arcybisk. Ogłośmy powód naszego powstania.Lud sobie zmierził własnego wybrańca;Chciwa wprzód miłość przesyt teraz czuje;Bo kto na sercach pospólstwa dom stawia,W niepewnej mieszka i wywrotnej izbie.O, głupi ludzie! Grzmotnych błogosławieństwDla Bolingbroka słałeś chór do nieba,Gdy nie był jeszcze, czem zrobić go chciałeś;Teraz, gdy w swoje ubrałeś go żądze,Szpetny żarłoku, tak syty nim jesteś,Że chciałbyś gwałtem wyrzucić go z siebie.Tak już wyplułeś i króla Ryszarda,Ty psie nieczysty, z żarłocznych czeluści;Znów jeść chcesz teraz twój umarły wymiot,I wyjesz za nim? Komu dziś zaufać?Ci, którzy śmierci pragnęli Ryszarda,Póki żył Ryszard, zmienili się nagle,I w jego teraz kochają się grobie.Ty, coś na głowę jego popiół ciskał,Kiedy wzdychając przebiegał uliceZa tryumfalnym Bolingbroka wozem,Dziś wołasz; Ziemio, wróć tamtego króla,A tego połknij! — Przeklęta ludzkości!Przeszłość i przyszłość zawsze ci jest drogą,Obecność zawsze szpetną i ubogą.Mowbray. Zbierzemyż wojska, dosiądziemyż koni?Hastings. Czas panem naszym, czas zwłoki nam broni.
Northumb. Nie, droga żono, i ty, piękna córko,Dajcie bieg wolny twardym moim losom;Nie bądźcie chmurne, jak są moje sprawy,Jak położenie moje kłopotliwe.Lady Nort. Nic już nie dodam; milcząc, zniosę wszystko;Rób, co chcesz, mądrość twoja niech cie wiedzie.Northumb. Ach! droga żono, o honor mój idzie;Odjazd mój tylko może go ocalić.Lady P. Przez Boga jednak, nie idź na tę wojnę!Był czas, mój ojcze, w którym słowoś złamał,Choć cię wiązało potężniej niż teraz,Gdy syn twój, Percy, gdy mój drogi HenrykŁakome oczy na północ kierował,
Czy nie zobaczy ojca z posiłkami;Ale wyglądał i wzdychał daremno!A cóż cię wtedy w domu zatrzymało?Tam dwa honory legło: twój i syna.Twemu niech znowu niebo blask przywróciHenryka honor tak przylgnął do niego,Jak do sinego nieba sklepu słońce;Przy jego blasku, do walecznych czynówCałe się Anglii cisnęło rycerstwo;On był zwierciadłem, przy którem do bojuSzlachetna młodzież przywykła się stroić;Chód jego wzorem dla każdej był stopy;Krzykliwe słowa — ta jego przywara —Stały się cechą języka walecznych,I ten, co cicho mówić mógł i skromnie,Przymiotom nawet swoim gwałt zadawał,Żeby na jego mówić podobieństwo.Mową i chodem, życiem i gustami,Wojenną sztuką, krwi nawet dziwactwemOn był przykładem, wzorem, on był księgą,Do której każdy stosował się rycerz;A przecie, jego — ten cud człowieczeństwaTy opuściłeś, i jak był jedyny,Tak jeden musiał, z twardej konieczności,W hydne oblicze boga wojny spojrzeć,Stanąć do boju, gdzie za sprzymierzeńcaMiał jedno tylko groźne imię Hotspur;Tak go, mój ojcze, tak go opuściłeś!O, cieniom jego nie wyrządź tej krzywdy,Przyrzeczeń twoich nie dotrzymaj wierniejInnym, niż jemu! o, nie łącz się z nimi!Siły marszałka i arcybiskupaDość są potężne. Gdyby drogi HenrykIch wojsk połowę tylko miał pod ręką,Dziś, zawieszona na Hotspura szyiMogłabym mówić o grobie Monmoutha.Northumb. Odpuść ci, Boże, piękna moja córko!Lecz z piersi moich wyrywasz mi dzielność,
Na nowo stare opłakując błędy.Ale iść muszę, spotkać się tam muszęZ niebezpieczeństwem, lub niebezpieczeństwoGdzieindziej samo przyleci mnie szukać,Mniej na spotkanie przygotowanego.Lady Nort. Schroń się do Szkocyi i czekaj tam, mężu,Dopóki zbrojna szlachta i lud gminnySwojej potęgi na próbę nie stawią.Lady P. Jeśli nad królem w boju górę wezmą,Połącz się z nimi, jak stalowe żebro,Aby co mocne, mocniejszem uczynić;Ale na naszą miłość cię zaklinam,Pozwól, niech sami pierwszą zrobią próbę.Tak syn twój zrobił — przyzwoliłeś na to —A ja zostałam wdową po Henryku.Nigdy dość długi mój nie będzie żywot,By żałość moją po nim łzami skrapiać,Aż strzeli w górę, jak niebo wysoko,Na pamięć mego szlachetnego męża.Northumb. No, dobrze, dobrze; chodźcie teraz ze mną.Jestem jak morze u kresów przypływu,Bez ruchu, w żadną stronę nie ciekące.Pragnąłbym śpieszyć do arcybiskupa,Lecz zatrzymuje tysiąc mnie powodów.Do Szkocyi pójdę, aż wypadków prądyZnów na angielskie wyrzucą mnie lądy. (Wychodzą).
Król Henr. Zawołaj hrabiów Surrey i Warwicku;Ale nim przyjdą, oddaj im te listy,Niech je czytają i niech obaj treść ichPilnie rozważą. Tylko nie trać czasu. (Wychodzi Paź).
Mych najbiedniejszych poddanych tysiąceŚpią w tej godzinie. Śnie słodki, ty dobraNatury mamko, czem cię odstraszyłem,Że nie chcesz więcej powiek moich przymknąćI w zapomnieniu mych pogrążyć zmysłów?Dlaczego wolisz w dymnych leżeć chatach,A rozciągnięty na twardym tapczanieMuch nocnych brzękiem do snu się kołysać,Niż w wonnej królów sypialnej komnacie,Pod kotarami z kosztownych jedwabiów,Przy słodkich wdziękach czarownej muzyki?O, głupi bożku! przenosisz nędzarzyObrzydłe łoża, unikasz królewskich,Jak budy jakiej biednego strażnika,Przy alarmowym stojącego dzwonie!Pniesz się na szczyty zawrotnego masztu,By zamknąć oczy znużonego majtka,W fal go ryczączychryczących kołysać kolebce,Śród świstu wichrów, co wściekłe bałwanyZa szczyt chwytają, potworne ich głowyStrzępią i w chmurach zawieszają lotnychZ grzmotem i hukiem śmierć obudzić zdolnym!Możesz, śnie stronny, w tak strasznej godzinieBiednego majtka, zmoczonego uśpić,A tu, śród nocy tak cichej, spokojnej,Śród wszystkich sztuki i zbytku wymysłówChwili spoczynku królowi odmawiasz?Śpij więc, szczęśliwy żebraku, śpij błogo!Koroną strojne głowy spać nie mogą.
Warwick. Dzień dobry, królu!Król Henr. Jak to, już dzień dobry?Warwick. Wybiła pierwsza.Król Henr. Pierwsza? Więc dzień dobry —Czyście czytali przesłane wam listy?Warwick. Tak jest, mój królu.Król Henr. Więc dokładnie wiecie,Jak chore ciało naszego królestwa,
Jaki wrzód sercu zagraża samemu.Warwick. Drobny to tylko nieład funkcyi ciała,A dobra rada i trochę lekarstwaDawne mu siły bez trudności wrócą:Lord Northumberland niedługo ostygnie.Król Henr. Gdyby kto w księdze przeznaczeń mógł czytać,Widzieć, jak czasu bieg zrównywa góry!Jak ląd znudzony swych posad trwałością,Topnieje, z morza mięsza się falami!Jak oceanu znowu pas skalistyJest za przestrony dla Neptuna lędźwi!Gdyby szyderstwa losu mógł wyczytać!Widzieć, jak w puchar zmian ludzkiego życiaCodzień fortuna inny leje trunek!Gdyby to widział młodzik najszczęśliwszy,Minionych życia niebezpieczeństw pomny,Przyszłych trudności strwożony ogromem,Księgęby zamknął, siadł smutny i skonał.Jeszcze lat temu nie ubiegło dziesięć,Jak Northumberland, przyjaciel od serca,Przy jednym stole z Ryszardem ucztował;Dwa lata później wojnę z sobą wiedli.Ktoby powiedział; że przed ośmiu latyTen Percy mojej duszy był najbliższym,Jak brat mej sprawie cały się poświęcił,Miłość i życie u nóg moich złożył,W twarz Ryszardowi dla mnie wypowiedziałSwe posłuszeństwo. Który z was był świadkiem,
(Ty, jeśli pomnę, kuzynie Nevilu).Gdy Ryszard, z gorzką boleści łzą w oku,Śród obelżywych słów Northumberlanda,Te, dziś prorocze, powiedział mu słowa:„Northumberlandzie, jesteś dziś drabiną,Po której pnie się do tronu Bolingbroke“, —Choć Bóg mi świadkiem, nie miałem tej myśli,Konieczność tylko tak rzeczy popchnęła,Żem się z wielkością musiał pocałować —
„Lecz przyjdą czasy“, mówił dalej Ryszard,„Lecz przyjdą czasy, w których grzech ten sprośnyJak zły wrzód wzbierze i pęknie zgnilizną“.I ciągnął czasów dzisiejszych proroctwo,Naszej przyjaźni gwałtowne zerwanie.Warwick. W życiu każdego człeka są wypadki,Które przeszłości żywem są odbiciem;Ktoby je śledził, prawie bez zawodu,W głównych zarysach może prorokowaćZdarzenia śpiące jeszcze w łonie czasu,W wątłym tam jeszcze zarodku owite,Co z czasu biegiem na jaw się wyklują.Na obraz taki gdy swe oczy wlepił,Król Ryszard przyszłość czytał niewątpliwą,Ze Northumberland, jego wtedy zdrajca,Do większej wzrośnie z ziarna tego zdrady,Która, by głębiej korzenie zapuścić,Nie znajdzie gruntu innego prócz ciebie.Król Henr. A więc wypadki te są koniecznością?Toż jak konieczność przyjąć je nam trzeba,Jak nas konieczność do czynu dziś woła.Mówią, że biskup z hrabią Northumberland,Wiodą do boju pięćdziesiąt tysięcy.Warwick. To być nie może. Wieść podobna echu,Ma zwyczaj dwoić wszystko, co ją trwoży.Idź, królu, spocząć bez żadnej obawy,Bo hufce, które wyprawiłeś dotąd,Łatwe nad nimi odniosą zwycięstwo.Dla twojej większej, panie mój, pociechyDodam, żem właśnie odebrał wiadomośćO niewątpliwej śmierci Glendowera.Zdrowie twe, królu, już od dni piętnastuNadwyrężone; bezsenne te nocePowiększyć tylko mogą twe cierpienia.Król Henr. A więc usłucham twojej dobrej rady.Gdybym domowych wrogów zdołał zgładzić,Do Świętej Ziemi chciałbym was prowadzić.
Arcybisk. Jak las ten zowią?Hastings. Gualtryjską puszczą.Arcybisk. Stańmy tu chwilę; roześlijmy zwiady
Powziąć języka, jaka wrogów liczba.Hastings. Już rozesłane.Arcybisk. To dobrze. Więc teraz,Bracia, koledzy w wielkiem przedsięwzięciu,Muszę wam donieść, żem w tej właśnie chwiliOdebrał listy od Northumberlanda;Treść ich, jakkolwiek nie miłą, powtórzę:Chciałby się z nami połączyć, na czeleHufców, godności jego odpowiednich;Ale ich dotąd ściągnąć nie był w stanie;By dać czas dojrzeć rosnącej fortunie,Sam się do Szkocyi postanowił schronić,Błagając Boga w gorącej modlitwie,By przedsięwzięciom naszym błogosławił,Groźnego wroga pomógł nam zwyciężyć.Mowbray. Tak więc nadzieje na nim gruntowaneW dym marny poszły. (Wchodzi posłaniec).Hastings. A co nam przynosisz?Posłaniec. Na zachód boru, nie dalej jak mila,W bojowym szyku ciągnie nieprzyjaciel.Wnosząc z przestrzeni, którą zalegają,Dochodzą liczbą trzydziestu tysięcy.Mowbray. Właśnie tak samo my ich liczyliśmy.Idźmy więc czoło stawić im na polu.
Arcybisk. Co to za rycerz przybywa tu zbrojny?Mowbray. Jak mi się zdaje, to lord Westmoreland.Westmor. Od mego wodza, księcia Lancasteru,Przynoszę panom życzliwe pokłony.Arcybisk. Mów bez obawy, lordzie Westmoreland,Jaki jest powód twojego poselstwa?Westmor. Treść więc słów moich, posłuszny rozkazom,Do waszej głównie zwracam łaskawości.Gdyby się bunt ten, w godnej siebie formie,Składał jedynie z band podłych, odartych,Za przewodników miał młódź krwią zbroczoną,A za żołnierzy dzieci i żebraków;Gdyby, powtarzam, przeklęte powstanie
W swoim rodzimym zjawiło się kształcie,Ty, przewielebny ojcze, i ta szlachtaPłaszczem waszego jasnego honoruNie przyszlibyście tyłu jego słonić.Arcybiskupie, wszak twoja stolicaNa podwalinach pokoju się wznosi;Twą brodę pokój srebrnym dotknął palcem;Twoja nauka śród pokoju rosła;Odzież twa biała godłem niewinności,Gołębiem, duchem świętym jest pokoju;Czemuż tak grzesznie tłómaczysz nam dzisiajSłowa pokoju, tak wdzięczne ludowi,Na język wojny burzliwy i twardy?Książki na miecze, atrament w krew zmieniasz,Pióra na lance, a twój boski językNa głośną surmę, na trąbę wojenną?Arcybisk. Dlaczego? pytasz; w krótkości odpowiem.Wszyscyśmy chorzy; przeszłe zbytki naszeGorącem febry krew naszą spaliły;Tej nam krwi dzisiaj trzeba trochę puścić.Król Ryszard umarł tą tknięty chorobą.Ale szlachetny lordzie Westmoreland,Nie jak lekarza w tem kole mnie widzisz,Bo nie przybyłem tu jak wróg pokojuŚród zbrojnych tłumów wojennej drużyny;Chcę raczej wojny chwilowym przestrachemLeczyć umysły zbytkiem szczęścia chore,Przeczyścić zamuł, który już zaczynaNajżywotniejsze zatykać nam żyły.Lecz chcę się jeszcze wytłómaczyć jaśniej:Na sprawiedliwej przeważyłem szaliZłe, które bronią sprawić możem naszą,A to złe, które cierpimy od dawna,I krzywdy nasze od naszych przewinieńZnalazłem cięższe; pilnie rozważałem,W którą się stronę potok czasu leje,I ciche rzucić musiałem ustronie,Gwałtownym prądem wypadków porwany;
Krzywd naszych długi regestr mam gotowy,W stosownej porze objawię go światu;Od dawna chciałem królowi go wręczyć,Lecz posłuchania, mimo próśb, mi nie dał.Gdy, pokrzywdzeni, chcieliśmy się skarżyć,Właśnie najwięksi nasi krzywdzicieleDrzwi nam do jego zamknęli komnaty.Niebezpieczeństwo dni dopiero zbiegłych —Których pamiątka stoi zapisanaKrwią na tej ziemi — i liczne przykłady,Co dotąd z każdą mnożą się minutą,Tę nieprzystojną włożyły mi zbroję,Nie żebym łamał pokoju gałązkę,Lecz żebym pokój ustalił prawdziwy,Pokój z imienia i w rzeczywistości.Westmor. Kiedyż twe skargi były odepchnięte?Kiedy ci krzywdę król jaką wyrządził?Który pan z jego obraził cię woli?Byś pieczęć bożą miał prawo przyłożyćDo krwawej księgi kłamliwego buntu,Mordercze ostrze rozruchów poświęcić?Arcybisk. Brat mój, milordzie, i rzeczpospolita.Na bracie moim spełnione morderstwoJest osobistem mojem pokrzywdzeniem.Westmor. Naprawy takiej nie było potrzeba,Lub, jeśli było, to nie jest rzecz twoja.Mowbray. Czemu nie jego po części, jak naszą,Co czujem jeszcze rany dni ubiegłych,Co cierpim dzisiaj, gdy żelazna rękaNiesprawiedliwie honor nasz uciska?Westmor. Zwraż tylko, lordzie, konieczności czasu,A sam mi przyznasz, że te krzywdy waszeNie króla, ale czasu były sprawą.Co się zaś twojej dotyczy osoby,Nie myślę, żeby król lub czas obecnyDali ci jedną chociażby piędź ziemi,Na której mógłbyś gruntować twe skargi.Czy przywrócony nie byłeś do wszystkich
Zamków i włości, które książę Norfolk,Świętej pamięci ojciec twój, zostawił?Mowbray. Cóż na honorze ojciec mój utracił,A coby we mnie odkwitnąć znów miało?Król, co go kochał, przez wzgląd na stan kraju,Był koniecznością wygnać go zmuszony,I właśnie kiedy już on i BolingbrokeDosiedli koni, stanęli w strzemionach,Gdy rżąc, z ostrogi szydziły rumaki,Z kopią u toku, spuszczoną przyłbicą,Z okiem przez szpary stalowe blyszczącem,Gdy śród trąb grzmotu zetrzeć się już mieli,Wtedy to, wtedy, gdy nic BolingbrokaOd kopii ojca nie mogło ratować,Król swoją rzucił buławę, niestety!I życie swoje z buławą poronił,Nietylko swoje, lecz życie tych wszystkich,Co później sądów albo miecza sprawąPadli ofiarą zemsty Bolingbroka.Westmor. Lordzie Mowbrayu, sam nie wiesz, co mówisz:Hrabia Hereford miał podówczas sławęPierwszego w Anglii odwagą rycerza;Nikt nie wie, komu losby się uśmiechnął.Lecz choćby w boju ojciec twój zwyciężył,Nigdyby żywy nie uszedł z Coventry,Bo tam kraj cały głosem jednomyślnymSwoją ku niemu objawił nienawiść;Tam ludu modły, oznaki miłościDo Hereforda zwróciły się wszystkie;Lud mu podówczas wszystek błogosławił,Czcił go i kochał goręcej niż króla.Lecz to zboczeniem od moich jest zleceń.Książe, a wódz mój przysyła mnie do wasSkarg waszych słuchać, a razem oświadczyć,Ze książę gotów dać wam posłuchanie,A jeśli uzna żądań waszych słuszność,Da wam bezzwłoczne zadośćuczynienie,
Aby usunąć wszystko, coby mogłoMyśl nieprzyjaźni w duszach wam zostawić.Mowbray. Do tej ofiary myśmy go zmusili:To polityczna rachuba nie miłość.Westmor. Lordzie Mowbrayu, takie tłómaczenieZnakiem jest zbytniej zarozumiałości:Łaska, nie trwoga natchnęła książęcia.Widzisz tę armię? Honorem ci ręczę,Że jedna ufność wszystkich tam zagrzewa,Wszelką myśl trwogi od wszystkich odgania;W szeregach naszych wielkich imion więcej,Wprawniejsza ręka szablą u nas włada;Zbroja nie gorsza, sprawa nasza lepsza;Więc rozum każe przypuszczać, że sercaRównie są dzielne; nie cnciej przeto mówić,Że ta ofiara skutkiem jest przymusu.Mowbray. Bądźcobądź, żadnych nie radzę traktowań.Westmor. To znakiem wstydu ciężkiej waszej winy:Gnijąca rana nie znosi dotknięcia.Hastings. A czy Jan książę ma pełnomocnictwoZ całą ojcowskiej władzy rozciągłością,Aby, po naszej skargi wysłuchaniu,Przyjął stanowcze warunki ugody?Westmor. Sam jego tytuł wątpić o tem broni;Twe lekkomyślne dziwi mnie pytanie.Arcybisk. Zabierz więc pismo to, Westmorelandzie;Wszystkich krzywd naszych znajdzie wnim spis książęA jeśli każda naprawę otrzyma,Jeżeli wszyscy, tu lub gdziebądźindziejW tej dobrej sprawie skonfederowani,Dostaną pardon stanowczy i pełny;Z pewną rękojmią, że żądania naszeBez żadnej zwłoki wejdą w wykonanie,Wrócim do wiernej znowu uległościI broń złożymy znów w pokoju ręce.Westmor. Do mego wodza poniosę to pismo.Raczcie mnie spotkać przed frontem dwóch armij,Tam, co daj Boże, zgodą skończym wszystko,
Albo, na miejscu, stanowczy sąd sprawyMieczom zwierzymy.Arcybisk. Więc niechaj tak będzie.
Mowbray. Coś mi tu szepce, że żadne warunkiUgody naszej trwałe być nie mogą.Hastings. O, bądź spokojny! Jeśli pokój zawrzemNa absolutnych, szerokich podstawach,A pismem naszem ściśle określonych,Pokój jak skała będzie niezachwiany.Mowbray. Tak, ale sądy takie o nas będą,Że lada pozór błędny i fałszywy,Że lada powód dziecinny i płochy,Obudzi w królu sprawy tej pamiątki;I chociaż nasza wierność niezachwianaNaszej miłości będzie męczennikiem,Będziem tak silnym wiatrem przewiewani,Że zboże nasze z plewami poleci,Ziarno się dobre złemu równe wyda.Arcybisk. Nie, nie, milordzie, bo zważ tylko dobrze,Król jest znudzony tem ciągłem sarkaniem;Wie, że wątpliwość jedną śmiercią skończyć,Jest to w następcach dwie ożywić większe.Wszystko więc zmazać chce na swej tablicy,By ślad nie został, zdolny w nim obudzićNiemiłą pamięć strat jego minionych.Wie, że tej ziemi nie może wyplewićZe wszystkich chwastów obecnych podejrzeń,Bo z przyjaciółmi tak są powikłaniNieprzyjaciele, że wroga chcąc wyrwać,Wstrząsnąć i zachwiać musi przyjaciela.Tak więc ta ziemia jest jakby zła żona,Którą uderzyć mąż chce zagniewany,Gdy rękę podniósł, ona, zamiast tarczy,Niemowlę jego podniosła przed sobąI zatrzymała cios sobie grożącyW już podniesionem do czynu ramieniu.Hastings. Król oprócz tego wszystkie zużył rózgi
W surowej chłoście pierwszych winowajców;Zbywa mu teraz na kary narzędziach;Gniew jego dzisiaj, jak lew bez pazurów,Może pogrozić, lecz nie może schwycić,Arcybisk. To prawda, prawda, więc lordzie marszałkuBądź bez obawy; jeśli się pogodzim,Pokój nasz będzie jak złamany członek,Który zrośnięty, wzmocnił się złamaniem.Mowbray. Bodaj tak było! Lecz powraca, widzę,Lord Westmoreland. (Wchodzi Westmoreland).Westmor. Książe się przybliża;Czyto z nim chcecie spotkać się, panowie,Od obu armij na równą odległość?Mowbray. Arcybiskupie, idźmy, w imię Boże!Arcybisk. W imieniu naszem, śpiesz pozdrowić księcia;Prowadź nas teraz, lordzie Westmoreland.
Ks. Jan. Miłe spotkanie, kuzynie Mowbrayu;Arcybiskupie, dzień dobry ci życzę,I tobie, lordzie Hastings, i wam wszystkim.Lordzie Yorku, lepiej ci przystało,Gdy trzoda twoja, dzwonem przywołana,Stanęła wiankiem, słuchając w pokorze,Gdyś jej z ambony święty tekst tłómaczył,Niż teraz, kiedy żelazem odziany,Twym bębnem męstwa powstańcom dodajesz,Słowa na miecze, życie na śmierć zmieniasz.Człowiek, co w króla swego sercu osiadł,Co w łaski jego dojrzewa promieniach,Byle chciał łaski monarszej nadużyć,Ilu klęsk strasznych stałby się przyczyną,
Okryty cieniem królewskiej wielkości!Lordzie biskupie, tyś jest tym człowiekiem.Kto z nas nie słyszał, jak do bożej księgiImię twe było wpisane głęboko?Byłeś nam mówcą w bożym parlamencie,Samego nieba żyjącym tłómaczem,I pośrednikiem między nieba łaskąA duszą naszą ułomności pełną.Gdzież jest dziś człowiek, coby mógł zaprzeczyć,Żeś twej kapłańskiej nadużył powagi,Skoro ufności, skoro laski nieba,Jak swego króla nazwiska zły dworak,Do niecnych czynów podniety użyłeś?Udaną w bożej służbie gorliwościąBuntujesz ojca mojego poddanych,Który jest bożym tutaj namiestnikiem;Ściągnąłeś zbrojne tłumy, aby grzesznieZakłócić pokój boży i królewski.Arcybisk. Nie po tom przyszedł, aby ojca twegoZakłócić pokój, milordzie Lancaster.Jakem już twemu oświadczył posłowi,Zamieszki czasu i jedno uczucieW jedną potworną zlepiły nas masę,Aby się spoinie od zguby ratować.Krzywd naszych regestr przesłałem ci książę;Dwór go z milczeniem pogardy odrzucił;To hydrę wojny spłodziło okrutną;Lecz można jeszcze do snu zaczarowaćGroźne jej oczy zadośćuczynieniemŻądaniom słusznym i najsprawiedliwszym.Z szaleństwa nasza wierność wyleczonaDo stóp królewskich z pokorą znów padnie.Mowbray. Inaczej będziem fortuny próbowaćDo ostatniego.Hastings. Jeśli my polężem,Mamy następców pomścić nas gotowych,A i następcom, następców nie braknie;Tak więc bez końca wojna będzie wrzała,
Z jednych na drugich przechodząc dziedzictwem,Jak długo w Anglii będą pokolenia.Ks. Jan. Zbyt jesteś płytki, zbyt płytki, Hastingsie,Abyś przyszłości bezdnie mógł sondować.Westmor. Raczy Łaskawość wasza odpowiedzieć,Co o ich skargach i żądaniach myśli?Ks. Jan. Wszystkie przyjmuję, zgadzam się na wszystko;A na krwi mojej honor tu przysięgam,Króla zamiary źle były pojęte.Z jego sług pewno który lub ministrówMyśl jego zwichnął i władzy nadużył;Lecz wszystkie krzywdy będą naprawione,Wszystkie, na honor. Jeśli wam się zdaje,Wasze zaciągi do swych hrabstw odprawcie,Tak jak my nasze. Ściśnijmy się teraz,Na znak przyjaźni wychylmy tu puhar,By każdy żołnierz ponieść mógł do domuPewne świadectwo zgody przywróconej.Arcybisk. O krzywd naprawie mam słowo książęce.Ks. Jan. Dałem ci słowo i słowa dotrzymam.A teraz, zdrowie waszej Łaskawości!Hastings (do oficera). Idź, kapitanie, armii naszej powiedz,Że pokój stanął, spłać jej żołd i rozpuść.Wiem, że z radością nowinę tę przyjmie.
Arcybisk. W twe zdrowie piję, lordzie Westmoreland.Westmor. Dzięki, biskupie. Gdybyś jeszcze wiedział,Com trudów podjął, by ten pokój skleić,Tym chętniej jeszcze puharbyś ten spełnił.Lecz mej miłości później złożę dowód.Arcybisk. Nie wątpię wcale.Westmor. Bardzo mnie to cieszy.W twe zdrowie, miły kuzynie Mowbrayu.Mowbray. W dobrą mi porę, lordzie, zdrowia życzysz,Bo jakaś nagła niemoc na mnie spadła.Arcybisk. Człowiek wesoły zawsze przed nieszczęściem,Lecz smutek zawsze poprzedza pomyślność.Westmor. Więc ciesz się dzisiaj, dobry mój kuzynie,
Twój nagły smutek zdaje się, że woła:Jutro na ciebie wieść czeka wesoła.Arcybisk. Nigdy nie było lżej mi na mem sercu.Mowbray. Tym gorzej, jeśli własna twa maksymaSzczerą jest prawdą. (Krzyki za sceną).Ks. Jan. Słyszycie te krzyki?Z taką radością armia wita pokój.Mowbray. Krzykbym ten wolał słyszeć po zwycięstwie.Arcybisk. Pokój ma w sobie naturę podboju:Choć żadna strona straty nie poniosła,Z jednakim obie wychodzą tryumfem.Ks. Jan. Idź teraz, lordzie, rozpuść nasze hufce.
Jeśli raczycie pozwolić, panowie,Niech wasze pułki przed nami przeciągną,Byśmy na własne sądzić mogli oczy,Z jakim żołnierzem mieliśmy się mierzyć.Arcybisk. Lordzie Hastingsie, idź, niech nasze hufcePrzeciągną tędy, zanim się rozprószą.
Ks. Jan. Myślę, że noc tę przepędzimy razem.
Czemu me wojsko stoi nieruchome?Westmor. Dowódzcy, twoim posłuszni rozkazom,Nie chcą ustąpić, póki nie usłysząNowych rozkazów z ust twoich książęcych.Ks. Jan. Znają powinność dobrego żołnierza.
Hastings. Już się rozbiegły wszystkie pułki nasze,Jak wyjarzmione byki młode pędząNa wschód i zachód, północ i południe,Lub jak puszczone ze szkół pacholętaDo domu śpieszą albo do igraszki.Westmor. Dobrą przyniosłeś wieść nam, lordzie Hastings,Za to, jak zdrajcę, w areszt cię tu biorę,I ciebie, lordzie biskupie, i ciebie,Lordzie Mowbrayu, jako zdrajców stanu.Mowbray. Jestże w tym kroku uczciwość i honor?
Westmor. A byłyż w spiskach waszych i zebraniach?Arcybisk. Chceszże pogwałcić daną mi przysięgę?Ks. Jan. Nie dałem żadnej; a jeśli przyrzekłemNaprawić krzywdy, skarg waszych przyczynę,Dotrzymam słowa z chrześcijańską wiarą.Co do was, zdrajcy, dam wam pokosztowaćNagrody, czynom waszym przynależnej.Pułki zebrane w nierozumu chwiliWyście z szaleństwem równem rozpuścili.Gońcie rozsypki; wielkie to zwycięstwoBóg nam w swej łasce dał, nie nasze męstwo.Niechaj z nich każdy głowę na pniu złoży,Dla zdrajców bowiem niema innych łoży. (Wychodzą).
Król Henr. Jeśli szczęśliwie Bóg nam da zakończyćSpór, co krwią bratnią drzwi nasze farbuje,Na plac godniejszy młódź naszą powiedziem,I będziem walczyć szablą poświęconą.Już w pogotowiu flota jest i wojsko,Już są wybrani nasi namiestnicy.Po naszej myśli wszystko się szykuje;Nam tylko trochę więcej siłby trzeba.Czekamy, póki roty buntowniczePod jarzmo prawa karków swych nie ugną.Warwick. A nie wątpimy, że jedno i drugiePrzyjdzie niebawem.Król Henr. Synu mój, Gloucesterze,Gdzie książę, brat twój?Ks. Hum. Jak sądzę, mój królu.Poluje w Windsor.Król Henr. Kto mu towarzyszy?Ks. Hum. Nie wiem.Król Henr. Czy jego brat, książę Klarencyi,Poszedł z nim także?Ks. Hum. Nie, książę jest tutaj.Clarence. Pan mój i ojciec co chce mi rozkazać?
Król Henr. Nic, tylko dobre chęci me objawić.Jak się to stało, Tomaszu z Klarencyi,Że z księciem, bratem twoim, nie polujesz?Na przyjaźń jego jesteś obojętny,A on cię kocha; w jego trzymasz sercuNajpierwsze miejsce z wszystkich twoich braci.Synu mój, drogą miłość tę pielęgnuj.Gdy w grobie usnę, jak dobry pośrednik,Pomiędzy braćmi a jego wielkościąSzlachetne będziesz oddać mógł usługi.Obojętnością nie tęp tej miłości,Nie trać kosztownych łaski jego skarbówZimnem przyjęciem braterskiej ofiary,Bo on łaskawy dla tych, co mu chętni,Ma łzę na litość, a dłoń jego szczodra,Jak dzienne światło śród letniej pogody.Lecz rozgniewany, twardy jest jak krzemień,Chmurny jak zima, a nagły jak mrozyW pierwszych dniach wiosny rosę ścinające.Charakter jego pilnie musisz badać:Grom wady jego, lecz z poszanowaniem,Do wesołości gdy krew jego skłonna;Ale gdy chmurny, puść mu wolne cugle,Aż, jak wieloryb na lądzie, namiętnośćWyczerpie siły własnem szamotaniem.Słuchaj tej rady, Tomaszu, a będzieszTarczą przyjaciół i złotą obręcząSpołem wiążącą wszystkich twoich braci,A wtedy spólne waszej krwi naczynie,Choć próbowane trucizną podszeptów,(Czas ją w swym biegu wsączy nieodzownie)Wytrzyma próbę, chociażby truciznaByła gwałtowną, jak proch albo tojad.Clarence. Będę mu wiernie i gorliwie służył.Król Henr. Czemu z nim w Windsor nie jesteś, Tomaszu?Clarence. Bo on w Londynie dzisiaj obiaduje.Król Henr. A z kim? czy nie wiesz?Clarence. Wiem, królu, z Poinsem,
I zwykłą swoich przyjaciół drużyną.Król Henr. Najwięcej chwastów na gruncie najlepszym:I on, młodości mojej obraz żywy,Zarosły nimi, dlatego ma boleśćSięga za śmierci konieczną godzinę;Krwawemi łzami serce moje płacze,Gdy w myśli widzę czasy obłąkaniaI dnie zgnilizny, co na was czekają,Skoro ja w przodków moich usnę grobie.Kiedy swawola jego straci cugle,Jedynym radcą będzie krew gorąca;Kiedy się możność spotka z marnotrawstwem,Jakże potężnem skrzydłem jego żądzeW nieuniknioną przepaść go poniosą!Warwick. Twój sąd mój królu, nazbyt jest surowy.Książe studyuje tylko swych przyjaciół,Jak obcy język; kto go chce posiadać,Musi przeczytać i musi spamiętaćNajwszeteczniejsze nawet jego słowa;Lecz raz nabyte, tylko na to służą,By ich unikać, by je nienawidzić.Tak książę Henryk, gdy czasy dojrzeją,Swoich przyjaciół, jak wszeteczne słowaZ wzgardą odepchnie, a pamięć ich będzieŻyjącą miarą, aby drugich mierzyć,I złe minione w korzyść się obróci.Król Henr. Rzadko się zdarza, by pszczoła swe dzieciSkładała w ścierwie. — Kto to? Westmoreland?
Westmor. Zdrowie królowi i pomyślność nowaDo pomyślności, której jestem posłem!Książe Jan, syn twój, dłonie twe całuje;Mowbray i Hastings i Scroop arcybiskupPraw twoich całą uczuli surowość.Bunt jednej szabli dobytej dziś nie ma,Oliwną gałąź wszędzie pokój szczepi.Jak te korzyści książę Jan otrzymał,Wasza królewska mość w tem piśmie znajdzie,
Obejmującem szczegółowy raport.Król Henr. Westmorelandzie, wiosny jesteś ptakiem,Który po zimie wiecznie w tropy leciI dzień pogodny swym zwiastuje śpiewem.Lecz patrzcie, nowe przybywają wieści.
Harcourt. Boże, bądź króla tarczą przeciw wrogom!A jeśli który powstać się odważy,Niechaj upadnie jak ci, których klęskęPrzychodzę donieść. Hrabię NorthumberlandI lorda Bardolph z wojskiem ich potężnemSzeryf Yorku pobił i rozprószył.List ten szczegóły dokładniej opisze.Król Henr. Czemuż wieść dobra niemoc mi sprowadza?Toż nam fortuna nigdy nie pokażeRąk obu pełnych? Zawszeż piękne słowaW swych najczarniejszych pisać ma literach?Lub da apetyt, a nie da pokarmu —Zwykły los biednych, a na ciele zdrowych —Lub da obfitość, zabierze apetyt —Jak bogaczowi użyć niezdolnemuSwoich dostatków. Zamiast się radować,Ćmi mi się w oczach, w głowie mi się mąci.Boże! ratujcie! ach, jakże mi słabo! (mdleje).Ks. Hum. Bądź dobrej myśli, królu!Clarence. O mój ojcze!Westmor. Zbierz siły, królu, otwórz twe źrenice.Warwick. Tylko cierpliwość; wszak wiecie, panowie,Że to zwyczajny króla jest paroksyzm.Odstąpcie tylko, dajcie mu odetchnąćWolnem powietrzem, a do zmysłów wróci.Clarence. Nie, strapień takich długo nie wytrzyma;Myśl wciąż nękana trosk tylu nawałemZużyła mury, w których miała mieszkać;Przez ich szczeliny życie już wyglądaI wnet uleci.Ks. Hum. Trwogą mnie napełniaLud, który widzi dzieci bez rodzica,
Płody potworne; pory swą naturęZmieniły, jakby rok przeskoczył w bieguKilka miesięcy, które spotkał śpiące.Clarence. Trzy miała rzeka przypływy, żadnegoJednak odpływu, a jak mówią starzy,Te zbiegłych czasów żyjące kroniki —Cud się podobny zdarzył nieco wprzódy,Nim dziad nasz Edward wpadł w niemoc i umarł.Warwick. Cicho! do zmysłów król znowu przychodzi.Ks. Hum. Podobno atak będzie to ostatni.Król Henr. Do innej sali ponieście mnie, proszę.
Lekko, ostrożnie. Nakażcie milczenie;Chyba, że jaka przyjacielska rękaZnużoną duszę muzyką pokrzepi.Warwick. Do drugiej izby wprowadźcie muzykę.Król Henr. Na tem wezgłowiu złóżcie mą koronę.Clarence. Zmienił się bardzo; oczy mu zapadły.Warwick. O, ciszej! ciszej! (Wchodzi ks. Henryk).Ks. Henr. Gdzie książę Klarencyi?Clarence. Tu jestem, bracie, w ciężkiem utrapieniu.Ks. Henr. Co? deszcz w pałacu, gdy sucho na dworze?Jak zdrowie króla?Ks. Hum. Źle bardzo.Ks. Henr. Czy słyszałDobre nowiny?Ks. Hum. Właśnie gdy ich słuchał,Wzięła go niemoc.Ks. Henr. Gdy na radość chory,Wróci do zdrowia, nie biorąc lekarstwa.Warwick. Drogi mój książę, przez Boga, mów ciszej,Zasypia bowiem król nasz, a twój ojciec.Clarence. Do drugiej izby oddalmy się wszyscy.Warwick. Czy chcesz iść z nami, miłościwy książę?Ks. Henr. Nie, tu usiądę, będę nad nim czuwał.
Co na wezgłowiu korona ta znaczy,Ta towarzyszka łoża kłopotliwa?
O, złota trosko! jasne zamięszanie!Co trzymasz wrota snu na ścież otwarteTylu bezsennym nocom! Śpisz w niej, królu,Lecz nie tak słodko i pół mniej głęboko,Niż ten, co głowę chustą związał prostą,I noc, na twardem łożu, chrapie całą.O, majestacie! temu, co cię nosi,Jesteś jak zbroja kosztowna w upale,Która go piecze, dając bezpieczeństwo. —U bram oddechu jego puch zawisnął,A nie drga przecie; ha, gdyby oddychał,Musiałby wiotki puszek się kołysać.Królu mój! ojcze! O, sen to głęboki,Sen, co rozdzielił z tą złotą obręcząTylu już królów, twoich poprzedników.Moim dla ciebie długiem są łzy mojeI ciężka boleść, a dług ten natura,Miłość i moja synowska powinność,Drogi mój ojcze, spłacą ci obficie.Twoim znów dla mnie długiem ta korona,Co bezpośrednio spada na mnie terazJak na dziedzica krwi twojej i tronu.Więc tu ją kładę. (Kładzie koronę na swoją głowę).Bóg strzedz jej tu będzie;W jedno olbrzymie ramię niech świat całyZleje swe siły, wydrzeć mi nie zdołaTego znamienia dziedzicznej godności.Zostawię dzieciom, coś ty mnie zostawił (wychodzi).Król Henr. O, Warwick! Gloucester! Clarence!
Clarence. Czy król woła?Warwick. Czego chcesz, królu? jak się teraz czujesz?Król Henr. Czemu samego tu zostawiliście?Clarence. Przy tobie, panie, książę brat mój został,Bo on nad tobą czuwać sam się podjął.Król Henr. Kto? książę Walii? Gdzie on? niech się zbliży;Lecz go tu niema.Warwick. Widzę drzwi otwarte,
On tędy wyszedł.Ks. Hum. Przynajmniej w komnacie,W której byliśmy, nikt z nas go nie widział.Król Henr. Gdzie jest korona? kto wziął ją z wezgłowia?Warwick. Zostawiliśmy ją wychodząc, panie.Król Henr. Książe ją zabrał. Idźcie go przywołać;Czy tak mu śpieszno, że sen za śmierć bierze?Lordzie Warwicku, przyprowadź go do mnie.
Jego czyn do mej przydany niemocyWnet ze mną skończy. Patrzcie, czem jesteście,Synowie moi; patrzcie, moje dzieci,Jak jest natura pochopną do buntu,Kiedy ją złota podpali pokusa.Więc to dla tego, szaleni ojcowie,Sen rozmyślaniem, mózg dręczyli troską,A zbytkiem pracy wątlili swe ciało!Więc to dla tego gromadzili stosyGrzesznym przemysłem grzesznego metalu!Więc to dla tego z taką gorliwościąĆwiczyli synów w rycerskiem rzemiośle!Ze wszystkich kwiatów nieśliśmy jak pszczołaKosztowne soki, nieśliśmy do ulaW ustach miód wonny, wosk na naszych nogach,By śmierć w zapłatę pracy mieć, jak pszczoła!Jak gorzki napój usta rodzicielskieZa wszystkie trudy w chwili zgonu wilży!
Gdzie syn, co nie mógł tyle nawet czekać,Aż śmierć, przyjaciel jego, mnie dobije?Warwick. W sąsiedniej izbie znalazłem książęcia;Jego oblicze potok łez zalewałZ takim wyrazem głębokiej boleści,Że okrucieństwo, co krew tylko pije,Na jego widok swójby nóż obmyłoW czystym łez zdroju. Sam książę przybywa.Król Henr. Ale dlaczego uniósł stąd koronę?
To on. Henryku, przybliż się tu do mnie,A wy odejdźcie; zostawcie nas samych.
Ks. Henr. Jeszcze cię słyszeć straciłem nadzieję.Król Henr. Chęć była matką myśli twych, Henryku.Żywot mój nazbyt długim ci się zdaje.Pustego po mnie tronu tak już łakniesz,Że pragniesz w moją godność się ustroićWprzód, niźli twoja dojrzeje godzina?Płochy młodziku! wzdychasz do wielkości,Która cię swoim ciężarem zagniecie.Poczekaj chwilę; obłok mej wielkościTak słaby wietrzyk w górze podtrzymuje,Że spadnie wkrótce; dzień mój już ciemnieje.To mi ukradłeś, co za godzin kilkaByłoby twojem, tylko że bez grzechu.W dniu mojej śmierci pieczęć przyłożyłeśDo mych przypuszczeń. Całe twoje życieByło dowodem, że mnie nie kochałeś;Chciałeś, bym tego był pewny, konając.Tysiąc chowałeś sztyletów w twej myśli,Któreś zaostrzył na kamiennem sercu,By przeszyć nimi kwadrans mój ostatni.Co? więc mi nawet kwadransa żałujesz?Więc idź, Henryku, idź sam mój grób kopać.Każ dzwonom światu wesoło rozgłosić,Żeś królem został — nie, że ja umarłem;Niech łzy, co trumnę moją miały rosić,Będą balsamem twego namaszczenia;W proch zapomnienia rzuć mnie co najrychlej,Daj to robakom, co ci dało życie;Znoś prawa moje, kasuj me urzędy,Bo przyszły czasy szydzenia z porządku.Już Henryk piąty ukoronowany;Wstań więc szaleństwo! precz królów powago!I ty doradców mądrych precz drużyno!Niech się zbiegają z wszystkich świata krańcówPróżniactwa małpy do angielskiej ziemi!
Czas wam, sąsiedzi, zbyć się swych szumowin;Jeżeli macie jeszcze jakich łotrów,Co klną, hulają, piją i tańcują,Kradną, mordują i najstarszych zbrodniW najnowszy sposób umią się dopuszczać,Cieszcie się, — wkrótce przestaną was dręczyć;Ich grzech potrójny Anglia w dwój ozłoci;Anglia ma dla nich urząd, honor, władzę,Bo Henryk piąty z paszczy rozpustnikówZerwał kaganiec, pies wściekły swe zębyBędzie bezpiecznie kąpał w krwi niewinnej.Biedne królestwo moje! dziś dręczoneDomowej wojny bolesną chorobą,Gdy rząd mój nie mógł twych przytłumić buntów,Co zrobisz, kiedy bunt twym będzie rządem?Ach, znowu głuchą zostaniesz pustynią,Siedzibą wilków, twych dawnych mieszkańców!Ks. Henryk (klęka). O, przebacz królu! Gdyby mi łzy mojeSłów w ustach gorzką nie zalały falą,Twojebym krwawe zatrzymał wyrzuty,Nim twą głęboką objawiłeś boleść,Nim cię prąd żalu tak daleko poniósł.Odbierz koronę; a niechaj Ten raczy,Co nieśmiertelną w niebie ma koronę,Długo na twojej zostawić ją skroni!Jeśli dla innych kocham ją powodów,Jak, że jest godłem twojego honoru,Niech nigdy z ziemi tej więcej nie wstanę,Na której klęczę w pokornej postawie,Wewnętrznych uczuć wiedziony natchnieniem!Niebo mi świadkiem, że kiedym się zbliżył,Kiedym królewskie usta bez tchu znalazł,Śmiertelne zimno serce mi zalało.Jeżeli kłamię, niech zginę w obłędzie,Nim dnia doczekam, w którym niewątpliwieBędę mógł dowieść niewiernemu światu,O jak szlachetnej rozmyślałem zmianie!Patrząc na ciebie, myśląc, że umarłeś —
Na myśl tę, królu, sam prawie umarły —Jakby korona mogła mnie rozumieć,Tak ją gromiłem w uczuć mych goryczy:„Do twej obręczy troski przywiązaneMojego ojca wyczerpały ciało;Choć więc ukutaś z najlepszego złota,Jesteś najgorsza; pośledniejszej próbyLepsze od ciebie, jeśli w płyn zmienioneOcala życie, gdy ty, choć najczystsza,Choć pełna sławy, honoru, czci pełna,Wygryzłaś siły twego nosiciela“.Mówiąc to, królu, na skroń ją wcisnąłem,Jakgdybym z moim mierzyć się chciał wrogiem,Co w moich oczach ojca mego zabił:Walka to godna wiernego dziedzica.Lecz jeśli moją krew zatruła radość,Jeżeli pycha myśli me wydęła,Jeśli duch jaki próżności lub buntuZ pochopną żądzą chwycić mnie ją skłonił,Niech Bóg jej nigdy na skroń mą nie włoży,Jak najnędzniejszy niech będę poddanyNa sam jej widok trwożnie klękający!Król Henr. Synu mój, niebo wziąć cię ją natchnęło,Byś miłość ojca tym większą pozyskałTak mądrą czynu twojego obroną.Zbliż się, Henryku, usiądź przy mem łożu,I słuchaj rady, jak myślę, ostatniej,Którą z ust moich będziesz mógł usłyszeć.Niebo wie, synu, jakiemi ścieżkami,Jak krętą drogą dobiegłem nakoniecDo tej korony; a ja sam wiem dobrze,Hem trosk podjął, aby ją zachować.Spokojniej teraz na twą spadnie głowę,Bezpieczniej, z lepszem świata poważaniem,Bo wszystko błoto grzesznego nabytkuZapadnie w ziemię razem z mojem ciałem.Na skroni mojej błyszczała jak znamięWydarte gwałtem buntowniczej dłoni;
Z moich spółczesnych niejeden mógł łatwoZrobić mi wyrzut, że mi do niej pomógł;Stąd ciągłe spiski i krwawe rozterkiZakłócające zwodniczą spokojność.Śród niebezpieczeństw przytłumiłem bunty;Me panowanie było tylko scenąCiągłych jednego przemian widowiska.Dziś, z moją śmiercią, wszystko się przemieni.Co we mnie było wątpliwym nabytkiem,Schodzi na ciebie sprawiedliwszą drogą:Włożysz na głowę dziedziczną koronę.Lecz choć na tronie odemnie pewniejszy,Chwiejesz się jeszcze, bo świeże są żale.Mym przyjaciołom, których ci zostawiam,Niedawnom wyrwał zęby i pazury.Na tron wniesiony groźną ich pomocą,Spaść z niego mogłem potęgi ich dziełem;Dla mej obrony, musiałem zgnieść jednych,A drugich chciałem wieść do Ziemi Świętej,By długi pokój myśli im nie poddałZbyt ściśle władzy mej podstawy badać.I ty Henryku, w sąsiedzkich rozterkachWynajdź zajęcie dla burzliwych myśli;Wojenna praca na dalekich brzegachWszystkie pamiątki dni minionych zatrze.Chciałbym ci więcej mówić, lecz pierś słabnie,I na mych ustach konają mi słowa.Com grzesznie zyskał, niech mi Bóg przebaczy,Tobie w pokoju niech zachować raczy!Ks. Henr. Coś wziął, utrzymał, zostawił mi, panie,Z prawa jest mojem i mojem zostanie,I choć się na mnie świat cały sprzysięże,Prawem mem silny świat cały zwyciężę.
Król Henr. Patrz, patrz, przybywa syn mój, Jan z Lancastru.Ks. Jan. Zdrowie i pokój i szczęście królowi!Król Henr. Szczęście i pokój przynosisz mi, synu,Lecz od nagiego, uschłego pnia tego
Młodzieńczym skrzydłem zdrowie uleciało.Ziemskie me prace kończą się już dzisiaj.Gdzie jest lord Warwick?Ks. Henr. Zbliż się, lordzie Warwick.Król Henr. Czy izba, w której omdlałem raz pierwszy,Ma jaką nazwę?Warwick. Zwie się Jeruzalem.Król Henr. Chwała bądź Bogu! Tam właśnie me życieSkończyć się miało. Długie temu lata,Jak mi prorocze oznajmiono słowa,Że w Jeruzalem dokonam żywota,Myślałem błędnie, że to w Ziemi Świętej.Więc do tej izby prowadźcie mnie, dzieci,Z tej Jeruzalem niech mój duch uleci.
Warwick. Gdzie śpieszysz Sędzio?W. Sędzia. Jakże króla zdrowie?Warwick. Nadzwyczaj dobrze; wszystkie skończył troski.W. Sędzia. Nie umarł, myślę.Warwick. Spłacił dług naturze;Dla nas, nie żyje.W. Sędzia. Z całej pragnę duszy,Aby odchodząc i mnie zabrał z sobą.Wierne me służby za jego żywotaPo jego śmierci trosk mi będą źródłem.Warwick. To prawda; nowy król niezbyt cię kocha.W. Sędzia. Wiem o tem dobrze, zbroję się też w męstwoNa ciosy, które czas trzyma w odwodzie,Które nie mogą objawić się szpetniej,Niż się kształtują w mojej wyobraźni.
Warwick. Zbliża się smutne Henryka potomstwo.Gdyby żyjący Henryk miał przymiotyZ trzech dostojników najmniej cnotliwego!Ilu szlachetnych zostałoby mężów,Co nikczemnikom muszą dziś ustąpić!W. Sędzia. O Boże, wszystko, wszystko się przewróci.Ks. Jan. Dzień dobry! Witaj, kuzynie Warwicku!Ks. Humph. i Clarence. Witaj kuzynie!Ks. Jan. Tak się spotykamyJak ludzie, którzy zapomnieli mówić.Warwick. Nie zapomnieli, tylko treść rozmowyZbyt smutna, aby długo ją traktować.Ks. Jan. Pokój z tym, który smutek ten nam sprawił.W. Sędzia. I z nami, byśmy nie byli smutniejsi!Ks. Hum. Prawda, straciłeś, lordzie, przyjaciela!Mógłbym też przysiądz, że na twem obliczu
Nie pożyczana maluje się boleść,Lecz z serca idzie.Ks. Jan. Choć nikt nie jest pewny,Jakie mu nowy król da powitanie,Ty najmniej możesz nadzieją się łudzić.Smutno mi, chciałbym, by inaczej było.Clarence. Musisz Falstaffa uprzejmie traktować,Płynąć pod wodę twego charakteru.W. Sędzia. Zrobiłem, książę, co mi honor kazał,Co sprawiedliwość radziła bezstronna,Nie myślę dzisiaj podlącem ustępstwemO przebaczenie i o łaskę żebrać.Gdy mi niewinność i prawda nie starczą,Do pana mego umarłego pójdę,By mu powiedzieć, kto mnie za nim wysłał.Warwick. Król się przybliża. (Wchodzi król Henryk V).W. Sędzia. Niech Bóg miłosiernyWaszą królewską mość zachować raczy!Król. Nowy ten tytuł z całym swoim blaskiemDla mych jest ramion cięższy niż myślicie.Z waszym się smutkiem, bracia, trwoga mięsza;Dwór to angielski przecie nie turecki,Po Amuracie nie nowy Amurat,Lecz po Henryku Henryk następuje.Bądźcie jednakże smutni, dobrzy bracia;Ten smutek waszym przystoi obliczom;Tak w nim królewska przebija się godność,Że go jak modę wprowadzę na długo,Bo go sam w mojem sercu będę nosił.Bądźcie więc smutni, ale, bracia moi,Niech to nam wszystkim będzie wspólny ciężar,Bo Boga biorę na świadka, że dla wasJak byłem bratem, tak i ojcem będę;Zapłacę waszą miłość troskliwością.Płaczcie Henryka, i ja będę płakał,Lecz Henryk żyje, który wam przemieniŁzę waszą każdą na szczęścia godzinę.Książęta. Mniej się spodziewać nie mogliśmy, królu.
Król. Wszyscy tak dziwnie na mnie spoglądacie;
A ty najbardziej; jesteś przekonany,Że cię nie lubię.W. Sędzia. Jestem przekonany,Że sprawiedliwą król mierząc mnie miarą,Nie znajdzie żadnych nienawiści przyczyn.Król. Żadnych? Czy może książę z mą przyszłościąZapomnieć krzywdy, którąś mu wyrządził?Następca tronu Anglii domniemanySłowami lżony, w więzieniu zamknięty!Czy rzecz to mała? możnaż taką krzywdęLetejską obmyć wodą i zapomnieć?W. Sędzia. Królu, zastępcą twego ojca byłem,Byłem obrazem jego majestatu.Gdym prawa jego wymierzał ludowi,Czuwał nad dobrem rzeczypospolitej,Książe, na godność moją niepamiętny,Na sprawiedliwość i na praw majestat,Na obraz króla, który mnie uświęcał,Na krześle mojem uderzyć mnie śmiałeś;Jam też bez trwogi powagi mej użył,I do więzienia posłał winowajcę,Co we mnie króla a nie mnie obraził.Jeźlim źle zrobił, królu mój, więc pozwól,Dziś, gdy koronę włożyłeś na skronie,By syn twój prawom twoim się urągał,Z twych trybunałów wygnał sprawiedliwość,Bieg prawa przerwał i miecz ten przytępił,Który pokoju publicznego broni,I bezpieczeństwa osoby twej strzeże;Lecz niedość, pozwól, by twój obraz krzywdził,I szydził z ciebie w twym przedstawicielu.Postaw się myślą w takiem położeniu;Bądź ojcem, królu, przypuść, że to syn twój,Słuchaj, jak twoją godność profanuje,Z groźnej powagi twoich praw się śmieje,I patrz, jak tobą własny syn twój gardzi,
Potem myśl, w twojej żem stanął obronie,Żem twą powagą syna milczeć zmusił,Dopiero z zimną potęp mnie rozwagą.Jako król, powiedz, czegom się dopuścił,Coby godności mojej nie przystało,Krzywdziło pana mojego majestat?Król. Masz słuszność, sędzio, wszystkoś dobrze zważył,Więc i na przyszłość miecz i wagę trzymaj.Daj Bóg, byś rosnąc w godnościach, doczekał,Aby cię syn mój w chwili zapomnienia,Jak ja obraził i jak ja usłuchał,Abym ojcowskie powtórzyć mógł słowa:Szczęście to moje, że znalazłem męża,Co na mym synu sprawiedliwość pełni,Lecz i nie mniejsze szczęście, że mam syna,Który potrafił wielkość swoją ugiąćPrzed nieugiętym majestatem prawa.Na mej osobie położyłeś areszt,Za to ja w twoje składam teraz dłonieMiecz nieskalany, któryś przywykł nosić;A jak go śmiało, jak go sprawiedliwie,Jak go bezstronnie przeciw mnie użyłeś,Tak i na przyszłość używaj go, sędzio.Masz moją rękę — ojcem dla mnie będziesz,Mój głos objawi, co szepniesz mi w ucho;Z pokorą moje uchylę zamiaryPrzed twą mądrością i twem doświadczeniem.A wy, książęta, wierzajcie mi, proszę:Szaleństwo moje ojciec wziął do grobu,W jegom mogile przeszłość mą zagrzebał;Z jego myślami smutny dzisiaj żyję,By wszystkie świata oszukać rachuby,By kłamstwo wszystkim zarzucić proroctwom,Przemazać wyrok, który mnie potępiłMylnych pozorów zwiedziony obłędem.Prąd krwi mej dotąd z dziką płynął siłąŚród pustych szaleństw; lecz dziś się odwraca,Z nieskończonością morskich fal się miesza,
I z ich spokojnym płynie majestatem.Już zwołaliśmy wysoki parlament,Wybierzem teraz członków naszej Rady,By kraj nasz stanął na równi z państwami,Najlepszym rządem błogosławionemi,By pokój, wojna, lub oboje razemRównie nam były znane i zażyłe; (Do W. Sędziego)W czem liczę głównie na pomoc twą, ojcze.Po uroczystem święcie koronacyi,Jak powiedziałem, zbierzem nasze Stany,A jeśli modłów mych niebo wysłucha,Nikt w mych dzielnicach nie rzeknie w rozpaczy:Żywot Henryka niech Bóg skrócić raczy!
Comentarios
Cargando comentarios…