Scena pierwsza

Traducido del inglés por Józef Paszkowski

Król Ryszard III — Akt pierwszy

Gloster. Tak więc nam słońce Yorku zamieniłoZimę niesnasek w promieniste lato,I chmury zwisłe ponad naszym domemLegły w głębokim łonie oceanu.Teraz nam zdobią skroń zwycięskie wieńce;Oręże nasze wyszczerbione wisząNakształt trofeów; z obozowej wrzawyDo uroczystych przeszliśmy festynów,Z forsownych marszów do wesołych pląsów.Wojownik chmurne rozpogodził czoło,I zsiadłszy z krytego stalą rumaka,Którym przerażał strasznych nieprzyjaciół,Podryga teraz po dworskich komnatach,W lubieżnych skokach przy odgłosie lutni.Lecz do igraszek jam nie jest stworzony,Ni do palenia kadzideł miłosnych,Ja z gruba kuty, za ciężki, za sztywnyDo czupurzenia się przed lekką nimfą,Prostak pod względem wszelkich dwornych manier,Upośledzony z natury, niekształtny,Nieokrzesany, zesłany przed czasemW ten świat oddechu, i to tak koszlawoI nieudatnie, że psy ujadają,Gdy sztykutając mimo nich przechodzę;

Ja w ten piskliwy czas pokoju nie mamInnej uciechy, którąbym czas zabił,Jak chyba śledzić własny cień w słońcuI ropatrywać szpetność mej postaci.Nie mogąc przeto zostać adonisem,By godnie spędzić ten ciąg dni rózanych,Postanowiłem zostać infamisemI do tych marnych pustot się nie mięszać.Osnułem sieci intryg za pomocąZdradnych poszeptów, snów i przepowiedni,By w moim bracie, Klarensie i w króluZażedz wzajemną nienawiść ku sobie.Jest-li król Edward szczery i rzetelnyTak jak ja jestem chytry i obłudny,Dziś jeszcze Klarens będzie w ciupie siedział,A to na mocy wróżby, która, która mówi:Że ktoś, co miano swe od G zaczyna,Zabójcą będzie Edwardowych dzieci.Myśli me, dajcie nurka! Oto Klarens.

Dzień dobry, bracie! Co znaczy ta zbrojnaStraż przy osobie Waszej Wysokości?Klarens. Jego Królewska Mość w dbałości swojejO moją całość, raczyła dodaćTaką eskortę na drogę do Towru.Gloster. Z przyczyny?Klarens. Tej, że Jerzy mi na imię,Gloster. Ależ milordzie, to nie twoja wina:Niechajby za to do więzienia wsadziłTych, co ci na chrzcie dali takie imię.Może ma Jego Królewska Mość zamiarKazać cię w Towrze ochrzić po raz drugi?Ależ na serjo, co to jest, Klarensie?Nie mogęż wiedzieć?Klarens. Czemu nie, Ryszardzie,Bylebym tylko sam wiedział: bo dotąd,

Na honor, nie wiem. Mówią, że król EdwardBierze do serca sny i przepowiednie,Że z alfabetu głoskę G wykreśla;Bo mu jasnowidz jakiś miał powiedzieć,Że G potomstwo jego wydziedziczy;Że zaś me imię od G się zaczyna,Wnosi więc, że się to ma stać przezemnie.Te, oraz inne podobne andronySkłoniły Jego Wysokość, jak słyszę,Do uwięzienia mnie.Gloster. Otóż to skutki,Kiedy nad nami kobiety przewodzą!Nie król to Edward wtrąca cię do Towru,Lecz jego żona, ledy Grey, Klarensie,Do tej przywodzi go ostateczności.Czyliż nie ona, wespół z tym poczciwymAntonim Wudwil, swym bratem, sprawiła,Że lorda Hastings zataszczył do Towru?Źle z nami, bracie Klarensie, Źle z nami.Klarens. Dalibóg, nikt tu nie jest pewnym siebiePrócz parenteli królowej i owychCzynnych heroldów, co o nocnej porzePomiędzy królem a panią Szor łażą.Czy też słyszałeś, z jak korną submisjąBłagał ja Hastings o swe uwolnienie?Gloster. Chyląc się kornie przed nią, jak przed bóstwem,Wymodlił sobie lord szambelan wolność.Wiesz co? ja myślę, że jeżeli chcemyCieszyć się nadal królewskiemi względy,To nic innego nam nie pozostaje,Jak pójść jej służyć i wdziać jej liberję.Owa zużyta wdowa zazdrośnicaI ona, odkąd je nasz brat uszlachcił,Najsamowładniej trzęsą naszem państwem.Brakenbery przystępując. Wasze miłoście raczą mi wybaczyć:Jego Królewska Mość surowo zlecił,

By, niezależnie od stopnia, nikt nie miałZ księciem Klarensem potajemnych rozmów.Gloster. Czy tak? Toć możesz, mości Brakenbury,Słyszeć, jeżeli chcesz, wszystko co mówim.Nie knujem spisków, panie, mówiliśmy,Że Król Jegomość jest mądry, cnotliwy;Że Jej Królewska Mość jest już cokolwiekW latach podeszłą, piękną, nie zazdrosną;Że żona Szora ma prześliczną nóżkę,Milutkie oczy, koralowe usta,Dźwięczny głos; wreszcie, że krewni królowejWyszli na wielce znakomitych ludzi.Coż waćpan na to? Sądziszli przeciwnie?Brakenbery. Milordzie, jestem w tym puncie jak w rogu.Gloster. Jak w rogu, w puncie pani Szor? Wiedz aspan,Że prócz jednego nie wolno nikomuBywać w tym punkcie, chyba pokryjomu.Brakenbery. Cóż to za jeden, panie, co mu wolno?Gloster. Jej mąż, obwiesiu; chciałżebyś mnie podejść?Brakenbery. Racz mi przebaczyć, a milordzie, przytemZaniechać dalszej z książęciem rozmowy.Klarens. Znamy powinność twoją, Brakenbery,Będziemy przeto posłuszni.Gloster. JesteśmyPoniżonymi sługami królowej.Być więc posłusznymi musim. Bądź zdrów, bracie:Pójdę do króla, i do czegokolwiekZachcesz mnie użyć, chociażby mi przyszłoNazwać Edwarda połowicę siostrą,Wszystko uczynię, aby cię uwolnić.Bądź jak bądź, twardy ten postępek brataDotknął mnie bardziej, niż sobie wystawiasz.Klarens. Wiem, że to obu nam się nie podoba.Gloster. Nie długo zresztą potrwa twa klauzura;Wyrwęć z niej lub się sam do niej dostanę:

Bądź więc cierpliwy.Klarens. Muszę być rad nie rad.Bądź zdrów. Wychodzi z Brakenberym i strażą.Gloster. Idź w drogę, z której już nie wróciszO, dobroduszny Klarensie! miłujęćDo tego stopnia, że wkrótce twą duszęDo nieba poślę, jeśli tylko nieboZechce z rąk moich ten dar przyjąć. Któż to?Wszak ci to świeżo uwolniony Hastings.Wchodzi Hastings.Hastings. Miłościwego witam księcia pana.Gloster. Witaj, kochany lordzie szambelanie!Rad cię oglądam na wolnem powietrzu.Jakżeś zniósł, powiedz, swoje uwięzienie?Hastings. Cierpliwie, panie, jak przystoi więźniom,I mam nadzieję wywdzięczyć się kiedyśTym, z których łaski w sztuce cierpliwościNabyłem wprawy.Gloster. Ani wątpić o tem;Tak się wywdzięczy i Klarens, bo twoiNieprzyjaciele są także i jegoNieprzyjaciółmi i tak samo jemuUszyli buty jak tobieHastings. Niestety!Orła zamknięto w klatce, by jastrzębieI kanie mogły samopas bonować.Gloster. Cóż tam nowego słychać?Hastings. Nic tak złego,Tam jak tu: król jest niedomagający,Cierpiący, smutny; bardzo się o niegoBoją lekarze.Gloster. Na świętego Pawła!Zła to nowina, w istocie za długoŚcisłej się trzymał djety; tym sposobemWycieńczył swoją królewską osobę.Boleśnie myśleć o tem. Czy on w łóżku?

Hastings. W łóżku.Gloster. Idź przodem, pośpieszę za tobąWychodzi Hastings.On żyć nie może długo, a nie możeUmrzeć, dopóki Klarens ekstrapocztąDo bram niebieskich nie będzie wprawion.Muszę natychmiast udać się do niegoI podżedz jego niechęć do KlarensaKłamstwami w racje niezbite kutemi.Jeśli głęboki plan mój mi się uda,Klarens drugiego dnia już nie dożyje,Niech wtedy Pan Bóg wezwie do swojej chwałyKróla Edwarda i mnie świat zostawi,Bym się swobodnie w nim rozpostarł. WtedyNajmłodszą córkę Warwika zaślubię,Chociażem zabił jej męża i ojca.Najlepszym środkiem do udobruchaniaTej hardej dziewki ten mi się wydaje,Abym sam został jej mężem i ojcem;Tak też uczynię, nietyle z miłości,Co gwoli innych tajnych celów, którychPrzez ożenienie to będę mógł dopiąć.Ale ja łowię ryby przed niewodem:Edward panuje, Klarens jeszcze żyje;Gdy ich grób skryje, zysk mój się wykryje. Wychodzi.

Comentarios

Cargando comentarios…