Akt piąty
Traducido del inglés por Józef Paszkowski
Kupiec wenecki
Lorenco. Jak śliczny księżyc! W takąto noc jasną,Gdy luby wietrzyk zlekka liść całował,Nie czyniąc szumu, w takąto noc pewnieTroilus niegdyś stał na murach Troi,I duszę swoją w westchnieniach posyłałKu obozowi Greków, gdzie KressydaWe śnie leżała.Jessyka. W takąto noc TisbeLękliwą stopą otrząsała rosę;
I cień lwa widząc miasto lwa samego,Z trwogą pierzchała.Lorenco. W takąto noc ongiStała Dydona na dzikiem wybrzeżu,Z gałązką w ręku i znak nią dawałaUlubieńcowi, aby wrócił nazadDo Kartaginy.Jessyka. W taką noc takżeMedea rwała czarodziejskie zioła,Które staremu Ezonowi miałyPrzywrócić młodość.Lorenco. W takąto noc uszłaJessyka z domu bogatego żyda,I z jednym chłystkiem umknęła z WenecyiAż tu do Belmont.Jessyka. W takąto noc młody,Czuły Lorenco przysięgał jej miłość,I podszedł proste jej serce mnogiemiZapewnieniami, z których ani jednoNie było szczerem.Lorenco. W takąto noc młoda,Śliczna Jessyka małe nic dobrego,Rzucała potwarz na swego kochanka,Który jej jednak potwarz tę przebaczył.Jessyka. Radabym z tobą tak całą noc gwarzyć,Gdyby nikt naszej nie przerwał swobody,Ale, czy słyszysz? ktoś tu idzie.
Lorenco. KtóżtoŚmie mieszać spokój tej późnej godziny?Stefano. Swój.Lorenco. Swój? co za swój? jak się zowiesz, swoju?Stefano. Zwię się Stefano i przychodzę z wieścią,Że nasza pani powraca do BelmontPrzededniem jeszcze. Co chwila przystajePrzy świętych krzyżach, klęka i zanosiModły o szczęście w swym świeżo zawartymMałżeńskim związku.Lorenco. Czy z nią kto przyjeżdża?
Stefano. Jej panna tylko i jakiś tam święty.Ale powiedzcie mi, czy nasz pan wrócił?Lorenco. Nie wrócił i nic o nim nie słyszałem.Dalej Jessyko, trzeba nam się zająćPrzygotowaniem do uroczystegoPrzyjęcia pani tego domu. Idźmy.
Lorenco. Pójdź, luba, w domu czekać na nich będziem.Ale dlaczegożby koniecznie w domu?Mości Stefano, proszę cię, idź służbieOznajmić blizki przyjazd naszej paniI muzykantom każ tu przyjść.
Jak wdzięcznieNa tym pagórku śpi światło miesiąca!Siądźmy tu sobie i niech wdzięk muzykiPłynie nam w ucho: noc i nocna ciszaGodzą się z słodkim urokiem harmonii.Usiądź, Jessyko; patrz, jak przestwór niebaGęsto w złociste gwiazdki jest utkany;A każdy krążek z tych, które tam widzisz,Bieg odbywając, dołącza pieśń swojąDo chóru jasnookich cherubinów.Tak są harmonii pełne czyste duchy:Tylko my, których duch jest powiniętyW skorupę prochu, słyszeć jej nie możem.
Zbliżcie się! zbudźcie śpiewnym hymnem Dyanę,Wyślijcie naprzód na spotkanie pani
Echo najbardziej melodyjnych tonówI przyciągnijcie ją nimi do domu.
Jessyka. Ilekroć słodką muzykę usłyszę,Rzewnie mi jakoś.Lorenco. Bo władze twej duszySą, widać, wtedy pilnie natężone.Popatrz na dziką i swawolną trzodęAlbo na stado młodych bystrych źrebców;Brykają one, beczą i rżą głośno,Bo to w naturze jest ich krwi gorącej;Lecz niechno trąbka przypadkowo zabrzmi,Lub jakikolwiek muzykalny odgłosSłuch ich uderzy, zobaczysz, jak nagleWszystkie przystaną, jak się ich figlarneOko zaduma, pod wpływem czarownejPotęgi dźwięków.Stądto poeci mówią, że OrfeuszPociągał drzewa, kamieni i fale;Bo niema rzeczy tak martwej, tak twardejI tak burzliwej, żeby jej naturyMuzyka zmienić chwilowo nic mogła.Człowiek, harmonii nie mający w sobie,Którego współdźwięk tonów nic porusza,Zdolny jest zdradzić cię, oszukać, złupić.Umysł u niego ciężki jak mgła nocna,A serce czarne jak Ereb. Nie ufajNikomu z takich. — Słuchajmy muzyki.
Porcya. Owo światełko gore w mojej sali;Jak się daleko promieni, choć małe!Tak świeci dobry czyn w świecie zepsutym.Neryssa. Nie widziałyśmy wprzód tego światełka,Gdy miesiąc świecił.Porcya. Tak zwykle blask większyZaciera mniejszy. Namiestnik jaśniejeJak król, dopóki król się nie ukaże;Wtedy ubywa mu okazałości,Jak strumieniowi, gdy z wyżyny spływaW wielkie wód łoże. Muzyka! Czy słyszysz?
Neryssa. To nasza, pani, domowa kapela.Porcya. Nic nie jest pięknem bezwzględnie, jak widzęMilej mi ona brzmi teraz niż za dnia.Neryssa. Cisza to, pani, dodaje jej wdzięku.Porcya. Wrona tak dobrze śpiewa jak skowronek,Kiedy się na nich nie zważa; i sądzę,Że gdyby słowik w dzień śpiewał, gdy wszystkieGęsi gęgają, nie większą od szpakaPewnieby wtedy miał sławę śpiewaka.Ilużto rzeczom czas tylko stosownyNadaje wziętość i przymiot szacowny!Ale pst! Luna śni przy Endymionie,I nie radaby zostać przebudzoną.
Lorenco. Jeśli mię wszystko na świecie nie zwodzi,Głos to signory Porcyi.Porcya. Ten poczciwiecZna mię po głosie, jak ślepy kukawkę.Lorenco. Witaj-że, witaj nam, łaskawa pani!Porcya. Namodliłyśmy się za naszych mężów,Mości Lorenco, i mamy nadzieję,Że nasze modły były skutecznemi.Czy już wrócili?Lorenco. Dotychczas nie jeszcze,Ale posłaniec przybył z oznajmieniem,Że wkrótce będą.Porcya. Nerysso, idź moimLudziom zalecić, aby nie dawaliPo niczem zgoła poznać, żeśmy z domuSię oddalały. — Lorenco, Jessyko,Proszę was także zachować milczenie.
Lorenco. Mąż pani jedzie, słyszę odgłos trąbki.Umiemy trzymać język za zębami:Nie bój się, pani.Porcya. Noc ta zdaje mi sięDniem, tylko bladym i zamglonym: jesttoJakby dzień, w którym słońce jest zakryte.
Bassanio. Z antypodami byśmy jednocześnieMieli dzień, gdybyś ty świeciła wtedy,Gdy słońce znika.Porcya. Niechbym nie świeciła,A w czynach moich nie bała się światła!Witaj z powrotem, mój małżonku!Bassanio. WitajNajukochańsza! Oto mój przyjaciel:Ten sam Antonio, któremu tak wieleObowiązany jestem.Porcya. PowinienbyśObowiązany mu być nieskończenie;Bo on za ciebie przyjął, jak słyszałam,Zobowiązania bardzo wielkie.Antonio. KtóreSpełna zostały mu skompenzowane.Porcya. Panie Antonio, jesteś w naszym domu,Zaprawdę, nader pożądanym gościem;Czyny pokażą to lepiej niż słowa:Dlatego skracam tę ustną serdeczność.Gracyano (do Neryssy). Przysięgam na ten księżyc, żem niewinny,Jak żyw tu stoję; dałem go, kochanko,Dependentowi tego adwokata.Niechby ten młokos eunuchem został,Gdy tak się zżymasz o to, że go dostał.Porcya. Jakto? Już kłótnia? O cóżto rzecz idzie?Gracyano. O złote kółko, o bzdurny pierścionek,Który mi dała; na którym był napisTak dobry dla mnie, jak kogoś drugiego,Madrygał: „Kochaj mnie i nie opuszczaj!“Neryssa. Nie idzie tu o napis, ni o wartość:Przysiągłeś waćpan, gdym ci go dawała,Że go do śmierci nosić nie przestaniesz,Że go ze sobą zabierzesz do grobu;Jeśli nie przez wzgląd na mnie, to przynajmniejPrzez wzgląd na swoje ogniste przysięgi,Trzeba ci było lepiej go szanować.Dependentowi! Wiem aż nadto dobrze,
Że ten dependent, coś mu go dał waćpan,Nigdy nie będzie miał na brodzie włosów.Gracyano. Będzie miał, skoro do lat męskich dojdzieNeryssa. Jeśli kobieta dojdzie do lat męskich.Gracyano. Na honor, dałem go młodemu chłopcu,Niedorostkowi, smarkaczowi, właśnieTwojego wzrostu, chłopcu adwokata.Ten chłystek tak się go naparł w nagrodę,Że niepodobna mu było odmówić.Porcya. Źleś waćpan zrobił, szczerze wyznać muszę,Żeś się tak płocho rozłączył z najpierwszvmDarem twej żony; z upominkiem, któryŚlub na twym palcu umieścił, a wiaraPowinna była doń przykuć na zawsze.I jam mężowi memu dała pierścień,I odebrałam od niego przysięgę,Że się z nim nigdy nie rozstanie. Jakoż,Tu wobec niego śmiało mogę ręczyć,Żeby go nie zdjął, ani spuścił z palca,Za wszystkie skarby świata. W rzeczy samej,Mości Gracyano, dałeś swojej żoniePowód do żalu bardzo wielki. GdybyMnie to spotkało, tobym oszalała.Bassanio (do siebie). Gotówbym sobie urżnąć lewą rękę,I przysiądz, żem ten pierścień w walce stracił.Gracyano. Signor Bassanio darował swój pierścieńAdwokatowi, który o takowyProsił go i w istocie nań zasłużył;A jego piszczyk, dependent, za swojąPracę w pisaniu, zażądał mojego;Tak zaś pryncypał, jak jego subaltern,Nie chcieli przyjąć niczego innegoW dank swoich usług jak te dwa pierścionki.Porcya. Jakiżto pierścień dałeś mu, mój mężu?Przecież nie tamten, coś go miał odemnie?Bassanio. Gdybym mógł kłamstwo dodawać do winy,Tobym zaprzeczył temu; ale samaWidzisz, o pani, brak tego pierścieniaNa moim palcu.
Porcya. Taki sam brak wiaryJest w twojem sercu fałszywem. Na honor?Nie prędzej usta me dotkną się twoich,Aż znów ten pierścień zobaczę.Neryssa do Gracyana). I twojeMoich nie prędzej, aż mój ujrzę znowu.Bassanio. Najdroższa żono! Porcyo ukochana!Gdybyś wiedziała, komum dał ten pierścień,Gdybyś zważyła, za com dał ten pierścień,Znała żal, jakim czuł dając ten pierścień,Gdy nic nie chciano wziąć tylko ten pierścień:Zmiękłby niechybnie hart twojego gniewu.Porcya. A gdybyś waćpan był cenił ten pierścień,I tę, coć dała ten pierścień, i własnyHonor swój, z którym był w związku ten pierścień,Nie byłby był z twych rąk wyszedł ten pierścień.Któż mógł być tyle niewyrozumiałym,Niedelikatnym, iżby go koniecznieBył żądał, gdybyś pan trochę żarliwiej,Stanowczej stanął był w jego obronie,Mieniąc go świętą pamiątką? NeryssaMię naprowadza, co mam o tem sądzić:O śmierć mię to przyprawi, bo niechybniePierścień ten dostał się do rąk kobiety.Bassanio. Na honor, pani, na zbawienie duszy!Ręczę ci, że go nie dałem kobiecie,Ale pewnemu doktorowi prawa,Który ofiarowany mu przezemnieDar trzech tysięcy dukatów odrzuciłI pragnął tylko dotrzymać ten pierścień.Odmówiłem mu tego i ścierpiałem,Że się oddalił niezadowolony,On, co ocalił dni drogiemu memuPrzyjacielowi. Cóż ci powiem, pani?Zmuszony byłem mu go posłać: grzeczność,A nawet sam wstyd mi to nakazywał;Honor mój nie mógł spokojnie znieść tego,Aby go taka plamiła niewdzięczność:Przebacz mi przeto, najdroższa małżonko!Bo na te święte tam na niebie światła
Klnę się, ze gdybyś tam była obecną,Byłabyś była sama mi kazałaDać go zacnemu temu doktorowi.Porcya. Strzeż-że się waćpan, by zacny ten doktorNigdy do mego domu nie zawitał.Ponieważ bowiem posiada ów klejnot,Który lubiłam i który pan gwoliMiłości mojej przysiągłeś zachować,Gotowam także być szczodrą dla niego;Gotowam dać mu wszystko, co posiadam,A nawet udział w prawach mego męża;Że go zaś ujrzę, tego jestem pewną..Nie spędź-że waćpan ani jednej nocyZa domem, czuwaj, pilnuj mię jak Argus:Bo skoro tego zaniedbasz uczynić,Skoro mię samą zostawisz, na honor,Którym dotychczas jeszcze się poszczycam,Zacny ów doktor spocznie w mych objęciach.Neryssa (do Gracyana). A w mych dependent: bacz więc, jak daleceMasz mię na własnej zostawić opiece.Gracyano. Nie daj mi jeno zejść się z tą figurą,Bobym mu zgnieść mógł dependenckie pióro.Antonio. Jam jest nieszczęsnym powodem tych waśni.Porcya. Niech cię to, panie, bynajmniej nie martwi:Jesteś dlatego miłym gościem.Bassanio. Przebacz,Przebacz mi, Porcyo, ten błąd z konieczności;Wobec zebranych tu przyjaciół naszychPrzysięgam na te twoje śliczne oczy,W których mój obraz widzę...Porcya. Zważcie tylko:On w moich oczach widzi się dwoiście,W każden raz: tak więc bierzesz pan za świadkaSwych zobowiązań swoje ja dwoiste.To mi przysięga wiarogodna!Bassanio. AleżChciej mię wysłuchać: przebacz mi tę winę,A na mą duszę! nigdy od tej poryUczynionego ci nie złamię ślubu.
Antonio. Dałem był pierwej ciało moje w zakładZa niego. Gdyby nie ten zacny człowiek,Któremu mąż twój, pani, dał ów pierścień,Byłoby po niem było; daję terazDuszę mą w zakład i ręczę, Że odtądNigdy małżonek twój nie złamie wiaryZ rozmysłem.Porcya. Skoro pan za niego ręczysz,To chciejże mu dać ten, razem z przestrogą,Aby go lepiej szanował niż pierwszy.Antonio. Bassanio, przysiąż szanować ten pierścień.Bassanio. Na Boga! ten sam dałem doktorowi.Porcya. A on mnie: przebacz, kochany Bassanio,Za tento pierścień miał ze mną ów doktorSłodkie sam na sam.Neryssa. Przebacz mi podobnież,Luby Gracyano, bo za ten tu spędziłPrzeszłą noc ze mną ów smarkacz dependent.Gracyano. To coś wygląda jak szarwarkowanieWśród lata, kiedy drogi w dobrym stanie.Cóż to? na pierwszy wstęp w hymenu progiNiezasłużenie przypięto nam rogi?Porcya. Mów waćpan skromniej. — Wszyscyście zdumieni.Oto list, panie mężu: w wolnym czasiePrzejrzyj go, jest on z Padwy, od Bellarya:Znajdziesz w nim, że doktorem była Porcya,A dependentem Neryssa. LorencoMoże zaświadczyć, żeśmy zaraz po wasStąd wyjechały i wróciły nazadPrzed chwilą: jeszcze mię dom mój nie widziałPanie Antonio, mam dla ciebie lepszą,Niż się spodziewasz, wiadomość w zapasie:Dowiesz się z tego listu, że trzy twojeGalery nagle wpłynęły do portu,Obładowane bogatym pakunkiem:Nie powiem, panie, jakim trafem list tenDoszedł do moich rąk.Antonio. Niemieję.Bassanio. TyżeśByła doktorem i jam cię nie poznał?
Gracyano. Tyżeśto była tym piszczykiem, któryMa mi przyprawić rogi?Neryssa. Nie inaczej;Który jednakże tego nie uczyni,Aż wtedy, kiedy dojdzie do lat męskich.Bassanio. Musisz mi swoje otworzyć objęcia,Piękny doktorze, a gdy wyjdę z domu,Wolno ci miewać sam na sam z mą żoną.Antonio. Tyś mię, o pani, obdarzyła życiem,A teraz darzysz tem, z czego żyć mogę;Bo wyczytuję tu z wszelką pewnością,Że moje statki przybyły szczęśliwieI stoją w porcie.Porcya. Teraz na was kolej,Mości Lorenco: ma tam mój dependentI dla was pewien gościniec w kieszeni.Neryssa. I da go bez żądania honoraryum.Oto doręczam wam i waszej żonieAkt darowizny, którym wam bogatyOjciec Jessyki przeznacza legalniePo swojej śmierci wszystko, co posiada.Lorenco. Boskie niewiasty! Wy głodnym po drodzeSypiecie mannę.Porcya. Już dzień prawie, przecieżJeszcze wam nie dość jasno się przedstawiaBieg tych wypadków. Wnijdźmy więc do domu;Tam z nas ściągniecie śledztwo i na wszystkoProtokularną znajdziecie odpowiedź.Gracyano. Zgoda. Najpierwszą kwestyą, jaką zadamMojej Neryssie, będzie ta, czy woliDo przyszłej nocy wstrzymać się ze wczasem,Czy pójść spać zaraz, chociaż dzień za pasem?Co do mnie, niechby do jutra wieczoraTrwał mrok, gdy będę z piszczykiem doktora;Bądź jednak pewna, że nie zgrzeszę śpiączką,Czuwając, luba, nad twoją obrączką.
Comentarios
Cargando comentarios…