Akt trzeci

Traducido del inglés por Józef Paszkowski

Kupiec wenecki

Porcya. Wstrzymaj się jeszcze, signore, zaczekajDzień lub dwa, zanim dokonasz wyboru,Bo gdybyś błędnie wybrał, pozbawionąByłabym twojej obecności; bądź więcCierpliwy, proszę. Coś mi skrycie mówi,(Lecz to nie miłość), że rozstać się z panemZ trudnościąby mi przyszło, a sam przyznasz,Że nienawiści głos bywa odmienny.Abyś mię jednak pan lepiej zrozumiał,(Choć to kobiecie myśleć tylko wolno,Ale nie mówić), chętniebym cię miesiąc,Albo dwa w moim zatrzymała domu,Zanimbyś odbył tę grę hazardowną.Mogłabym pewne podać ci skazówkiCo do trafności wyboru, lecz wtedyZłamaćbym moją musiała przysięgę,A tego nigdy nie uczynię. Tak więcMożesz mię chybić; jeślibyś zaś chybił,Zaiste dałbyś mi powód do grzechu,Boby mi przyszło żałować, żem byłaWierną przysiędze. O, te oczy waszeOpanowały mię i rozdwoiły:Jedna połowa moja już jest waszą;Druga połowa waszą, to jest moją,Chciałam powiedzieć; lecz jeżeli moją,To waszą także, więc i całość wasza.Zawistna dolo! żeby kłaść przegrodęMiędzy własnością, a właścicielami!I waszą jestem i nie waszą. JeśliNa tem się skończy, co jest, niechaj za toFortuna będzie, nie ja potępioną.Za długo mówię, ale to jedynie,Aby czas przewlec, rozciągnąć, przedłużyć,A z nim wasz wybór.

Bassanio.  Pozwól mi wybierać,Bo tak, jak jestem, żyję na katowni.Porcya. Bassanio na katowni? Jakaż winaObciąża waszą miłość?Bassanio.  Żadna inna,Jak tylko sroga wina niepewności,Która mi wątpić każe, czy w miłościBędę szczęśliwy. Taki sam stosunekZachodzi między śniegiem a płomieniem,Jak między winą a moją miłością.Porcya. Muszę się jednak obawiać, signore,Czy rzeczywiście nie mówisz z katowni,Skąd ludzie tylko w przymusowy sposóbZwykli są czynić zeznania.Bassanio.  O, Porcyo!Przyrzecz mi życie, a prawdę ci wyznam.Porcya. Żyj więc i wyznaj!Bassanio. Kochaj więc! w tem właśnieMieści się żywa treść mego wyznania.O, błoga męko, gdy torturującySam zbawić zdolną poddaje odpowiedź!Zobaczmy jednak, co mi los przeznaczyłW tych tajemniczych skrzynkach. Pozwól, pani.Porcya. Przystąp więc. W jednej z nich ukrytą jestem:Jeśli mię szczerze kochasz, to mię znajdziesz.Nerysso, ustąp w głąb z resztą obecnych.Niech wyborowi jego towarzysząDźwięki muzyki, by jego zgon dla mnie,Jeżeli chybi, był jak zgon łabędzia,Co wśród melodyi gaśnie. Dla większegoUzupełnienia tego podobieństwaOczy me będą mu strumieniem, mokrem,Śmiertelnem łożem, jeżeli zaś trafi,Czemże muzyka będzie w takim razie?Wtedy muzyka będzie jak ów odgłosTrąb, gdy przed nowo-ukoronowanymMonarchą wierny lud chyli kolana;Jak owe słodkie dźwięki, które z pierwszymBrzaskiem dnia płyną w ucho oblubieńcaI do ołtarza go wiodą. Już idzie,

Z równą odwagą, lecz z większą miłościąNiż kiedyś Alcyd, gdy szedł znieść ów haracz,Jaki morskiemu potworowi TrojaNiosła w dziewicach. Ja tu stoję z przodu,Niby ofiara; a te tam opodal,To są dardańskie niewiasty patrząceZ trwogą na skutek jego przedsięwzięcia.Idź, Herkulesie! Życie me zależyOd twego: więcej ja czuję obawy,Niż ty sam, wobec tej groźnej wyprawy.

Pierwszy głos. Powiedz, gdzie się skłonność rodzi,W głowie-li, czy w sercu młodzi,Jaki życia bieg przechodzi?Ddugi głos. W oczach rodzi się, karmionaPaszą wzroku, żyje onaW swej kolebce i w niej kona.Ogłośmy jej zgon:Dyn! dyn! dyn! brzmi dzwon.Chór. Dyn! dyn! dyn! brzmi dzwon.Bassanio. Tak, choć sam sobie często pozór kłamie,Świat zawsze daje się uwodzić blichtrom.W sądach naprzykład: jakaż święta sprawa,Pokryta gładkim pokostem wymowy,Tem się wydaje, czem jest? W rzeczach świętychJestże błąd jaki, któryby pod sankcyąPowagi, zręcznym poparty sofizmem,Nie przyozdobił się w godziwą postać?Niema występku tak nagiego, iżbyNie miał po wierzchu jakichsi cech cnoty.Ilużto tchórzów, z sercem równie miękkiemJak schody z piasku, nosi groźne brodyNa podobieństwo Alcyda lub Marsa,Choć w żyłach mają miasto krwi serwatkęI tą powłoką męstwa straszą nieraz?Przypatrzcie się piękności, a ujrzycie,Że jest najczęściej kupioną na wagę.

I tu się jawi cudowność natury;Bo im blask większy na zewnątrz, tem większaCzczość bywa w gruncie: takimi są oweZłote, falisto-trefione kędziory,Na wiatr puszczone i skaczące z wdziękiemObrachowanym na efekt; częstokroćW nich poznajemy własność innej głowy,Która na teraz spoczywa w grobowcu.Tak więc ozdoba jest kwiecistym brzegiemNiebezpiecznego morza, piękną tkanką,Zasłaniającą twarz murzynki; słowem,Jest niby prawdą, łowiącą na wędęNajmędrszych nawet. Nie chcę przeto ciebie,Zwodnicze złoto, ty strawo Midasa!Ni ciebie, blady służalcze, co biegaszZ ręki do ręki; ale ciebie, ciebie,Skromny ołowiu, który grozisz raczej,Niż jakąkolwiek obiecujesz korzyść.Twoja prostota wymowniej mię nęci:Ciebie wybieram, niech cię los uświęci!Porcya. Jak się w powietrze ulatniają mojeBłędne obawy, wrzące niepokoje,Złowieszcze troski i chwiejące względy!Miłości, poskrom radosne zapędy!Folguj, zmniejsz nadmiar swojego zachwytu!Abym u tego szczęśliwości szczytuNie utraciła zmysłów.Bassanio (otwierając ołowianą skrzynkę). Cóż tu znajdę? —Ha! obraz pięknej Porcyi! Jakiż półbógZdołał do tego stopnia naśladowaćŻywy arcywzór? Są-ż te oczy w ruchu?Czy też, przylgnąwszy do oprawy moich,Zdają się w ruchu? Te na wpół otwarte,Różane wargi dzieli nektar tchnienia:Tak słodki tylko może istnieć przedziałMiędzy tak śliczną parą. Tu, w tych włosachMalarz jak pająk, osnuł sieć na serca.Ale jej oczy! jak mógł patrzeć na nie,Chcąc je nakreślić? Nim jedno nakreślił,Obadwa swoje powinien był stracić

I nie dokończyć dzieła. Ależ patrzcie!O ile prawda moich słów uwłaczaTemu cieniowi, za słabo go wielbiąc,O tyle także ten cień ustępujePrzed rzeczywistą prawdą. Oto karta,W której treść mego szczęścia jest zawarta.

Ty, coś się trzymał prawej szali,Gardząc tem, co lśni okazalej,Roztropność twą fortuna chwali;Bądź kontent i nie szukaj dalej.Serce-li twe się k’temu skłania,Czego ci posiąść los nie wzbrania,Zbliż się do lubej bez wahania,Upomnieć się pocałowania.Słodki nakazie! — Luba, pozwól zatem.

Umocowany tym prawnym mandatemStojąc przed tobą, sam z sobą spór wiodę,Jak ktoś, co z drugim walcząc o nagrodę,I słysząc poklask w zgromadzonym tłumie,Oszołomiony topi się w zadumie,I pyta siebie: dla mnież te poklaski?Tak i ja, jeszcze niepewny twej łaski,Nie śmiem radością mego szczęścia mierzyć!O, stwierdź je, poświadcz, pozwól mi w nie wierzyć!Porcya. Signor Bassanio, pisz mię, jak mię widzisz.Dla siebie samej nie byłabym pewnieW żądaniach moich zbyt wymagającą,Pragnąc o wiele być lepszą, niż jestem;Ale dla ciebie radabym w trójnasóbDwadzieścia razy spotęgować siebie,Być tysiąc razy piękniejszą, niż jestem,Dziesięć tysięcy razy tak bogatą.Dlatego tylko, żeby większej cenyNabrać w twych oczach, radabym pod względemPrzymiotów, wdzięków, mienia i znaczeniaStać wyżej ceny. Ale cała sumaWartości mojej wynosi zaledwie

Małe coś: jestem, ogółowo biorąc,Kobietą bez nauki, bez ogłady,Bez doświadczenia, w tem tylko szczęśliwą,Żem nie za stara jeszcze do nauki;Szczęśliwszą nad to, że z natury nie mamUsposobienia tępego do nauk;A najszczęśliwszą, że słaby mój umysłPoddaję teraz pod władzę twojego,Byś nim kierował, jako mój małżonek,Przewodnik i pan. Ja i wszystko mojeNależy odtąd do ciebie i twoich.Przed chwilą jeszcze byłam właścicielkąTego pałacu, panią moich ludzi,Królową siebie samej: w tej zaś chwiliDom mój, i słudzy moi, i ja samaJestem własnością twoją. Przyjm nas, panie,Wraz z tym pierścieniem: jeżeli go zgubisz,Darujesz komu, lub w jakibądź sposóbZ nim się rozłączysz, będzie to wskazówką,Że miłość twa ostygła i powodemDla mnie do skargi na twoją niewiarę.Bassanio. Pani, odjęłaś mi mowę; krew tylkoZ tętn mego serca przemawia do ciebie:Takie jest w moich władzach zamieszanie,Jakie po pięknie powiedzianej mowieUkochanego monarchy panujeW kole radośnie gwarzących słuchaczy;Kędy głos każdy krzyżując się z drugim,Zlewa się w jeden chaos uniesienia,Wyrażonego lub niemego. AleJeśli ten pierścień kiedybądź uczyniRozdział z tym palcem, to wtedy i życieUczyni rozdział z tą piersią; o, wtedyPowiedz stanowczo: Bassanio nie żyje.Neryssa. Wybaczcie państwo, teraz kolej na nas,Cośmy tu stali i byli świadkamiSpełnienia naszych życzeń, na nas kolejZabrać głos teraz i wykrzyknąć: wiwat!Wiwat pan młody! wiwat panna młoda!

Gracyano. Signor Bassanio i ty, cna signoro!Życzę wam wszelkich pociech, jakich sobieŻyczyć możecie; nie przypuszczam bowiem,Abyście sobie mogli tego życzyć,Iżbym takowych ja był pozbawiony.Skoro zaś macie uroczyście święcićZakład wzajemnej wiary, toż pozwólcieI mnie współcześnie zostać oblubieńcem.Bassanio. I owszem, tylko sobie znajdź wprzód żonę.Gracyano. Jużem ją sobie znalazł, z waszej łaski.Wzrok mój w chyżości równa się waszemu:Signor ujrzałeś panię, a ja pannę;Zakochałeś się i ja zakochałem.Bo powolnością nie grzeszę, podobnieJak mój łaskawy pan. Los twój, signore,Zależał od tych tajemniczych skrzynek,I mój też, jak się w skutku okazało.Czyniąc tu bowiem moje oświadczeniaTak, żem aż spotniał, i zaprzysięgając,Moje afekta tak, że mi od zaklęćAż podniebienie wyschło, otrzymałemOd tej piękności w końcu przyrzeczenie,Jeżeli się na przyrzeczeniach kończy,Że mi swe serce odda, skoro tylkoSzczęście uczyni cię, signore, panemRęki jej pani.Porcya.  Prawdaż to, Nerysso?Neryssa. Tak, pani, jedli pani to potwierdzisz.Bassanio. Myślisz-że o tem na seryo, Gracyano?Gracyano. Jak najseryoźniej.Bassanio.  Związek wasz uświetniNasze wesele.Gracyano (do Neryssy). Założym się z nimiO tysiąc dusiów, komu się urodziPierwszy sukcesor.Neryssa.  I położym stawkę?Gracyano. Nie, raczej z sobą to uczynim. AleKtóżto się zbliża? Lorenc z swą poganką.Ho! i mój stary przyjaciel Soleryo.

Bassanio. Lorenc, Soleryo, witam was, o ileWolno mi witać was gośćmi w tym domu,W którym tak jeszcze młode mam znaczenie.Pozwól mi, droga Porcyo, gośćmi nazwaćMoich przyjaciół i współziomków.Porcya.  Z sercaMienię ich temże nazwiskiem i witam.Lorenco. Dzięki ci, pani. Co do mnie, signore,Nie zamierzałem przyjść cię tu odwiedzić,Ale Soleryo, którego przypadkiemW drodze spotkałem, zawezwał mię w sposób,Żadnej odmowy nie przypuszczający,Abym mu tutaj towarzyszył.Soleryo.  Tak jest,I uczyniłem to nie bez powodu.Signor Antonio pozdrawia cię, panie.Tym listem.

Bassanio. Zanim go rozpieczętuję,Powiedz, jak się ma ten zacny przyjaciel?Soleryo. Nie jest on chory, prócz chyba na duszy;Ani zdrów, chyba na duszy. W tym liścieZnajdziesz, signore, stan jego skreślony.Gracyano. Nerysso, bądź uprzejmą dla tych panów;Podejm ich wdzięcznie. Daj rękę, Soleryo!Cóż tam w Wenecyi słychać? Jak się miewaPoczciwy nasz Antonio, ten król kupców?Wiem, jak go nasza pomyślność ucieszy:Myśmy Jazony, co zdobyli runo.Soleryo. Bogdaj to runo, które on utracił!Porcya. Musi ten papier kryć coś bardzo złego,Kiedy tak spędził barwę z lic Bassania.Zapewne umarł ktoś mu drogi; cóżbyBowiem innego mogło tak daleceZmienić człowieka silnego na duchu?Coraz to gorzej. Wybacz mi, Bassanio,Jam twa połowa i mnie więc dotyczyPołowa tego, co ten list zawiera.

Bassanio. O, Porcyo! nigdy jeszcze mniej przyjaznaWieść nie splamiła papieru. Najmilsza!Gdym po raz pierwszy oświadczał ci miłość,Wręcz ci wyznałem, że całem mem mieniemJest krew szlachetna, co w mych żyłach płynie.Wtedy mówiłem prawdę, ale terazDowiesz się, pani, jak chełpliwy byłemCeniąc majątek mój z niczem na równi.Zamiast powiedzieć, że nic nie posiadam,Właściwie trzeba mi było powiedzieć,Że mam mniej jeszcze niż nic, bom zaciągnąłDług u drogiego przyjaciela; ten zaś,Aby mi pomódz, zadłużył się swemuNajzawziętszemu nieprzyjacielowi.List ten, o pani, jest, wyobraź sobie,Jakoby ciałem mego przyjaciela,A każdy wyraz w nim, jakoby raną,Którą ucieka życie. Czy być może?Soleryo, prawdaż to? Wszystkie widoki,Takie miał, spełzły? nic nie dopisało?Żadenże okręt z Trypolis, Meksyku,Anglii, Lisbony, Barberyi i Indyi,Nieszczęśliwego nie uniknął starciaZ rozbójniczemi skały?Soleryo.  Ani jeden.A potem, choćby miał sumę potrzebnąDo spłaty żyda, tenby jej zapewneTeraz nie przyjął. Nie widziałem jeszczeStworzenia, ludzką noszącego postać,Któreby było tak chciwie zażarteNa zgubę ludzką. Dzień i noc się wieszaPrzy uszach doży, prawi o zgwałceniuPublicznych swobód, jeśli mu odmówiąSprawiedliwości. Ze dwudziestu kupców,Sam Doża nawet i najznakomitsiSenatorowie starali się jegoUpór przełamać, ale nadaremnie:Wciąż się domaga zadośćuczynieniaZ mocy obligu i praw mu służących.

Jessyka. Gdym jeszcze była u niego, słyszałam,Jak się klął przed Tubalem i przed Chusem,Współwyznawcami swoimi, że woliCiało Antonia, niż dwadzieścia razyWziętą tę sumę, jaką ma u niego;I pewna jestem, że jeżeli prawo,Władza i siła nie przeszkodzą temu,Z biednym Antoniem źle się skończy.Porcya.  Wasz-liBlizki przyjaciel w takim jest kłopocie?Bassanio. Najdroższy mój przyjaciel, najpoczciwszy,Niespracowany w uczynności człowiek,W którym się rzymska starożytna cnotaPrzebija bardziej, niż w kimbądź we Włoszech.Porcya. Jakąż on sumę winien jest żydowi?Bassanio. Trzy tysiące dukatów i to za mnie.Porcya. Nie więcej? Wypłać mu te trzy tysiąceI podrzej oblig: podwój mu tę sumę,I podwojoną zwiększ w trójnasób jeszcze,Nimby tak zacny, szlachetny przyjacielMiał z twej przyczyny choćby włos utracić.Pójdź teraz ze mną, luby, do kościoła,Nazwij mię żoną, poczem nie zwlekającJednej godziny, pośpiesz do WenecyiWydobyć z toni swego przyjaciela:Bo nigdy serce twe z niespokojnościąNie będzie biło obok mego. Dam ciPotrzebną ilość złota na spłacenieTego małego długu w dwadzieściakroć;A gdy go spłacisz, zabierz z sobą tegoZacnego męża i przywieź tu do nas.My we dwie będziem tu przez ten czas żyłyW stanie dziewiczym i wdowim. Pójdź, luby,Bo pierwej muszą połączyć nas śluby.Bądź wesół; otwórz gościom nasze progi,Drogoś mi przyszedł, będziesz mi więc drogi;Ale przeczytaj mi, proszę, to pismo.

Porcya. O, luby, porzuć wszystko i wyjeżdżaj!Bassanio. Gdy ty mię naglisz, cóż mię wstrzymać może?Lecz zanim nazad skieruję me kroki,Żadne, bądź pewna, nie znęci mię łoże,Żadna fatyga nie skusi do zwłoki.

Szylok. Dozorco, pilnuj go; nie pleć o względach,Ten głupiec darmo borgował; powtarzam,Pilnuj go.Antonio. Słuchaj mię, dobry Szyloku.Szylok. Muszę mieć oblig zrealizowany;Próżne gadanie: przysiągłem, że będęPrzy tem obstawał. Psem mię nazywałeś,Nim miałeś powód do tego: ny, dobrze,Kiedym pies, strzeżże się mych zębów. DożaJest sprawiedliwy. Dziwię się, dozorco,Ślamazarności twojej: po co byłoWyjść z nim na miasto?Antonio.  Posłuchaj mię, proszę.Szylok. Nie chcę cię słuchać, chcę mieć to, co stoiW twoim obligu; zatem nie psuj gęby.Nie myślcie, żebym był takim ciemięgą,Co spuszcza głowę, rozczula się, wzdycha,I chrześcijańskim jękom słuch podaje.Precz! drwię z słów: chcę mieć to, co jest w obligu.

Solanio. To pies bez serca, jakiego egzemplarzPomiędzy ludźmi jeszcze się nie zdarzył.

Antonio. Niech sobie idzie; nie będę go więcejBezowocnemi nachodził prośbami.On na me życie dybie i wiem za co:Nierazem z jego pazurów wydobyłDłużników, co się przedemną żalili:Stąd jego do mnie nienawiść.Solanio.  ZapewneDoża nie uzna ważności obligu.Antonio. Doża nie może wstrzymać biegu prawa,Bo naruszenie w czembądź pełnych swobód,Jakie w Wenecyi służą cudzoziemcom,Osławiłoby sprawiedliwość państwa;Na cudzoziemcach zaś wszelkich narodówPolega handel i byt tego miasta.Idźmy więc! niema już sposobu na to.Smutki i straty tak mię wycieńczyły,Że nie wiem, czy mi na jutro funt mięsaDla wierzyciela mego pozostanie.Idźmy, dozorco. Dałby Bóg przynajmniej,Żeby Bassanio był przy tem, jak będęPłacił za niego; mniejsza mi o resztę.

Lorenco. Pani, jakkolwiek jesteś tu obecnąPrzecież nie waham się wyznać, że jesteśWzorem prawdziwie anielskiej dobroci;Dowodem tego jest, że tak spokojnieZnosisz małżonka oddalenie. GdybyśWiedziała jednak, dla kogo je znosisz,Jak poczciwego ratujesz człowieka,Wtedy zaiste byłabyś dumniejsząZe swego dzieła, niż zwyczajna dobroćMoże ci na to pozwalać.Porcya.  Nie byłoMi jeszcze nigdy żal dobrych uczynków,

A tem mniej teraz: bo współtowarzysze,Co wszystkie chwile przepędzają razem,Co spletli dusze w jeden węzeł bratni,Muszą koniecznie także równe sobieRysy i umysł i cnoty posiadać.Wnoszę stąd, że ten Antonio, tak drogiMemu mężowi, musi być niechybniePod każdym względem do niego podobny.Jeśli zaś tak jest, jakże małoważnemJest to, com z mojej strony uczyniła,Aby ten obraz duszy mej uchronićOd piekielnego okrucieństwa. AleTa gadanina trąci samochwalstwem;Zatem dość tego: mówmy o czem innem.Mości Lorenco, powierzam ci zarządMojego domu, oraz gospodarstwoPod nieobecność mojego małżonka.Co do mnie skrycie ślubowałam niebu,Że w kontemplacyi i modłach żyć będęOdosobniona, li tylko z Neryssą,Do dnia powrotu obu naszych mężów.O parę mil stąd znajduje się klasztor,Tam się udamy. Proszę was uprzejmie,Nie odmawiajcie mi podjąć się tego,Czego życzliwość moja i zbieg zdarzeńW tej chwili od was żąda.Lorenco.  Chętnie, pani,Będęć posłuszny we wszystkiem, co każesz.Porcya. Już moi ludzie wiedzą o mej woli,I będą was tu z Jessyką uważaćJako zastępców moich i Bassania.Bądźcież mi zdrowi, nim znów się zobaczym.Lorenco. Swobodne myśli i godziny błogieNiech ci, o pani, towarzyszą!Jessyka.  Życzęć,Łaskawa pani, wszelkich pociech serca.Porcya. Z podziękowaniem zwracam wam życzenieTegoż samego. Bądź zdrowa, Jessyko.

No, Baltazarze, zawszem do tej poryZnajdowała cię wiernym i poczciwym,Niechże cię takim znajdę i tym razem.Weź ten list i co tylko się ci stanie,Spiesz z nim do Padwy; oddasz go do własnychRąk mego wuja, doktora Belaryo.A odebrawszy od niego papieryI suknie, które mi przez ciebie prześle,Najpierwszym statkiem, jaki się nastręczy,Odpłyniesz z nimi do Wenecyi. Nie traćCzasu na słowach, idź: ja wprzód tam będę.Baltazar. Spieszę, o pani, z całą skwapliwością.

Porcya. Mam pewien projekt, Nerysso, o którymNic jeszcze nie wiesz; ujrzym naszych mężówPrędzej, niż myślą.Neryssa.  I oni nas takze?Porcya. Ujrzą nas, ale ujrzą w takim stroju,Że nam przypiszą posiadanie tego,Na czem nam zbywa. Założę się z tobą,O co chcesz, że gdy obie się przebierzemZa młodych ludzi, ja wydam się większymZuchem od ciebie; nosić będę szpadęZ bardziej rycerską gracyą i przemawiaćW alt wpadającym, dyszkantowym głosem,Jak chłopiec, kiedy przechodzi w wyrostka;Z dwóch drobnych kroczków robić będę jeden,Prawdziwie męski; jak młody junakaRozprawiać będę o bójkach i burdach,I zgrabnie kłamać, jak to o mą miłośćDystyngowane starały się damy,A gdym takowej im odmówił, jak sięMartwiły srodze, schły i umierały:Nie mogłem przecie starczyć wszystkim. PoczemŻałować będę i prawić, że jednakNie powinienem był tak ich zabijać;I tym podobnych niewinnych kłamstw sypaćBędę bez liku, tak, że słuchającyPrzysięgną, żem już od roku z klas wyszedł.Mam ich już cały repertuar w głowie.

Neryssa. Mamyż postacie męskie na się przyjąć?Porcya. Co za pytanie! Fe, tak się wyrażasz,Jak gdybyś miała być tłumaczem prawa.Pójdź bliżej, cały plan mój ci opowiem,Siedząc w powozie, który czeka na nasPrzed bramą parku. Nie traćmy więc chwil,Bo mamy odbyć dziś dwadzieścia mil.

Lorenco. Święty rozsądku, co tu słów daremnych!Ten cymbał wraził sobie w pamięć całąArmię konceptów. Znamci niejednegoPółgłówka, wyżej niż ten stojącego,Co się nastrzępia jak on i poświęcaRzecz grze wyrazów. Cóż myślisz, Jessyko?Jak ci się żona Bassania podoba?Jessyka. Bardziej, niż mogę wyrazić. BassanioPowinien bardzo przykładne wieść życie,Gdy go los taką małżonką obdarzył,W której znajduje raj już tu na ziemi;Jeśliby tego raju nie oceniał,Nie wartby dostać się do niebieskiego.Gdyby dwóch niebian zapragnęło sobieDo pary dobrać dwie równe ziemianki,I Porcya była stawioną na jednejZ dwóch szal, do drugiej wypadłoby dodaćCoś więcej jeszcze dla zrównoważenia,Bo ten ubogi, ułomny świat nie maDrugiej podobnej.Lorenco.  Jaką on w niej żonę,Takiego męża ty posiadasz we mnie.Jessyka. O to byś mnie się też powinien spytać.Lorenco. Zapewne, tylko wprzód idźmy na obiad.Jessyka. Wolę cię chwalić, gdym przy apetycie.Lorenco. Proszę cię, schowaj to na pogadankęW czasie obiadu; co bądź wtedy powiesz,Z czem innem prędzej strawić to potrafię.Jessyka. Zobaczysz, jakie ci sypnę pochwały.

Comentarios

Cargando comentarios…